Waajeed – From The Dirt
Paweł Gzyl:

Cała tradycja „czarnej” muzyki w formie klubowych killerów.

Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.



Archive for Listopad, 2018

Blackfilm – Blackfilm


Jeśli pominąć właściwie nieistotną otoczkę anonimowości oraz stojące za nią intencję i skupić się na muzyce, wówczas trudno do czegokolwiek się przyczepić. Pod prostą, może nawet banalną okładką kryje się niepokojąca soniczna ilustracja nowoczesnej metropolii, swego rodzaju soundtrack do kina spod znaku noir (w końcu nazwa zobowiązuje). Anglosasi okraszają takie brzmienia właśnie słowem „cinematic” i jakkolwiek banalnie to brzmi, dobrze oddaje nastrój panujący na „Blackfilm”: wszechobecny mrok generowany przez zróżnicowaną, jazzującą rytmikę, strzępy fortepianu, wzniosłe smyczki, syntezatorowe pasaże i drobne dźwiękowe detale, niepowtarzalne niuanse.
Zaskakuje rozmach i dojrzałość w zachowywaniu równowagi; Blackfilm nie szarżuje i nie jest efekciarski. Niewielu debiutantów może sobie pozwolić na orkiestrowego kolosa typu „Stalingrad” bez popełnienia skuchy, lecz autor tego materiału radzi sobie bezbłędnie z dłuższą formą (10 minut!), wprowadzając pod koniec atmosferę rodem z filmów Lyncha. Inne highlighty? Brzmiące jak zaginione kawałki Amona Tobina „Come & See” i „Sonar”, inspirowana Burialem miniaturowa perełka „Eastern”, orientalny dub „Mahabharata” oraz finalny „Atlantikend”, czyli wycieczka do Bristolu połowy lat 90. Nie brak tu również nawiązań do przestrzennego ambientu, organicznego modern classical i subtelnego IDM-u. W słowach nie brzmi to wszystko zbyt szczęśliwie, lecz w praktyce sprawdza się nad wyraz dobrze. Brzmienie, celowo przyprószone wielkomiejskim brudem, jest wypieszczone i soczyste. Nad masteringiem czuwał zresztą sam Kattoo (ex-Beefcake), który, jak wieść niesie, zrezygnował z tworzenia muzyki.
Każdy, kto ceni dźwięki podobne do wyżej wymienionych, powinien być usatysfakcjonowany. Blackfilm nie zamyka się w jednej, określonej konwencji, lecz uprawia erudycyjną, choć raczej przewidywalną elektronikę będącą wyrazem rozmaitych inspiracji.
2008

Dinky – May Be Later


Minimal techno przestało być seksistowskie. Obecnie emancypacja kobiecego techno nie ma sobie równychZaczynała osiem lat temu dwunastką na Traum Schallplatten, a ciekawy długogrający debiut Black Cabaret wydał w 2003 roku podówczas modny i ceniony nowojorski Carpark. Od tamtej pory coraz częściej stawało się jasne, że w kategorii producent minimal techno ilość dyktowana przez mężczyzn nie chce iść w parze z artystyczną jakością gwarantowaną przez kobiety. Minimal techno przestało być seksistowskie. Obecnie emancypacja kobiecego techno nie ma sobie równych od czasu producenckich ekscesów K-Hand i śmiało można powiedzieć, że kobieca techno transgresja i jej przejawy będą postępować i pojawiać się coraz częściej, stając się swego rodzaju awangardą tej muzyki. Dowodem może tu być chociażby kolejny długograj Dinky May Be Later, kolekcja niewiarygodnie wykręconych melodii i brzmień na tle tribalowego rytmu. Zarówno przereklamowany kamrat Ricardo V., jak i weterani sceny na czele z Richie Hawtinem i Cristianem Voglem, winni posłuchać uważnie tej płyty i zapytać siebie: dlaczego ostatnio nie udało mi się nagrać czegoś choć w połowie tak dobrego? Przecież w każdym utworze słychać ich wszystkich razem wziętych, soli tutaj Dinky nie wymyśliła, Rzymu od podstaw nie zbudowała.


