Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Archive for Październik, 2018

New York Times zapowiada Unsound

W niedzielnym wydaniu New York Times`a z 31 stycznia pojawią się dwa teksty zapowiadające amerykańską edycję festiwalu Unsound. Co ciekawe – największe zainteresowanie dziennika budzi wystawa polskich pocztówek dźwiękowych z lat 60. i 70. Nie brak jednak również zapowiedzi muzycznych – przede wszystkim koncertu Sebastiana Meissnera i Kwartludium z utworami z wytwórni SST, występu Carla Craiga w ramach „Warhol Series” i cyklu „Eastern Promise”.
Oba artykuły można przeczytać już sieci pod adresami:


http://www.nytimes.com/2010/01/31/arts/music/31unsound.html

http://www.nytimes.com/2010/01/31/arts/31weekahead.html

Foto: Jacek Sienkiewicz zastanawia się co zagrać w Nowym Jorku

Nowy Biosphere tylko na iPoda

„Outside By The Fjord” – taki tytuł nosi nowy, 25-minutowy materiał Biosphere. Kawałek dostępny jest w formie aplikacji music-video, przygotowanej dla iPoda bądź iPhona. Na szczęście to nie wszystkie nowości od Geira Jenssena. Utwór „Outside By The Fjord” powstał na bazie dźwięków zebranych przez Geira Jenssena podczas wycieczki na Sorfjorden – niedaleko norweskiego Tromso. Całość dostępna jest w formacie m4v na stronach labelu Touch.

To pierwsze z planowanych czterech tego typu wydawnictw tej norweskiej wytwórni. W projekcie wezmą również udział Paul Williams, Stephan Mathieu oraz Jana Winderen.

Biosphere dla wszystkich

We wrześniu 2009 Biosphere wystąpił podczas norweskiego festiwalu TodaysArt. Zapis występu, jaki Jenssen dał w małym kościele w Lutherse Kerk, dostępny jest do pobrania jako jeden z podcastów labelu Touch. Posłuchajcie „Live in Den Haag

Eskimo serwuje darmowe miksy

Wytwórnia Eskimo świętuje przyznanie nominacji do norweskiej nagrody Grammy wydanej przez siebie drugiej płycie Lindstroma i Prinsa Thomasa – „II”. Z tej okazji zaoferowała czytelnikom Nowej Muzyki dwa didżejskie miksy swych młodszych podopiecznych.

Pierwszy, autorstwa twórcy popularnego „I Need Love” Hot Toddy`ego można posłuchać i ściągnąć pod adresem:

http://soundcloud.com/peter-5/hot-toddy-swingers-mix-02

Drugi miks powstał w domowym studiu Ilyi Santany, producenta najnowszego wydawnictwa Eskimo – „Burning Jupiter”. Set można znaleźć pod adresem:

http://soundcloud.com/eskimorecordings/ilya-santana-dj-set

W sobotę 30 stycznia Prins Tomas wystąpi w klubie Bla w Oslo. Zapraszamy!

Pawel – Pawel


Choć naprawdę nazywa się Paul Kominek, większość słuchaczy nowoczesnej elektroniki poznała go z nagrań realizowanych pod szyldem Turner. Trzy albumy opublikowane przezeń nakładem Ladomatu mogły jednak zdezorientować – artysta swobodnie przechodził na nich od breakbeatu i downtempo przez house po folk i indie-rock. O wiele bardziej jednolite stylistycznie były wydawnictwa tego niemieckiego producenta firmowane jego spolszczonym imieniem – Pawel. Dominował na nich wyrafinowany house, który idealnie pasował do estetyki współprowadzonej przezeń wytwórni Dial. Po okresie ciągłych przenosin – z Frankfurtu do Hamburga, z Hamburga do Berlina – Kominek zaszył się w domowym studiu i zrealizował wreszcie materiał na swój solowy album. W efekcie powstała wspaniała płyta, którą Dial z dumą może prezentować, jaką jedną z najlepszych w swym bogatym katalogu.

