Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Archive for Październik, 2018

Porozciągane kołysanki

Płyta stricte eksperymentalna; doskonała jako źródło paranoidalnych sampli – tak o krążku „Masque Femine” Christiny Carter pisze dziś na Nowejmuzyce Filip Szałasek.

Będzie nowa Tosca!

Fani downtempo na najwyższym poziomie mogą zacierać ręce – duet Tosca przygotował swój piąty studyjny album. Szczegóły już dziś na Nowejmuzyce! Krążek zatytułowany będzie „No Hassle”, jego premiera zaplanowana została na 28 kwietnia. – To nasza osobista odpowiedź na wszystko, co dzieje się obecnie – tłumaczy Richard Dorfmeister, połowa Toski. – Chodziło nam o stworzenie dźwięków wprawiających w dobry nastrój; o jedną godzinę bez żadnych kłopotów.
Brzmieniowo czeka nas sporo niespodzianek – muzycy projektu przyzwyczaili nas do dubowego, triop-hopowego pulsu, tymczasem na „No Hassle” znajdziemy więcej ambientowych eksperymentów.
A tracklista wygląda następująco:

  • 01. My First
  • 02. Elitsa
  • 03. Springer
  • 04. Birthday
  • 05. Oysters In May
  • 06. Joe Si Ha
  • 07. Elektra Bregenz
  • 08. Fondue
  • 09. Rosa
  • 10. Raymundo
  • 11. Mrs. Bongo
  • 12. No Hassle

Sigur Rós za darmo, w gazecie

Czy kiedykolwiek doczekamy tego u nas? Oto islandzka formacja Sigur Rós wydaje krążek, który zostanie dołączony do sobotniego wydania The Independent. Album zatytułowano „We Play Endlessly”. Na krążku nie znajdziemy żadnych premierowych utworów, będzie to raczej zestaw najbardziej znanych kawałków zespołu, wzbogaconych kompozcjami z ostatniego studyjnego krążka „Með suð í eyrum við spilum endalaust”.


Łącznie czytelnicy londyńskiego The Independent otrzymają płytę z dziewięcioma utworami. Ich tracklistę prezentujem poniżej:

  • 01 Hoppípolla
  • 02 Inní mér syngur vitleysingur
  • 03 Saeglópur
  • 04 Gobbledigook
  • 05 Í Gær
  • 06 Fljótavík
  • 07 Hafsól
  • 08 Heysátan
  • 09 Ti Ki

Takich płyt próżno szukać w polskich gazetach. Dobrze, że Sigur Rós odwiedzają czasem nasz kraj. Przypomnijmy sobie koncert grupy z sierpnia 2008:

Uwe Schmidt i biały szum

Swoje najnowsze przedsięwzięcie firmowane szyldem Atom™ niemiecki producent Uwe Schmidt zadedykował romantyzmowi w muzyce. O efektach dziś na Nowejmuzyce pisze Paweł Gzyl.

Space disco na nowejmuzyce

„Where You Go I Go Too” – to tytuł najnowszego krążka norweskiego producenta Hansa-Petera Lindstroma. W Waszych podsumowaniach AD 2008 album pojawiał się bardzo często – dziś pisze o nim w serwisie Paweł Gzyl.

Zombie Nation powraca

Zombie Nation to jeden z najbardziej bezkompromisowych projektów minimal techno. Odpowiedzialny za całość Florian Senfter zapowiedział właśnie zupełnie nowy krążek. Płyta nosić będzie tytuł „Zombielicious”, w sklepach pojawi się 9 marca. Na krążku znajdziemy czternaście dynamicznych kawałków inspirowanych wczesnymi, analogowymi instrumentami elektronicznymi. – To zlepek wszystkich pomysłów, jakie pojawiły się podczas pracy w studio. Zapis umysłu Zombie – mówi Florian Senfter.
Dwa utwory z nadchodzącej płyty już znamy – to „Forza” oraz „Worth It”. Posłuchajcie tego pierwszego:

Przypomnijmy, że Zombie Nation ma na swoim koncie dwa albumy: „Absorber” (2003) oraz „Black Toys” (2006). Recenzję pierwszego znajdziecie na Nowejmuzyce – w tym miejscu

Prodigy must die?