Jeśli można mówić o seksapilu w minimal techno, to stopień subtelnie wyciszonej, zmysłowej rytmicznej abstrakcji jest jego najlepszym miernikiemA jednak potrafiła przemycić do ultraosłuchanego minimalu nowe pierwiastki: cooljazzowe pochody ciepłych klawiszy (Mi Amor), oryginalne potraktowanie instrumentów akustycznych (jak choćby filtracja preparowanego, rozstrojonego fortepianu w Mars Cello), nawiedzone wokale pijanych krasnoludków (Mars Cello), disco funk z kongami i krowimi dzwonkami (Burdelia), postprinceowski erotyzm (She Is Movin z ewidentnie pobudzonym Big Bullym na wokalu), dalekowschodnią egzotykę (table i sitary w Mind osadzonym na niemal dubstepowym bicie) plus te wszystkie dziwaczne sample i sampelki niewiadomego pochodzenia. W takim na przykład Sunday Set mroczny, ale zmysłowy deephouse pokrywa wysypka lowtechowych jazgotliwych, błyszczących zgrzytów. Wszystko staje się kolorowe jak makijaż urodziwej Alejandry na jej ostatnich zdjęciach. Stopa w każdym utworze miękka, odczuwalna w zasadzie jako puls podbity funkowym basem, daje rezultaty łatwo przyswajalne, choć miejscami mocno surrealistyczne. A jeśli można mówić o seksapilu w minimal techno, to stopień subtelnie wyciszonej, zmysłowej rytmicznej abstrakcji jest jego najlepszym miernikiem.
Nie jest to jednak dzieło skończone, Dinky jakby nie do końca uwierzyła w swój potencjał i nie rzuciła się na głębokie wody muzycznego novum. No Pressure czy Seven 2 Seven, jakkolwiek z pasją i znajomościa szatańskich sztuczek studyjnych wyprodukowane, brzmią jak remiksy Mouse On Mars czy Sensoramy – cos takiego łykaliśmy jeszcze w latach 90. Poziom wysoki, ale w tym akurat wypadku wzbicie się poza orbitę już nie było możliwe. Choć gdyby pozbyć się tendencji do odniesień, muzyka najzwyczajniej w świecie uwodzi. Ta płyta to materiał do przemyśleń dla producenckich gwiazd gatunku i dla przyjemności słuchacza. Introspekcje, taniec horyzontalny, stymulacja wyobraźni gwarantowane.
2008

Dogmaty nie są potrzebne

Niklas Worgt czyli Dapayk Solo jest jednym z najbardziej kreatywnych producentów niemieckiej elektroniki. Jego najnowszy album – „Devil`s House” – w ciekawy sposób łączy różne odmiany tanecznych gatunków. W ramach promocji płyty artysta odwiedził Polskę i zagrał krakowskim klubie „Qushi”. Była więc okazja do rozmowy. W latach 90. specjalizowałeś się w połamanych rytmach, grając w projektach Frauds And White i Sonstware. Dlaczego potem sięgnąłeś po techno i house?
Mieszkałem wówczas w Turyngii na prowincji Niemiec. Nie było tam żadnych wykonawców tworzących breakbeat. Kiedy chciałem zagrać na żywo, musiałem więc występować na imprezach techno. Ludzie byli nieco zszokowani tym, co słyszeli, niektórzy w ogóle nie znali wtedy drum`n`bassu. Reagowali więc dziwacznie: stali wkoło konsolety i tylko kiwali głowami do taktu. Pewnego dnia zdecydowałem się wprowadzić do swych nagrań bardziej regularny bit. I wtedy zadziałało: wszyscy zaczęli tańczyć. Pomyślałem więc: „OK, skoro tego chcecie, to czemu nie?”. Od kiedy zacząłem stosować prostsze konstrukcje rytmiczne, dostawałem więcej propozycji występów. W 1999 roku promotorzy zaczęli organizować w Turyngii duże imprezy rave i poprosili mnie, abym został ich rezydentem. Postawili jednak warunek – żebym występował pod nową nazwą. Pojawiłem się więc jako Dapayk Solo.