Pierwsza część krążka odsłania niezwykłą wizję współczesnego minimalu. Kominek stawia co prawda na zredukowane bity i basy, ale wpisuje je w kontekst motorycznego tech-house`u w stylu kolońskich produkcji z wczesnych lat minionej dekady. Te energetyczne podkłady, na jakie trafiamy w utworach „Panamerican” czy „Alvin”, uzupełniają subtelnie dozowane organiczne partie syntezatorów, tworzące unikalny w tej estetyce intymny klimat.

Wpływ melancholijnych brzmień z Hamburga jest wyraźny nawet wtedy, kiedy Kominek sięga po typowo house`owe granie. Choć utrzymany w tym stylu „Down” rozbrzmiewa głębokim bitem i energetyczną wokalizą, wibrujące w tle oniryczne klawisze nadają całości kojący, wyciszony charakter.

Tropy te prowadzą oczywiście do Detroit, czego dowodem są kolejne nagrania z płyty. Oto w „Coke” niemiecki producent sięga po smyczkowe pasaże syntezatorów, znane choćby z dokonań artystów związanych z Planet E. Ale ponieważ uzupełnia je melodyjną partią wysamplowanego akordeonu, pozostaje w europejskim klimacie – bliskiemu francuskiej czy niemieckiej tradycji muzycznej.

Wraz z „Mate” przenosimy się w czasie do pierwszej połowy lat 90. Słychać tu bowiem rozmarzone partie IDM-owych klawiszy, przywołujących echa wczesnych produkcji rodem z Warpu. Kominek osadza je jednak na rytmach modnego deep house`u, tworząc kompozycję, która z powodzeniem mogłaby powstać w studiu Carla Craiga, gdyby ten nie zachłysnął się współczesnym jazzem.

No i jeszcze „Muscles” – mechaniczne electro podbite przeciągłym basem i rzucone na mieniące się jaskrawymi barwami przestrzenne tło, wyraźny hołd niemieckiego producenta dla wczesnych dokonań Juana Atkinsa pod nazwą Cybotron.

Kominek zdaje sobie oczywiście sprawę, że za długo nie można utrzymywać tego odrealnionego nastroju z pogranicza jawy i snu. Dlatego wraz z „Laredo” gwałtownie wraca na dancefloor, częstując słuchacza minimalowym techno w stylu Roberta Hooda o acidowym smaczku. Po chwili skręca w stronę bardziej pogłębionych brzmień – „Kramnik” ujmuje przejmującą melodią wygrywaną na lekko przesterowanym basie, którą pokrywa kaskada krystalicznych akordów o IDM-owym sznycie.

Na koniec znów wracamy do zminimalizowanego tech-house`u. „Wasting My Time” ze smutnie wyśpiewanym refrenem to jedna z najlepszych kompozycji Kominka – soczysta jazda w detroitowym stylu wymodelowanym na berlińską modłę.

Ta płyta właściwie nie ma słabych punktów – perfekcyjnie zrealizowana, pomysłowo zaaranżowana, logicznie ułożona, zachwyca swym wyszukanym nastrojem i elegancją brzmień. Wspaniałe podsumowanie dziesięciu lat działalności niemieckiego producenta.

www.dial-rec.de

www.myspace.com/dialrecords

www.myspace.com/turnerpawel
Dial 2010

Kraków & Dubstep

Krakowski kolektyw SUPRA1 wziął sobie za cel nadrzędny zapewnienie polskiej publiczności dubstepowej rozrywki na najlepszym poziomie. Line-up do maja tego roku prezentuje się wyśmienicie. Sprawdźcie szczegóły! SUPRA1 można śmiało nazwać polskim klubowym towarem eksportowym numer jeden. Duet, występujący kiedyś pod pseudonimem FLWNKZ, związany jest z wytwórnią Trouble & Bass skupiającą miłośników ciężkiego basu (Drop The Lime, Baobinga).

