Various Artists – 10 Years of Monkeytown
Paweł Gzyl:

Spojrzenie wstecz.

EABS – Slavic Spirits
Jarek Szczęsny:

Jazz w bardo.

Bartosz Kruczyński – Baltic Beat II
Jarek Szczęsny:

Nie chciałbym przesłodzić.

Resina – Traces (Remixes)
Mateusz Piżyński:

Najnowsze wydawnictwo naszej rodzimej, bardzo utalentowanej, artystki, Karoliny Rec (aka Resina) to zestaw 5 utworów, gdzie cztery to genialne reinterpretacje, za którymi stoją Abul Mogard, Lotic, Ben Frost i William Criag.

Różni artyści – Portrety
Jarek Szczęsny:

Sami perkusiści.

Tracey – Biostar
Paweł Gzyl:

Pastelowe electro wyjęte z klubowego kontekstu.

Laurence Pike – Holy Spring
Jarek Szczęsny:

Łyżeczką, a nie chochlą.

Altstadt Echo – This Work Contains Lead
Paweł Gzyl:

Rozdarcie między światem ducha i materii.

Luis Vicente & Vasco Trilla – A Brighter Side of Darkness
Łukasz Komła:

Rogate flow sięgające głębin.

Matias Aguyao – Support Alien Invasion
Paweł Gzyl:

Najbardziej wymagający album chilijskiego producenta.

Coil – Live Five
Maciej Kaczmarski:

Niewyrażalna intymność.

Vin Sol – Planet Trash
Paweł Gzyl:

Od house’u do ambientu.

Flying Lotus – Flamagra
Bartek Woynicz:

Fire Walk with Me.

Mazut – Promień
Jarek Szczęsny:

Nadmiar bywa szkodliwy.



Flying Lotus – Los Angeles


O Stevenie Ellisonie vel Flying Lotus było głośno jeszcze zanim podpisał kontrakt z kultowym Warp Records; rozgłos zdobył dzięki podobno niesamowitym występom na żywo, współpracą z Adult Swim (amerykański odpowiednik 4Fun TV) i przede wszystkim dzięki debiutanckiemu albumowi „1983” sprzed dwóch lat. Czarnoskóry Kalifornijczyk zdaje się mieć talent we krwi: jego ciotką była Alice Coltrane, słynna pianistka i żona niemniej słynnego saksofonisty Johna, zaś babcia współpracowała z Four Tops i Michaelem Jacksonem.
Flying Lotus – „Beginners Falafel”

„Z oczywistych powodów Los Angeles jest dla mnie wyjątkowym miejscem, ale przez większość życia go nienawidziłem”, mówi Ellison i ten ambiwalentny stosunek znalazł wyraz w niebywale eklektycznej i zmiennej w nastrojach muzyce, rozległej niczym Miasto Aniołów (także tych upadłych) i zróżnicowanej na wzór jego dzielnic: od ponurych slumsów, poprzez spowitą mrokiem Mulholland Drive, aż po snobistyczne Beverly Hills i plastikową Fabrykę Snów. „Los Angeles” to The Avalanches na kacu, w niedzielny poranek przemierzający metropolię w poszukiwaniu środka przeciwbólowego. Znamienne, że ta oszałamiająca podróż mieści się w niecałych trzech kwadransach, rozłożonych na siedemnaście utworów – na papierze/ekranie wygląda to niewinnie, lecz w głośnikach przemienia się w burzę. To niesamowite, jak wiele można zawrzeć w takich miniaturach! Kleiste beaty, bujające linie basowe, zagęszczone klawisze, trzeszczące dęciaki, stłumione wokalizy… Genialny producent z benedyktyńską drobiazgowością pomieszał jazz, funk, soul, disco, downtempo, dub, glitch, instrumentalny hip-hop i kto wie co jeszcze, dodatkowo okraszając wszystko ciepłym trzaskiem wiekowego winyla.
Flying Lotus – „Golden Diva”