Nagrałeś dwa bestsellerowe albumy z top-modelką Evą Padberg. Czym różni się muzyka, którą robisz w duecie Dapayk & Padberg od tej, którą tworzysz, jako Dapayk Solo?
Dapayk Solo to bardziej eksperymentalny projekt. Robię w nim naprawdę to, na co mam ochotę. Nie stawiam sobie żadnych ograniczeń. Dapayk & Padberg to dwie osoby, co oznacza, że musimy od czasu do czasu iść na kompromisy. Staramy się łączyć techno z popem, który lubimy. Jako Dapayk Solo nie potrzebuję tego. Dlatego wtedy moja muzyka jest cięższa i mroczniejsza. Kiedy czuję, że mam ochotę zagrać jakiś melodyjny akord, zostawiam go dla Dapayk & Padberg. (śmiech)
Twój nowy solowy album – „Devil`s House” – to w pewnym sensie soundtrack do wyimaginowanego thrillera. Skąd ten pomysł?
Śmieszy mnie, gdy ludzie tworzą sobie w głowach niepotrzebne dogmatyPracę nad każdą płytą zawsze zaczynam od stworzenia jej ogólnego konceptu. W pewnym momencie wyzwaniem stało się dla mnie nagranie materiału, który jako całość z powodzeniem mógłby być zarówno grany przez didżeja w klubie, jak i słuchany w domu. Tytułowe nagranie – „Devil`s House” – z wsamplowanym głosem kapłana voodoo, zrobiłem już dwa lata temu. Ciągle chodziło ono za mną, aż w końcu pomyślałem: „OK, dlaczego by nie „nakręcić” na jego podstawie „filmu”? Potrzebuję tylko zawiązania intrygi na wstępie, kilku szokujących „scen”, punktu zwrotnego i… happy endu!”. Miałem już zrobione kilka loopów, których nigdy wcześniej nie wykorzystałem, bo do niczego nie pasowały. Tym razem okazały się jednak przydatne. Dopasowałem je do poszczególnych „scen” i wypełniłem puste miejsca między nimi nowymi dźwiękami. To było nadzwyczaj proste! (śmiech)
Wymieszałeś na „Devil`s House” różne bity: od electro i techno, po breakbeat i dubstep. Co łączy te wszystkie struktury rytmiczne Twoim zdaniem?
Dla mnie to wszystko jest techno. Tak naprawdę nie widzę wielkich różnic pomiędzy tymi stylami. Wszystkie niosą mnóstwo energii i pozwalają na dźwiękowe eksperymenty. Śmieszy mnie, gdy ludzie tworzą sobie w głowach niepotrzebne dogmaty: „O, to nie jest wystarczająco minimalowe! To jest bardziej deep-techno-house`owe!” Komu to potrzebne?

Wszystkie elementy funkcjonujące w Twojej nowej muzyce są jednak podporządkowane najmodniejszemu obecnie minimalowemu brzmieniu. Co Cię w nim fascynuje?
Minimal to tylko nowa nazwa na stary pomysł. Już piętnaście lat temu większość kawałków techno składała się z mocnego uderzenia bitu, hipnotycznego pochodu basu i transowych loopów. A to przecież minimal! Jeśli każdy dźwięk jest właściwie rozmieszczony, nie trzeba używać dwudziestu nakładek, aby kawałek był odpowiednio wypasiony. I to jest dla mnie najbardziej cenne w minimalu.
Dlaczego wolisz występować na żywo niż didżejować?
Zawsze czuję się lepiej, kiedy gram w klubie własną muzykę. Gdy przeplatam swoje kawałki cudzymi nagraniami, czuję się, jakbym trochę… oszukiwał. Dzisiaj zbyt łatwo jest być didżejem – wystarczy kliknąć na laptopie i wszystko gra w odpowiednim porządku. To prawdziwy obciach. I nie ma nic wspólnego z autentycznym didżejowaniem.
Nie pochwalasz grania z empetrójek?
Cały ten szum wokół komputerowego didżejowania jest nie do wytrzymania. Reklamy krzyczą: „Każdy może miksować! Ty też możesz być didżejem!”. To sprawia, że firmy sprzedające empetrójki w Internecie i produkujące sprzęt do ich miksowania zarabiają dzisiaj krocie. I kto to wszystko promuje? Sam król undergroundu – Richie Hawtin! Za każdym razem, kiedy mówi, że granie z winyli jest już skończone, wychwala swoje własne produkty, aby zarobić na nich jeszcze więcej kasy. To już nie jest underground. Takie wytwórnie, jak Pokerflat czy Get Physical też sprzedają dużo płyt, ale nigdy nie przekraczają pewnych granic.
Sprawdź

Zdjęcie: Tailored Communication

Słuchaj egzotycznego seta

Oto całkiem niezły przewodnik po nowoczesnych brzmieniach globalnej wioski – pisze o krążku „Uproot” Tomek Sobczak. – Jace Clayton jako Dj Rupture zajmuje się podróżami i tworzeniem ciekawych miksalbumów.