Kolektyw organizuje nie tylko najlepszą cykliczną imprezę w Polsce, ale daje również masę koncertów i to głównie za granicami naszego kraju. Każda comiesięczna edycja cyklu POW! odnosi większy sukces. Ciężko mówić tutaj o tendencjach ( w maju w Krakowie gościł Joker) ale najbliższe miesiące w klubie Prozac prezentują równie wysoki poziom.

Image and video hosting by TinyPic

W lutym dwa razy w Polsce wystąpi Shortstuff(dzień wcześniej w Katowicach) będąc gwarancją absolutnie czystej scenicznej energii, depcząc pod tym względem po piętach Gaslamp Killer’a. Niezwykła oryginalność pozwoliła mu wydać swoje dźwięki dla takich wytwórni jak Planet_Mu, Punch Drunk czy Ramp Recordings w niespełna 12 miesięcy!

Tydzień póżniej Kraków odwiedzi współzałożyciel oficyny Hessle Audio, Ben UFO, ostro łączący w swoich setach dubstep z drum & bassem i 8-bitową sałatką. Natomiast w kwietniu pojawi się Ikonika, artystka poruszająca się w luźnych granicach wonky i uk-funky, która po raz drugi w przeciągu ostatnich miesięcy wystąpi w naszym kraju. Będzie to jedna z pierwszych okazji w ogóle, by na żywo posłuchać dźwięków z nadchodzącego długogrającego debiutu artystki dla oficyny Hyperdub.

Ostatnim ze znanych headlinerów imprez z cyklu POW! będzie Brackles, który według oceniającej go na bieżąco brytyjskiej publiczności, stanowi ścisłą czołówkę dubstepowych dj na świecie.

Szczegóły odnośnie cen biletów podamy już wkrótce.

27. 02. 2010 Shortstuff
05. 03. 2010 Ben Ufo
23. 04. 2010 Ikonika
14. 05. 2010 Brackles

Wszystko o nowym Gorillaz

Trzeci krążek Gorillaz ukaże się 8 marca. Dziś prezentujemy wszystkie szczegóły na jego temat – włącznie z okładką i tracklistą. Gorillaz wydają swoje płyty równo co pięć lat. Dotychczas warto było czekać – „Demon Days” był przecież jednym z najlepszych materiałów roku 2005.

Pierwszym singlem jest „Stylo” (z udziałem Mos Defa i Bobby’ego Womacka), który od 26 stycznia dostępny jest choćby na MySpace grupy.

Łącznie na płycie znajdziemy 16 utworów, w których gościnnie pojawili się m.in. Little Dragon, Snoop Dog, De La Soul a nawet Lou Reed. Spójrzcie na tracklistę:

  • 1. Orchestral Intro (featuring Sinfonia ViVA)
  • 2. Welcome To The World Of The Plastic Beach (feat. Snoop Dogg and Hypnotic Brass Ensemble)
  • 3. White Flag (feat. Kano, Bashy and The National Orchestra For Arabic Music)
  • 4. Rhinestone Eyes
  • 5. Stylo (feat. Bobby Womack and Mos Def)
  • 6. Superfast Jellyfish (feat. Gruff Rhys and De La Soul)
  • 7. Empire Ants (feat. Little Dragon)
  • 8. Glitter Freeze (feat. Mark E Smith)
  • 9. Some Kind Of Nature (feat. Lou Reed)
  • 10. On Melancholy Hill
  • 11. Broken
  • 12. Sweepstakes (feat. Mos Def & Hypnotic Brass Ensemble)
  • 13. Plastic Beach (feat. Mick Jones & Paul Simonon)
  • 14. To Binge (feat. Little Dragon)
  • 15. Cloud Of Unknowing (feat. Bobby Womack and Sinfonia ViVA)
  • 16. Pirate Jet

I jeszcze kilka promocyjnych zdań od wydawcy: Zespół zamieszkał i nagrywał na tajemniczej, dryfującej wyspie na środku Południowego Pacyfiku. To nowe centrum dowodzenia nosi nazwę Plastic Beach i jest zbieraniną śmieci, resztek i odpadów pozostawionych przez człowieka. Plastic Beach leży w punkcie najbardziej oddalonym od jakiegokolwiek lądu na świecie, w najbardziej odludnym miejscu na Ziemi.

