Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.

Kutiman – Don’t Hold Onto the Clouds
Ania Pietrzak:

Jak brzmi połączenie IDM i psychodelicznego ambientu prosto z Izraela? Koszernie, nie inaczej!

JK Flesh – New Horizon
Paweł Gzyl:

Transhumanizm w wersji dub-techno.

Retribution Body – Self-Destruction
Maciej Kaczmarski:

Mordercze drony.



Archive for Sierpień, 2018

Soundwaves

Soundwaves Record Label to nowy internetowy label. Został założony w celu promowania młodych zdolnych artystów z całego świata. Przedział muzyczny na jakim będziemy się skupiać to szeroko pojęta muzyka elektroniczna. Od minimalowych brzmień przez electro, tech-house, deep, break beat, techno, trance, hard aż po drum & bass itp. Kolejne wychodzące na łamach wytwórni albumy, single i epki będą zmierzać właśnie w tych kierunkach. Strona: http:/www.myspace.com/soundwaves-records

Soundwaves

Soundwaves Record Label to nowy internetowy label. Został założony w celu promowania młodych zdolnych artystów z całego świata. Przedział muzyczny na jakim będziemy się skupiać to szeroko pojęta muzyka elektroniczna. Od minimalowych brzmień przez electro, tech-house, deep, break beat, techno, trance, hard aż po drum & bass itp. Kolejne wychodzące na łamach wytwórni albumy, single i epki będą zmierzać właśnie w tych kierunkach.

Jeżeli tworzysz muzykę i chcesz pokazać się większej liczbie odbiorców. Chcesz się wypromować i w końcu zacząć zarabiać na swojej muzyce ?

Nie wiesz od czego zacząć lub jakim rodzajem licencji oprawić swoja muzykę ? Napisz do nas pomożemy Ci. Właśnie po to jesteśmy.

Prześlij nam linki ze swoją muzyka lub swoje demo. Twoje utwory też mogą być dostępne na juno, beatport etc.

Nie czekaj. Strona: http://http://www.myspace.com/soundwaves-records

Podsumowanie 2009: Paweł Gzyl

Nasz plebiscyt na płytę roku 2009 wciąż trwa, tymczasem już dziś prezentujemy Wam nasze pierwsze redakcyjne zestawienie. Swoimi dziesięcioma ulubionymi płytami AD 2009 dzieli się Paweł Gzyl. Ben Klock „One” (Ostgut Ton)

Otwarcie berlińskiego klubu Berghain było jak zastrzyk świeżej krwi wpompowanej w żyły tracącej powoli energię muzyki techno. Bo to właśnie związani z nim producenci wyznaczają od dwóch lat drogę rozwoju tego gatunku. Przykładem tego debiutancki album Bena Klocka – nowa inkarnacja brzmień rodem z połowy lat 90. podrasowana świeżymi melodiami, wpisana w psychodeliczny klimat, uzupełniona naleciałościami dubstepu. I bez żadnego kokietowania mainstreamu. Teraz czekamy na autorską płytę Marcela Dettmanna.

Recenzja „One” w naszym serwisie »

The Variant „The Setting Sun” (Echospace)

Już pierwsze nagrania The Orb sprzed dwóch dekad, definiujące nowe brzmienie muzyki ambient, łączyły pejzażową elektronikę w stylu Briana Eno z dubowymi efektami opatentowanymi przez Lee „Scratch” Perry`ego. I to właśnie wprost z nich wyrasta dźwiękowa materia płyty Stephena Hitchella wydanej pod szyldem The Variant. Znajdujące się na niej nagrania to ambient-dub w perfekcyjnej postaci, spuentowany wycieczką w prehistorię gatunku, wyznaczaną dokonaniami kraut-rockowych mistrzów, gwiazd klasycznej elektroniki, a nawet twórców muzyki współczesnej.

Recenzja „The Setting Sun” w naszym serwisie »

Redshape „The Dance Paradox” (Delsin)

Mimo, iż zamaskowany producent zasłynął parkietowymi killerami, na swój debiutancki album przygotował znacznie spokojniejszy materiał. I wzorem „ojców” techno z Detroit, objawił na nim muzykę głęboką, uduchowioną, subtelną – po prostu dźwiękową poezję, niepozbawioną jednak tanecznego pulsu. Choć słychać tu echa dokonań weteranów z Motor City, wpływy kanonicznych nagrań Basic Channel czy współczesnych eksploratorów deep techno, utwory Redshape`a wyróżniają się własnym brzmieniem, którego ważnym wyznacznikiem jest… żywa perkusja.

Recenzja „The Dance Paradox” w naszym serwisie »

Moritz Von Oswald Trio „Vertical Ascent” (Honest Jon`s)

I pomyśleć, że twórcom techno zarzucano kiedyś ograniczone horyzonty muzyczne – oto niedawno trzech z nich nagrało album, który wykracza poza wszelkie kanony i gatunki. To jednak wcale nie mało komunikatywna awangarda – a wręcz przeciwnie, przystępna i otwarta muzyka, syntetyzująca w organiczny sposób całą schedę współczesnej tradycji eksperymentalnej. Jazz, psychodelia, elektronika i dub zostają tu przełożone na język współczesnej improwizacji, utrzymanej jednak w ryzach żelaznej dyscypliny studyjnej preparacji.

