Żegnaj stary Flangerze, żegnajcie nu-jazzowe przygody, przyszła pora na dojrzałość, ukojenie i wieczny relaks. Jazzowe szarpnięcia, cięcia, samplowane wydzieranki i eksperymenty są już tylko wspomnieniem – nie ma już „Outer Space / Inner Space”, jest coś w rodzaju „retro space”, duet Flanger, po trzech latach intrygującego milczenia, powraca w zupełnie nowym stylu, moglibyśmy rzec – z zupełnie nowym muzycznym projektem. Co się nie zmieniło? Chyba tylko nazwa się nie zmieniła. I skład.
Bo Flanger to nadal przede wszystkim Uwe Schmidt i Burnt Friedman, dwójka niepokornych elektroników, którzy – w momencie, kiedy wszyscy oczekują jednego – robią dokładnie to drugie, zaskakują, wprawiają w konsternację, wciąż każą się ustosunkowywać. A więc – ustosunkujmy się do „Spirituals”. Tytuł albumu nieprzypadkowy – materiał inspirowany jest rasową jazzową dychowością, mającą swe korzenie w muzyce sprzed pół wieku, kiedy to w Nowym Orleanie królował swing i blues. Flanger mówi sakramentalne „dość” odważnej elektronice i samplom, większość dźwięków nagrywa na żywo, od podstaw, komponując klasyczne, chciałoby się powiedzieć – standardowe kawałki. Wszystko oscyluje głównie wokół dixelandowych klimatów, które zarówno brzmią dość archaicznie, jak i pewnie posiadają jakiś swój urok. Są po prostu stylowe. Flanger stylowy? Flanger standardowy, klasyczny? Właśnie tak. Dodajmy do tego – Flanger wokalny, piosenkowy. Zupełna rewolucja. Na tej płycie nie znajdziecie więc żadnych komputerów – być może tylko czasami, gdzieś tam przewinie się delikatny filtr, wygenerowany na maszynach trzask czy zaprogramowana niedbałość i ambientowa plamka. Wszystko inne jest tutaj bardzo live, bardzo autentyczne. Grają – perkusja, gitara, pianino, trąbka, klarnecik itp. Do tańczenia, do zawadiackich spojrzeń, do romansów.
Żegnaj więc Flangerze brudny i nowoczesny, witaj Flangerze poukładany i stylowy. Witaj Flangerze w białych garniturach i kapeluszach, poruszający się w kosmicznych odległościach od elektroniki. I tylko słuchacze mają problem, bo czasami, być może – jak w moim przypadku – zarówno żegnać nie bardzo chcą, jak i witać nie mają nastroju.
2005
8 KomentarzyDodaj komentarz
Dodaj komentarz









itees
15 maja 2009
jak ja lubię takich kozaków tak ten poniżej… wszechwiedzący wymagający słuchacze, karmieni hermetycznym ograniczeniem, którym są przepełnieni… proponuję wykłady na jakiejś para-akademii muzycznej…
poludnie
1 lutego 2009
wiem, ze sie nie znacie na muzyce, dlatego piszecie, ze to super relaksujaca i urocza plyta-wybaczam wam, w rzeczywistosci to duzy blad uwe i burnta.niech fani jakiegos gownianego chilloutu nie wypowiadaja sie na temat tej plyty.spirituals podoba sie wam, bo jest lekkie, łatwe, nudne jak flaki z olejem, a wczesniejsze nagrania flangera to dla was zbyt duzy wysilek.jasne, że kiepski sluchacz preferuje łatwe nagrania, to dla mnie zrozumiałe dlaczego flangera nagle sluchaja fani np bonobo (z calym szacunkiem dla greena).ależ fajne jazzy klimaciki.”sexy, balsam na jesienno-zimowa depresje”..zenujace.nie ma w tej plycie nic, ale to nic ciekawego.
gorset uniwersalny 1976
11 listopada 2008
superanckie wy – tworzywo muzyczniste. to sie nazywa otwartosc i uniwersalnosc, przez duze O i duze U. nie zamykaja sie w swoim swiatku ciecio-gieciowej elektryki-muzyki, a i ta, pozostala wygibusow muzykologicznych jest niebanalna, piekna, doglebnie docierajaca, zachwycajaca i kto-wie-coz-jeszcze. no kto?
horrrendalne oklaski.
li
3 stycznia 2007
stary flanger to co lubię; nowy to to co lubię najbardziej
nowa plyta mino zarzucanej archaiczności jest bardzo oryginalna i interesująca – dla mnie rozkosz
pst
18 grudnia 2005
Pozostaje tylko słuchanie pozostałych płyt burnta friedmana, tworzonych poza flangerowym kolektywem – co prawda wydawanych przez ten sam label co ostatnia płyta ale o innym charakterze.
sweet_adr
15 grudnia 2005
mam podobny problem…:)
skoro wszystko się zmieniło to może i nazwa projektu powinna się zmienić?
tomi$
12 grudnia 2005
alez ta plyta jest jak balsam na jesienno-zimowa depresje, a pierwszy z songow sexy jak malo ktory.
yac
8 grudnia 2005
już się bałem, że stwierdzenie w klimacie ostatniego zdania nie padnie….