W ostatnim czasie sporo pisaliśmy o zbliżającej się, nowej płycie Prodigy. Po pierwszych dwóch nowych kawałkach czas na fragmenty całej płyty – jeszcze przed premierą! Wszystko dzięki naszym forumowiczom, którzy zauważyli, że na stronach sklepu internetowego Amazon umieszczono fragmenty wszystkich kompozycji zbliżającego się krążka „Invaders Must Die”.
Grupa wybitnie wraca do swych korzeni rave. Czy ma to sens? Zachęcamy Was do odsłuchu i komentowania. Póki co przypomnijmy w całości najnowszy singiel grupy – „Omen”.

Christina Carter – Masque Femine


Konceptualny album Carter to interpretacje, zwykle a capella, standardów jazzowych i telewizyjnych melodii towarzyszących programom, których nikt nigdy nie oglądał. Bez zbędnej metaforyki: faktycznie nie ma na tym albumie ani krzty akcji. Na siedemnaście utworów tylko w czterech pojawia się na krótko akompaniament gitary, dzięki któremu można w ogóle oddychać w dusznej rzeczywistości tego albumu.
Przez większość czasu słucha się tego bowiem na bezdechu grożącym hiperwentylacją. Wciąż wisi nad odbiorcą groźba, że swobodniejsze westchnienie zburzy domek z kart. Nagie, szeptane wokalizy początkowo łudzą swoją lekkością, przypominając swobodnie nucone kołysanki o konsystencji pasków światła przechodzącego przez żaluzję. Im więcej ich jednak, tym wyraźniej odznaczają się polatujące pyłki, które urastają wolno do kotów kurzu, a pod koniec mamy już do czynienia z ciężkim, pełnym roztoczy puchatym zwierzątkiem owijającym się wokół szyi i drażniącym każdy cal swoją zmechaconą sierścią.
Rozdrażnienie potęguje się wraz z rosnącą świadomością, że to nucenie wcale nie jest rozciągniętą w czasie kołysanką, ale jednym wielkim wyznaniem na temat zakończonej miłości. Pauzy i wycofania się w szept dają miejsce na tworzenie kolejnych fałszywych wspomnień osadzonych w klimatach scen z serii: kryptozatroskany detektyw zmuszony jest wysłuchiwać rozchwianej emocjonalnie i odzieżowo kobiety, która jako jedyna umknęła zakusom seryjnego mordercy i nie wydaje się być tym faktem do końca pocieszona. Ucieczka od łatwego schematu kołysanka = infantylność to niewątpliwy plus „Masque Femine”.
Płyta nudna, stricte eksperymentalna; doskonała jako źródło paranoidalnych sampliMinus jest jednak o wiele poważniejszy: to płyta nudna, stricte eksperymentalna; doskonała jako źródło paranoidalnych sampli lub, jeśli rozbita na poszczególne utwory, przerywników w dłuższej playliście. Jednakże jako doznanie odbiorcze męcząca, szczególnie jeśli pamiętać, że jako koncept powinna być słuchana w całości. I tak ekstremalnie rzadkie, wejścia gitary pogłębiają jeszcze minimalizm graniczący z ascezą, jako że grają rolę oaz w pustyni tego mrocznego monologu, który po chwili znowu zamknie się przecież nad głową. Ciekawym doświadczeniem jest puszczenie sobie „Masque Femine” jak tylko się da głośno, ale takie zabawy to tylko kolejny dowód na miałkość samej zawartości, która broni się z energią filmów z Nicole Kidman.
2008

Carl Craig zagra w Poznaniu!

