Earthboogie – Human Call
Ania Pietrzak:

Radość w rytmie afro-house.

Ipek Gorgun – Ecce Homo
Jarek Szczęsny:

Trudny człowiek.

Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.



Archive for Wrzesień, 2018

Cio D’Or – Die Faser


W czasach, kiedy najważniejsi twórcy minimalu próbują w swych nagraniach eksperymentować z poszerzeniem ram gatunku, coraz rzadziej zdarzają się płyty lokujące się w jego klasycznym nurcie. Przykładem może być debiutancki album niemieckiej producentki Cio D`Or – „Die Faser”.

Zaczynała właściwie od tańca – inspirując się scenicznymi prezentacjami Davida Byrne i Briana Eno (z czasów Roxy Music), opracowywała choreografię dla siedmioosobowego zespołu jazzowego, w którym pogrywała również na congach. Dopiero spotkanie z dwoma didżejkami – Acid Marią i Electric Indigo – otworzyło ją na klubową elektronikę. Niebawem zaczęła didżejować w popularnym klubie Ultraschall w Monachium, gdzie prowadziła własny cykl „Nachtwind”. W ciągu dnia studiowała inżynierię dźwięku i zbierała dźwięki otoczenia do swej kolekcji sampli. Jako producentka zadebiutowała w 2004 roku singlami dla kolońskiej wytwórni Treibstoff. Potem nagrywała dla Karmarouge i Broque, współpracując ze starszymi kolegami po fachu – Richardem Bartzem, Tobi Neumanem, Paulem Brtchitschem i Gabrielem Anandą. Debiutancki album niemieckiej producentki wydaje jednak młoda, bo działająca zaledwie od roku, monachijska wytwórnia Prologue.

„Die Faser” przynosi dwanaście długich kompozycji o tanecznym pulsie, skoncentrowanych na klasycznie pojętym minimalu. W warstwie rytmicznej D`Or stawia na mocne i wyraziste bity – raz mają one sprężysty charakter, bo podbijają je drgające pochody basu („Samt”), a kiedy indziej są mechanicznie wystukiwane, czyli wywiedzione z tradycji techno z początków minionej dekady („Mohair”). Raz tylko trafia się tutaj bardziej współczesny rytm – kruchy, lekko podłamany, silnie zbasowany („Cotton – La Petite Geisha”).

Opierając się na tak motorycznej pulsacji, D`Or buduje hipnotyczny nastrój swych kompozycji, pozwalając im spokojnie rozwijać się i budować napięcie. A służą do tego również pozostałe elementy konstrukcji nagrań. W początkowych utworach z płyty ważną rolę odgrywają sample fortepianu – subtelne, dyskretne, wnoszące jednak element ulotnej melodii („Zellulose Wind” czy „Goldbrokat”). Potem ważniejsze stają się niepokojące dźwięki dochodzące z tła – jakieś przemysłowe chroboty, trzaski, szumy. Te glitchowe ozdobniki tworzą zupełnie inny nastrój – niepokojący, mroczny, złowieszczy („Brokat” czy „Pailletten”). Trochę przypomina to dawne produkcje z Säkho, z tym, że w tym przypadku wpisane zostają w kontekst nowocześniejszego i jednoznacznie tanecznego podkładu rytmicznego.

Większość z umieszczonych na krążku nagrań ma wyjątkowo przestrzenny charakter. Szczególnie wyraźnie daje się to odczuć w kompozycjach „Organza (Transparent Dub)” i „Wildseide”. W pierwszej z nich rozbrzmiewają dochodzące z dalekiego planu tektoniczne chroboty – niczym odgłosy przesuwających się warstw skalnych. Drugą wypełniają laboratoryjne efekty, wywołujące efekt zagubienia w obcym i zimnym pomieszczeniu. Kwintesencją tych zabiegów jest finałowy „Pailetten (Bonbonus)”, któremu niemiecka producentka nadaje niemal kosmiczny sznyt kraut-rockowego eksperymentu.

Całość uzupełniają dwie ambientowe miniatury – „Angora (Mystic)” i „Seide (Tranensaltz)”. Tworzą je spienione fale perlistych klawiszy, podszyte mrocznymi smagnięciami wsamplowanej wiolonczeli.

Debiutancki album Cio D`Or ujmuje swym sugestywnym klimatem – uzyskanym przecież stosunkowo prostymi środkami wyrazu. To dowód na to, że minimal w swej najbardziej klasycznej wersji nadal może wciągać i fascynować.

www.myspace.com/prologue

www.ciodor.de

www.myspace.com/ciodor
Prologue 2009

„Guest Cast”, czyli goście w Radio-Alternatorze

Wrocławskie radio internetowe radio-alternator.com uruchomiło na swojej stronie akcję podcastową: Guest Cast. Wrocławskie radio internetowe radio-alternator.com uruchomiło na swojej stronie akcję podcastową: Guest Cast. Idea, która przyświeca jej pomysłodawcom, to zaprezentowanie brzmień artystów z całego świata oraz przedstawienie ich sylwetek muzycznych. Dwukrotnie każdego miesiąca na stronie radia, pojawia się specjalny miks wykonany przez danego artystę z jego utworów. Dotychczas w ramach Guest Castu zaprezentowali się: Aquatec, Filip Roter, Krzysztof Orluk oraz Tiquofem. W listopadzie pojawiły się miksy Rainboswsaoraz Jamesa McDougalla (a.k.a. Entia Non).

radio-alternator.com to wrocławskie radio internetowe prezentujące w trakcie swoich audycji tematycznych szeroki przegląd muzycznego pola od minimal techno po dubstep i muzykę eksperymentalną.