Istna sampleriada, momentami tak błyskotliwa, że aż absurdalna. Poczucie zagubienia, przytłoczenia, a nawet znużenia może towarzyszyć kilku pierwszym odsłuchom, jednak działa to na korzyść płyty, która jawi się jako pewne wyzwanie. Choć długotrwałe i wymagające cierpliwości, odkrywanie kolejnych segmentów jest szalenie satysfakcjonujące, ponieważ przywołuje fantastyczne skojarzenia, nawet jeśli są one czasem zbyt dosłowne – „Begunners Falafal” brzmi niczym zły brat-bliźniak „Witness Dub” Roots Manuvy, „Camel” to powtórka z Tobinowego „Saboteur”, zaś „Parisian Goldfish” znalazłby miejsce w dyskografii Matthew Herberta. Przykłady można mnożyć. Również okładka chyba nieprzypadkowo nawiązuje do artworku „Mezzanine”, nie tylko najdojrzalszego dzieła Massive Attack, ale i łabędziego śpiewu gatunku zwanego trip-hopem. Zamierzona autoironia?
Flying Lotus – „Parisian Goldfish”

Nie jest to najlepsza płyta tego roku, lecz z pewnością jedna z najbardziej wiarygodnych konceptualizacji dusznej, wielkomiejskiej atmosfery od czasu „Endtroducing…” DJ-a Shadowa. Flying Lotus twierdzi, że postrzega swoje kompozycje jako krótkie filmy wyświetlane w głowie. W takim ujęciu „Los Angeles” ma wiele wspólnego z dokonaniami Quentina Tarantino: liczne cytaty składają się na inteligentną i inspirującą lekcję muzycznej historii. Powiew świeżości w hołdzie retro-elektro.
2008

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 12

  1. Generał

    Jest ok ale 2008 na plyte roku to chyba za mało.

    Przy okazji: dla mnie 2008 to bedzie rok nijaki i dlatego celuje w nowe The Verve.

  2. kamil

    wspaniała płyta…

  3. Skakanka

    Świetna płyta! Duszna, napakowana brzmieniami, czasem irytująca, czasem porywająca, ale nie nudzi się i za każdym razem zachwyca! Polecam

  4. afuszejk

    rok 2008 na razie bez sensacji. Los Angeles świetne, ale… spodziewałem się właśnie takiej płyty. Bez niespodzianek. Solidnie

  5. hmm

    odbylem dwi wycieczki psychodeliczne pod wplywem wraz z ta plyta, niezapomniane wrazenie, ladne przestery , echa i przestrzen, melodie moze nie zaskakuja ale nie sa jakies nachalnie prosto linijne i ciekawią co najwazniejsze, plyte polecam

  6. Aes

    Elektroniczny Madlib, po prostu. 🙂

  7. hno3

    Panie beau bullet – zależy, który album Dalek a ma pan na myśli. Taki Absence (btw. świetny) to zupełnie inna bajka (harsh noise hip-hop). Od biedy ostatni – Abandoned Language – można by tu postawić, choć tam mamy inne środki, przeważa psychodelia. Wracając do Los Angeles – głównie brzmienie mnie przyciąga do tego albumu, lubię taki lekki brud. Z melodiami nieco gorzej, choć tragedii nie ma. Zresztą album nie może być zły, skoro dość często do niego wracam. 😉

  8. Niero

    Swietna plyta, zgadzam sie.

  9. krzychu81

    No a ja mam problem bo mi się los angeles troszke znudziło( pewnie dlatego że katowałem po kilka razy dziennie).

  10. beau bullet

    album przebija nawet Dalek a, Onra e i doskonale rozprawia sie ze swietnym Lukid em. Niezwykle wciagajaca porcja inst-h-h.

  11. John McEnroe

    Tak, płyta świeża i powala, na tyle że jak na razie to zdecydowanie numer jeden tego roku dla mnie. Gęsto, duszno, na granicy przesterowania. Kilkanaście świetnych motywów, logicznie połączonych w całość, co wcale takie proste nie jest. A od strony produkcyjnej to majstersztyk – przeniesienie najlepszych wzorców francuskiej szkoły na grunt szeroko pojętego instrumentalnego hip-hopu.

Kto linkował?

  1. Matthewdavid – Outmind | Nowamuzyka.pl