Recenzja „Vertical Ascent” w naszym serwisie »

Hell „Teufelswerk” (Gigolo)

Monachijskiemu producentowi udała się rzecz niezwykła – wyprodukował album o mocnym potencjale komercyjnym, który jednak swymi korzeniami tkwi w muzycznym undergroundzie. Z jednej strony mamy tu dandysowski dekadentyzm Hella, który zaowocował kiedyś wykreowaniem przezeń nurtu electroclash, a z drugiej – śmiałość w penetrowaniu zapomnianych i zakurzonych brzmień. W każdym dźwięku z tej płyty słychać niezwykłą precyzję – a mimo to nie zabija ona jej żywiołowości i autentyzmu. Taka płyta należała się Hellowi – to krążek wreszcie na miarę jego talentu i doświadczenia.

Recenzja „Teufelswerk” w naszym serwisie »

Mirko Loko „Seventynine” (Cadenza)

Minimal ma się dobrze i żyje w… Szwajcarii. W tym roku to właśnie pochodzący z tego niepozornego kraju Mirko Loko zaserwował nam najbardziej wyrafinowaną muzykę w tym gatunku. Przy zachowaniu typowego dla tej estetyki sposobu tworzenia dźwięku, pokazał on, że również w niej możliwa jest duża różnorodność – brzmienia, melodii, emocji, klimatu. Choć całość pulsuje dobrze znanym rytmem, w tle słychać echa mrocznego ambientu, pejzażowych produkcji z Detroit, glitchowych eksperymentów i masywnego dubstepu. W efekcie Mirko Loko przyćmił tegoroczny krążek swego mentora – Luciano.

Recenzja „Seventynine” w naszym serwisie »

Fuckpony „Let The Love Flow” (BPitch Control)

Najbardziej niedoceniony album roku. Być może krytyków onieśmieliła rozbuchana orgia dźwięków wyprodukowanych przez Jaya Haze`a? Faktem bowiem jest, że „Let The Love Flow” przynosi futurystyczną wizję muzyki tanecznej – jakiej jeszcze nigdy nie słyszeliśmy, dalekiej od wszechobecnego deep house`u, wręcz schizofrenicznie ekscentrycznej.

Bo jak można połączyć ognisty house z lodowatym IDM-em, ekspresyjny breakbeat ze zredukowanym minimalem, monotonne techno z żarliwym soulem? A jednak – amerykańskiemu producentowi udaje się skonstruować z tych składników niesamowicie przebojową zawartość. Uwaga: nie próbujcie powtarzać tego w domu!

Recenzja „Let The Love Flow” w naszym serwisie »

Emptyset „Emptyset” (Caravan)

Kiedy mówi się dzisiaj o minimalu w muzyce tanecznej, jako innowatorów tego gatunku przywołuje się Roberta Hooda, Basic Channel czy Ritchiego Hawtina. Rzadko wspomina się natomiast o duecie Kotai + Mo, działającym też pod szyldem swej wytwórni – Elektro Music Department.

Nie wszyscy jednak zapomnieli o jego oryginalnym brzmieniu – przykładem tego płyta innego duetu, tym razem brytyjskiego – Emptyset. Sięgając po znane z płyt Kotai + Mo spowolnione podkłady rytmiczne, James Ginzberg i Paul Purgas wykoncypowali laboratoryjne techno, uzupełnione o wpływy dark ambientu, breakcore`a i dubstepu. Efekt okazał się powalający – tak zimnej, matematycznej, laboratoryjnej wersji gatunku nie słyszeliśmy już dawno.

Recenzja „Emptyset” w naszym serwisie »

Moderat „Moderat” (BPitch Control)

Właściwie, co do tej płyty wszyscy są zgodni – to jedna z najbardziej wysmakowanych produkcji tego roku. Połączenie sił Modeselectora i Apparata okazało się strzałem w dziesiątkę. Czy właśnie taki album nagrałby dzisiaj Aphex Twin, gdyby nie dopadła go twórcza blokada? Być może – są tu bowiem jego ulubione połamane rytmy, bajkowe melodie, oldskulowe wspominki. Ale przede wszystkim ten niesamowity luz, którego jemu dziś niestety (jak pokazały nowohuckie koncerty) już brakuje. Dlatego w tym roku to nie występy Aphex Twina, ale Moderata okazały się wydarzeniem.

Recenzja „Moderat” w naszym serwisie »

DJ Koze „Reincarnations” (Get Physical)

Obecnie wydaje się, że remiksować może każdy – wystarczy, że jakiś Ed Banger odniesie sukces, a już przed jego drzwiami ustawiają się gwiazdy w typie Madonny czy Björk. Tymczasem prawdziwe mistrzostwo remiksowania posiedli inni artyści – choćby DJ Koze, który swoim zestawem „Reincarnations” znokautował największych konkurentów z Wighnomy Bros. Stefan Kozalla, natchniony dadaistycznym duchem prekursorów z The Residents, dokonuje na tym albumie ekwilibrystycznych akrobacji, żonglując wszystkimi możliwymi gatunkami (nawet kabaretową chanşon), a wszystko po to, by dać wyraz swej nieokiełznanej muzycznej wyobraźni. Nic dziwnego, że o jego remiksy proszą tylko wykonawcy z undergroundu.

Recenzja „Reincarnations” w naszym serwisie »

Encyklopedia Elektroniki: COVER VERSIONS VOL. 1

W kolejnym, tym razem specjalnym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – usłyszymy przeróbki nie tylko elektronicznych standardów w nie tylko elektronicznych wykonaniach.