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #5: BRIAN ENO

W nadchodzącym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki”, cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM, postać, bez której współczesna kultura wyglądałaby zupełnie inaczej: Brian Eno. Renesansowy człowiek-orkiestra epoki ponowoczesnej. Pionier ambientu, uznany producent, multiinstrumentalista. Teoretyk kultury z kilkoma pracami naukowymi na koncie, twórca licznych instalacji i performance’ów, mentor niezliczonej ilości artystów. Współtwórca sukcesów Davida Bowie, Talking Heads i U2. Także projektant mody oraz wytwórca perfum. W piątym rozdziale „Encyklopedii Elektroniki” – Brian Eno. Już we wtorek 1 grudnia o północy w Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Vadim wraca z zespołem!

Wszystko wskazuje na to, że po fatalnych przejściach z chorobą oczu Dj Vadim wraca do formy. I do Polski – artysta, wraz z zespołem, zagra w styczniu trzy koncerty w naszym kraju.

  • The Electric – Dj VAdim, Sabira Jade & Pugs Atomz
  • 13.01.2010 – Wrocław, Bezsenność
  • 14.01.2010 – Poznań, W Starym Kinie
  • 15.01.2010 – Warszawa, Capitol
  • Bilety: 69zł (Wrocław, Poznań) oraz 79zł (Warszawa)

Dj Vadim, a właściwie Vadim Peare urodził się w Zwiazku Radzieckim, lecz wychowywał w Londynie, gdzie zaczęła sie jego muzyczna kariera. Nazywany Johnem Coltranem hip hopu, na brak wyobraźni narzekać nie może. Zaczynał od wykorzystywania muzyki konkretnej na potrzeby hiphopowej stylistyki, a dziś (maj 2009), nagrał najbardziej przystępną, ale jednocześnie najbardziej dojrzałą i zaawansowaną brzmieniowo płytę w całej swojej karierze.

I zrobił to wszystko choć świat walił mu się na głowę. W zeszłym roku ojciec artysty niemal oślepł, matka Vadima na skutek kryzysu była o krok od straty własnego domu, żona (Yarah Bravo) ciężko zachorowała, a u niego samego latem zdiagnozowano raka oka.

Na szczęście wszystko zakończyło się dobrze, a Vadim, uskrzydlony pokonaniem przeciwności losu („to co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym”), nie tylko ruszył w świat grając z takimi wykonawcami jak Fat Freddys Drop, Dj Krush czy Slick Rick, ale znalazł również czas i energię, by stworzyć nowy krążek.

Krążek znakomity, pełen charakterystycznych vadimowych beatów i brzmień, ale również pełen chwytliwych melodii i świetnych piosenek. Artysta po raz pierwszy w swej karierze zdecydował się umieścić swoją twarz na okładce własnej płyty. Po raz pierwszy również sięgnął po mikrofon seksownie i bardzo soulowo modulując swój głos przez vocoder, talk box i popularny ostatnio tzw auto-tune.

Nina Walsh – Bright Lights & Filthy Nights


Jeśli ktoś był w połowie lat 90. fanem twórczości Andy`ego Weatheralla, na pewno pamięta jego projekt i wytwórnię Sabres Of Paradise. Jej pododdział Sabrettes prowadziła Nina Walsh, wówczas dziewczyna słynnego producenta. Produkowała ona również własną muzykę – najpierw jako członkini formacji Rabettes (pamiętny „Bunny New Guinea Pig”), a potem wspólnie z Lolem Hammondem z The Drum Club w duecie Slab. Kiedy plemienne techno i hałaśliwy big-beat znudziły się jej, rozpoczęła solową karierę, wracając do swych muzycznych korzeni – angielskiego folku. Tak się bowiem złożyło, że pierwszym instrumentem, który Walsh wzięła do ręki, była hiszpańska gitara, na której uczyła się grać od trzynastego roku życia. Dokumentem jej fascynacji muzyką akustyczną, jest pierwszy solowy album wydany pod własnym nazwiskiem – „Bright Lights & Filthy Nights”.

Płyta rozpoczyna się w onirycznym stylu – pasterskie flety wprowadzają nostalgiczne dźwięki akustycznej gitary i wiolonczeli. Na tym tle rozbrzmiewa wokalny duet, podszyty lekko szeleszczącą perkusją. To „Sweetest Cure” – ewidentny hołd artystki dla klasyki angielskiego acid-folku w stylu Simona Finna czy grupy Pearls Before Swine.

Dwie kolejne kompozycje – „Sail” i „Maybe” – przywołują bardziej amerykańskie brzmienia sprzed czterech dekad. Choć akustyczne dźwięki gitary zostają tu podrasowane na kosmiczną modłę klimatycznym thereminem, to Walsh stylizuje swój głos na wokal słynnej Melanie z okresu albumu „Four Sides Of Melanie”, uderzając w zdecydowanie smutne tony.

Wraz z utworem „Storms”, wkraczamy na bardziej awangardowe terytorium. To kameralne nagranie, zaśpiewane przez Garetha Thomasa, łączące akustyczne i elektroniczne brzmienia, przypomina bowiem dawne eksperymenty Johna Cale`a – szczególnie z okresu jego współpracy z Nico.

Idąc tym tropem, trafiamy na dwa najciekawsze utwory na płycie – „I Belived In You” i „Narcissist”. Nerwowe partie gitary, wiolonczeli i fortepianu splatają się tu z chmurną elektroniką i przetworzonym wokalem, tworząc psychodeliczne misterium, bliskie mrocznym pieśniom Current 93.