Caribou – nowy album!

Dan Snaith, znany również jako Manitoba, dokładnie 19 kwietnia zaprezentuje swój długo oczekiwany trzeci długogrający album. Znamy szczegóły!
Według informacji prasowych, album Swim” będzie połączeniem znanych z poprzednich wydawnictw stylistyk, czyli electroniczego popu przywodzącego na myśl dokonania Fletwood Mac czy The Mamas & the Papas i rozmarzonych, powyciąganych tekstur, które stanowią znak rozpoznawczy kanadyjskiego multi-instrumentalisty.

„Chciałem zrobić muzykę taneczną, która brzmi jak gdyby zrobiona była z wody, a nie jak jej obecna większość, z samych metalicznych form” Jak widać Dan Snaith wiernie podążać będzie wyznaczoną wcześniejszymi wydawnictwami ścieżką i nie ulegnie terażniejszym wpływom.

Ponadto z oficjalnej strony artysty można sciągnąć darmowy utwór Odessa, zapowiadający krążek Swim.

Poniżej tracklista oraz kawałek Sundialing z ostatniego albumu Andorra

01 Odessa
02 Sun
03 Kaili
04 Found Out
05 Bowls
06 Leave House
07 Hannibal
08 Lalibela
09 Jamelia

Warto posłuchać: Dizz1

W dzisiejszej odsłonie cyklu przedstawimy artystę, który dzięki wydanej w listopadzie EP’ce, niemal natychmiast zagościł na playlistach Brackles’a, Kode9
czy Cooly G.
Krążek ‘3rd Time Lucky’ wydany dla holenderskiej oficyny Kindred Spirits (promującej dźwięki takich artystów jak Jneiro Jarel, Jackson Conti czy Build An Ark) był wartym pochylenia, lecz przemilczanym przez media ciosem dla sceny muzyki elektronicznej.

Hip-Hop, będący tutaj punktem wyjścia, zmixowany jest z elektroniczną psychodelą w stylu Tobacco i Abletone’owymi wkrętami, okraszonymi silnym, matowym basem. Dźwiękowy potencjał, ograniczony do kilku nakładających się ścieżek umożliwia konsekwentny rozwój kompozycji i ich nie zobowiązującą percepcję. Nie można również zapomnieć o scratch’ach, które skutecznie buforują rytmiczne bity. Z ich próbką mogliśmy zapoznać się przy okazji wydawnictwa Harmonic 313 ‘Battlestar’ wydanego dla Warp Records.

Brzmieniu nieustannie towarzyszy klimat przywodzący na myśl ekwilibrystykę szkockiej oficyny Lucky9, dla której swoje alter ego, prezentują między innymi Hudson Mohawke czy Mike Slott.

Jak widać powyżej, punktów odniesienia charakteryzujących muzykę Dave’a Norris’a jest naprawdę wiele. Ale czy kiedykolwiek działało to na czyjąś niekorzyść?

