Alessandro Adriani – Morphic Dreams
Paweł Gzyl:

Syntetyczne sny.

Ellen Allien – Alientronic
Paweł Gzyl:

„Berlinette” na twardo.

Hoera. – Jaunu
Łukasz Komła:

Chóralne imaginacje.

jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.



Matias Aguayo – Ay Ay Ay


Wpływy etnicznej muzyki południowoamerykańskiej na klubową elektronikę z roku na rok stają się coraz wyraźniejsze. Przyczyny są oczywiste – ciągle przybywa utalentowanych producentów o latynoskich korzeniach, by wymienić tylko Ricardo Villalobosa, Luciano czy Dinky. Początkowo ich pochodzenie nie odgrywało większej roli w tworzonej przez nich muzyce. Z czasem zaczęło się to zmieniać – dziś latynoskie brzmienia są tak modne, że sięgają po nie nawet twórcy nie mający południowoamerykańskich korzeni. Najbardziej radykalnym dokumentem zanurzenia się w tamtejszą muzykę etniczną jest nowy album Matiasa Aguayo – „Ay Ay Ay”.

Ten pochodzący z Chile producent od początku swej kariery związał się z kolońskim Kompaktem. Początkowo działał z Dirkiem Leyersem w duecie Closer Music, który pozostawił po sobie jedną, ale znakomitą płytę „After Love”. Kiedy znudziło mu się motoryczne techno, zwrócił się w stronę minimalowego house`u, czego dowodem był jego solowy debiut – „Are You Really Most”. Prawdziwe objawienie przeżył jednak po przeprowadzce do Argentyny. Tam, na ulicach Buenos Aires, zetknął się z lokalną muzyką taneczną, łączącą etniczny puls z elektronicznym brzmieniem. Efektem tego było zaangażowanie się Aguayo w organizowanie „bumbumbox parties”, spontanicznych imprez na ulicach argentyńskiej metropolii, w które wciągani byli przypadkowi przechodnie. Pierwszym muzycznym świadectwem fascynacji Aguayo latynoską kulturą taneczną okazał się jego ubiegłoroczny singiel – „Minimal”. Wraz z późniejszym „Walter Neff” stworzył on podwaliny pod nowy styl chilijskiego producenta, który w pełni objawia się dopiero na wydanym właśnie jego drugim albumie solowym – „Ay Ay Ay”.

Największą innowacją zawartej na nim muzyki jest amorficzna rytmika. Tu nie ma żadnych bitów typowych dla muzyki klubowej – ani house`u, ani techno, ani electro. Są jedynie ich dalekie echa – jak electro-funkowy puls w „Ritmo Tres”, ślady oldskulowego disco w „Rollerskate” czy breakbeatowe motywy w „Ritmo Juarez”. Większość podkładów ma tutaj zdecydowanie etniczny charakter. Raz są to plemienne bębny („Juanita”), kiedy indziej jedynie wyklaskany rytm („Me Vuelvo Loca”) lub ekspresyjny beatboxing („Koro Koro”). Do tego dochodzą silnie podkreślone pochody basu – choć głębokie i dudniące, a momentami nawet jakby zdubowane, to zawsze na swój sposób melodyjne („Desde Rusia”). Co ciekawe, w kilku przypadkach wydaje się, że i one zostały uzyskane w wyniku przetworzenia ludzkiego głosu („Ay Shit – The Master”). Przypomina to bardzo ubiegłoroczny album Dave`a Aju – „Open Wide” – na którym wszystkie zarejestrowane dźwięki pochodziły z ust jego autora.

Podobnie zresztą jest z pozostałymi elementami konstrukcji nagrań z „Ay Ay Ay”. Dominują bowiem w nich wokalizy – przede wszystkim senny, jakby rozmarzony czy wręcz narkotyczny śpiew Aguayo („Menta Latte”), ale również wszelkiego rodzaju chórki, zaśpiewy, okrzyki o wyraźnie latynoskim („Mucho Viento”) lub afrykańskim („Koro Koro”) charakterze. Głosy te układają się gęstą siatkę egzotycznych brzmień, wibrujących w rytm podskórnego pulsu poszczególnych utworów.

Choć Aguayo wyśmiewał minimal w ubiegłorocznym przeboju, to jego obecne kompozycje są również… minimalowe. Właściwie oprócz rytmicznych podkładów i gąszczu ludzkich głosów, nie ma w nich niemal innych dźwięków. Wyjątek stanowią trzy nagrania: „Menta Latte” i „Desda Rusia” ozdobione oszczędnymi dźwiękami ksylofonu oraz finałowa „Juanita” z melodyjną partią akordeonu.

Początkowo słucha się tej płyty z dużym zaciekawieniem – jeszcze nie było tak zaaranżowanej muzyki klubowej. W połowie odtwarzania, krążek traci jednak swój impet – pomysły zaczynają się powtarzać, a ponieważ są niezwykle wyraziste, stają się nudne. Sytuację ratują dwa hipnotyczne nagrania umieszczone pod koniec albumu – „Ay Shit – The Master” i „Me Vuelvo Loca”.

To odsłania siłę i słabość nowych dokonań chilijskiego producenta: jeśli Aguayo udaje się zbalansować transowy puls muzyki klubowej z egzotycznym brzmieniem latynoskiego etno, powstają nagrania intrygujące, ale kiedy te drugie dźwięki zaczynają dominować, utwory osuwają się w stronę typowego world music, w którym fan nowoczesnej elektroniki nie znajdzie wiele dla siebie.

W efekcie „Ay Ay Ay” pozostanie ciekawym eksperymentem o charakterze sezonowej ciekawostki. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby chilijski producent mógł nagrać kolejną płytę opartą na tym samym pomyśle.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/bumbumbox
Kompakt 2009

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.