Ten przejmujący nastrój pryska wraz z sowizdrzalskim „Bright Lights & Filthy Nights”, którego humorystyczny klimat tworzą radosne dźwięki fortepianu. „Love Leech” to z kolei próba zmierzenia się piosenkarki z amerykańskim bluesem – przekorna, bo wykoślawiająca klasyczne kanony gatunku groteskową elektroniką.

„Industrial Folk” to znów powrót do abstrakcyjnych preparacji – tym razem bliższy dokonaniom Nurse With Wound. Zestawienie akustycznej gitary ze halucynacyjnymi dźwiękami syntezatorów, to wspólny pomysł Niny Walsh i Charliego Maya z duetu Spooky.

A na koniec znów lżejsze brzmienia – najpierw „Strong”, łączący koronkową aranżację z melodyką typową dla pieśni śpiewanych na hipisowskich wiecach, a potem – „Goodnight My Sweet”: przekorna kołysanka, której przesłodzone brzmienie wywołuje raczej niepokój niż ukojenie.

„Bright Lights & Filthy Nights” wyróżnia się z masowej produkcji ciągle modnego weird-folku. Piosenki umieszczone na płycie nie są aż tak na siłę udziwnione, jak te, które serwują amerykańscy bardowie, daleko im też do infantylności typowej dla fińskiej sceny. Choć nie stronią od eksperymentu, zachowują niebanalne melodie i tworzą sugestywny klimat. Łączą przez to w zbalansowany sposób awangardowe koneksje z piosenkową komunikatywnością.

www.maliciousdamage.co.uk

www.ninawalsh.com
Malicious Damage 2009

Fever Ray – nowe wydawnictwo i teledysk

Wytwórnia Rabid Records 30 listopada wypuści album Live in Lulea, będący zapisem koncertu szwedzkiej artystki w londyńskim Forum z 5 grudnia 2008r. Utwory zgromadzone na krążku to klasyczna koncertowa tracklista artystki, którą w przeważającej części mieliśmy okazję usłyszeć przy okazji sierpniowego występu na festiwalu Nowa Muzyka. Obok kawałków ze świetnie przyjętego solowego debiutu pojawiają się covery utworów Nick’a Cave’a Stranger Than Kindness, oraz Vashti Bunyan Here Before. Pełny spis utworów poniżej.

Tracklista:
1. If I Had A Heart
2. Triangle Walks
3. Concrete Walls
4. Seven
5. Im Not Done
6. Nows The Only Time I Know
7. Keep The Streets Empty For Me
8. Dry and Dusty

9. Stranger Than Kindness
10. When I Grow Up
11. Here Before
12. Coconut

W tym tygodniu pojawił się również w sieci teledysk do utworu Keep The Streets Empty For Me w reżyserii Jens’a Klevje i Fabian’a Svensson’a z gościnnym udziałem japońskiej artystki Megumi Matsubary. Jak widać poniżej, Karin nie rezygnuje z szamańskiego kontekstu swojej muzyki.

Filippo Moscatello w Katowicach

Ten pochodzący z Sycylii producent wychował się na najpopularniejszych we Włoszech odmianach muzyki tanecznej: italodisco i electro. Nic więc dziwnego, że pod pseudonimem DJ Naughty nawiązuje do poznanych w młodości gatunków. Już 28 listopada artysta zagra w katowickim klubie Flow!

  • Filippo Moscatello
  • 28.11.2009
  • Katowice, klub Flow, ul 3 maja 23/3
  • Bilety: 20/30 zł
  • www.flowclub.pl

Pierwszy singiel wydany przez założoną przez DJ Hella w 1996 wytwórnię Gigolo, zawierał właśnie jego nagranie: „Boing Bum Tschag”. W tym samym okresie został takźe Fillippo w zasadzie autorem i producentem pierwszego albumu DJ Hella.

Debiutancki album włoskiego artysty – „Disco Volante” – jak wskazywał już sam tytuł, był hołdem dla klasycznego disco, przefiltrowanego przez nowocześniejsze brzmienia soul i house. Późniejsze płyty, szczególnie te nagrywane dla kolejnej wytwórni – Eskimo, pokazywały zwrot DJ Naughty`ego nie tyklo w stronę electro ale przede wszystkim nowoczesnego popu nacechowanego jednak cały czas tanecznym DNA.

W roku 2009 pojawił sie kolejny album Moscatello i ponownie postanowił on zredefiniować swoją karierę. Zrezygnował z pseudonimu i zdecydował się poświęcić muzyce z której emanuje klubowyi house. Oczywiście uważny słuchacz odnajdzie ciagle tam wszystkie pikantne domieszki stylu Włocha, który ciagle jest najlepszym przykładem tego co robił Versace w modzie a wiec genialnego muzycznego eklektyzmu.

Dzisiaj Moscatello jako dj i postać wymieniany jest obok najwiekszych postaci Gigolo, Hackera czy Carrety. Moscatello wielokrotnie gościł w największych klubach Polski. Był również gwiazdą pierwszego festiwalu muzyki elektronicznej w Płocku. Zawsze jego sety wzbudzały ogrome zainteresowanie zarówno słuchaczy jak i DJ dla których zawsze będzie on mistrzem konsolety.