W pierwszej odsłonie „Cover versions” m.in. Alarm Will Sound, Autechre, Maxence Cyrin, Kode9 & The Spaceape i Depizgator. Już we wtorek o północy w Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Hanne Hukkelberg dwa razy w Krakowie

Jedna z naszych ulubionych norweskich wokalistek – Hanne Hukkelberg – planuje wizytę w Krakowie. Artystka zagra dwa koncerty, promujące krążek „Blood From The Stone”.

  • 21 Styczeń 2010 w Fortach Kleparz (godzina 20:00)
  • 22 Styczeń 2010 w Cafe Kulturalna (godzina 22:00)

Support na obu koncertach będzie zapewniał duet Gaba Kulka/Jurek Rogiewicz. Bilety w przedsprzedaży będą po 35zł, w dniu koncertu 40zł. Sprzedaż w klubach oraz przez stronę www.frontrowheroes.com

Muzyka Hanne Hukkelberg nieodzownie kojarzy się ze skandynawskim klimatem i krajobrazem. Jest surowa i zimna, z zaskakującymi, dramatycznymi wręcz zwrotami akcji, co szczególnie wyraźnie słychać na ostatnim, wspomnianym albumie „Blood From The Stone”, do którego utwory Hanne pisała w czasie siedmiomiesięcznego pobytu w małej wiosce na norweskiej wyspie Senja.

Bogactwo pod powierzchnią – rozmowa z Praczasem

Debiutanckim albumem Sulphur Phuture objawia swe autorskie dokonania muzyczne producent formacji Masala Soundsystem i Village Kollektiv – Praczas. Rozmawialiśmy z nim o tym projekcie. www.myspace.com/praczas

Już Twój pseudonim wyraźnie wskazuje na fascynację korzenną kulturą. Skąd u Ciebie to zainteresowanie folklorem świata?

Trudno jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Gdzieś od dziesiątego roku życia interesował mnie szeroko pojęty folklor. Najpierw była fascynacja muzyką Aborygenów, potem muzyką bretońską, ukraińską i skandynawską, które były intensywnie promowane w Polsce dzięki firmie Folk Time. Pod koniec szkoły podstawowej do moich zainteresowań muzycznych dołączył ciężki metal i elektronika.

Był taki czas, że słuchałem na przemian death metalu, ambientowej elektroniki (Steve Roach, Vidna Obmana czy Robert Rich) i muzyki etnicznej zewsząd. Fascynacja kulturą pchnęła mnie ostatecznie na studia etnologiczne, które szczęśliwie ukończyłem… Mogę więc w pewien sposób przyznać, że muzyka etniczna towarzyszy mi przez większą część świadomego życia. Co do pseudonimu – to zupełnie inna historia…

A jaka?

„Praczas” pochodzi z czasu, kiedy zakładało się konta mejlowe. Ponieważ nie miałem pomysłu na to, jaką nazwę wpisać przed „@”, wymyśliłem sobie „praczas”. I potem ktoś komuś wspomniał, że „mejlował z Praczasem”, „gadał z Praczasem”, „grał z Praczasem”, sądząc, że to moja ksywa, podczas gdy była to tylko najzwyklejsza nazwa użytkownika. No i dalej to się samo potoczyło – nim się obejrzałem, zostałem Praczasem. (śmiech)

Nagrania Masali i Village Kollektiv wskazały, że szczególnie inspiruje Cię tradycja muzyczna Azji i Bliskiego Wschodu. Co jest Ci w niej tak szczególnie bliskie?

Z Masalą oczywiście sprawa jest prosta, bo to ten kierunek. Ale w przypadku Village Kollektiv trudno mówić o Azji i Bliskim Wchodzie w sposób oczywisty. To przecież projekt ukierunkowany na nasz rodzimy folklor oraz Bułgarię. Jeśli chodzi o wybór tych stron chyba, to kwestia gustu i wrażliwości – dużo lepiej odbieram muzykę z Kurpiów lub Indii, niż muzykę brazylijską i na przykład senegalską.

Nagrania Sulphur Phuture objawiają w najpełniejszy sposób Twoje upodobanie do połamanej rytmiki – od breakbeatu przez banghrę po drum`n`bass. Dlaczego akurat te stylistyki najlepiej łączą się z muzyką etniczną?

Prawdę mówiąc nie wydaje mi się, by te poszczególne gatunki był ze sobą jakoś szczególnie związane. To raczej kwestia pomysłu twórców i eksperymentów. Przecież elementy etniczne można usłyszeć teraz we wszystkich formach muzyki popularnej od popu przez rock, metal, hip-hop czy reggae. Ja mam swoje ulubione gatunki muzyki elektronicznej, które mi się najlepiej łączy z etniką. Jeśli tylko mam czas, każdy gatunek, w którym pojawiają się nawiązania etniczne, przykuwa moją uwagę.

Niektóre utwory z płyty wskazują, że bliskie są Ci również brzmienia spod znaku psychodelicznego trance`u. Czy uważasz, że takie właśnie hipnotyczne granie oddaje transowy charakter egzotycznego folkloru?

Kiedyś dużo słuchałem wspomnianej przez Ciebie muzyki. Zresztą do tej pory psy-dub, który powstał w wyniku pewnej ewolucji muzyki psychodelicznej, jest mi bardzo bliski. Stąd pewnie te nawiązania. Transowość muzyki etnicznej wynika często z jej rytualnego charakteru. Pamiętajmy jednak, że nie każdy folklor ma w sobie transowość. Jednak wysamplowany i zaloopowany fragment jakiejś etnicznej zagrywki, wprowadza wrażenie transu do współczesnej muzyki.

Muzyka Sulphur Phuture łączy dźwięki elektroniczne z akustycznymi, co oznacza, że w nagraniu płyty wzięło udział wielu gościnnie zaproszonych muzyków. Czy to znaczy, że byłeś swego rodzaju „dyrygentem” tej niezwykłej „orkiestry”?

Pomysł tego projektu od początku do końca był mój. Zaprosiłem wiele osób, często przyjaciół, które mimo tego, że, na co dzień wykonują inną muzykę, świetnie się odnalazły w tym, co im zaproponowałem.

Największą niespodzianką jest udział Spiętego z Lao Che w drum`n`bassowej „Ciszy”. Skąd ten pomysł?

Przede wszystkim dlatego, że uważam go za jednego z najlepszych tekściarzy w kraju i byłem pewien, że coś fajnego wymyśli. Po drugie, jego charyzma i sposób interpretacji bardzo mi odpowiadają. A po trzecie – sam byłem bardzo ciekawy, jak znajdzie się w niecodziennej dla siebie stylistyce. Po czwarte – kumplujemy się. (śmiech)

W roli wokalistek pojawiają się tutaj również Marcin Matuszewski, Weronika Grozdew-Kołacińska i Ania Antonik. Skąd wiedziałeś, że wpiszą się ze swoimi tekstami w klimat i przesłanie albumu?

Nie wiedziałem. Miałem jasne założenie i wizję tego, o czym jest płyta. Starałem się im maksymalnie dużo opowiedzieć o moim pomyśle. Czasami dostawałem szkice tekstu, a czasami słyszałem słowa podczas nagrania. Słowa Danuty Wawiłow wyszukałem sam dużo wcześniej. Od razu wiedziałem, że będą pasować. Na płycie jej poezje zaśpiewała Weronika Grozdew-Kołacińska, podobnie jak słowa Marcina Matuszewskiego.

A jak nawiązałeś współpracę ze Stealpotem – reprezentującym przecież nieco odmienny świat dźwięków niż Twój?

To jest akurat przykład znajomości poprzez Myspace. Ponieważ bardzo podoba mi się brzmienie jego trąbki, pomyślałem, że fajnie pasowałoby do tego, co robię. Skontaktowałem się z nim, a on wyraził chęć współpracy. Po kilku tygodniach nagranie było gotowe… „Endless Aeons” to chronologicznie drugi utwór, jaki powstał z myślą o płycie.

W „Outside Consciousness” pojawia się wysamplowany głos: „Trzeba zaakceptować, że rzeczywistość przekracza nasze oczekiwania”. W jaki sposób starasz się przekraczać ograniczenia naszego materialnego świata: poprzez mistycyzm, wynikający z jakiegoś systemu religijnego czy może psychodeliczne podróże o chemicznym napędzie?

Ani jedno ani drugie. Jeśli chodzi o chemię – nie uznaję żadnych „pobudzaczy” – proces tworzenia zawsze przebiega u mnie „na trzeźwo”. Interesują mnie nurty mistyczne spotykane w wielu religiach, gdzie przekraczanie progu rzeczywistości ma kluczowe znaczenie w kwestii poznania Absolutu. Nie ma to jednak związku z moim światopoglądem. Wiele cytatów na tej płycie stanowi pewnego rodzaju opowieść, nadaje nastrój poszczególnym utworom, a w konsekwencji – całej płycie.

Przesłanie albumu jest czytelne: zachodnia cywilizacja staje się coraz bardziej zdegenerowana, trzeba więc wrócić do źródeł. Ten kontrkulturowy charakter albumu umieszcza Cię w tradycji wyznaczanej przez hipisowską psychodelię lat 70., post-industrialne neopogaństwo lat 80. i trance`owy synkretyzm światopoglądowy lat 90. Czujesz się jej spadkobiercą i kontynuatorem?

Szczerze mówiąc, nie czuję się ani spadkobiercą ani kontynuatorem, gdyż żadna z tych tradycji nie jest mi szczególnie bliska. Patrzę na to wszystko z dystansu. Unikałbym jednoznacznej oceny charakteru tej płyty.

Z jednej strony pokazuje ona raczej nieciekawą historię przemijania naszego świata, z drugiej strony – pod powierzchnią kryje bogactwo i różnorodność, chociażby muzyczną czy brzmieniową. Najchętniej oceny i próby odnalezienia się w tej układance zostawiłbym słuchaczowi i poczekał na jego refleksje i odczucia.

Czy masz zamiar przestawiać materiał z płyty podczas koncertów?

Zdecydowanie tak. Jednak potrzebuję na to przynajmniej kilku miesięcy. Sadzę, że więcej szczegółów będę mógł przedstawić za pół roku.

Fot. Marcin Klinger

Koniec roku: Święta!

Cała ekipa serwisu Nowamuzyka.pl życzy Wam udanych, leniwych, słodkich świąt! Nie katujcie rodziny dubstepem, jedźcie dużo i wracajcie po Świętach! Wówczas rozpoczniemy plebiscyt na płytę roku 2009. Rozdamy również prezenty! Już po Świętach wylosujemy obiecane pięć płyt Fever Ray – jeszcze możecie wziąć udział w tym konkursie!.

Dziękujemy za ten ciekawy, siódmy w historii serwisu rok. Życzymy wielu muzycznych odkryć AD 2010 – oczywiście spróbujemy Wam w tym nieustannie pomagać 🙂 Do zobaczenia po Świętach!

Kolejna wycieczka Marsmobilem

Label Compost Records wypuścił właśnie najnowszą epkę projektu Marsmobil, którego krążek „Minx” kilka lat temu bardzo nam się podobał. Gwiezdne połączenie trip-hopu, akustyki i inspiracji brzmieniami Air wraca więc w postaci materiału „The Other Side”. To zapowiedź kolejengo albumu Marsmobil, którego premiera zaplanowana została na wiosnę przyszłego roku. Na Epce znajdziemy sześć kawałków o bardziej akustycznym brzmieniu, w których odpowiedzialny za całość Roberto Di Gioia gra na niemal wszystkich instrumentach oraz śpiewa (na „Minx” wokalnie udzielała się również znakomita Martine Rojina). Posłuchajcie sami:

Przeczytajcie też naszą recenzję albumu „Minx

Karol Schwarz All Stars – Rozewie


Zawarta nań transpozycja najpopularniejszej kantowskiej maksymy („Zorza polarna nade mną, torpeda atomowa w moim brzuchu”) każe podchodzić do „Rozewia” poważnie i zastanawiać się rzetelnie nad interpretacją, by nie palnąć głupstwa i nie wyjść na mało oczytanego. Z drugiej strony mamy tu rozmyślne upraszczanie, podkreślanie bycia natchnionym podręcznikowymi prostactwami w stylu niemieckiego techna produkowanego jednak najczęściej w Polsce przez biednego kujona sterroryzowanego przez nawciąganych kumpli z samochodówki. Czy „Krasnoludki” mogłyby trwać o połowę krócej? Oczywiście. Czy możnaby poszatkować te minuty w utwór polegający na żonglowaniu pustymi (żeby zachować ideę) wyznacznikami gatunków totalnie do siebie nie przystających? Jasne, patrz: Sunny Day In Glasgow – „Nitetime Rainbows”. Jest rozwiązanie, ale równie przecież wykoncypowane co problem, ładunki się znoszą i mamy zero.

Większość psychicznie turpistycznej poezji zawartej na „Rozewiu” posługuje się narkotycznym, nocnym obrazowaniem, podskórnie romantycznym, choć jest to romantyzm skażony osłabiającym efekt schizolstwem przypominającym fatalnego „Piotrka” Ścianki. Jak miłość to niby z E.T.A. Hoffmanna („Ona”), ale, brudnawa i z odrapanych przedmieść oraz działek, skażona niestety klimatem polskiej alternatywnej sceny zrzeszającej artystów w coś na kształt podwórkowej, przaśnej bohemy. Wrażenia z narkotykowych tripów, wizyt w obskurnych restauracjach i dzielnicach wiodą zazwyczaj niewzwyczajonych wrażliwców ku niejasnym konkluzjom, jak np. wersy kończące „Dolne Miasto”: „cmentarzysko pustych torebek i portfeli” nie przywołuje żadnego konkretnego obrazu, bo dlaczego pustych nie wyjaśniają poprzednie linijki; można się domyślać, że z biedy czy niechęci tamtejszych kobiet do komórek, przyborów higienicznych i makijażu, ale są to domysły odbiorcy, nie sugestie twórcy.

Powyższe przykłady to jednak nie wady, a właściwie zalety tego wydawnictwa. Na tle tegorocznych, raczej sztampowych, bezsensownych lub epigońskich względem Zachodu, polskich płyt „rockowych”, „Rozewie” prezentuje się jako rodzyn proponując takie cymesy jak lokalny koloryt, pokłosie jakiejś sceny może nawet, zaadoptowanie absurdu i groteski do szeroko rozumianej muzyki i całkiem przyjemną okładkę. A jeśli dodać, że można było wszystko to sobie ściągnąć za darmo parę tygodni po premierze to już w ogóle. Wiórek pozostaje jeden: inność tego albumu to rzeczywiście całość jego oferty, nigdzie nie ma małym nawet druczkiem zapisanych jednoznacznie estetycznych, urokliwych doznań. Raz zasłyszany, dowcip można opowiedzieć komuś innemu, ale cała radość płynie już wyłącznie z faktu zabawienia drugiej osoby. Trochę szkoda więc potencjału piękna, zepchniętego najczęściej do teł, sygnalizowanego, ale nie wykorzystanego na rzecz skupienia się na zabawie samą formą. Fajny jest Gombrowicz i fajny jest Witkacy, ale ile można czytać o gębie i jak wspaniale zasiąść po nich do czegoś wybitnie opisowego i ewokatywnego, dalekiego od eksperymentu, bo epatującego pewną siebie urodą, wolną od stresowych nastrojów twórcy.

Spodziewam się, że nie jest zbyt trudno nagrać taką płytę i osobiście wątpię, aby zachybotał wam przed oczami las rąk potencjalnych wydawców, kiedy już wystartujecie z cd-rem, ale przynajmniej będziecie mogli być zadowoleni, że NAPRAWDĘ pierdolnęliście w kąt wszystko, o czym ludzie gadają i zrobiliście, na co mieliście ochotę. Właściwie nie ma tu nawet żadnej psychodelii czy transu, jest po prostu walenie wszystkiego na taśmę i jeśli już brać to za „strumień świadomości” to jednak raczej w stylu Lightning Bolt niż Virginii Wolf.
Nasiono, 2009

Mos Def z Gorillaz!

Dante Smith, znany jako Mos Def, podczas wywiadu z DJ SemTexem opowiedział o swoim udziale w nagrywaniu nowej płyty projektu Damona Albarna. Nie trudno zgadnąć czym się zajmie. Mos Def najprawdopodobniej udzieli się aż w 7 utworach!

Na dodatek, ze względu na swój zasadniczy udział w ostatecznym brzmieniu krążka, zostanie zaadoptowany jako 5 członek super-grupy. Najprawdopodobniej ukrywać się będzie pod pseudonimem Sun Moon Stars, choć wizerunek jego rysunkowej postaci nie jest jeszcze gotowy. Więcej szczegółów poniżej.

Przypomnijmy, że album będzie nosił tytuł Plastic Beach i ukaże się na przełomie maja i czerwca. Tradycyjnie na krążku pojawi spora grupa gości, takich jak Lou Reed, Snoop Dogg czy Bobby Womack.

Poniżej owoc współpracy Damona Albarna z MF DOOMEM. Unikalna kolaboracja.

Czy teraz będzie podobnie?

Warto posłuchać: Music Go Music

Dzisiaj w naszym cyklu, za sprawą Music Go Music, przywołamy do życia porządny disco-pop lat 70, w magnetycznym, współczesnym wydaniu. Music Go Music z pewnością kwalifikuje się do wyróżnienia za debiut roku 2009. W październiku ukazał się ich debiutancki longplay Expressions wydany przez Secretly Canadian.

Jak na debiut zaprezentowali bardzo dobry, dojrzały materiał. Inspirowany między innymi twórczością ABBY. Swoją stylistyką nawiązują do współczesnych twórców retro disco, takich jak Glass Candy czy Chromatics, zachowując przy tym własny styl i oryginalność.

Warto wspomnieć, że członkowie tego trio z L.A posiadają wcześniejsze doświadczenia zawodowo-muzyczne w innych kolektywach. Gala Bell i Kamer Maza, czyli Meredith and David Metcalf poprzednio udzielali się w indi rockowym Bodies of Water. Natomiast gitarzysta o pseudonimie TORG był częścią Suicidal Tendencies oraz Eels.

Zobacz, jak zrobić Smack My Bitch Up

Ciekawostka. Jeśli nie posiadacie w swych zbiorach jednego z największych hitów the Prodigy – „Smack My Bitch Up” – możecie go sobie zrobić samodzielnie. Wystarczy tylko wiedzieć, skąd wziąć odpowiednie sample. Podpowiedź w filmie powyżej – wielkie dzięki dla wolfiska za link!

Paris Indie Club: Na początek zagra Beat Assailant

24 stycznia koncert Beat Assailant w warszawskim Centralnym Basenie Artystycznym zainauguruje cykl Paris Indie Club, tworzony we współpracy z Instytutem Francuskim w Warszawie. O Beat Assailant mówi się jako antidotum dla komercyjnego rapu, wskrzeszenie hip-hopu i ikona francuskiego eklektyzmu.
Jego koncerty to żywiołowa żonglerka słowem, którą wspiera 6-sobowy zespół czerpiący z klasycznego jazzu, soulu, funku, electro, rocka czy klimatów lat 70.

Wszystkie trzy albumy wydane do tej pory we Francji siały mocne zamieszanie na tamtejszej hip-hopowej scenie, skutecznie łącząc amerykański flow z typowo francuskimi podkładami.

Styczniowy koncert będzie częścią trasy promującej album Rhyme, Space, Continuum, który nakładem Sonic Records pojawi się niebawem w Polsce.

Paris indie Club to kompilacja płytowa oraz cykl koncertów. Naszym celem jest dotarcie do poszukującej, ambitnej publicznośc…

Paris Indie Club to kompilacja płytowa oraz cykl koncertów. Raz w miesiącu, w całym 2010 roku, odbędzie się koncert w klimacie paryskich klubów. Nie chodzi tu nawet o stricte muzykę francuską, a przede wszystkim artystów tworzących trendy muzyczne w stolicy Francji. Nie zabraknie więc modyfikacji muzyki amerykańskiej – Beat Assailant, prawdziwych artystycznych i awangardowych zjawisk takich jak Nosfell czy gwiazd francuskiego kina – Emmanuelle Seigner.

Filmowa zapowiedź koncertu:

Świeżutki teledysk do singla promującego najnowszy album:

Co na jubileusz labelu Equaliteq?

Ukazało się właśnie jubileuszowe, trzydzieste wydawnictwo polskiego netlabelu Equaliteq – materiał „Hacjenda Budana” Markusa Masuhra. To ponad 50 minut znakomitych dźwięków oscylujących w przestrzeni minimal i tech-house. – Markus Masuhr to postać rozpoznawalna w netlabelowym świecie – pisze Karol Ptach z Equaliteq. – Jego najnowsza produkcja już zbiera pochlebne recenzje na internetowych forach, takich jak chociażby www.mnml.nl.

Wszystkich zainteresowanych porcją darmowej i jakościowej muzyki odsyłamy do stron Eqq – www.netlabel.pl.

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #8: HYPERDUB

Ósmy rozdział „Encyklopedii Elektroniki”, cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM, będzie należeć do jednego z najciekawszych labeli ostatniego pięciolecia – Hyperdub. Londyńska oficyna wydawnicza, od pięciu lat kierowana żelazną ręką przez Steve’a Goodmana vel Kode9. W swoim katalogu ma nagrania artystów takich jak Burial, Pressure, The Bug, Zomby, LV, Ikonika czy Samiyam. Na początku label promował głównie niekomercyjną, mało imprezową wersję mrocznego dubstepu, jednak w ostatnich latach jego oferta poszerzyła się także o instrumentalny hip-hop, UK Garage, a nawet deep house i chiptune. W ciągu pięciu lat istnienia Hyperdub stała się jedną z najbardziej szanowanych marek w muzyce elektronicznej. Już jutro w „Encyklopedii Elektroniki” – 60 minut z Hyperdub.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Premiera nowego Röyksopp przesunięta

Spodziewana na koniec roku premiera kolejnej płyty norweskiego duetu Röyksopp zostanie przesunięta. „Senior”, bo taki tytuł ma mieć krążek, pojawi się na półkach sklepowych dopiero za rok, a dokładniej 28 grudnia. Przyczyną takiej decyzji, jak wyjaśnili sami członkowie zespołu, są względy marketingowe, a mianowicie ciągle wysokie wyniki sprzedaży ich ostatniego albumu „Junior” z marca tego roku.

Warto przypomnieć, że „Senior” w odróżnieniu od poprzedniego longplaya ma zawierać bardziej nastrojową i „introwertyczną” muzykę, najczęściej pozbawioną wokalu, bliższą downtempo i chilloutowi niż dyskotekowym parkietom.

Spragnionym nowej muzyki Röyksopp pozostaje jedynie słuchać ich ostatniego singla „This Must Be It” z udzielającą się tam wokalnie Karin Dreijer Andersson (The Knife, Fever Ray).

Röyksopp This Must Be It from Röyksopp on Vimeo.

Rozmawiamy z New Century Classics

Pod koniec listopada New Century Classics wydali płytę „Natural Process”, nawiązującą do najlepszych wzorców szeroko rozumianego post-rocka. Jako, że na krążku znajdziemy naprawdę zacne dźwięki (posłuchacie ich na stronie www.newcenturyclassics.com), postanowiliśmy sprawdzić, skąd wziął się ten wielokulturowy projekt. Magda Majchrzak rozmawia z gitarzystą Markiem Kamińskim. Co to znaczy być zespołem niezależnym?

Marek Kamiński: W praktyce bycie bycie niezależnym oznacza konieczność samodzielnego dbania o wszytstkie – również pozamuzyczne – elementy składające się na istnienie zespołu, a więc promocję, organizacje koncertów, nagrywanie i wydawanie muzyki. NCC jest zespołem niezależnym z konieczności. Podyktowane jest brakiem wsparcia ze strony naszej wytwórni, jak również brakiem zainteresowania polskiego przemysłu muzycznego promocją niszowej muzyki. Niezależność w naszym przypadku polega na bezpośrednim docieraniu do ludzi, których nasza działalność naprawdę interesuje.

Jesteście zespołem polsko – włosko – amerykańsko – kanadyjskim. Jak się poznaliście?

Wszystko zaczęło się w 2006 od mojego wyjazdu na zmywak do Londynu. Pracowałem tam w obskurnej knajpce a po godzinach grywałem na ulicy na gitarze. Pewnego wieczora, gdy grałem na Piccadilly podszedł do mnie elegancko ubrany biznesmen z monoklem w oku. Bardzo entuzjastycznie wypowiedział się na temat mojej muzyki, pytając jednocześnie czy nie myślałem o założeniu zespołu.

Gdy tylko usłyszał że poszukuję muzyków w tym celu, zaczęliśmy wspólnie grywać – ja na gitarze, on na perkusji. Tak właśnie poznałem Antonello. Rozumieliśmy się bez słów – po tygodniu podjęliśmy wspólną decyzję o wyjeździe do polski (bo k**** why not???). Antonello sprzedał swój dom, samochód oraz konsorcjum finansowe któremu przewodził, wpakował się ze mną i swoją ukochaną perkusją (którą pieszczotliwie nazwał Catalina), na pokład Ryan Air i zanim się obejrzeliśmy byliśmy w Polsce. Ten cudowny kraj, tak przyjazny innym kulturom przyjął nas z otwartymi ramionami.

Niedługo po tym szeregi NCC zasilili Danusia i Mateusz – bliźnięta syjamscy, świeżo po brawurowej operacji rozdzielenia przeprowadzonej w Emiratach Arabskich. Skład zespołu dopełnił się gdy na początku 2007 roku w trakcie prac remontowych krakowskiego rynku odkopano, a następnie reanimowano doskonale zachowaną mumię młodej, atracyjnej kobiety, dzierżącej w swych dłoniach gitarę Rickenbacker. Od tego czasu NCC gra nieprzerwanie i w niezmienionym składzie.

Występowaliście na jednej scenie z Immanu El, Caspian i Hatifnats. Jak wspominacie te koncerty?

Koncert z Immanu El był naszym pierwszym występem poza granicami Krakowa i jedyne co z niego pamiętamy o spory stres ale też i miłe uczucie z rodzaju – „podołaliśmy”. Występ z Caspian wspominamy niezwykle miło – był to jeden z naszych najbardziej udanych występów, co najprawdopodobniej wynikało z faktu dzielenia sceny z jedna z najważniejszych kapel post-rockowych ostatnich lat. Co do Hatifnats – chłopaki są genialni i zasługują na wielką uwagę – granie z nimi wspólnej trasy było sporą przyjemnością.

Nie korci Was, aby okrasić Waszą muzykę wokalem i słowem?

Hmm… jakoś nie bardzo.

Dźwięk ważniejszy niż słowo?

W przypadku naszej muzyki zdecydowanie tak. Chociaż taki Jacek Kaczmarski miałby pewnie inne zdanie.

Skąd więc biorą się tytuły Waszych kawałków? Co chcecie opowiedzieć swoją muzyką?

Grając w NCC staramy się przywołać za pomocą naszej muzyki piękną, choć niestety już dziś zapomnianą opowieść o prastarej rasie stworzeń żyjących niegdyś na dnie oceanu. Istoty te przez tysiące lat swego życia stworzyły niezrównaną i zapierającą dech w piersiach kulturę, pełną przepychu, piękna, nie tkniętą palcem ZAiKSu.

Ta niezwykła cywilizacja przestała jednak istnieć z powodu fatalnej w skutkach katastrofy japońskiego tankowca w latach 70 ubiegłego wieku. Co się tyczy tytułów naszych utworów – zaczerpnięte są one w ogromnej większości z koreańskich filmów jak i nazw produktów spożywczych.

A jak określiłbyś brzmienie NCC?

Brzmimy jak Vivaldi grany od tyłu przez Beatlesów w towarzystwie kwartetu smyczkowego z Titanica.

Muzykę powinno się szufladkować?

Muzykę nie – płyty z muzyką zdecydowanie tak. Niema nic gorszego niż bałagan w kolekcji kompaktów.

Lone – Ecstasy & Friends


Lone zabłysnął przed rokiem płytą “Lemurian”, którą umieściłem na liście 25. najlepszych płyt A.D. 2008. Trywialna okładka zapowiadała składankę z serii “DJ Karol Strasburger presents The Best of Ibiza Selection”, tymczasem krążek wypełniał pierwszorzędny instrumentalny hip-hop z IDM-owo-glitchowymi naleciałościami. Na początku grudnia ukazał się następca tego znakomitego materiału. Niestety, tym razem trywialna jest nie tylko okładka i tytuł, ale też zawartość dźwiękowa.

Wtórność i marazm. To pierwsze słowa, które kołaczą się w głowie po wielokrotnym przesłuchaniu „Ecstasy & Friends”. Rzecz nie w tym, że to płyta zła czy słaba, lecz w tym, że nie różni się kompletnie niczym od swojej poprzedniczki. Lone ani myśli wyściubiać nosa poza ciepłą i wygodnę dziuplę, którą zajął. To, co rok temu brzmiało świeżo, dziś może być czymś zupełnie oczywistym, wręcz banalnym.

Go to Beatport.com Get These Tracks Add This Player

Na tym polega problem z albumem: jest przewidywalny, co irytuje tym bardziej, że Cutlera stać na więcej, bo są tu, przyznaję, mgliste przejawy zarodka talentu, który przestał się rozwijać. Kompozycje są naiwnie sentymentalne i przesłodzone, lukrowane melodie przewijają się gdzieś na tle kleistych beatów, ale to za mało, żeby zaintrygować. Taki „Karen Loves Kate” ciągnie się niemiłosiernie przez prawie sześć minut, nie ewoluując w żadną stronę. Równie dobrze wszystkie kawałki mogłyby być odrzutami z „Lemurian”.

W zachodniej prasie „Ecstasy & Friends” jest mocno hajpowana, ale w kategorii szeroko pojętego instrumentalnego hip-hopu, nawet nie zbliża się do poziomu tegorocznych płyt Lukid, Nosaj Thing i Dorian Concept. Z obiecującego twórcy Matt Cutler stał się autorem plażowej muzyczki do piwka i paluszków. Jak znalazł na zimę, będzie czym w piecu palić…
Werk Discs, 2009

Kto jest artystą dekady?

Dla jednych będzie to Prefuse 73, inni upierać się będą przy Burialu. Na naszym forum trwa dyskusja na temat najistotniejszych twórców kończącej się dekady. Kto wywarł największy wpływ na to, co grało się w elektronice w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Niezobowiązującą dyskuję zaczął 10 grudnia blind_librarian. Uznaniem cieszą się m.in. Pan Sonic, Murcof, Boards Of Canada, Flying Lotus, Clark. Swoim zdaniem na ten temat możecie podzielić się na naszym forum.

Nowy Laif będzie tańszy

Grudniowy numer LaiFa dedykowany jest temu, co było ważne w muzyce przez ostatnie 12 miesięcy. Co więcej, gazeta wychodzi w nowej, niższej (!) cenie – 4,95zł. W środku – między innymi – wywiad z Fever Ray. Laif ma stronę: www.laif.pl

– Cały rok informowaliśmny o tym, co warte uwagi i na czym dobrze zawiesić ucho – piszą redaktorzy Laifa. – Tym razem rolę wyroczni powierzyliśmy naszym autorom i zaprzyjaźnionym dziennikarzom, którzy zaprezentowali swoje typy w temacie najlepszych i najgorszych wydawnictw oraz zaskoczeń i rozczarowań mijającego roku.

Ponadto rozmowa ze zjawiskową Fever Ray, Dizzeeem Rascalem oraz obszerny materiał o mocno eklektycznej afrykańskiej scenie muzycznej.

Co na płycie?

Za krążek dołączony do magazynu odpowiedzialni są Fusion F i Come T – duet producencki wydający w Global Underground, jednej z najpotężniejszych wytwórni muzycznych na świecie. Płyta zahacza o kawałki kojarzone z housewymi i progresywnymi dźwiękami. Na składance znalazły się specjalnie przygotowane dla LaiFa utwory takich artystów jak: Trafik, DJ Kira & James Warren, Mario Zar, Masuki, Bradler & Dualton, Mikobene, Cid Inc oraz autorów składanki Fusiona F i Comea T.