Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.

S S S S – Walls, Corridors, Baffles
Paweł Gzyl:

Power ambient z Lucerny.



She Wants Revenge – She Wants Revenge


Kto kryje się pod kryptonimem She Wants Revenge? Oficjalnie dwóch Amerykanów, którzy na zdjęciach pozują na mrocznych awangardowców a’la Suicide. Adam Bravin (bas, klawisze, bębny) to producent, remikser i DJ rezydujący w klubach Los Angeles, muzyk o skąpej dyskografii i bez większych sukcesów. Druga połowa duetu to nieco barwniejsza postać: Justin Warfield (wokal, gitara, komputer) zaczynał jako raper, później przez pewien czas współtworzył One Inch Punch, a na koncie ma współpracę m.in. z Prince Paulem, Chemical Brothers i Bomb The Bass. Ja pamiętam go z koszmarku „Spite & Malice” Placebo, w którym gościnnie… rapował. Poza nimi we wkładce widnieją nazwiska Michaela Pattersona, producenta Puff Daddy’ego, Moby’ego, Notorious BIG i Limp Bizkit, oraz Grega Calbiego, współtwórcę sukcesu The Jam, Mogwai, The Strokes i wielu innych. Jak widać, o ekipę nagraniową należycie zadbano. Pieniądze wyłożył Geffen, ale by utrzymać pozory alternatywności wybrano sublabel, należący zresztą do… Freda Dursta z Limp Bizkit.
Dlaczego pozory? Ponieważ nie potrafię pozbyć się wrażenia, że poza wyżej wymienionymi za debiutem stoi ktoś jeszcze. Mianowicie, sztab ekspertów od marketingu, którzy na podstawie analizy rynku zaprojektowali kolejny produkt. Wystudiowany i przeznaczony dla określonego, przepraszam za wyrażenie, „targetu”. Specyficzny „hype” czyli sztucznie kreowany szum, sesje zdjęciowe w stylu „Bravo Girl”, obowiązkowa nalepka „Parental Advisory – Explicit Content” na okładce (z ust Warfielda tylko raz pada słowo „fuck” i brzmi śmiesznie, innych wulgaryzmów brak), nie mówiąc już o tym, że na oficjalnej stronie zespołu rozpoczęto sprzedaż koszulek i bluz w dniu premiery płyty. Niby dla kogo? Przypominam, że mówimy o debiutanckim materiale ledwo znanych twarzy.
Na promocję potrzebne są pieniądze, a te przecież muszą się zwrócić. Takie są bezlitosne prawa rynku i to wszystko można by było jeszcze przełknąć, gdyby nie najważniejszy element, czyli muzyka. Niestety, ta zupełnie się nie broni. Gorzej: potwierdza wcześniejsze podejrzenia. Jest plastikowa, trywialna i homogeniczna. A przede wszystkim stanowi ewidentny plagiat, zgodnie z zasadą, że najbardziej podoba się to, co już znamy. Autorzy nie mają za grosz własnego stylu, czerpiąc od innych bez litości i, co gorsze, bez wyczucia. Wykorzystywanie niesłabnącej mody na retro jest tu wulgarne, wręcz cyniczne. Piosenki na płycie brzmią tak, jakby dokonania Joy Division, New Order, Clan Of Xymox, Bauhausu i wczesnych The Cure oraz Depeche Mode zostały posiekane na sample, a następnie złożone w toporną całość. Płaski bas, suchy taneczny beat, prostacka gitara i amerykański raper próbujący imitować brytyjski akcent (teksty rażą treściową i emocjonalną próżnią) – tak można scharakteryzować każdy z dwunastu utworów. Co z tego, że jest tu kilka chwytliwych melodii? Słyszałem je już dawno temu, na wielu innych płytach. To już nie są zapożyczenia, to bezpardonowa zżynka. Kiepski falsyfikat. Panowie zamknęli się w skansenie i nawet nie próbują udawać, że mają coś świeżego do zaoferowania. Zamiast tego oferują muzyczny odpowiednik monstrum doktora Frankensteina. Szkoda czasu – szwy spajające krążek i tak nie wytrzymają jego próby.
2006

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. Galex

    ekhym.. nie za dużo tego jechania po nich? moim zdaniem są świetni, odświeżają stare hity i pozwalają im powrócić w lepszym być moze wydaniu. ja uwielbiam słuchać ich piosenek, jest to mj ulubiony zespół, z całego serca życzę im sukcesów i kolejnych płyt ;] (Bez)namiętny post punk z rozpustnej Kalifornii She Wants Revenge to dwóch panów z Kaliforni. Myślałby kto, że będą trzaskać hurtowo beztroskie pop-punki, tymczasem debiutanckiej płycie duetu zdecydowanie bliżej do klimatów depresyjno-klaustrofobicznych. Hipnotyczny mrok post punku krzyżuje się z szorstkim chłodem nowej fali i dekadencką słodyczą new romantic. Dawid Bowie, The Cure, Joy Division, New Order, Depeche Mode –. słychać wpływ największych. Tę ejtisową mieszankę podano w formie na tyle stylowej i świeżej, że do tej pory odpadam przy każdej kolejnej próbie przyłapania SWR na perfidnej zżynce. Tu się widać nie wytyka, tu się zachwyca. Również tekstami. Zawieszonymi gdzieś pomiędzy egzaltowanym dramatem a śmiałą perwersją. Najlepsze na koniec –. światowe wysoko nakładowe media milczą, w Polsce albumu She Wants Revenge nawet nie wydano. Co tylko potwierdza tezę, że rzeczy wielkie należą się wybranym.
    to jest inna recenzja, ja rozumiem, każdy swoje zdanie ma, ale pan chyba na siłę szuka dziury w calym. pozdrawiam.