Unsound jedzie do Nowego Jorku

W czwartek 4 lutego rozpoczyna się w Nowym Jorku pierwsza amerykańska edycja polskiego festiwalu Unsound. W ciągu siedmiu lat swego istnienia, festiwal prezentował rodzimej publiczności najciekawsze zjawiska z pogranicza muzyki elektronicznej i akustycznej. Teraz przyszedł czas na odwrotne działanie – prezentację dorobku polskich i europejskich artystów za granicą.
Najważniejszym punktem programu będzie cykl koncertów pod hasłem „Eastern Promise”. W jego ramach wystąpią twórcy z Europy Wschodniej, którzy nie mieli dotąd okazji zagrać w Ameryce: Jacek Sienkiewicz, Marcin Czubala, Jacaszek i Zenial z Polski, Zavoloka z Ukrainy, Pavel Ambiont z Białorusi i TRG z Rumunii. Specjalny koncert z muzyką Mikołaja Góreckiego przedstawi amerykańska grupa ACME. Występom towarzyszyć będzie wystawa „Polskie pocztówki dźwiękowe z lat 60. i 70.”.
Małgorzata Płysa, szefowa Fundacji Tone organizującej Unsound: Idea nowojorskiej współpracy w ramach Unsound Festival pojawiła się w trakcie przygotowań do prezentacji projektu „Warhol Series” w trakcie Unsound Festival 2008 – niemych filmów Warhola prezentowanych ze ścieżką dźwiękową stworzoną przez Groupshow (Jan Jelinek, Andrew Pekler i Hanno Leichtmann). Początkowo planowaliśmy jedynie pokazanie tego projektu w Nowym Jorku, ale jak się okazało, po rozmowach z przedstawicielami europejskich instytucji kultury oraz z niezależnymi nowojorskimi organizatorami, w mieście istnieje zapotrzebowanie na tego typu wydarzenie o większym rozmachu, zwłaszcza prezentujące europejską scenę muzyki elektronicznej. Pojawiła się więc spora grupa współorganizatorów, dzięki której możliwa jest organizacja tego przedsięwzięcia, wyjątkowo zaś wspiera nas Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku i Goethe-Institut NY. Lokalnym partnerom oraz mediom szczególnie przypadł do gustu poza „Warhol Series” projekt „Eastern Promise”, w ramach którego pojawią się artyści reprezentujący grupę twórców z rejonu, który nie jest domyślną destynacją w świadomości publiczności amerykańskiej, jeśli chodzi o ten rodzaj muzyki.
Swoje amerykańskie debiuty będą mieli również znani wykonawcy z Niemiec – Moritz Von Oswald Trio, Vladislav Delay (wspólnie z artystą wizualnym Lillevanem), Sebastian Meissner z polską formacją Kwartludium (znany z ubiegłorocznej edycji Unsoundu w Krakowie koncert z muzyką z wytwórni SST), Pole, Andrew Pekler i Tobias.
Improwizowany soundtrack do zestawu filmów Andy`ego Warhola wykona w Nowym Jorku nie tylko formacja Groupshow (ośmiogodzinny „Empire”), ale też Carl Craig („Blow Job”) i duet nsi („Kiss”).
Koncerty dziesięciodniowego festiwalu będą się odbywały w wielu znanych i cenionych salach Nowego Jorku – od otwarcia w prestiżowym Lincoln Center, przez taneczne party w jednym z najmodniejszych klubów w mieście, Le Poisson Rouge, po undergroundowe występy w Public Assembly w Brooklynie.
Czy nowojorska edycja będzie miała wpływ na krakowski Unsound w październiku?
Małgorzata Płysa: W chwili obecnej jeszcze nie wiemy, czy będziemy jakoś szczególnie łączyć edycję nowojorską z krakowską w tym roku – mamy inne plany, ale na pewno będziemy rozwijać kontakty, także możliwe, że coś z tego programu może pojawić się w Krakowie. Dosyć silnie zaznaczyliśmy tę współpracę w trakcie edycji zeszłorocznej – koncerty „SoundScapes Series” współprezentowane były przez nowojorską Wordless Music Series (Biosphere czy Johann Johannsson), natomiast impreza „Bass Mutations” była współprezentowana przez Resident Advisor. Również w Krakowie obecni byli wszyscy współorganizujący z nami przedstawiciele organizacji partnerskich.

