Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.

Black Sea Dahu – No Fire in the Sand
Łukasz Komła:

Tonąc w lekkości.

DJ Shadow – Our Pathetic Age
Jarek Szczęsny:

Ilość nie przekłada się na jakość.



Steve Bug – Collaboratory


Stefan Brügesch jest artystą z dużym doświadczeniem na scenie muzyki tanecznej. Zaczynał na początku lat 90-tych jako didżej, ale szybko zaczął wydawać epki, by w 1998 roku założyć Poker Flat Recordings oraz Dessous Recordings i stać się sławnym za sprawą singla „Loverboy”. W 2000 roku pojawił się album „The Other Day”, którym Bug zdefiniował swój minimal house’owy styl. Dwa lata później potwierdził swoją pozycję wydając „Sensual”, dzieło dojrzalsze i dogłębnie przemyślane.
Najnowsza płyta, której tytuł nie jest bez znaczenia, gdyż przy jej powstawaniu brało udział wielu muzyków (m.in. Cassy, Donnacha Costello, Clé z Artist Unknown i Märtini Brös.), nie przynosi zmian w stylu grania Steve’a Buga. To wciąż znajomy z poprzednich albumów minimal house, tak zręcznie eksploatowany przez artystę. W gruncie rzeczy „Collaboratory” mogłoby nazywać się „Sensual” i na odwrót. Jedyna różnica w tym, że muzyka brzmi bardziej przemyślanie, nie ma miejsca na przypadek.
Na podstawie warstwy rytmicznej można by uczyć się produkcji muzyki do tańca. Utwory rozwijają się niespiesznie, we właściwym dla siebie tempie, kolejne elementy dokładane są nieprzypadkowo „Collaboratory” jest najlepszym jak dotąd długogrającym dziełem niemieckiego producenta oraz w odpowiednim czasie, nie ma miejsca na chaos albo chociażby na swawolę, Bug nad wszystkim panuje i trzyma swoje nagrania twardą ręką. Tu i ówdzie całkowicie zda się na minimalizm, jak w przypadku nieustannie przyspieszającego „You Never…” albo „Mr. Suicase”, do którego dopiero w połowie doda dźwięczącą melodię klawiszy i pogodne smyczki. Gdzie indziej zagra mroczniej („Mouth of Sip”), „głębiej” („Still Music”) albo w najbardziej dla siebie charakterystycznym stylu.
„Trees Can’t Dance” rozpoczyna się kilkoma nutami brzęczących klawiszy rozpływających się w delay’ach, które będą stanowić motyw przewodni tego kawałka. Usłyszymy jeszcze wybuchające w przestrzeni syntetyczne stringi oraz kwaśny loop. Wszystko, do czego Bug już kiedyś zdążył przyzwyczaić słuchaczy – to house całkowicie w jego stylu, budowany z wolna, oszczędny, ale bardzo osobisty.

W „Swollowed Too Much Bass” poddaje nas działaniu przesterowanego, buczącego basu, któremu wtóruje mglisty wokal, jak gdyby wydostający się spod zwałów basu właśnie. Dla kontrastu zagra lekko świetliste arpeggio i swobodna perkusja . W „Strong Moment” gościnnie wystąpiła Cassy, wokalistka i producentka, która wspomogła na ostatniej płycie Luomo. Utwór pełni po trochu rolę „Bug Maniaca” z płyty „Sensual” sprzed 7 lat, spowalnia tempo, jednak zamieńmy mulistą wokalistykę tamtego na niepokojący aczkolwiek przyjemny głos Cassy i otrzymamy jeden z lepszych kawałków na albumie. Wypełnia go głęboki bas, delikatne miotełki hatów oraz przyjemny motyw pianina, któremu towarzyszy Cassy, wyśpiewująca tytułowy tekst. W podobnym nastroju utrzymany jest plumkający „Trust in Me” z rozśpiewaną Virginią przy mikrofonie. Muzyka nabiera większej głębi, ergo Bug zaczyna igrać z deep housem – funkująca warstwa rytmiczna, mrucząca linia basowa, dziwnie wiercący dźwięk tła, wielobarwne brzdęki oraz wokal odsłaniają nieco inne oblicze artysty.
Tak samo jest w przypadku dziesiątego, najdłuższego na płycie utworu, „Like It Should Be”, gdzie odnajdujemy eleganckie opanowanie produkcyjne Buga, ale także pewną nieokreśloność, zaś ekspresja jazzowej wokalistki Gigi wybrzmiewa tu niczym Ada na swoim debiutanckim albumie.
Steve Bug to osobliwy przypadek, zasadniczo jego utworom niczego nie brakuje, są przemyślane i dopracowane, nie można oprzeć się wrażeniu, że muzyk dobrze wie, jaki cel chce osiągnąć i udaje mu się to, a jednak czegoś im brakuje do pełni. Te ledwie zauważalne niuanse są czymś, czego raczej nie można określić, opisać, mimo to są wyczuwalne. To tak, jakbyśmy w mimice twarzy znajomego dostrzegali fałszywą nutę – nie potrafimy dokładnie powiedzieć, co to jest, niemniej to „coś” niezaprzeczalnie istnieje.
Tymczasem nie chcę zniechęcać do „Collaboratory”, ponieważ jest to jak dotąd najlepsze długogrające dzieło niemieckiego producenta i tak bardzo dla niego charakterystyczne, że mógłby on konkurować tylko sam ze sobą. Nie mówmy, czego mu brakuje, rozmawiajmy tylko o tym, co jest.

Poker Flat CD24, 2009

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. 303

    Gigi to chyba bardziej etniczna niż jazzowa jest…

  2. DetroitManiax

    OK jestem zwolennikiem subiektywizmu w ocenie muzy ale dla mnie to nie jest najlepszy autorski zestaw Steva, w ogóle patrząc na listę składanek jakie ostatnio masowo produkuje w swoim labelu Poker Flat coraz bardziej idzie, mam wrażenie w ilość, co niestety przekłada się tu na jakość. Trochę z tą płytą jak z ostatnim Silicone Soul niby wszystko ok ale….