Jori Hulkkonen – Man From Earth


Kiedy w połowie lat 90. Laurent Garnier rozkręcał swoją wytwórnię F Communications, po wydaniu pierwszych płyt francuskich artystów, postanowił wciągnąć do współpracy również twórców nowoczesnej elektroniki z innych krajów. Jednym z nich okazał się Jori Hulkkonen z Finlandii, działający od początku ówczesnej dekady pod egidą lokalnej wytwórni Lumi Records. I to właśnie F Communications opublikowała jego debiutancki album z 1996 roku – „Selkäsaari Tracks”. Hulkkonen i Garnier na tyle się zaprzyjaźnili, że francuska tłocznia regularnie wydawała kolejne płyty fińskiego producenta, choć żadna z nich nie stała się bestsellerem. I kiedy w zeszłym roku zamykała swe podwoje, ostatnim krążkiem w jej katalogu okazał się album Hulkkonena – „Errare Machinale Est”.

Mimo piętnastu lat obecności na elektronicznej scenie, dziewięciu albumów, niezliczonej ilości singli i remiksów, fińskiemu artyście nie udało się wyjść poza drugą ligę producentów tanecznej elektroniki. Nie pomógł mu nawet słynny hicior „Sunglasses After Dark”, jeden z hymnów nurtu electroclash, zrealizowany wspólnie z kanadyjskim producentem – Tigą. Owszem, nagranie to stało się trampoliną do zrobienia międzynarodowej kariery, ale tylko dla tego drugiego.

Nic więc dziwnego, że w końcu Hulkkonen skoncentrował się na nagraniu płyty, zawierającej same potencjalne klubowe przeboje. W ten sposób powstał materiał na „Man From Earth”, w wydaniu którego pomógł mu Tiga, rekomendując fińskiego producenta kanadyjskiej wytwórni Turbo.

Konstrukcja tego albumu przypomina budowę didżejskiego seta. Najpierw pojawiają się spokojniejsze utwory, budujące w dyskretny sposób klimat całego zestawu. To zarówno nastrojowe electro zaśpiewane przez Jerry`ego Valuri („I Am Dead”), jak również przestrzenne techno o acidowym smaczku („Boying In The Smokeroom”) czy masywny house o melodyjnym wątku („Dancerous”).

Potem Hulkkonen przechodzi do konkretów – „The Other Side Of Time” i „Re: Last Year” pulsują w rytmie disco, choć pierwsze zrealizowane jest na modłę plastikowego italo, a drugie – wystylizowane na nowoczesny minimal. Wprowadzona przez te nagrania taneczna energia nabiera jeszcze większej mocy, gdy pojawiają się następne kompozycje. „Ridge Over Troubled Forrester” to dowcipne nawiązanie do słynnego hitu duetu Simon & Garfunkel, wiodące od chicagowskiego house`u do detroitowego techno, „Undercover” – mistrzowsko poprowadzona wycieczka w stronę soundtrackowego grania z Motor City, a „I Dance To Your Bass, My Friend” – funkcjonalny tech-house o przesterowanym basie. Kulminację narastającego napięcia stanowi „Bend Over Beethoven”, filuteryjne mrugnięcie okiem do klasyki rock`n`rolla, a w warstwie muzycznej – siarczysty acid w stylu niezapomnianego „Acperience” duetu Hardfloor z 1993 roku.

A na finał – oczywiście nieco bardziej stonowane nagrania. Najpierw motoryczny tech-house z metalicznym piano w roli głównej („My Brother Went To Space And All I Got Was This Lousy Vacuum”), a potem – oldskulowe electro w stylu Cybotrona, brzmiące tak, jakby je naprawdę nagrano ćwierć wieku temu („Man From Earth”).

Nowe utwory Hulkkonena są tak ekspresyjne i przebojowe, że niemal osiemdziesiąt minut trwania płyty mija szybko i przyjemnie. Opublikowanie ich na winylowych dwunastocalówkach, sprawi, że trafią one do didżejskich setów w wielu klubach świata. To jednak zdecydowanie (i świadomie) komercyjna muzyka – pozbawiona jakiekolwiek eksperymentalnego pazura. Jedni mogą czynić z tego fińskiemu producentowi zarzut, ale drudzy – głośno pochwalą.

www.turborecordings.com

www.myspace.com/turborecordings

www.jorihulkkonen.com

www.myspace.com/jorihulkkonen
Turbo 2009

Pantha Du Prince z nowym albumem

Nowy album niedawnej gwiazdy krakowskiego festiwalu Unsound, ukaże się na początku przyszłego roku. Premiera ‘Black Noise’ będzie miała miejsce 8 lutego 2010 roku i zostanie wydana przez oficynę Rough Trade. Oznacza to, że po dwóch poprzednich, niezwykle udanych albumach dla Hamburskiej wytwórni Dial, artysta zmienia otoczenie. Dlaczego? Na to pytanie Hendrik Weber odpowiada w wywiadzie dla portalu Resident Advisor.

„Jako dzieciak spędziłem wiele długich nocy słuchając wydawnictw RT, można powiedzieć, że te dźwięki zdominowały moją wczesną aktywność artystyczną, stąd całkiem naturalną decyzją było przystanie na ich propozycję”

Przed Black Noise stoi niezwykle trudne zadanie zdetronizowania The Bliss, poprzedniego albumu artysty z roku 2007. Na którym osobliwe field recording’owe tło miesza się z kapitalnymi melodiami, dając kompleksowy, wieloaspektowy efekt. Ta unikalna fuzja stanowi jedną z lepszych house/techno wycieczek w historii gatunku. Poniżej tracklista oraz utwór z tegorocznego singla Pantha Du Prince zatytułowanego Behind The Stars.