Tylko 30 złotych kosztują w przedsprzedaży bilety na jedyny w Polsce występ Carla Craiga, legendy i weterana nowych brzmień. Artysta wystąpi 17 kwietnia w poznańskim SQ Club. Bilety w cenie 30zł już teraz dostępne są w sieci www.ticketpro.pl.
Przypomnijmy, że Craig w latach 90 był jednym z najważniejszych muzyków definiującch brzmienia detroit czy drumnbass. Dziś jest uznanym weteranem, który jednak nadal miesza się w ciekawe projekty: ostatnim z nich jest wspólne przedsięwzięcie z Moritzem Von Oswaldem, polegające na elektronicznych aranżach słynnych tematów muzyki klasycznej. Pisaliśmy o tym w naszym serwisie.
Stronę klubu SQ znajdziecie pod adresem www.sqklub.pl

Jak brzmi ambient pop AD 2009?

Najnowszy album z serii „Pop Ambient” ukazuje się z pewnym opóźnieniem – a to dlatego, że dobierający nagrania na kolejne części Wolfgang Voigt był jesienią zajęty promocją wydawnictw swojego projektu Gas.

Wiosną nowa Ursula 1000

Alex Gimeno, nagrywający jako Ursula 1000, zapowiada swój czwarty krążek. Jego premiery spodziewać się możemy wiosną. Pierwsze szczegóły – już dziś u nas. Co gra Urlusa 100? Breakbeat, elektro? Tym razem Gimeno zapowiada coś zupełnie nowego. Na krążku „Mystics” pojawią się goście: MC Tee Double, Rochelle Vincente Von K, Sista Widey i Mocean Worker. Łącznie otrzymamy trzynaście premierowych kawałków. Ich premiera odbędzie się 24 lutego. Wydawcą będzie prowadzony przez Thievery Corporation label Eighteenth Street Lounge.
Oto tracklista „Mystics”:

  • 01. Summoned from the Void
  • 02. The Wizard (featuring Kathleen Cholewka)
  • 03. Rocket
  • 04. Rump (featuring MC Tee Double)
  • 05. I.C.O.M.E. (featuring Rochelle Vincente Von K)
  • 06. Losin It (featuring Anton Glamb)
  • 07. Zombies (featuring Kojak)
  • 08. Do It Right
  • 09. Star Machine (featuring Mocean Worker)
  • 10. Tension (featuring Paddy from Schwab)
  • 11. Step Back (featuring Sista Widey)
  • 12. This Magick
  • 13. Mystics (featuring Mike Geier)

Franz nie taki zły

– Nie jest lepiej niż na debiucie, jest inaczej, a to w przypadku takich zespołów definiuje progres – pisze Filip Szałasek. Tak, dziś na Nowejmuzyce przeczytacie recenzję najnowszego krążka Franz Ferdinand.

Atom™ – Liedgut


Swoje najnowsze przedsięwzięcie firmowane tym szyldem, niemiecki producent zadedykował romantyzmowi w muzyce. Czując się spadkobiercą tej ogromnej spuścizny, przedstawił jej własną interpretację – powołując się na wybranych przez siebie twórców: od Schuberta przez Oskara Salę po Kraftwerk.
Punktem wyjścia dla Schmidta jest biały szum – to właśnie w tym jednostajnym strumieniu dźwięku artysta upatruje odbicie tkwiącego w romantyzmie dualizmu, rozdarcia między tym, co racjonalne, a tym, co irracjonalne. I ciekawie rozwija tę muzyczną myśl dalej, przechodząc swobodnie od onirycznego ambientu przez płynny glitch z wokoderowymi głosami do klikającego dubstepu, pokazując w wyrazisty sposób dwa odmienne oblicza nowoczesnej elektroniki: marzycielskie (umysł, duch) i fizyczne (taniec, ciało). Korzystając z odgłosów dnia codziennego (brzęczący efekt komórki w głośnikach komputera), Schmidt buduje dźwiękowy kontrapunkt dla tej dychotomii – wchłaniający wszystko żrący noise.


Niemiecki producent przetwarza typowy dla tego okresu motyw walca na elektroniczną modłęDruga część albumu jest niestety mniej zaskakująca. Przynosi bowiem rozważania nad konkretną formą romantyzmu w muzyce. Niemiecki producent przetwarza typowy dla tego okresu motyw walca na elektroniczną modłę (trochę to przypomina dawne transkrypcje klasyki w wykonaniu Kitaro), gubiąc z czasem wątek wśród tych syntetycznych pląsów. W sukurs artyście przychodzi znowu biały szum – zabierając wszystko swym rwącym strumieniem w bezgłośną ciszę. Całość puentuje sam Florian Schneider, serwując w epilogu swój monolog zatytułowany „Weissem Rauschen” czyli… „White Noise”.
Mimo charakteru intelektualnej medytacji, „Liedgut” sprawdza się równie dobrze w oderwaniu od swego filozoficznego kontekstu: to krótka (bo zaledwie 35-minutowa), ale solidna porcja eksperymentalnej elektroniki w wykonaniu mistrza gatunku.
Sprawdź

2008

Lindstrøm – Where You Go I Go Too


Możliwości tkwiące w klarownie zdefiniowanym przez norweskiego producenta brzmieniu wskazywały, iż jest to formuła, która świetnie sprawdzi się w wersji albumowej. I oto w ubiegłym roku przypuszczenia te potwierdził sam Lindstrom, publikując swój autorski album – „Where You Go I Go Too”- który obecnie ukazuje się w Polsce w przystępnej cenie nakładem Sound Improvement.
Już klasyczne nagrania disco trwały dosyć długo – choćby 16-minutowe „Love In C-Minor” z wydanej w 1976 roku pierwszej płyty francuskiego producenta Cerrone`a. I norweski artysta nawiązuje do tej tradycji. „Where You Go I Go Too” przynosi bowiem zaledwie trzy kompozycje, ale za to trwające odpowiednio: pół godziny (tytułowa) oraz dziesięć („Grand Ideas”) i piętnaście („The Long Way Home”) minut.
Najdłuższa z nich, to opus magnum Lindstroma. Zaczyna się od balearycznego ambientu, by z czasem połączyć prog-rockowe partie gitary z klawiszowym arpeggio w stylu Tangerine Dream, nie unikając przy tym cytatu z klasyki („Supernaut” wspomnianego Cerrone`a) i rozdzielającego obie części nagrania eksperymentalnego wtrętu. A wszystko to – na dyskotekowym pulsie o żywym brzmieniu, zapożyczonym z klasyki gatunku sprzed trzech dekad.


„Grand Ideas” ma najbardziej zwarty charakter – to czytelny hołd dla muzyki Georgio Morodera z połowy lat 80. Podstawą nagrania jest tu syntezatorowy motyw przywołujący wspomnienie melodyjnych soundtracków z telewizyjnych seriali policyjnych z tamtej epoki. Choć nagranie trwa „zaledwie” dziesięć minut, Lindstrom wykorzystuje ten czas w mistrzowski sposób, aby odpowiednio zbudować i rozładować napięcie.
I wreszcie finał – czyli „The Long Way Home”. To również przełamana na pół kompozycja, w której norweski producent zgrabnie łączy elementy oldskulowej elektroniki w stylu Klausa Schulze czy nawet Mike`a Oldfielda z tanecznym bitem, by w finale dać upust swemu melodycznemu talentowi i zaserwować słuchaczowi porywającą swą przebojowością feerię nałożonych na siebie klawiszowych motywów.
Wraz z „Where You Go I Will Go Too” Lindst?rm stawia swym konkurentom na polu cosmic disco bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę – czy uda się komukolwiek ją przeskoczyć?