Wykręcili Pivota

W naszym serwisie zobaczyć dziś możecie najnowsze video zespołu Pivot – jednego z ostatnich narybków labelu Warp. Oficjalny klip to po prostu fragment jednego z koncertów zespołu. Słyszymy tytułowy kawałek z płyty „O Soundtrack My Heart”, wydanej w sierpniu tego roku. Video nakręcone zostało dokładnie 15 sierpnia podczas występu Pivot w ramach francuskiego festiwalu Route Du Rock. Pivot zagrali zaraz po Sigur Rós. Jak zagrali – sprawdźcie poniżej:

Radiohead to niezły biznes

Oprócz doskonałej muzyki – doskonałe zarobki. Radiohead są obecnie jednym z najlepiej zarabiających alternatywnych zespołów. Świadczą o tym ujawnione właśnie dane na temat sprzedaży ostatniego krążka grupy. Wydany rok temu krążek „In Rainbows” w wersji CD rozszedł się w liczbie trzech milionów egzemplarzy. Specjalną, bogatszą, limitowaną wersję albumu kupiło niemal 100 000 fanów. Zespół nie podał dokładnych danych odnośnie plików mp3 (w ten sposób płyta dystrybuowana była na początku) – wiemy jedynie, że muzycy Radiohead na cyfrowym eksperymencie (fani sami ustalali, ile chcą zapłacić za możliwość pobrania muzyki) zarobili więcej, niż na sprzedaży swego poprzedniego krążka – „Hail To The Thief” – w USA.
Warto więc wydać krążek najpierw w mp3, potem na CD – wówczas na jednej płycie zarobić można podwójnie. Inna sprawa, że ta teoria tak dobrze sprawdzać się może jedynie w przypadku grup takich, jak Radiohead. Gratulujemy i czekamy na nowe dźwięki.

Goście na nowej płycie Fatboy Slima

Dokładnie 3 lutego ukaże się najnowszy krążek Fatboy Slima. Aby ratować pogubioną w ostatnich latach formę, artysta zdecydował się zaprosić do studia całą masę gości. Krążek zatytułowany „I Think Were Gonna Need a Bigger Boat” sygnowany będzie nazwą Brighton Port Authority. O projekcie pisaliśmy jakiś czas temu w serwisie, dziś mamy dla Was szczegóły na temat tego wydawnictwa.
Premiera zaplanowana została na 3 lutego, krążek ukaże się nakładem wytwórni Southern Fried. W nagraniach wzięli udział m.in. Iggy Pop, David Byrne, Dizzee Rascal, Ashley Beedle czy Justin Robertson. Łącznie na płycie znajdziemy 12 premierowych kompozycji. Ich dokładną liste prezentujemy poniżej:

  • 01. Hes Frank (ft. Iggy Pop)
  • 02. Dirty Sheets (ft. Pete York)
  • 03. Jumps the Fence (ft. Conan)
  • 04. Should I Stay or Should I Blow (ft. Ashley Beedle)
  • 05. Island (ft. Justin Robertson)
  • 06. Local Town (ft. Jamie T)
  • 07. Seattle (ft. Emmy the Great)
  • 08. Spade (ft. Martha Wainwright)
  • 09. Superman (ft. Simon Thornton)
  • 10. Superlover (ft. Thom Gandey)
  • 11. Toe Jam (ft. David Byrne and Dizzee Rascal)
  • 12. So It Goes (ft. Olly Hite)

Przypomnijmy, że poprzedni krążek Fatboy Slima – „Palookaville” – ukazał się w roku 2004. Posłuchajcie fragmentu tego materiału – „North West Three”:

Koniec Thievery Corporation?

– Ta muzyka jest, mówiąc najgrzeczniej, łagodna jak ambientowe noce z jogą w programie TVN Style – pisze Łukasz Bratyszewski o najnowszym krążku Thievery Corporaion. Czytaj naszą recenzję „Radio Retaliation”!

Najlepsze AD 2008: pierwsze rankingi

Doczekaliśmy się pierwszego zestawienia najciekawszych płyt kończącego się powoli roku. W rolę jurorów wcielili się redaktorzy magazynu XLR8R. 25 posegregowanych alfabetycznie płyt znajdziecie na stronie internetowej pisma.

Pole jubileuszowy i darmowy

Słynna już „jedynka”, bądź – jak kto woli – „niebieski album” autorstwa Pole skończył właśnie dziesięć lat. Z tej okazji Stefan Betke postanowił opublikować specjalny singiel, którego połowa dostępna jest za darmo w sieci. Chodzi o wydawnictwo „Alles Gute / Alles Klar”. Jego oficjalna premiera zaplanowana została na koniec roku. Całość wyda oczywiście prowadzony przez Pole label ~scape. Już teraz na stronach oficyny pobrać możemy jeden z dwóch umieszczonych na singlu utworów. Wystarczy kliknąć na mp3 bądź odwiedzić stronę www.scape-music.com. Sam kawałek nie jest zupełnie premierowy – wcześniej znależć go mogliśmy na składance „Round Black Ghosts”.
Fragmentów „Alles Gute / Alles Klar” szukajcie również na MySpace Stefana Betke. A poniżej zobaczycie (marnej niestety jakości) film z występu Pole w warszawskiej Pruderii:

Zobacz najnowsze video Portishead!

Co robią obecnie muzycy Portishead? W tym roku wydali ciepło przyjęty krążek „Third„, potem ruszyli w krótką trasę koncertową. Wydali również dwa single. Najnowszy – trzeci – ukaże się na dniach. Po kawałkach „Machine Gun” oraz „The Rip” przyszedł czas na kompozycję „Magic Doors”. Singiel ukaże się 15 grudnia, już teraz jednak zamawiać go można na stronie www.portishead.co.uk. Niestety na krążku nie znajdziemy żadnego innego kawałka – strona B będzie po prostu pusta.
Dobra wiadomość? Na stronie zespołu już teraz oglądać możemy video do singlowego kawałka, nakręcone przez Johna Mintona. Wystarczy zarejestrować się pod adresem www.portishead.co.uk.
Zobaczcie, jak w marcu tego roku Portishead grali „Magic Doors” podczas jednego z koncertów:

Zobacz Depeche Mode w studio

Depeche Mode ostro pracują nad nowym albumem. Klawiszowiec zespołu – Andy Fletcher – nakręcił kilka krótkich filmów dokumentujących nagrania. Dziś prezentujemy Wam je w serwisie. Co prawda z filmów nie da się wyłowić zbyt wiele – ot kilka eksperymentów z brzmieniem, trochę zabawy przy odsłuchu materiału demo. Atmosfera w studio wydaje się bardzo dobra – może podobnie będzie podczas koncertu, jaki zespół zagra 23 maja 2009 w Polsce?
Trzy filmy z fragmentami sesji nagraniowej prezentujemy Wam poniżej. Z niecierpliwością czekamy na ten materiał. Przypomnijmy, że jego premiera zaplanowana została na wiosnę przyszłego roku, producentem zaś jest Ben Hillier.


Muzyka między techno a house

Till Lohmann omija na „Supershelter” szerokim łukiem wszelkie aranżacyjne nowinki, koncentrując się na tworzeniu rozbudowanych kompozycji o bogatym brzmieniu i mrocznym klimacie – pisze w naszym serwisie Paweł Gzyl.

Najładniej wydane płyty

Jakie płyty w Waszej kolekcji zostały najciekawiej wydane? Na naszym forum rozpoczęła się dyskusja o muzycznym dizajnie. Podziel się swoimi typami!

Thievery Corporation – Radio Retaliation


Działa wspaniałe tło muzyczne, wzbudzające marzenia o gwieździstej nocy, z lampką wina przy dźwiękach sitaru. Sielanka nie trwa długo, bowiem budzę się i stwierdzam, że telewizja jednak kłamie, a to co piszę, to czysta egzaltacja, będąca rodzajem literackiego obciachu. Nowa płyta Thievery Corporation przypomina taką reklamówkę krainy geograficznej, która notorycznie przerywa mi zacięte igrzyska na kanale sportowym. Ale po kolei.
Wygląd opakowania mnie urzekł. Tarcza – logo panów z TC, tym razem trójkolorowe, w barwach rastafariańskich, ewentualnie deklamująca miłość do Etiopii. Ślicznie zaprojektowana okładka, wysuwająca z tekturki pokaźny plakat. Wszystko to w aurze „eko-street-rebelii”. Wygląd zewnętrzny jest rzeczywiście majstersztykiem graficznym; gorzej z warstwą muzyczno-emocjonalną.
Zamiast prostoty geniuszu, wyszły widoczne skutki lenistwaA warstwa muzyczna jest jak podkład do reklamówki Pendżabu czy innej atrakcji spowitej malowniczą mgłą o świcie. Z wyjątkiem trzech, może czterech utworów, reszta jest, mówiąc najgrzeczniej, łagodna jak ambientowe noce z jogą w programie TVN Style. Wydaje się, że Rob Garza i Eric Hilton chcieli podnieść poprzeczkę geniuszu minimalizmu, jaki doskonale im wyszedł na poprzedniej płycie. Chodzi o to, iż eklektyzm muzyczny na poprzedniej płycie „Cosmic Game” osiągnął spójność, kiedy często w takich przypadkach materia rozsypuje się w palcach. W przypadku „Radio Retaliation” nowa materia rozpada się już po pierwszych dźwiękach płyty.
Tak więc, zamiast prostoty geniuszu, wyszły widoczne skutki lenistwa. Wydaje się, że poprzednia płyta ich przerosła, a teraz sami nie są świadomi poziomu jakości nowej płyty, spłaszczonej brzmieniowo, wykorzystującej te same patenty co poprzednio, tylko nieco mniej urokliwe, nie tak poustawiane, wręcz niebezpiecznie podobne do dokonań Simply Red (śmieszne podkłady, powiedzmy trip-popowe…) a nawet Toma Jonesa (słyszę go w „The Numbers Game”)


Te same, niezmienne od wielu lat sposoby na reagge, bossanovę czy elementy wygładzonej ragiWyjątkowo trudno było mi wybrać jakikolwiek smaczek muzyczny, a jakiekolwiek zdarzają się i na przeciętnych wydawnictwach. Wyróżnia się „Vampires”, gdzie gościnnie śpiewa Femi Kuti, syn legendarnego Feli. Ciekawym utworem jest jeszcze „33 Degres” i to by było na tyle. Coś, co jest ciekawe niekoniecznie czyni awanse. Reszta utworów to te same, niezmienne od wielu lat sposoby na reagge, bossanovę czy elementy wygładzonej ragi. Czy zatem „Radio Retaliation” jest płytą przeciętną, czy wyraźnie złą? Tym, którzy szukają wyświechtanych aranżacji i dźwięków wywołujących radość w sercu, płytę odradzam. Tym, którym do gaworzenia potrzebne jest tło muzyczne – również. Kosztujcie wino przy poprzednich płytach Thievery Corporation.
Obawiam się, że jeśli panowie nie przestawią się na tworzenie czegoś innego w obrębie tego samego nurtu, kolejna płyta będzie jeszcze bardziej zimnym klopsem. Odnoszę wrażenie, że nowa produkcja TC jest koronnym argumentem na ostatnie tchnienia muzyki smooth- klubowej, która kilka lat temu przeżywała drugie uniesienie, gdzie takie zespoły jak Nightmares on Wax czy Bonobo przyćmiły już nieco wyblakłe pomysły Air. Było tam też miejsce dla TC. Było.
2008

DJ /rupture – Uproot


Ledwie minął rok od szóstej części serii Shotgun Wedding popełnionej wraz z Filastineem, a już płodny Clayton dostarcza kompilację dubplateów i oficjalnie wydanych numerów, których połączenie nierzadko zaskakuje.
Z kilku powodów chciałem się wypowiedzieć tutaj na temat tej płyty: po pierwsze – słucha się jej niczym autorskiego albumu, co w dobie djskiej nadprodukcji nie jest znowu takie oczywiste; po drugie – połowa utworów na Uproot nie była wcześniej publikowana; po trzecie – ta egzotyczna całość smakuje po prostu przewybornie.