1. Lay In A Shimmer
2. Abglanz
3. The Splendour feat Tyler Pope(LCD SOUNDSYSTEM)
4. Stick To My Side feat Panda Bear
5. A Nomads Retreat
6. Satellite Snyper
7. Behind The Stars
8. Bohemian Forest
9. Welt Am Draht
10. Im Bann
11. Es Schneit

Koncert Narcotic Fileds + All Sounds Allowed

Czeski, trip-hopowy zespół Narcotic Fields wspierany przez wrocławską, grającą m.in. na wiertarkach i szlifierkach grupę All Sounds Allowed wystąpi na jedynym koncercie w Polsce. Impreza odbędzie się w najbliższą sobotę. Narcotic Fields powstał w 2007 roku w czeskim Ołomuńcu. Sześcioosobowy zespół w swoich utworach miesza różne gatunki muzyczne, głównie inspirując się trip-hopem oraz alternatywnym rockiem. W marcu zadebiutowali albumem „Erase”, na którym słychać brzmienie definiowane dawniej przez Massie Attack i Portishead. Płytę wypełnia 12 mrocznych i często melancholijnych kawałków. Tytułowy utwór można ściągnąć z oficjalnej strony zespołu lub posłuchać „Erase” poniżej.

Eksperymentalne trio All Sounds Allowed gra od 2004 roku, a do tworzenia dźwięków wykorzystuje nie tylko gitary i perkusję, lecz również metalowe i plastikowe beczki, rury, sprężyny itp. To nietypowe instrumentarium uzupełniają elektroniką i wokalem, przez co powstają kombinujące z rytmem, pełnowartościowe piosenki.
Data i miejsce koncertu:
28 listopada 2009, godz. 20:00
Play-Ground, ul. Borowska 128, Wrocław
Bilety: 15 złotych, do nabycia przed koncertem
Narcotic Fields „Neper Let Me Down” z płyty „Erase”:

Kolejna debiutantka Ninja Tune w Polsce

Po świetnym koncercie Speech Debelle podczas Tauron Festiwalu Nowa Muzyka, na przyjazd do naszego kraju udało się namówić kolejną debiutantkę w wytwórni Ninja Tune – Andreyę Trianę, której wokal pojawi się na najnowszej płycie Bonobo. Andreya zagra 6 grudnia w katowickiej Hipnozie.

  • Andreya Triana
  • 6 grudnia 2010
  • Hipnoza, Katowice, Plac Sejmu Śląskiego 2
  • Bilety: 25zł

„Lost Where I Belong”, pierwszy długogrający album Triany, zapowiada się na sporą sensację, jego publikacja jest przewidywana na początek 2010 r., a za produkcję odpowiada jeden z najlepszych brytyjskich DJ-ów, cieszący się ogromną popularnością w Polsce – Bonobo, który zapewnił Trianie rolę stałej wokalistki w swoim live bandzie.

Pomimo niewielkiego jak dotąd dorobku, Andreya Triana ma już za sobą współpracę z takimi mistrzami współczesnych brzmień, jak Flying Lotus, a stworzony przez tę parę numer „Tea Leaf Dancer”, został okrzykniety jednym z największych przebojów roku przez takie legendy brytyjskiego radia, jak Giles Peterson, czy Benji B. Warto także wspomnieć, że współtwórcą kilku jej piosenek, jest Fink, czyli kolejny twórca z katalogu Ninja Tune, mający w naszym kraju oddaną rzeszę słuchaczy.

Impreza odbędzie się z okazji 10 urodzin jednego z najważniejszych klubów w Katowicach – Hipnozy. Co prawda okrągła rocznica stuknie klubowi 11 lutego roku…2011, ale organizatorzy już teraz postanowili rozpocząć huczne, koncertowe obchody tego wydarzenia.

Nowy Golden Filter do ściągnięcia

Nowojorski disco-popowy duet wypuścił niedawno kolejny singiel, który, tak jak w przypadku poprzednich wydań, można za darmo ściągnąć ze strony wytwórni Dummy. Golden Filter to marka znana bardziej z remiksów, niż własnej twórczości. Przerabiali utwory takich artystów jak Little Boots, Empire of The Sun czy White Stripes. Ale jak widać są to artyści wszechstronni, i oprócz remiksów potrafią też produkować własną muzykę.

Po sukcesie pierwszych singli Solid Gold oraz Favourite Things wypuszczają kolejny ciekawy utwór o nazwie Thunderbird. Liczymy na to, że niedługo będziemy mogli usłyszeć ich longplay, nad którym obecnie pracują.

Golden Filter – Thunderbird

Golden Filter – Favourite Things

Golden Filter – Solid Gold

Massive Attack odkrywają karty

Nie „Weather Ungerground”, a „Heligoland” – taki tytuł nosić będzie wyczekiwany od dawien dawna, nowy krążek grupy Massive Attack. Artyści podali szczegóły wydawnictwa – znamy okładkę, tracklistę, a przede wszystkim – dokładną datę premiery. Na żadną z dotychczas wydanych płyt tego zespołu nie musieliśmy czekać tak długo. „100th Window”, poprzednie dzieło Massive Attack, ukazało się w roku 2003! Premiera „Heligoland” zaplanowana została na 8 lutego.

Miejmy nadzieję, że warto było czekać siedem lat. Wydana niedawno Epka „Splitting The Atom” to dowód na to, że…może być różnie.

Kogo usłyszymy?

W ostatnich latach docierały do nas informacje o całej zgrai gości, z jakimi Massive Attack podjęli współpracę. Ostateczna lista zaproszonych do studia muzyków wygląda następująco: Horace Andy, Martina Topley Bird, Damon Albarn, Guy Garvey, Hope Sandoval.

Co usłyszymy?

Na krążku znajdzie się 10 premierowych kompozycji. Ich dokładny spis zobaczycie poniżej:

  • 01. Pray For Rain
  • 02. Babel
  • 03. Splitting The Atom
  • 04. Girl I Love You
  • 05. Psyche
  • 06. Flat Of The Blade
  • 07. Paradise Circus
  • 08. Rush Minute
  • 09. Saturday Come Slow
  • 10. Atlas Air

Shackleton – Three EPs


Artysta na przekór ekonomicznemu racjonalizmowi zaprzestaje na chwilę działalności w ramach przynoszącego profity Skull Disco i manifestuje wolność twórcy, zrywając z siebie łatkę dubstepowego innowatora. Bo w przypadku wydanego dla berlińskiego Perlona albumu trudno mówić o jakimkolwiek stylistycznym kategoryzowaniu.

Nowa przestrzeń życiowa nabiera wymowności w momencie zetknięcia z muzyką zawartą na Three EPs. Shackleton, nie tracąc dotychczasowej konsekwencji własnych poczynań i ich niewątpliwej bezkompromisowości, pcha swoją twórczość w kierunku niemieckiego rozumienia materii dźwiękowej. Ten zestaw z jednej strony przywołuje skojarzenia z najnowszą brytyjską szkołą subbasu, która nie wstydzi się IDM-owej przeszłości i lubi rytmiczne wycieczki w kierunku Bliskiego i Dalekiego Wschodu, z drugiej nietrudno doszukać się tu wpływu filozofii krautrockowców, a opętańcze powtarzanie tribalowych, akustycznych rytmów wprost odsyła do transowych eksperymentów Can, Ash Ra Tempel, nie mówiąc o nieodżałowanym Muslimgauze, który również publikował nakładem dziś na wpół berlińskiego Staalplaat.

Każdy utwór trwa mniej więcej 7-9 minut i stanowi intrygujący, wielowątkowy kolaż złożony z drone ambientowych soundscapeów, charakterystycznych, synkopowanych ethnoperkusjonaliów podbitych masywnym, szaleńczo rozwibrowanym, konsekwetnie narastającym basem. Ten minimalistyczny, umiejętnie kreślony drive każdego kawałka daje w efekcie fascynującą symbiozę przestrzennej lekkości i niskotonowej smoły. W sensie producenckim jest to również pokaz sztuki najwyższej próby, ponieważ mimo wyrafinowanego samplingu, stosowania wielu brzmień żywych, przede wszystkim perkusyjnych instrumentów, hipernowoczesna muzyka Shackletona w dalszym ciągu pozostaje szlachetnie surowa, oszczędna i daleka od efekciarstwa. Tym samym, choć pozbawiona ewidentnie klubowego potencjału, dobrze wpasowuje się w konwencję brzmienia Perlonu, którego jeden z szefów, a prywatnie przyjaciel Shackletona, odświeżył wizerunek wytwórni, tworząc prawdopodobobie podwaliny potencjalnych zmian konwencji innych niemieckich labeli, kiedyś wyznaczających kanon nowych brzmień, dziś nieco okrzepłych. Ale o tym przekonamy się pewnie już wkrótce.

Perlon 2009

Mikkel Meyer – Bacon


Czasem potrzeba jest matką wynalazku. Kiedy Mikkel Meyer był nastolatkiem, zafascynował się współczesną elektroniką. I od razu chciał tworzyć własne dźwięki. Niestety – ciężko było z kieszonkowego uciułać na nowy sprzęt. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak skompletować odpowiedni zestaw instrumentów ze starych rupieci. Tygodnie buszowania po second-handach z elektroniką, zaowocowały stworzeniem własnego studia, wyposażonego w naprawiony i zmodyfikowany sprzęt. Być może dlatego wczesne nagrania Meyera miały zdecydowanie unikatowe brzmienie – jako jednym z niewielu muzyków elektronicznych zainteresował się nim sam John Peel, zaprosił do Londynu i wprowadził do modnej rozgłośni Resonance FM, w której duński producent pracował potem przez kilka późniejszych lat. Pierwsze płyty opublikowały mu dwie wytwórnie – brytyjski Smallfish i duński Statler & Waldorf. Nakładem tej ostatniej ukazuje się autorski debiut Meyera – „Bacon”.

Wczesne eksperymenty z techno i jazzem doprowadziły artystę do dubstepu. I właśnie w tej stylistyce utrzymane są wszystkie nagrania z krążka. Część z nich ma masywne podkłady rytmiczne, bliskie industrialnemu hip-hopowi („Tatar”) lub smolistemu dubowi („Jordbaerkage”), a inne – znacznie szybsze i lżejsze, prowadzące od ekspresyjnego breakbeatu („Kokostosca”) do dynamicznego drum`n`bassu („Kotlet”). Wszystkie te rytmy Meyer podbija oczywiście wyrazistymi pochodami basu – raz bliskiego rave`owym przesterom („Tunge”), a kiedy indziej – zdubowanym pulsacjom o jamajskim rodowodzie („Jordbaerkage”).

Trzymając się tych potężnych podkładów, duński producent eksperymentuje z pozostałymi elementami konstrukcji poszczególnych nagrań. W „Tatarze” atakuje jadowitymi ukąszeniami acidu, w „Kotelecie” wprowadza mroczne brzmienia postindustrialnych klawiszy, a w „Ostetaerte” – pohukuje falującymi blachami wywiedzionymi z estetyki newschoolowego techno w stylu wczesnego Neila Landstrumma. Nie brak tu również rwanych akordów o dubowej proweniencji – choćby w finałowych „Flødebudding” i „Jordbaerkage”.
Najciekawszym pomysłem Meyera jest jednak zaproszenie do kilku nagrań undergroundowych raperów. Oto w „Tunge” pojawia się żonglujący rymami Non z chicagowskiej formacji Shadowhuntaz, a w dwóch następnych utworach – „Kokostosca” i „Bananasplit” – dwóch nawijaczy z Tanzanii: Chidi Benza i Lufu. Ich egzotyczne rymy, wsparte afrykańskimi śpiewami, ożywiają chmurną i zimną muzykę Meyera, nadając jej bardziej organiczny charakter.

„Bacon” co prawda nie wyznacza jakichś nowych tendencji w dubstepie, ale jest solidnie i pomysłowo zrealizowaną płytą, która powinna przypaść do gustu każdemu wielbicielowi gatunku.

www.statler-waldorf.dk

www.myspace.com/statlerambwaldorf

www.mikkelmeyer.dk

www.myspace.com/mikkelmeyer
Statler & Waldorf 2009

Depeche Mode – Sounds Of The Universe


Zaczynali prawie 30 lat temu jako jeden z wielu synth-popowych projektów, aby z czasem stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych marek na świecie. Ponad sto milionów sprzedanych płyt, sława docierająca do każdego kontynentu, gigantyczne trasy koncertowe wyprzedane do ostatniego miejsca, osobna subkultura obsesyjnych fanów i całkiem spory wpływ na szereg artystów: od Derricka Maya i Juana Atkinsa, przez Crystal Method, na Radiohead i Smashing Pumpkins skończywszy. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że Depeche Mode to niezmywalna ikona popkultury.

Od zasłużonej grupy, która nie musi już nikomu nic udowadniać, nie trzeba oczekiwać kolejnych przełomów i drugiego „Violatora”. Korzystając z wygodnej pozycji, Dave Gahan, Martin Gore i Andy Fletcher zdają się nagrywać kolejne płyty jako pretekst do skądinąd znakomitych występów na żywo. Być może dlatego „Sounds Of The Universe” – dwunasty longplay w karierze formacji – brzmi po prostu jak kolejna płyta DM, niewiele różniąca się od dwóch poprzednich. Pretensjonalny tytuł i wątła ideologia („ilustracja wszechświata i podróży kosmicznych” – Jean Michel Jarre, anyone?) przekładają się na banalną zawartość dźwiękowo-tekstową. W tych trzynastu numerach, cienkich niczym odtłuszczone mleko, Depesze brzmią jak własny cover-band, który włamał się do studia, sterroryzował dźwiękowców i zaczął grać odrzuty, wersje demo i strony „B” singli swojego ulubionego zespołu. Pozbawione punktów kulminacyjnych kompozycje trwają w bezruchu i cierpią na deficyt eleganckiej przebojowości, będącej niegdyś znakiem rozpoznawczym grupy.

Całość otwiera „In Chains”, typowy depeszowy opener nie wybijający się ponad średnią: przestrzenny „kosmiczny” dźwięk na początku, organy, basik, gitarka, beat i zaangażowany śpiew Gahana. Kawałek stanowi jeden z trzech najmniej kompromitujących utworów na albumie. Dwa pozostałe to „Come Back” i „Corrupt”, kojarzące się nieco z rewelacyjną płytą „Ultra” z 1997 roku. Reszta powinna być raczej „milczeniem wszechświata”. Singlowy „Wrong” irytuje siermiężną melodią i topornym brzmieniem. „In Sympathy” przenosi w czasy „Some Great Reward” (rok 1984), jednak podczas tej podróży w przeszłość doskwierają uporczywe nudności. Interesujący początek „Peace” zostaje zrujnowany przez irytujący refren, po czym piosenka przeobraża się w post-noworomantyczny koszmarek. „Miles Away” nieudolnie próbuje być drugim „Personal Jesus”; podczas słuchania człowiek zadaje sobie pytanie: „Jezusie Osobisty, co się stało z tą grupą?”. Mdła „Jezebel” to obowiązkowa prywata Gore’a, który jest utalentowanym kompozytorem (czego na „SOTU” niestety nie słychać), ale marnym wokalistą (co słychać bardzo dobrze). Dwuminutowy instrumental „Spacewalker” zakrawa na kpinę – brzmi jak temat przewodni z radzieckiego serialu science fiction! Brakuje tylko Gahana śpiewającego o Bajkonurze…

Depeche Mode zatoczyli koło, powracając do epoki, z której się wywodzą. Powszechna eksploatacja mody na „ejtis” sprawdza się czasami w przypadku młodszego pokolenia (Telefon Tel Aviv, The xx, Tim Exile), jednak w wykonaniu niegdysiejszych pionierów takich brzmień mierzi i nuży. Jeśli na poprzedniej płycie trio z Basildon ewoluowało w zadowolonego z siebie dinozaura, to teraz rozpoczęło mało chwalebną konsumpcję własnego ogona.
Mute Records Ltd., 2009

Warto posłuchać: We Have Band

Gdybyśmy muzykę oceniali po tym jak nazywają się jej twórcy, to We Have Band na pewno znalazłoby się wysoko w naszej klasyfikacji. Ta ciekawie brzmiąca kapela oryginalnie pochodzi z Manchesteru. Założyło ją małżeństwo Thomas i Dede. Pracując w EMI w Londynie poznali Darrena Bancrofta, który ostatecznie wykrystalizował skład zespołu.

Pierwszy raz usłyszano o nich pod koniec 2008 roku, gdy wydali dwa pierwsze single „Oh!” i „Came out”. Po raz drugi, gdy wygrali w 2009 roku Emerging Talent Competition w Glastonbury.

Po tym mocnym wejściu zostali okrzyknięci na wyspach odkryciem roku.

Ich styl określany jest mianem disco-rocka. Nieco mroczny, ale z mocnym popowym wokalem, aż w trzech różnych barwach.

Obecnie dużo koncertują i pracują na swój pierwszy longplay. Produkcję tą wspiera znany producent muzyczny Gareth Jones, który współpracował min. z takimi markami jak Depeche Mode.
Warto również wspomnieć, że nie są jeszcze związani z żadną wytwórnią muzyczną. Album nagrywają w mieszkaniu Dede i Thomasa. Przy zaawansowaniu dzisiejszych technologii nie stanowi to dużego problemu, w zamian pozostawiając wiele swobody.

Murder Death Kill

Miejsce dla wolnej sztuki i jej autorów.

Murder Death Kill Records – produkujemy muzykę i upubliczniamy ją za darmo (gdyż uważamy że taka powinna właśnie być- darmowa!), wszystkimi znanymi nam kanałami. Jeżeli nagrywasz i chcesz to sensownie wydać, napisz na zurekster@gmail.com i dodaj mp3.

Murder Death Kill Night – gramy naszą muzykę na naszych imprezach, doprowadzając imprezowiczów do utraty kalorii, a parkiety do dewastacji.

Murder Death Kill Exhibition – Prezentujemy prace graficzne ludzi zaangażowanych w wytwórni oraz najbliższych przyjaciół. Strona: http://http://mdkrec.blogspot.com/

Xiu Xiu – Women as Lovers


Dobrze jest znaleźć czas aby posłuchać Xiu Xiu. Dobrze jest ich poznać i… odstawić na półkę. Niewątpliwie można się zachwycić ich nierównym stylem i dysharmonią przyprawiającą o nerwicę. Jednak na dłuższą metę wróci się do utartych tematów i ulubionych artystów. Xiu Xiu jako eksperyment pozwala otrzeć się o pewną skrajność, zarówno brzmieniem jak i treścią daleko przekraczając znane kanony, aktualne trendy a nawet dobry smak.

Pochodzą z San Jose w Kalifornii i od 2000 roku wydali dziewięć albumów. Mocno trzymają się elektronicznej psychodelii, podszytej eksperymentalnym post-punkowym i indie rockowym graniem, co w zasadzie niewiele mówi, ale tak właśnie kończą się próby klasyfikowania ich stylu, kto nie wierzy niech posłucha. Co kawałek dostajemy utwór w innym brzmieniu, nie zmienia się tylko niespodziewany łomot, wyliczony z premedytacją i drażniący słuchacza gdy tylko zrobi się spokojniej. Jamie Stewart, lider zespołu i twórca jego obłędnego imageu, przyznaje, że te nieoczekiwane zmiany nastroju wynikają z jego własnych doświadczeń, a słuchacz zaczyna zastanawiać się nad pokiereszowana duszą artysty z San Jose.

Z albumem „Women as Lovers” dostajemy kolejną porcję ekstrawagancji silnie skoncentrowanej na seksualności, jeden cover i sporo kontrastowego brzmienia. Mocna perkusja i chaotyczne trzaski kontra melodyjne, miękkie śpiewy w „You Are Pregnat, You Are Dead”. Klimatyczny, gęsty „Black Keyboard”, który doczekał się nawet obecności w polskim radiu. Xiu Xiu trzyma formę, i chociaż album nie jest nadzwyczaj odkrywczy i postępowy względem poprzednich, warto się z nim zmierzyć.

Muzyka eksperymentalna w typie Xiu Xiu robi wrażenie głównie dzięki odmienności. Nieprzeciętne połączenia pięknych ballad z obrzydliwymi tekstami, surrealistyczne wariacje dźwiękowe początkowo szokują, lecz w końcu tracą atrakcyjność i stają się pustymi formami. Nisza, którą spreparował zespół, może wypełnić się szybko. Ciekawe, czy będą dalej pędzić wybraną drogą, popadając w przykry stan gonienia własnego ogona, czy ruszą z całkiem nowym materiałem. Kolejny album „Dear God, I Hate Myself”, planowany na 2010 rok, da na to odpowiedź.
Kill Rock Stars 2008

Encyklopedia Elektroniki: ELEKTRONICZNA POLSKA VOL. 1

Już jutro w audycji „Encyklopedia Elektroniki” – pierwsza część cyklu „Elektroniczna Polska”, poświęconego krajowej scenie nowych brzmień. Specjalnie z myślą o audycji nowe i niepublikowane utwory przygotowali Władysław Komendarek, Zombie i CH District! Tylko w Szczecin.FM! W pierwszej odsłonie „Elektronicznej Polski” zaprezentujemy nagrania takich artystów jak Skalpel, Mr.S czy Spear. Specjalnie na potrzeby audycji i ekskluzywnie dla Szczecin.FM, zupełnie nowe i niepublikowane utwory przygotowały legendy polskiej elektroniki – Władysław Komendarek, Zombie i CH District! Takie rzeczy tylko w „Encyklopedii Elektroniki”!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki