John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



Archive for Listopad, 2018

Cinematic Orchestra i…flamingi?

Soundtrack najnowszego filmu przyrodniczego Disneya oparty został na muzyce The Cinematic Orchestra. Dziś w serwisie udowadniamy, jak znakomicie muzyka zespołu uzupełnia film o flamingach. Chodzi o francuski obraz „Les Ailes Pourpres” (Purpurowe Skrzydła), który do kin wszedł 17 grudnia. Film w znakomity sposób dokumentuje życie flamingów na jeziorze Natron (Tanzania) – swoją konstrukcją, montażem i zdjęciami przypomina choćby doskonały „Marsz Pingwinów”.
Na ścieżce dźwiękowej „Les Ailes Pourpres” znajdziemy muzykę The Cinematic Orchestra – łącznie dwanaście kawałków. Spis wszystkich prezentujemy poniżej. Wcześniej – trailer filmu.

  • 1. Opening Titles
  • 2. Arrival Of The Birds
  • 3. The Dance
  • 4. Soda
  • 5. Hatching
  • 6. Marabou
  • 7. Exodus
  • 8. Transformation
  • 9. Hyena
  • 10. Life And The Bird
  • 11. First Light
  • 12. Crimson Skies

Czego nie lubisz w muzyce?

Koszmarna realizacja? A może propagowanie prostackiego stylu bycia i życia? Czego nie znosimy w muzyce, którą uważamy za kiepską? O tym na naszym forum.

Siarczysty electroclash

Jeżeli ktoś oglądał film „Nieodwracalne” z pewnością pamięta gejowski klub „Odbytnica”. Muzyka włoskiego producenta Adriano Canziana wydaje się być wręcz stworzona do takiego właśnie miejsca.

Na Sylwestra do Hipnozy!

W ubiegłym roku artyści z Ninja Tune panowali podczas Festiwalu Nowa Muzyka, w tym roku zapanują podczas dzisiejszej zabawy sylwestrowej w katowickim klubie Hipnoza. Sprawdź szczegóły imprezy!

Lone w abstrakcyjnym świecie

Angielski glitch-hopowy producent Lone powraca z drugim albumem „Lemurian”. Brzmi tak, jakby Boards Of Canada, James Lavelle i Chris Clark skrzyknęli się w celu stworzenia hiphopowego projektu joint venture. Autor prowadzi bloga joilet.blox.pl
Po debiutanckiej emigracji w Belgii, angielski glitch-hopowy producent Lone powraca do swojego umiłowanego Nottingham z drugim albumem „Lemurian”. Brzmi on tak, jakby Fizzarum, Boards Of Canada oraz James Lavelle i Chris Clark skrzyknęli się w celu stworzenia hiphopowego projektu joint venture.
Z wyglądu przypomina on najzwyklejszego chłopka-roztropka. Choć to tylko pozory, które działają jak najbardziej na korzyść Matta Cutlera. Wiadomo o nim tyle, iż w zamierzchłych czasach był perkusistą. I ta smykałka tworzenia i programowania rytmu pozostała Mattow do tej pory. Tylko w nieco zaawansowanej-laptopowej odsłonie. W 2002 roku razem z koleżką z sąsiedztwa – Andym Hemsleyem Cutler powołał do życia bardzo eksperymentalny duet Kids In Tracksuits.
No i zaczęli dłubać tworząc swoje aranżacje będące wypadkową inspiracji czerpanych z dokonań Wu Tang Clan, Madliba oraz Aphexa Twina, Boards Of Canada i (jakby inaczej) DJ Shadow. Cztery lata po powstaniu wspomnianego przeze mnie projektu Andy i Matt wydali swój mini album New Kids Rock The Block E.P.. Po raz pierwszy prezentując swoją wizję organicznie syntetycznego hip hopu. Mniej więcej w tym samym czasie Cutler zadebiutował albumem „Everything Is Changing Colour”, który można porównać z zakręconymi kompozycjami Prefusea 73.
okładka albumu
Kolejny longplay Matta wzbogaca tym razem dyskografię, działającej od pięciu lat w Nottingham, wytwórni Dealmaker Records. Nagrania Lemurian są tym, czym tytuł płyt. Zaginionym, brakującym ogniwem pomiędzy stabilną i mocną estetyką instrumentalnego hip hopu, a wyśnionymi połaciami ambientowych akordów, często obłędnie bogate, jak rafa koralowa. A że Lone to doświadczony samplerski geek, które doskonale orientuje się w sposobach-tajnikach utrzymywania dystansu oraz balansu pomiędzy poszczególnymi składnikami i detalami. Pomimo, iż większość nagrań z drugiego studyjnego, solowego albumu Matta stanowią krótkie, dwuminutowe kompozycje, są one zwięzłe i treściwe bez żadnych „ale”. Z pośród nich można wyłuskać także sygnały – wyrazy uznania Lonea dla amerykańskiego hip hopu, w soulowych migawkach „Phthalo Blue” i „Green Sea Pageant”.
Choć co do ogólnej zawartości krążka „Lemurian” nie ma wątpliwości. Są to prototypowe electro-hiphopowe wyczyny, w których jest pełno spowolnionego idmowego odurzenia rozpuszczonego w drobinkach stoickich tonów, które składają się wczesnoporanną, zamgloną melodyjną aurę. Z tego wynika pełno naturalnych bodźców, których rozmyty profil nadają spektakularnej aluzji „Sea Spray” czy „Borea”. Chyba najlepiej barwy „Lemurian” przedstawić na zasadzie kontrastu z „Everything Is Changing Colour”. Przeciwieństwem surowego i nieco gorzkiego Pure White Light jest plastyczny i perliście majestatyczny „Interview At Honolulu”. Idealne wydawnictwo pasujące do katalogu Warpa, Plug Research, Ghostly International lub Hefty Records.

Pure White Light

No ale nie jest. Bo jak słychać nowoczesne brzmienie hip hopu powstaje także (po pierwsze) w małych wytwórniach oraz (po drugie) w Wielkiej Brytanii. Zresztą Warpmart (brytyjski sklep internetowy należący do oficyny Warp) uznał „Lemurian” za jeden z najlepszych albumów roku 2008. W ogóle temu nie dziwie się. Najświeższy album Cutlera sygnalizuje o tym, iż do rodzina postDillaowych producentów (Flying Lotus, Dabrye) poszerzyła się o kolejnego członka, który ma sentyment do starego, dobrego Michaela Jacksona. „Lemurian” to racjonalne optimum – złoty środek pomiędzy jazzowym oldschoolem, a glitchowym nuschoolem. Wystarczająco eksperymentalne, aby być czymś spektakularnym.

Darmowa muzyka z Domino Records

Chcecie zupełnie za darmo pobrać sobie kawałki Maxa Tundry czy Juany Moliny? Nie ma problemu – label Domino opublikował właśnie zestaw zupełnie darmowych kompozycji. Domino od dziesięciu lat wydaje albumy takich twórców jak Shadow Puppets, Robert Wyatt, Pram, Animal Collective, Liquid Liquid czy Four Tet. 23 grudnia label udostępnił swym fanom zestaw dziesięciu darmowych kompozycji, gotowych do pobrania pod adresem ://digital.dominorecordco.com.
Sprawdźcie tracklistę:

  • 1. Wild Beasts – The Devils Crayon
  • 2. Eugene McGuinness – Moscow State Circus
  • 3. Juana Molina – Un Dia
  • 4. Max Tundra – Playboy
  • 5. Clinic – Free Not Free
  • 6. The Kills – U.R.A. Fever
  • 7. The Count & Sinden – Stinging Nettle
  • 8. Yo Majesty – Night Riders
  • 9. Lightspeed Surprise – Midnight Surprise
  • 10. Cass McCombs – Thats That

Swayzak ponownie w Polsce!

16 stycznia w krakowskim klubie Pauza wystąpi duet Swayzak, którego koncert pamiętamy z pierwszej edycji Festiwalu Nowa Muzka w Katowicach. Tym razem Jamesa Taylora i Davida Browna na scenie wspierać będzie wokalista Richard Davis – szykuje się więc znakomita porcja dźwięków – z fragmentami ostatniego, ubiegłorocznego krążka na czele („Some Other Country„).
Przed krakowskim występem Swayzaka zagrają Robert Busha i Cris Mouton. Stronę klubu Pauza znajdziecie pod adresem www.pauza.pl.
Posłuchajcie największego hitu Swayzaka – „Make Up Your Mind”

Dyskotekowe rodeo weterana

W tym roku mija dokładnie dwadzieścia lat, od kiedy pochodzący z Marsylii producent David Carretta rozpoczął swą muzyczną działalność. Dziś w serwisie Paweł Gzyl pisze o krążku „Rodeo Disco”.

Podsumowanie – część druga

Wczoraj swoje ulubione albumy 2008 polecał Wam Paweł Gzyl, dziś głos zabiera Filip Szałasek. A my dołączamy fragmenty mp3 do natychmiastowego odsłuchu.

Adriano Canzian – Metamorphosis


Muzyka włoskiego producenta, obecnie rezydującego w Istambule, wydaje się być wręcz stworzona do takiego właśnie miejsca. Jego pierwszy album – „Pornography” – zgodnie zresztą z tytułem, pozostaje do dziś najbardziej obscenicznym i prowokacyjnym wydawnictwem w katalogu Gigolo Records. Homoseksualnej ikonografii przefiltrowanej przez punkową stylizację towarzyszyła na płycie surowa i brutalna muzyka, sprowadzona do odartego z wszelkich ozdobników siarczystego electroclashu. Dziś Adriano Canzian powraca z nową płytą – „Metamorphosis” – wydaną przez wytwórnię Space Factory.
I rzeczywiście – jego nowe nagrania przynoszą pewną odmianę w stosunku do „Pornography”, ale oczywiście w granicach stylu. To nadal brudna i wulgarna muzyka, emanująca zwierzęcą energią seksualną – ale wszak taka właśnie ma być.
Do surowizny z poprzedniej płyty nawiązują tu nagrania z końcówki albumu – od wydanego wcześniej na singlu „Transfiguration”, przez „Electroencelophalogram” i „Amyl Nitrate” po tytułowe „Metamorphosis”. Mamy tu twarde i ciężkie bity rodem z łupanego techno, na które nakładają się warczący motywy klawiszowe, podrasowane pochodami bezlitośnie dudniącego basu. Żadnych ozdobników, dodatkowych smaczków – tylko czysty frykcyjny puls.

Wcześniejsze utwory mają bardziej rozbudowane brzmienie. Canziano łączy w nich elementy kilku gatunków – mrocznego electro, ciężkiego EBM i oldskulowego acid house`u. I wbrew temu, co można by się było spodziewać, wszystkie te elementy świetnie się ze sobą zgadzają. Tak jak w „Bloody Meat”, gdzie podłamany bit niesie żrący loop o kwaśnym brzmieniu, a całość uzupełnia przerysowany rap Dirty Princess lub „Turkish Testorone”, w którym metaliczny rytm w stylu EBM przewierca świdrujący motyw o toksycznym charakterze czy „Defibrillator”, łączącym electro bombardierkę z industrialnymi zakłóceniami i deformacjami.
Oprócz wspomnianej Dirty Princess, słychać na „Metamorphosis” głosy innych zaproszonych gości. To brytyjski duet Atomizer w stylizowanym Front 242 utworze „Lipstick Love”, szwajcarski mistrz nowego EBM – Terence Fixmer – w orgiastycznym „Defibrillatorze”, śpiewający po francusku David Carretta i Gigi Succ?s w perwersyjnym „Kiss Me Killer!” oraz nasza rodaczka – Anna Patrini – w mrocznym „The Collapse”. Wszystkie te wokale wtopione są w zdeformowane brzmienia, tworząc razem schizofrenicznie brzmiącą całość.
„Rock is the best music to fuck” – powiedział kiedyś niesławny okultysta i reżyser, Kenneth Anger. Najwidoczniej nie znał nagrań Adriano Canziana.
Sprawdź

2008

Festiwal Nowa Muzyka wśród wydarzeń roku!

Radiowa Trójka rozpoczęła plebiscyt na najciekawsze wydarzenie muzyczne roku. Wśród nominowanych dziesięciu imprez znalazł się cieszyński Festiwal Nowa Muzyka. Swój głos w plebiscycie oddać może każdy!

Muzyka na lenia?

Shadow Dancer, może Underworld? Jaką muzyką leczycie świątecznego lenia? Dzielcie się swoimi typami na naszym forum!

Piszemy o nowym Xploding Plastix

– „Treated Timber Resists Rot” to album oryginalny i pełen barokowego przepychu, w dużej mierze zbudowany z pozornie nieprzystających do siebie elementów – pisze dziś na nowejmuzyce Maciek Kaczmarski.

Nasze redakcyjne podsumowanie

W serwisie pora na nasze redakcyjne podsumowania mijających dwunastu miesięcy. Na początek swoje typy – wraz z obszernymi fragmentami – prezentuje Paweł Gzyl.

David Carretta – Rodeo Disco


Zafascynowany nowofalową elektroniką, zakupił analogowy sprzęt (syntezator i sekwencer Korg MS 10 i MS 20 oraz sampler Ensoniq Image), aby dysponując tym ekwipunkiem, założyć swój pierwszy projekt – Art Kinder Industrie. Kiedy Europę zalała fala techno, Carretta, połączył swe dawne muzyczne fascynacje z nowym brzmieniem. Prekursorskie, jak na owe czasy dźwięki, zachwyciły DJ Hella, który właśnie uruchamiał swoją własną wytwórnię – Gigolo Records.
Jej nakładem ukazały się pierwsze single Carretty oraz dwa albumy – „Le Catalogue Electronique” i „Kill Your Radio”. Kiedy współpraca francuskiego producenta ze swym niemieckim protektorem osłabła, artysta wrócił do swej rodzimej Marsylii, aby związać się z działającą tam firmą Thrust Records, a potem założyć wytwórnię – Pornflake Records. Oprócz własnych nagrań, Carretta remiksował innych artystów (od Kiko przez Steve`a Buga po Scratch Massive) i didżejował po całym świecie (co podsumował płytą „Electro Dash”). Na początku 2003 roku uruchomił nową własną tłocznię – Space Factory. I to właśnie jej nakładem ukazuje się jego trzeci album – „Rodeo Disco”.
Po przesłuchaniu zawartości krążka, staje się jasne, że Carretta odpuścił sobie eksperymentowanie i idąc śladem dawnych fascynacji, postawił na rozwój swego charakterystycznego stylu, wyznaczonego już wczesnymi nagraniami dla Gigolo Records.
Z jednej strony mamy tu zgodnie z tytułem sporo elementów disco. Chodzi oczywiście o kosmiczną wersję tej muzyki spod znaku italo – a więc: wijące się powoli strumienie mrocznych klawiszy („Planet Research”), przewalające się kaskady wibrujących akordów („New Disco Beat”) i przestrzenne efekty („Running The Planet”). Drugim ważnym składnikiem brzmienia albumu są dźwięki spod znaku EBM. To oczywiście zbasowane partie syntezatorów o blaszanym sznycie („Dance Machine”), monotonnie tętniące akordy („Sex On The Moon” przypominający późny D.A.F.) oraz mechaniczne rytmy o industrialnym pulsie („New Love” w stylu Front 242). Carretta łączy elementy tych gatunków w pomysłowy sposób – kiedy bity mają bardziej dyskotekowy charakter, uzupełnia je ciężkimi brzmieniami EBM („Disco Dance”), a gdy podkład rytmiczny jest twardy i masywny, ozdabia go kosmicznymi pasażami syntezatorów rodem ze space disco („Planet Research”).

Nie brak tu oczywiście sygnałów współczesności – wszystkie bity, choć wywiedzione z muzyki sprzed ćwierć wieku, podrasowane są na dzisiejszą klubową modłę, jednoznacznie odwołując się do masywnego techno. Analogowe dźwięki oldskulowych syntezatorów przeszywają od czasu do czasu świdrujące loopy o brzęczącym brzmieniu rodem z modnego obecnie nu rave`u („Running The Planet”). Nie brak na płycie również wokali – przede wszystkim tych wokoderowych („Dance Machine”), jak i tych naturalnych, serwowanych zmysłowym głosem przez Gigi Succ?s („Sex On The Moon”). Wszystkie utwory połączone są ze sobą dźwiękowymi miniaturami rodem z dawnych filmów sci-fi, nadając całości dodatkowy – soundtrackowy – wymiar.
Nowe kompozycje Carretty nie dość, że eksplodują niepohamowaną taneczną energia, to niosą ze sobą na wzór lat 80. silnie zaznaczone melodie – przejmujące, romantyczne, chwilami wręcz filmowe („Goodbye Honey Moon”). To sprawia, że większość z nich ma szalenie przebojowy charakter – ot, choćby te najlepsze, z końcówki płyty: „Sex On The Moon” i „Running Planet”. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł się oprzeć takim nagraniom na klubowym parkiecie.
„Rodeo Disco” to bez wątpienia najlepsze dokonanie w karierze Davida Carretty. The master is back!
Sprawdź

2008

Redakcyjne podsumowanie 2008 – Filip Szałasek

Filip Szałasek prezentuje dwudziestkę najciekawszych krążków roku 2008. Wraz z opisami – fragmenty. Zalecane:
20. Mount Eerie – Lost Wisdom
19. Paavoharju – Laulu Laakson Kukista
18. Koen Holtkamp – Field Rituals / Ulaan Khol – I + II
17. Spokes – People Like People Like You
16. Philip Jeck – Sand / Library Tapes – Fragment EP
15. Xiu Xiu – Women As Lovers
14. Juvelen – 1 / Air France – No Way Down EP
13. Baby Dee – Safe Inside the Day
12. Monade – Monstre Cosmic / She And Him, Vol.1
11. Metaform – Standing On the Shoulders of Giants
Obowiązkowe:
10. Blue Sky Black Death – Late Night Cinema
Unikam składanek, ale w tym roku dwie same wskoczyły mi w ręce i nadal nie do końca czuję się od nich wolny: „Jazz In Haruki Murakami” oraz wielkie, czteropłytowe kompendium „Music For Striptease”. „Late Night Cinema” to trzeci miks, tyle że nie wisi nad nim żadna dominanta unifikująca części składowe. Eklektyzm tego albumu to prawda różnorodności, a nie fałsz efektownych mash-upów. Zamiast zestawienia kawałków dostajemy zestawienie stylistyk: ambient, sampling, hip hop, trip hop,breakbeat – OK, przewidywalne, ale w momencie, gdy ogarnie się już te Shadowowe warzywka przychodzi pora na szersze spojrzenie wgłąb zupy, a ta okazuje się mieć silnie post-rockowy posmak. Przygoda na dłużej.


9. Miss Kittin – Bat Box
Żywotność tej płyty zadziwia, mimo konstrukcji opisanej na planach cepa albo łyżki. Zero skomplikowania, odsłonięty cały tarot, więc spodziewany brak emocji z wróżby, a tymczasem teraźniejszość odbiorcza tego albumu trwa i trwa zręcznie wystawiając przyszłość do wiatru. Kittin is high, a odżegnując się wyraźnie od electroclashowych początków ładnieje i młodnieje z foty na fotę, widać w przebłyskach romantyzmu akcentujących ten właśnie album spośród całego jej dorobku.
8. Wye Oak – If Children
Że samego siebie zacytuję: Niemal wszyscy lubują się w pozytywnie niecodziennych sytuacjach, więc po raz kolejny stajemy dziś przed odczuciem radości: a) Wye Oak wpisują się w lekko wyeksploatowany już nurt piosenkowej nostalgii za czasem minionym i ocalaniem dziecka w sobie i własnych wrażliwych odbiorcach, ale b) wychodzi im to przekonująco i wielce intrygująco w kwestii formalnej. Tej bowiem jak najdalej od popularnej definicji bycia fajnym hipsterkiem. Jest tutaj wystarczająco dużo brudu, rocka i rzeczywistych punchlines, aby przyciągnąć na dłużej bez systematycznego wzrostu poczucia żenady (vide Crystal Castles).

7. Fennesz – Black Sea
Trochę niedocenione przez zagraniczne serwisy „Black Sea” wyszło za późno, żeby poświęcić Fenneszowi więcej uwagi i dać miejsce zasłużenie wysokie. Jednak nawet dla zaściankowego recenzenta, album ten wydaje się być ostatnią zasługującą na wyróżnienie płytą Fennesza. To świetne wydawnictwo wraz z kolejnymi odsłuchami wysyła spójny komunikat: idę w tropy Jecka i Heckera, zaczynam rozpływać się w kolaboracjach i jeśli nagram coś jeszcze umieśćcie to najwyżej na miejscu 15., i tak nie dacie rady zrobić tak, żeby było mi smutno a słuchać będziecie dalej.
6. Atlas Sound – Let the Blind…
Atlas Sound – Let the Blind… > Atlas Sound – Weekend EP / Atlas Sound – Things Ill Miss EP > Cox perkusistą w garage / noisowym kobiecym zespole Wet Dreams > Deerhunter – Cryptograms > Marfans Band

5. Grouper – Dragging a Dead Deer Up a Hill
Ze świecą szukać na asteroidzie 2008 drugiej tak wolnej od fatałaszków stajlu grającej kobiety. Dzięki temu, że muzyka składająca się na ten album jest tak dobra, płeć i metody użycia photoshopa schodzą na osiemnasty plan. Co niekiedy może przerażać, bo stawia oko w oko z autentycznym zerwaniem więzów z ludzką rasą i jej tkliwymi oszustwami. Grouper nie retuszuje żadnej ze swoich obserwacji – świat odbija się w szklanych oczach lalki z okładki korespondując z drobiazgowością Matta Bauera, który wynosząc z rzeki zwłoki notuje nawet chrupanie muszelek pod stopami. Mimo patologicznej bezduszności osądu, „Dragging a Dead Deer…” to album gloryfikujący życie jako wartość, dla której warto zabijać. Grouper i Bauer zakochana para.
4. Cut Copy – In Ghost Colours
M83 dopisało do trampek i ostentacyjnie żutej gumy turbo odrobinę perwersji, przemocy, obrazków mrocznych i pięknych zarazem albo tylko wybitnie cool, czyli to czego zabrakło w wydawnictwie Cut Copy. Jednakże, podobnie jak Gonzalez i spółka, także CC darują odbiorcy zjednującą wygodę. Bezstresowa teleportacja między neonowe kluby ulokowane wzdłuż plaży obiecuje zdrowy, beztroski seks, być może niekiedy zbyt przelotne, ale przecież satysfakcjonujące, relacje interpersonalne oraz naładowanie baterii przed kolejną oracją dyrektora na sali gimnastycznej.

3. The Do – A Mouthful
Radosne piosenki nigdy nie pokonają tych smutnych i chorych z prostego powodu: wszyscy chcemy być radośni i kiedy ktoś w naszym mrowisku wydaje się być osowiały w dobrym tonie jest go pocieszać, ale tak naprawdę w połowie przypadków to nie ulga w bólu jest czynnikiem potrzebnym i konstruktywnym. Ponure kawałki są jak grabarze i fryzjerzy: zawsze potrzebne, łatwe do znalezienia, pomocne. Dzięki nim można położyć czemuś ostateczny kres i żyć dalej albo zmienić wygląd i udawać, że zmieniło się wszystko. Jeśli ktoś jednak chce trzymać się savoir vivreu i ekspresowo przenieść cierpienie w wymiar swawoli rozchełstania, trudno w tym roku o lepsze trafienie niż „Mouthful”.
2. M83 – Saturdays=Youth
„Saturdays=Youth” to dla M83 to samo co dla Davida Duchovnego główna rola w „Californication”. Nikt nie spodziewał się takiego zwrotu, i słusznie, bo nic go nie zapowiadało. W obu przypadkach pełen jędrności seksapil nie wykluczył zdolności do inspirującej refleksji, a chociaż niewinny romantyzm wydaje się być przeciwstawny szowinistycznej beztrosce Hanka Moodyego, tyle samo płynie z niego przyjemności dla odbiorcy. Przy okazji udało się zwalczyć górnolotny pierwiastek, a jeśli ktoś zatęskni jednak za Mulderem albo wcześniejszymi wydawnictwami Gonzaleza – zawsze może do nich wrócić. To m.in. taki właśnie komfort doznań pozwala określać niektóre kreacje jako istotne.
1. Matt Bauer – Island Moved In the Storm

Xploding Plastix – Treated Timber Resists Rot


Najnowsza płyta Jensa Pettera Nilsena i Hallvarda Hage nosi tytuł „Treated Timber Resists Rot” i jest owocem zarówno nowych jak i starych fascynacji, a także kolejnym dowodem progresji oraz niesłychanej wszechstronności obu panów.
Norweski duet zapuścił korzenie głęboko w elektronicznej ziemi, lecz nie wyparł się swojej organicznej, jazzowej przeszłości – dotyczy to zwłaszcza konstrukcji utworów, często nieregularnej i zaskakującej. Właściwie każda kompozycja to trudna do ogarnięcia mini-symfonia o bogatej ornamentyce, na którą składają się m.in. szalenie zróżnicowana rytmika, przebogate instrumentarium, bezbłędnie pocięte sample, soczyste akordy, glitchowe naleciałości i multum producenckich sztuczek. Eklektyczny charakter brzmienia koresponduje z gwałtownymi zmianami nastroju, gdzie bukoliczna euforia przenika się z ponurą melancholią, króluje zaś niepokój w rozmaitych odcieniach.
album oryginalny i pełen barokowego przepychu, w dużej mierze zbudowany z pozornie nieprzystających do siebie elementówOtwierający całość „Kissed By A Kisser” stanowi doskonałe wprowadzenie w ten fascynujący wszechświat – wspaniała, nostalgiczna elektroballada napędzana zagęszczoną perkusją, retro-syntezatorami i partiami nietypowych instrumentów: kazoo (rodzaj membranofonu) i koto (japońska odmiana cytry). Dalej jest jeszcze lepiej, czy to w nawiązującym do I Am Robot And Proud „The Rigmarole Shell Out”, czy w inkrustowanym niebiańskimi dzwoneczkami „A Rogue Friend Is A Wild Beast”, który brzmi jak ze wszech miar udana współpraca… Boxcuttera i Clarka. Inne perełki to „Bulldozer Butterfly”, olśniewająca podróż do krajów Orientu i „The Full Graft”, czyli prosta ośmiobitowa melodyjka wpleciona w galopujące perkusjonalia. Pod liryczną „Erratą” i frenetycznym „Arts Of Exit” z powodzeniem mógłby podpisać się The Flashbulb, finalny „I Want My Violence Back” przypomina Venetian Snares na środkach uspokajających, a gdyby dramatyczny „Band Of Miscreants” trafił na soundtrack „Splinter Cell” w miejsce jednego z kawałków Amona Tobina, nikt nie zauważyłby różnicy. Wszystkie odniesienia do innych artystów są w rzeczywistości wyrazem mojej bezradności, bowiem „Treated Timber Resists Rot” jawi się jako album oryginalny i pełen barokowego przepychu, w dużej mierze zbudowany z pozornie nieprzystających do siebie elementów i przez to niełatwy w odbiorze.
Na iście schizofreniczny rozrzut gatunkowy bez ryzyka porażki mogą sobie pozwolić tylko perfekcjoniści. Xploding Plastix zachowali niemal idealną równowagę i stworzyli pierwszorzędny wielowarstwowy kolaż, który wprawdzie nie odkrywa nowych lądów na mapie szeroko pojętego IDM-u, ale we wspaniały sposób reorganizuje stare i wyraźnie zaznacza swoje miejsce na ich terenie.
2008

Redakcyjne podsumowanie 2008 – Paweł Gzyl

Black Dog, Marcin Czubala, Claro Intelecto – m.in. te płyty uznaliśmy za najciekawsze w roku 2008. Pora więc na nasze redakcyjne podsumowanie mijających dwunastu miesięcy. Na początek – Paweł Gzyl. Shed „Shedding The Past” (Ostgut Ton)
Wskrzeszenie ducha klasycznego techno z pierwszej połowy lat 90., idealnie łączące dwie tradycje gatunku – rodem z Detroit i Berlina – w nowoczesnym opakowaniu. Wysmakowane brzmienie, porywające melodie, ekstatyczna energia.


Marcin Czubala „Chronicles Of Never” (Mobilee)
Mistrzowsko zaaranżowany i wyprodukowany minimal – a jednocześnie wielka niespodzianka: najlepsza płyta tego roku w tym gatunku wyszła spod ręki polskiego producenta!

The Black Dog „Radio Scarecrow” (Soma)
Perfekcyjnie zrealizowany concept-album opowiadający o fenomenie głosów zmarłych słyszanych wśród fal radiowych – weterani współczesnej elektroniki w swej szczytowej formie ponad piętnaście lat od debiutu.
Pulshar „Brotherhood” (Phonobox)
Najciekawsze dub-techno w tym roku firmują nie producenci z DeepChord czy Echochord, ale z hiszpańskiego duetu Pulshar. „Brotherhood” to szalenie przebojowe połączenie głębokich brzmień z… popową wrażliwością na zgrabne melodie.

Kenny Larkin „Keys, Strings, Tambourines” (Planet E)
Podczas, kiedy większość mistrzów z Detroit milczała w tym roku, Kenny Larkin wysmażył bezpretensjonalny materiał, finezyjnie syntetyzując techno i house z klasyką czarnej muzyki.

Glitterbug „Supershelter” (c.sides label)
Epickie techno flirtujące z zupełnie odmiennymi gatunkami – miejskim folkiem czy muzyką klasyczną. Potęga brzmienia i niezwykły klimat.

Dapayk Solo „Devil House” (Mo`s Ferry)
Płyta, która zadaje kłam twierdzeniu, że minimal jest monotonny i nudny – Dapayk Solo żongluje na swym nowym albumie elementami techno, house`u, electro, breakbeatu i dubstepu, nie rezygnując z minimalowego brzmienia. Efekt – porywająca muzyka poza wszelkimi klasyfikacjami.

Prosumer & Murat Tepeli „Serenity” (Ostgut Ton)
Pomysłowe wpisanie wokalnego house`u rodem z Chicago w berlińskie brzmienia w stylu minimal – romantycznie i nostalgicznie bez utraty klubowej energii.

Claro Intelecto „Metanarrative” (Modern Love)
Mark Stewart znalazł wyjście ze ślepej uliczki, w którą zabrnął IDM – wpuszczenie świeżego powietrza w postaci techno i dubstepu. Efekt – rozmarzona elektronika o mocnym pulsie.

Wskrzeszają post-rocka?

Spora dawka przyjemności, zawarta na „People Like People Like You” zespołu Spokes, wskrzesza pozytywne wspomnienia pierwszych kroków w obrębie zajeżdżonej obecnie stylistyki post-rocka – pisze dziś na nowejmuzyce Filip Szałasek.

Spokes – People Like People Like You


Spora dawka nieskrępowanej przyjemności zawarta na „People Like People Like You” wskrzesza pozytywne wspomnienia pierwszych kroków w obrębie zajeżdżonej obecnie stylistyki i jednocześnie werbuje swoją przystępnością nowych fanów, obawiających się kontaktu z jej rozwlekłymi prekursorami. Szczera radość obcowania + fakt bycia kompendium wszystkiego, co było w post-rocku po Bark Psychosis, GY!BE i „Young Team” =
1) We Like to Dance & Steal Things [3:41]: równoległa rzeczywistość: Air France decydują się na szerzenie swoich balearycznych chwytów w bardziej hałaśliwej manierze; ciepło, lekko, przestrzennie, ale również głośno, dynamicznie, nasycenie aż do epickości (kooperacja ścieżek/instrumentów -> dialog),


2) Young People! All Togheter [7:28]: nostalgiczna melodia otwierająca ten utwór naprawdę zakręca łezką w oku, bo przecież to stareńki, dobry Mogwai z czasów „Come On Die Young”. A późniejsze Explosions In the Sky? Jednak nie tak oczywiste, bo a) przyspieszony field-recording w tle, b) post-punkowy wokal, c) klimat Broken Social Scene,
3) Scatter: I Miss You [2:56]: „epicki post-rock może swobodnie zmieścić się w niecałych trzech minutach”, a do tego: a) odpocząć od GY!BE? Spokes!, b) epicki post-rock może przywodzić na myśl zielone Avonlea, zamiast maelstromu i śmierci Titanika, c) California Stories Uncovered – lans + New Century Classics (<=> głębsze osłuchanie i pomysłowość) = + – „Scatter: I Miss You”,
4) Precursor [5:22]: zaskoczenie jakim była obecność sentymentalnego wokalu w tytułowym utworze z w/w „CODY” Mogwai, udziela się także i tutaj; jako wiernym uczniom szkockich mistrzów, także Spokes udaje się uniknąć potencjalnych mielizn jedynego melancholijnego kawałka na płycie,
5) Sometimes Words Are Too Slow [9:52]: gramy post-rock = musimy udowodnić, że potrafimy dłużej niż inni; godne odnotowania jednak, że nie nudzą, może dlatego, że kawałek jest niekłamanie dynamiczny, a kiedy spuszcza z tonu, okazuje się emanować jakimś wewnętrznym ciepłem, którego aż trochę szkoda, kiedy znowu robi się głośno; wpływy Mono, momenty debiutanckiego M83 etc.,
6) End Credits/Loveletter [7:40]: alfabetycznie: Air France + naiwny Chaveau, Sylvain.+ Explosions In the Sky + iLiKETRAiNS + Jaga Jazzist + Mogwai + Sigur Rós („( )”2)
Uderzeniem krótkim, jak na założenia stylistyki, którą obrali za środek wyrazu, ale naprawdę intensywnym, jak na założenia stylistyki, którą obrali za środek wyrazu, Spokes ukuli krzepiącą, wakacyjną muzykę plasującą się bez wysiłku w czołówce tegorocznej odsłony wyścigu post-rocków.
2008