Panuje kompletna cisza. Zaczynasz słyszeć jak drobinki kurzu opadają na ubranie, roztocza łakomie wchłaniają rękawy, tlen nasyca się pod twoim nosem, a na górnej wardze buszują rozgrzane kropelki potu. Nagle skądś bucha głośna muzyka i widzisz czerwone cyfry elektronicznego zegarka. Radio wygrywa hałas, w którym nie jesteś w stanie się poruszać porażony wcześniejszą ciszą. Dźwięk atakuje cię przez jedną milionową sekundy. Następnie doświadczasz dwóch milionowych sekundy niebycia – to czas potrzebny na uświadomienie sobie, że już nie śpisz. Że siedzisz nienaturalnie prosto na łóżku w rozkopanej pościeli i zlany zimnym potem. Wstajesz, żeby się czegoś napić. Wychodzisz na przedpokój i odkrywasz, że słuchasz „7”.
Brak tu spektakularnej katastrofy, rządowego spisku wyjaśniającego zawiłość fabuły. Nie mamy chyba nawet aktorów na dobrą sprawę, te wzmianki wyżej o słuchaczu były raczej próbą uporządkowania większej całości za sprawą osnucia jej na wspólnym mianowniku. Co więcej, podobnie jak w przypadku „October Language” Belong, czy „Playthroughs” Fullertona Whitmana, również „7” nie jest w stanie zaoferować odbiorcy narracji w żadnej formie. Oczekiwać wyrażenia spójnej historii od zapętlonej masy dronów i retro-winylowych sampli, od czasu do czasu układających się w zwarte odlewy obłąkanych IDMowych melodii, to jak czekanie na księcia z bajki. Poszczególne dźwięki odpowiadające tu za rytmizację stanowią mniejszość. W otoczeniu, w jakim przyszło im się dziać, zepchnięte do kanałów, szczątki melodii z zapomnianych analogów nie są w stanie podjąć się wypełnienia narzuconego im domyślnie zadania uporządkowania chaosu. Wywołują jedynie wrażenie babrania się w przeszłości – nie tyle sentymentalnej, co stricte archeologicznej.
W zetknięciu z repetowanymi strzępkami trzeszczących starością sampli odbiorca wydaje się nie zauważać przebiegu całej reszty – subtelnie okręcających się wokół siebie ścian buczenia i tarcia. W każdym razie jednak nie sposób odmówić tej surrealistycznej biżuterii piękna. Wyrwane z macierzystego środowiska (pewnie nikt nie jest w stanie dotrzeć do ich pochodzenia) sample z „7”, pomimo skazania na bytowanie w cieniu, usłużnie pomagają budować atmosferę sondowania zamierzchłych czasów. Analiza szczątków dokonywana jest przez kogoś totalnie niezorientowanego, próbującego złożyć do kupy elementy na pozór niepasujące do siebie: roboty o ludzkich oczach, budynki ziejące czarnymi dziurami po oknach, hordy agresywnych zwierząt penetrujących ulice martwych miast, zoomy obłoczków kurzu wzlatujących spod stóp samotnego skrzypka, morskie ptaki próbujące uniknąć rozbryzgów piany lawirując w gęstej zorzy. Nie ma szans na proste, jednoznaczne symbole: może były one takie dla tych, do których ta historia należała, ale dla badacza z zewnątrz „7” stanowi labirynt, którego przebycie gwarantują jedynie nadinterpretacja albo pozostawienie odbioru samemu sobie jako doznania czystej emocji.
2003
12 KomentarzyDodaj komentarz
Dodaj komentarz










K
2 grudnia 2007
wydaje mi się, że powinno bardziej powinno chodzić o zawartość muzyczną płyty, a nie pisanie literackich opowiadań na temat krążka, które pojawiają się tu ostatnio coraz cześciej. poza tym polecam host + niesamowite video philipa jecka z gramofonami.
kj.4
21 listopada 2007
nie musi byc moje, absolutnie, ale juz teraz i ty piszesz inaczej bez sarkazmow i wzmianek o jakims pieprzonym opus magnum.troche dystantu co do odbioru swoich prac. rowniez pozdrawiam.
F.
21 listopada 2007
Słabo, że posty znikają, nie mam na to wpływu niestety. Wulgaryzmów sobie nie przypominam. Nie powiedziałem nigdzie że nie rozumiesz czegokolwiek, tylko że czepiasz się formy, dajesz nie powiązane z treścią tekstu argumenty. Nadinterpretujesz, a nadinterpretacja zwykle najbardziej pozbawiona treści. Pozdrawiam i jeśli masz ochotę to proszę – ostatnie słowo będzie Twoje.
novy
21 listopada 2007
poza bufonami są tu tez normalni ludzie (a przynajmniej 1-ja:D),lubiący co prawda bardziej normalne recki, ale i normalne pod nimi dyskusje.
kj.4
21 listopada 2007
dziwnym trafem znikaja posty.to typowe u nas ze jak ktos sie nie zgadza to trzeba oglaszac ze nie rozumie i probowac osmieszac. napisac ci ze piszesz nadete bzdury to sie rzucasz i sypiesz wulgaryzmami. gdzie poziom nagle ? 5-10-15 pelna geba. az sie nawet muzyki odechciewa sluchac jak takie bufony sa wokolo jak ty. tylko tego juz nie kasuj, maly.
F.
20 listopada 2007
A co z resztą? Utrzymuje się w lansie? Antymerytoryczne posty są jeszcze emo czy już średnio? Pytań przybywa, 5-10-15, sprawdź czy nie jesteś odpowiedzią. No a w temacie bardziej: poza 7 godne uwagi bardzo wczesne Surf, zdaje sie ze taśma matka dla 7.
3um
20 listopada 2007
Jeck był w 2005 na Musica Genera Festival i bodaj dwa dni temu na Audio Arcie.
kj.4
20 listopada 2007
namechecking ? chlopie, obudz sie. to juz nie jest ani trendy ani jazzy. aloha, shreku.
japan monser
19 listopada 2007
dobrze dobrze ze Philip Jeck sie pojawił bo to naprawde wysmienity artysta.
F.
19 listopada 2007
Cierpliwości, właśnie piszę szkolną recenzję; myślę, że będzie to moje małe pieprzone opus magnum. Po niej wracam jednak od razu do bardziej interpretacyjnych rzeczy, jako że sama analiza, podanie sposobu wydania, namechecking i polecenie muzyki dla konkretnego typu osobowości średnio mi wystarczają. Aloha, mistrzu.
Tymek
19 listopada 2007
A ja się cieszę, że w końcu sylwetka i muzyka Jecka doczekała się jakiegoś omówienia. To ważny twórca, zawsze ciekawiło mnie dlaczego tak niewiele się o nim mówi. Grał chyba nawet kiedyś w Polsce.
kj.4
19 listopada 2007
kiedy recenzje stana sie na powrot recenzjami a nie takimi nadetymi bzdurami. stricte archeologiczna przeszlosc…. bez komentarza.