Zgodnie z tytułem, następuje tu coś w rodzaju wykorzenienia i syntezy brzmień współczesnej miejskiej muzyki z różnych stron świata. Wspólnym mianownikiem kolejnych utworów pozostaje korzenny, nasycony dubem puls ragga, dancehall, grime. Jako że ostatnimi czasy dubstep stał się najbardziej progresywną bronią wielkomiejskiej partyzantki, całość podszyta jest charakterystycznym dla tego gatunku, ociężałym i zazwyczaj niepokojącym bitem.
Język angielski w zaśpiewach niepostrzeżenie przechodzi we francuski i arabski. Clayton zaś gładko prześlizguje się pomiędzy antyklubowymi basowymi bangerami a senną, głęboką kameralistyką. Wykorzystany w miksie ambientowy wtręt z płyty Plays Ekkeharda Ehlersa to chwila oddechu pomiędzy zmieniającymi się jak w kalejdoskopie tanecznymi utworami i doskonała puenta djskich możliwości Claytona czarującego słuchacza nie tyle techniką, co smakiem i subtelnością w łączeniu brzmień, które wcześniej w takiej konfiguracji trudno było sobie wyobrazić.
Bywa buntowniczo i agresywnie; można posłuchać opowieści o Brooklynie, po czym wtopić się w ekstatyczny bezmiar Bliskiego Wschodu. Pobrzmiewająca filmowo końcówka płyty jest bardziej ilustracyjna, hipnotycznie zapętlona i w pełni akustyczna. Uproot kończy się illbientowym breakbeatem będącym ,odległym echem brzmienia wytwórni Wordsound końca lat 90. 23 utwory, 23 możliwości lotu bez ruszania się z domowego fotela.
2008

Muzyka filmowa od Tarwater

Jeden z naszych ulubionych niemieckich projektów – Tarwater – wziął udział w nagraniach ścieżki dźwiękowej do filmu „donne-moi la main / reich mir deine hand”. W serwisie prezentujemy szczegóły tego przedsięwzięcia. Obraz jest koprodukcją francusko – niemiecką. Za całość odpowiada młody francuski reżyser – debiutant: Pascal-Alex Vincent. Premiera obrazu odbędzie się podczas trwającego właśnie festiwalu filmowego w Torino (impreza zakończy się 29 listopada).
Przypomnijmy, że to nie pierwsze filmowe przesięwzięcie Tarwater. Duet ma na swoim koncie nagrania na potrzeby filmu „Close” (2004) czy „Die Datsche” (2002).
A tak panowie grali w ubiegłym roku w Warszawie:

Zasłużony label zawiesza działalność

Francuska oficyna F Communications, prowadzona przez Erica Moranda i Laurenta Garniera, po czternastu latach zawiesza działalność. Na jak długo? Założyciele labelu w swym oświadczeniu przyznali, że chcą poświęcić się nowym wyzwaniom. – rola producenta i wydawcy stała się dla mnie zbyt ograniczająca, zbyt restrykcyjna – przyznaje Morand. – Mam już ponad 40 lat i moje potrzeby są zupełnie inne niż te, które miałem w wieku 20 lat.
Jednocześnie Morand i Garnier zapowiadają, że tylko zawieszają działalność. Na jak długo? Nie wiadomo. My dodajmy tylko, że F Communications ma na swym koncie tak znakomite wydawnictwa, jak choćby „Shot in the Dark” Garniera, „Analog Worms Attack” Mr.Oizo czy „Boulevard” Saint Germain.

Posłuchaj klubowych killerów

– „Schöne Neue Extrawelt” zadowoli zarówno poszukiwaczy nowych rozwiązań brzmieniowych we współczesnej elektronice, jak i tych, którzy lubią konkretne klubowe killery – w naszym serwisie Paweł Gzyl pisze o debiutanckim krążku duetu Extrawelt.

Już w sobotę LTJ Bukem!

Na koncercie tego duetu po prostu trzeba być – już w najbliższą sobotę, w Chorzowskiej Hali Wystawowej Kapelusz zagra LTJ Bukem i MC Conrad. Już dziś zobacz w serwisie, czego możesz się spodziewać. Bukem to założyciel kultowej dla drumnbassu wytwórni Good Looking Records. Charakterystyczne, przestrzenne aranżacje stały się wizytówką nie tylko samego Dja, ale również wszystkich nagrywających dla GLR artystów. Podczas koncertów Bukemowi już od lat towarzyszy MC Conrad, który ubarwia sety Dja swoją wyjątkową energią.
Sprawdźcie sami:

Bilety na to wydarzenie kosztują 30zł (przedsprzedaż) oraz 35zł (dzień koncertu). Początek wieczoru o godzinie 20.00, przed gwiazdami zagrają Furney, Ros, Nzeroid oraz Novika & Lexus.
I jeszcze jedna próbka możliwości duetu: