Coil – The Gay Man’s Guide To Safer Sex +2 OST
Ania Pietrzak:

Absolutne kuriozum!

Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.



Suicide – The First Album


Założony przez Alana Vegę i Martina Reva projekt Suicide był pierwszym wokalno-syntezatorowym duetem i prekursorem (ale nie przedstawicielem!) najpopularniejszego brzmienia pierwszej połowy lat 80. – synth popu. Spadkobiercami jego spuścizny byli przede wszystkim Soft Cell, a także Depeche Mode, OMD czy nawet Eurythmics. Wpływ Nowojorczyków sięga jednak daleko poza syntetyczną estetykę tamtej dekady; od duetu pełnymi garściami czerpią również grupy o rodowodzie gitarowym a nawet industrialnym, by wspomnieć chociażby The Kills czy Nine Inch Nails. Mając na uwadze te fakty, trudno przecenić influencję Suicide. Mimo to pozostają znani wąskiemu gronu odbiorców, a ich sukces można rozpatrywać tylko i wyłącznie w kategoriach artystycznych.
Zniekształcone litery układające się w nazwę grupy, obficie podkreślone gęstą krwią. Już okładka „The First Album” w doskonały sposób oddaje klimat muzyki Suicide – ascetyczny, maniakalny i pełen brutalności. Ascetyczny, bo posiada ona właściwie tylko dwa składniki: opętany, schizofreniczny wokal Alana Vegi oraz mroczne podkłady, generowane przez Martina Reva przy pomocy nieskomplikowanych syntezatorów (w tym klawiszy firmy Farfisa, używanych m.in. przez członków Kraftwerk) i niemniej prymitywnej maszyny perkusyjnej. Istotą tej muzyki jest trans – jednostajna pulsacja okraszona brudnymi, szorstkimi motywami. Opis ten nie oddaje, niestety, pełnego obrazu szalenie specyficznej mieszanki dźwięków kreowanych przez Suicide. Niełatwo jednoznacznie zdefiniować zawartość ich pierwszego dzieła, bo jest ona niepodobna do niczego, co powszechnie znane. Zgodnie ze słowami Reva: „Brzmienie Suicide jest jak odcisk palca, całkowicie moje, własne. To wypływa z całej wielkiej serii zbiegów wydarzeń i wypadków. Również z genów, zewsząd”. Wszystkie kompozycje zawarte na płycie dobitnie udowadniają rację klawiszowca, ale przedostatnia robi to najdosadniej. „Frankie Teardrop”, bo o niej mowa, jest punktem kulminacyjnym albumu. Prawdopodobnie najbardziej przerażające 10 minut w historii muzyki; na tle monotonnego, tętniącego tła Vega snuje ponurą opowieść o popadającym w obłęd weteranie wojny wietnamskiej. Zwolniony z pracy nieszczęśnik morduje w ataku szaleństwa własną rodzinę, po czym popełnia samobójstwo. Wokalista znakomicie wczuł się w rolę człowieka doprowadzonego do kresu wytrzymałości psychicznej, a jego rozedrgany śpiew, przechodzący stopniowo w nieludzki wrzask, przyprawia o autentyczną gęsią skórkę. Raz usłyszany, „Frankie Teardrop” zostaje w pamięci już na zawsze.
Histeryczna maniera Vegi w połączeniu z zimnym analogowym brzmieniem urządzeń Reva skutkuje mieszanką wybuchową, którą niełatwo przyjąć za pierwszym podejściem. Debiut Suicide to swoisty cios w twarz słuchacza obdarzonego przeciętnym, mainstreamowym gustem – nawet po 30 latach, które minęły od jego premiery. O niewielu nagraniach z tamtych zamierzchłych czasów można powiedzieć, że w dalszym ciągu stanowią wyzwanie. „The First Album” z pewnością się do nich zalicza.
1977

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. rzygacz

    Frankie nie był czasem młodym pracownikiem fabryki?

  2. tomidlak

    kilka dobrych lat temu wyszla reedycja tego tytulu – 2 plyty. na jednej album zremasterowany, na drugiej – koncert z CBGB s i z brukseli z 1977, gdzie suicide supportowali elvisa costello. slychac, ze ludzie nie za bardzo kumali czaczy. gwizdy, buczenie, ogolna dezaprobata i alan vega dracy ryja: FUCK U!

  3. czarnySęp

    Wszystko to prawda. Kilka tygodni temu powróciłem do tego albumu po wielu latach przerwy. Rzecz absolutnie nic nie straciła ze swojej porażającej siły. Absolutne, skończone arcydzieło. Studium alienacji, zdegradowanego psychicznie, samotnego człowieka w postindustrialnym społeczeństwie. Czasy i realia, kiedy album powstawał, były inne ale ta muzyka doskonale oddaje również lęki współczesnego człowieka ery globalizacji, dla którego codziennością jest dyktatura skomercjalizowanych mediów i migotających ekranów piorących mózgi oraz stechnicyzowana i odhumanizowna, cywilizacja, której fundamentem i największą cnotą jest pieniądz, a otaczająca rzeczywistość jawi się nieustającym spektaklem. Albo się dostosujesz albo czeka cię popadanie w obłęd i paranoję.