KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.

Black Sea Dahu – No Fire in the Sand
Łukasz Komła:

Tonąc w lekkości.

DJ Shadow – Our Pathetic Age
Jarek Szczęsny:

Ilość nie przekłada się na jakość.

Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.



Sixtoo – Chewing on Glass & Other Miracle Cures


Richard Squire, czyli Sixtoo według niektórych reprezentuje brzmienia industrialnego hip hopu (sic!). Dla mnie osobiście akurat to określenie nie wydaje się być zbyt szczęśliwe, gdyż spłyca dotychczasową muzyczną drogę, jaką przeszedł twórca „Duration” i sugeruje, że ambicji starczy mu jedynie na tyle, aby pod fabryczne hałasy podkładać perkusyjne loopy. Sprawa z jego dokonaniami jest na szczęście bardziej złożona i intrygująca, bo rzecz jasna Squire wyszedł od hip hopowego podziemia (i te wpływy nadal w mniejszy czy większy sposób się za nim ciągną), ale to w jakim miejscu jest 6 2 ze swoją muzyką teraz, to już zupełnie inna bajka. Tutaj dochodzimy do „Chewing on Glass” – zeszłorocznego debiutu Squire`a w londyńskiej Ninja Tune, który (trzeba to powiedzieć od razu) jest zarówno jego najlepszym albumem, jak i jedną z lepszych realizacji w katalogu firmy tandemu Coldcut.
Punktem wyjścia okazało się właśnie instrumentalne „Duration”. Sixtoo powtórzył klimat tamtej płyty i wzbogacił go o przede wszystkim – gitary, a całość podrasował ostrą, wręcz bardzo surową elektroniką. Już nie ma szalejącej dowolnie perkusji; wszystko przybiera bardziej rygorystyczną formę i służy umiejętnemu budowaniu dramaturgii krążka. „Sidewinders” jest chyba najbardziej trafnym tego przykładem, gdzie w niespełna dwóch minutach zostaje zmieszczony rockowy wymiatacz z kapitalnym przygniatającym finałem. Ta żywiołowość jest wielkim sukcesem Sixtoo, który chciał odejścia od samych sampli i spróbował pójść w granie na żywo i zamknął całą płytę w krótkich instrumentalnych formach. Na przykład w sugestywnym „Karmic Retribution” uzyskuje niezwykle charakterystyczne i stylowe, gangsterskie brzmienie, które z powodzeniem mogłoby się znaleźć na soundtracku do któregoś ze starszych filmów o Bondzie: nisko zawieszone dęciaki doprawione orkiestrowym zwrotem to dla mnie po prostu magia. Dalej zostajemy wciągnięci – wydawałoby się bardzo prostym środkami – w świat Dzikiego Zachodu, gdzie za każdą skałą może czekać wąż, albo rewolwerowiec, co Sixtoo potrafi doskonale zilustrować nie odrywając się przy tym od spójności całego materiału. Właśnie w ogromie tropów, które zostają poruszone równowaga nawet na moment nie zostaje zachwiana i jesteśmy świadkami zabawy konwencjami, choć wszystko odbywa się raczej na poważnie czy to w narkotycznej i sentymentalnej balladzie „Horse Drawn Carriage”, czy w łamiącym głowę monotonną, szybką i głośną jazdą na bębnach w niemalże punkowym „Storm Clouds & Silver Linings” z niesamowicie rozjechanym i ekstremalnym wokalem legendarnego Damo Suzuki z Can.
„Funny Sticks Reprise” to zaskakujące przypomnienie, że Squire to również utalentowany Mc, w tym przypadku snujący swoje niepokojące historie przepuszczony przez vocoder, co sprawia, że brzmi jeszcze mocniej niż zwykle. Pozostaje jeszcze wspomnieć o „The Honesty of Constant human Error”, który jest swego rodzaju odniesieniem do pewnego okresu w twórczości Milesa Davisa, ale jakim to tego trzeba po prostu posłuchać. Perełka.
Nie ma co ukrywać, że jest to trudna, ciężka płyta. Dla nie wprawionych słuchaczy może nawet zbyt chaotyczna, ale doświadczony fan nowoczesnej elektroniki, hałaśliwego rocka i hip hopu znajdzie w tej niepowtarzalnej hybrydzie drogowskaz i świetny komentarz do czasów, w których żyjemy, choć nie słyszymy na płycie zbyt wielu słów. Świetny materiał, żeby trochę nad nim pomedytować, a jesień wydaje się być najodpowiedniejszą do tego porą. Sixtoo wkroczył do NT bez kompleksów i nagrał świetny, wielowątkowy album, który udowodnił, że wydawniczo Londyn jeszcze nieźle się trzyma i wciąż wie co wypuszczać na rynek. A już niebawem druga pełnometrażowa odsłona wyobraźni Sixtoo.
2004

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.