2008

Muzyk Telefon Tel Aviv nie żyje

31-letni Charles Cooper – jeden z założycieli projektu Telefon Tel Aviv – nie żyje. Ciało artysty znaleziono w poniedziałek w Chicago. Jak ustaliła policja, 21 stycznia Coopper pokłócił się ze swoją dziewczyną, po czym wyjechał do Luizjany. Tam słuch po nim zaginął. Ciało muzyka znaleziono w poniedziałek. Najprawdopodobniej Cooper popełnił samobójstwo.
Przypomnijmy, że muzyk od kilkunastu lat, wspólnie z Joshua Eustisem prowadził projekt Telefon Tel Aviv. 20 stycznia ukazał się najnowszy krążek duetu – „Immolate Yourself” – którego dwie recenzje znajdziecie w naszym serwisie. Na MySpace projektu Joshua Eustisem napisał: – Pomijając wielki muzyczny talent Charlesa, był on człowiekiem serdecznym, wspaniałym przyjacielem, budzącym zaufanie wszędzie, gdzie się pojawiał.
Wielka, wielka szkoda. Zobaczcie trailer „Immolate Yourself”

The Complainers dla Nowejmuzyki

„Power Joy Happiness Fame” to tytuł nowego albumu projektu The Complainer & The Complainers. Paweł Gzyl o nim z liderem – Wojtkiem Kucharczykiem.

Orbital wracają na dobre

W listopadzie ubiegłego roku cieszyliśmy się, że duet Orbital postanowił przyjąć zaproszenie organizatorów sierpniowego festiwalu Big Chill. Tymczasem okazuje się, że nie będzie to jedyny tegoroczny występ projektu. Wygląda na to, że Orbital, po pięciu latach przerwy, wracają na dobre. Oprócz występu w ramach Big Chill muzycy planują również koncer na festiwalu RockNess (13 czerwca) oraz Global Gathering (24 lipca). Natomiast we wrześniu Orbital zagrają koncerty w Manchesterze (19 Ix) oraz Londynie (25 IX).
– Uznaliśmy, że nadeszła pora, aby przypomnieć sobie kilka kawałków. Mamy za sobą jakieś 15 lat wspólnego grania, spróbujemy więc zmieścić wszystko to, co najlepsze – mówią muzycy.
Czy doczekamy się zupełnie nowych nagrań Orbital – czas pokaże. Czekamy z niecierpliwością.

Nowy Aphex Twin w tym roku?

Na naszym forum pojawiły się informacje dotyczące nowych nagrań Aphex Twina i Boards Of Canada. Które z informacji są najbardziej prawdopodobne? Jak głoszą plotki, muzycy Boards Of Canada pracują nad nowym materiałem, którego możemy się spodziewać nawet w tym roku. Na pewno niebawem ukazać się powinien boks zawierający wczesne prace duetu, nagrywane w latach 1985 – 1995, jeszcze przed premierą przełomowego już krążka „Music Has The Right To Childen„. Możecie być pewni, że Nowamuzyka będzie trzymać rękę na pulsie, najwyższy bowiem czas na nowe nagrania BOC.
W sieci pojawiły się również informacje na temat nowego krążka Aphex Twina. Płyta miałaby trafić na sklepowe półki jeszcze w marcu, jej tytuł to „Konklaver”. W Internecie pojawił się nawet domniemany spis utworów nowego krążka AFX, choć naszym zdaniem doniesienia te można traktować jako plotki. O nadchodzących krążkach roku 2009 dyskutować można na naszym forum.
Przypomnijmy, że jakiś czas temu przeprowadziliśmy w serwisie sondę – zapytaliśmy Was o prawdopodobieństwo premiery nowej płyty AFX w tym roku. Wyniki prezentują się następująco:
Nowa płyta Aphex Twina w 2009?

  • 45%
  • 40%
  • 14%

Yagya nie zachwyca

Czy dub techno skostniało? – Ten mocno wyeksploatowany gatunek rzadko wychodzi poza schemat muzyki tła – pisze Maciek Kaczmarski w recenzji najnowszej płyty projektu Yagya.

Franz Ferdinand – Tonight: Franz Ferdinand


Akurat, kiedy miałem już wracać do pierwszego Interpola. Zostałem zjednany, choć z wyjątkami nie lubię przecież post-punka. Główny powód to sztampowe: nie jest lepiej niż na debiucie, jest inaczej, a to w przypadku takich zespołów definiuje progres. Do tego moja rodzina, gdybym tylko nie zostawił jej na Kryptonie, musiałaby orzec, że wyrosłem na porządnego człowieka: moment, w którymś ktoś słucha FF i mu się podoba to ta chwila, w której po prostu MUSI być bezkonfliktowym, sympatycznym kolegą.
Ważnym jednakże jest, że to przecież FF, a równocześnie nagrano na tę płytę prawie 8-minutowy kawałek, pada na niej wiele mefistofelicznych prawd na temat romansu, a balans nuda-nowość został utrzymany do tego stopnia, że high-lighty rekompensują swobodnie echo klątwy Skipenhamona. Po pierwszym przesłuchaniu autobus wyglądał jakby woził na Ibizę. Leciały gromy. Ktoś odważny krzyknął, że słyszy rockabilly trans (outro „What She Came For”!). Starcy dzielili się refleksjami typu: „panie, to syntezezatory? u FF? aw!”. Dwie okularnice siedzące przy kierowcy wycierały gorączkowo krew, która lunęła z nosków przy „Lucid Dreams”, a jakiś chłopak rzekł do siebie: miała kolczyk w pępku, leciał cały „Certain Trigger”. Także hardkor. A przy „No You Girls…” daliśmy spokój gadce i już w wódkę wszystko poszło i w The Cure.


Nawet reklamodawcy machnęli już ręką nie spodziewając się drugiego „Take Me Out”, a ja to już w ogóle się namachałem, że szkoda gadaćTak obojętnych dlań, omijał nas świat, aż w końcu opamiętała się jakaś kobieta. Bredziła coś o nowej fali, że w niektórych chwilach z tej muzyki mrok pełznie do serca i że czuje osobiście namiętne vibrato w lewej skroni. Tak jeszcze nie było. Podobno na jednej z sesji nagraniowych walili w perkę ludzką kością – dobiegł skądsiś pomruk grozy, ale strachu trwałego nie było i nie bo dalej pić się nie dawało, nie. Po prostu trochę po gromadzie naszej spłynął już olśnienia blask i zaczęliśmy widzieć jaśniej: nie jest super, świat jest tylko ok. „Tonight” też jest tylko ok. Ale! Są momenty, dla których warto żyć. Ich targetem nie są tym razem dziewczynki, które pragną relaksu po robieniu zdjęć liściom z bliska, a raczej te, które nie idą do nieba, a gdzie chcą. Też pretensjonalnie, ale różnica jest jak między manekinem a prawdziwym mięsem. Obie opcje po czasie nużą, ale zawsze lepiej kiedy mdli przy drugiej.
Wszyscy wstydzą się za White Stripes i nikt poważny nie pamięta już Kapranosa jojczącego ze sceny Openera o swoim dziadku w AK. Myślę, że nawet reklamodawcy machnęli już ręką nie spodziewając się drugiego „Take Me Out”, a ja to już w ogóle się namachałem, że szkoda gadać. Nie żałuję, ale irytuje, kiedy ktoś nie trzyma się szeregu i zabrania być we własnych oczach totalitarnym prorokiem. Gdybym rządził światem Franze by się już nie podniosły, a tak czołgają się na czworakach i szlag, ale laski czołgają się za nimi, a nie u stóp mego tronu. Więcej na „Tonight” ognia oraz seksu niż lansu (quasielectro outro „Lucid Dreams”), i należy przyznać otwarcie: bez względu na poziom sympatii lub antypatii wobec FF, trudno pomylić ich z czymkolwiek innym. Z pomocą trzeciej płyty po raz kolejny sprzedają trochę swojego stylu, a że sprzedają go dla odmiany nośnie i seksownie, tym lepiej dla rzeczywistości.
2009