Załapałem się jako jeden z ostatnich roczników na doświadczenie kolonii, obozów, wczasów albo po prostu spędzania wolnego lata – bez przymusu pracy, a co więcej: bez chęci pracy! Nie mieliśmy żadnych luksusowych materialistycznych dążeń, nie marzyliśmy też o podróży do dżungli, ani jakiejkolwiek innej, która odmienia życie, a po powrocie dalej jest smutno. Ale przede wszystkim: nie byliśmy w wieku 16 lat dorośli i wiele osób z tego mniej więcej pokolenia ciągle się tego trzyma. Więc nie wiem jak zrozumiecie w ogóle ten album, jeśli np. dopiero zaczynacie liceum.
Francuzi na nowej płycie nie boją się, harde miny stroją. Porzucają swój gęsty, shoegazujący ambient-pop, zwracając się całą twarzą w stronę świeżych atmosfer, wykazujących powiązania z naiwną nostalgią za 80. Jednocześnie wydają się podążać ramię w ramię z Cut Copy, ale tylko na zasadzie przypadkowego podzielenia klimatu oraz uczestnictwa w kolejnym krótkotrwałym nurcie. Inspiracje są bowiem wyraźnie inne – można się naprawdę ogromnie zdziwić, pamiętając filmową bombastyczność dwóch pierwszych wydawnictw M83. Niektóre kawałki na nowym „Saturdays=Youth” to bowiem konkretny pop w stylu Simple Minds lub Suede, tyle, że agresywnie wyszlifowany charakterystycznym dla poetyki Francuzów wrażeniem trwania pośrodku miłosnej dyfuzji cukru z kokainą i diamentowym pyłem.
Syntezatory, mocna perka, rozrzedzona noisowa gitara i puchowe drony to jakby główny trzon nowej zbrojowni i przyznać trzeba, że M83 sieją tym popłoch w szeregach zła: nuda i smutek gryzą tu piach. „Kim&Jessie”, „Skin of the Night” czy „Graveyard Girl” zawierają wszystkie te historie z nieskończonej młodości, które potem opowiada się komuś po trzydziestce i żałuje, że wyszły z ust. Brzmią śmiesznie, ukręcone przez samo wyjście na powietrze.
I taka właśnie ta nowa płyta jest. Podobna do neoromantycznch, miękkich filmów o nastolatkach z przedmieść. „Przekleństwa niewinności”, „Szkoła uwodzenia”, cieplejsze momenty „Donnie Darko” – mniej więcej w taką atmosferę uderzają tym razem ludzie składający się na ten kreatywny projekt. Co więcej, nie ma tu słabego utworu. Lekko męczy „Up!” – już trochę przesadnie infantylny i operujący wokalem podkradzionym Kate Bush. Cała reszta jednakże wchodzi gładko, a za poświęconą uwagę dostaje się hojny prezent w postaci closera, który śmiało może w swoich jedenastu minutach zawrzeć całe wydawnictwa natchnionych ambientowych cieniasów – takich jak choćby nowy Nemeth. Opener także wpisuje się w ten poziom, pozostawiając spory uśmiech: w końcu producenci nauczyli się imitować koszmarnie irytujący dźwięk zrytej i przeskakującej płyty cd, czas idzie naprzód. I ten porysowany kompakt wyniszcza cudowną partyjkę pianina i delikatny wokalny akompaniament, a kiedy w końcu staje, wszystko pada po raz drugi za sprawą diabolicznego przejścia w nowy, dynamicznie nabijający rytm utwór: wyraźnie singlowe „Kim&Jessie”.
Żywotność tej płyty, a mówię o niej, bo porzucam dla „Saturday=Youth” wszystkie słuchane obecnie albumy, wynika być może z samej tematyki. Udanie zamknięty w krążku z dziurką, jakiś kwant nieskończenie jędrnego, nagrzanego do białości uniwersum wybija zęby świadomością, że dobra młodość to potężna siła napędzająca całe dalsze życie. Ale co możecie o tym wiedzieć, jeśli zapylacie całe wakacje żeby zarobić na odmianę stajlu w nowym roku szkolnym, hm?
2008
13 KomentarzyDodaj komentarz
Dodaj komentarz










mullen
7 października 2009
„w końcu producenci nauczyli się imitować koszmarnie irytujący dźwięk zrytej i przeskakującej płyty cd, czas idzie naprzód. I ten porysowany kompakt wyniszcza cudowną partyjkę pianina i delikatny wokalny akompaniament”
To w tle to jest również pianino odtwarzane od tyłu + pogłos (echo)… jak sobie wytniecie ten fragment i odwrócicie to główny motyw będzie taki pocięty, a to w tle będzie grało melodie
Yezior
26 lipca 2009
Autor w temacie „tego pamiętnego lata” otarł się o absolut.
Recenzja dobra. Płyta również.
dan
6 lipca 2009
Trudno opisać uczucie, kiedy ktoś odbiera muzykę dokładnie tak jak my! To najlepsza recenzja jaką czytałem na nowejmuzyce.
Pozdrawiam!
PS
też jestem z pokolenia „leniwych wakacji”
F.
25 grudnia 2008
Bez dyskusji z osobistymi doznaniami: 1) jasne, pierwsze płyty to o wiele ciekawsze i bardziej uniwersalne doświadczenie od Saturdays=Youth, ale rzadko się zdarza taka wolta w obrębie jednego projektu, że porównywanie jednego okresu twórczości z drugim mija się z celem – to trzeba docenić, 2) w kontekście m.in. nowego Cut Copy, nawiązującego do podobnej stylistyki, wolę M83 jako mroczniejsze, miejscami perwersyjne, nie tak oczywiste (bez taneczności) w czerpaniu z wyczerpywanych już 80, które to wrażenia niestety nie weszły do recenzji, bo uderzyły dopiero z późniejszymi odsłuchami. Może też musisz dorosnąć? Obecne high lighty dla mnie: Skin of the Night, Graveyard Girl, Dark Moves of Love, Highway of Endless Dreams (kraut-gaze? shoe-kraut?
).
Patschula
25 grudnia 2008
totalnie nie rozumiem zachwytów nad tą płytą… tak jak napisałeś M83 ma swój infantylny styl, bombastyczne pierwsze płyty, i ja chyba wolę właśnie je, od czasu do czasu, kiedyś mocno męczyłam
ale Saturdays=Youth mi nie pasuje, jest niezgrane, niezgrabne, żaden z tracków nie wpadł mi w ucho, ani nie przeniósł w świat kolonii w Niechorzu z 95 roku
ta płyta jest zwyczajnie brzydka, bez pomysłu, nagrał ją, bo już go cisnęło, niepotrzebnie; dodatkowo okrasił okładką, która świetnie pasuje do tytułu i mamy gotowy hit…
F.
29 kwietnia 2008
No jak na razie naliczyłbym tego trzy, M83 wśród. Powoli przystawiam się do nowego Six.by Seven z nadzieją, że poszerzą listę albo jak za starych dobrych czasów zmiotą całą trójkę i sami zajmą tron. elo
lucky
29 kwietnia 2008
nieśmiało, powoli można układać sobie najważniejsze płyty 2008. Najnowsze dokonanie M83 zaczyna jak na razie tą listę.
Ell
27 kwietnia 2008
Acha, jak ktoś lubi prawdziwe syntezatory to najnowsza płytka Midnight Juggernauts – Dystopia jest zaje…
Ell
27 kwietnia 2008
No i niestety płytka jest przeciętna, za bardzo infantylna, są momenty z syntezatorami w tle ale to trochę za mało. Nie podoba mi się ten styl w rodzaju nastoletniej cmentarnej dziewczynki…Niby nastojowy ale jednak czuć za tym jakiegoś fake a, wolę coś noworomantycznego.
aurora
27 kwietnia 2008
płyta jest przeciętna. ani zła, ani dobra. takie pretensjonalne dziełko.
grześ
26 kwietnia 2008
bardzo wiosenny album
F.
26 kwietnia 2008
Czy skierowana do nastolatków? Bardziej przystępna i o nastolatkach. Poza tym wątpliwości – coś stargetowane na nastolatki też może być ok, np. podobno rexona teen ma niezły bukiet
Heliosphaner
26 kwietnia 2008
Sam nie wiem co myśleć o tej płycie. Niby podoba się, niby bardziej skierowana dla nastolatków. W przypadku poprzednich wydawnictw takich wątpliwości nie miałem