Foto: Zenial rozgląda się za tanim lotem do Nowego Jorku

Serein

Zlokalizowany w Walii, Wielka Brytania, powstały w 2005 roku netlabel promuje głównie artystów wykonujących muzykę ambient. Początkowo w pełni darmowy, dziś oferuje kupno wybranych wydawnictw jako CD oraz MP3 do pobrania ze strony. Strona: http://www.serein.co.uk/

CHEW LiPS wydaje

Rewelacja brytyjskiego electropopu 25 stycznia wydaje długo oczekiwany debiutancki album Unicorn. Londyńskie trio latem 2009 wydało bardzo ciepło przyjęte single „Solo” oraz rewelacyjne „Salt air”. Po pochlebnych recenzjach wśród takich potentatów jak Guardian, BBC czy NME, szybko zebrali się do pracy nad longplayem.

Pomocnej dłoni przy produkcji debiutu użyczył im sam David Kosten, który wcześniej pomagał między innymi Bat for Lashes. Ich wspólne dzieło możemy podziwiać poniżej.

Zakup płyty możliwy jest na specjalnie dedykowanej stronie.

Posłuchajmy zatem albumu.

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #11: KRAFTWERK

W kolejnym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki” na falach Szczecin.FM prawdziwi giganci: Kraftwerk. Prawdopodobnie najbardziej pionierski zespół wszech czasów. Czterech klasycznie wykształconych Niemców, którzy zaczynali jako jedna z wielu krautrockowych grup, by z czasem rzucić podwaliny pod niemal całą współczesną elektronikę: disco, industrial, synthpop, electro, hip-hop, house i techno. Autorzy niezwykłego wizerunku eleganckich robotów, twórcy „romantycznego realizmu” i zapaleni rowerzyści. Pierwsi artyści, którzy zagrali równocześnie dwa koncerty w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach, ustanawiając tym samym rekord Guinessa. We wtorek 26. stycznia, punktualnie o północy w Szczecin.FM – grupa Kraftwerk.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Jak brzmi Bipolar Bears?

Na początku lutego nakładem Antena Krzyku / Open Sources ukaże się album „Interpolar Link”, nagrany przez nowy polski projekt Bipolar Bears. Już dziś słuchamy fragentów krążka. „Interpolar Link” został skomponowany i wyprodukowany przez Kubę Mitoraja i Szymona Danisa (znanego z nieco cięższych projektów jak CO.IN. i Fate Unknown). Poza nimi w skład zespołu wchodzą Maciek Zakrzewski (Digit-All-Love) odpowiedzialny za sample, elektronikę, Grześ Posłuszny – bas, Wojtek Dereń – saksofon, chórki oraz wszelkie inne wydające dźwięk przedmioty.

Premiera zaplanowana została na 1 lutego. Już teraz jednak z fragmentami albumu zapoznać się możecie na MySpace zespołu. A jeśli Wam się spodoba – krążek niebawem do wygrania na Nowej Muzyce!

Giuseppe Ielasi – Aix


– Bez was bym tego nie dokonał – mógłby powiedzieć Ielasi odbierając jakąś nagrodę za „Aix” i miałby cholerną rację. Kompozycje zgromadzone na tej płycie są tak szkicowe, że niemal hipotetyczne, a jak wiadomo rozrzucone kropki nie mówią wiele póki się ich nie połączy. Paradoksalnie więc, pomimo częstego wspominania o jego awangardowej elektronice w kontekście neo-poważki, Ielasi przeznaczył swój nowy album wolnym duchom lubiącym dodać coś od siebie do słuchanej muzyki. Czekanie aż te utwory spełnią czynione aluzje i eksplodują w jazz czy trip-hop jest bezcelowe. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i czerpiąc z ulubionych płyt dopisać własne konteksty, aby uzupełnić luki. Od twojej wyobraźni zależy, czy „Aix” ci się spodoba. Trudno narzekać na tak postawione warunki współpracy, nawet jeśli będzie trochę mniej poruszająca niż ta zawiązana przy okazji ładnego „August”.

Pojedyncze dźwięki różnych instrumentów są tutaj niekoniecznie już nawet samplowane, co wyrąbywane z macierzystej otoczki politurowanego, rezonującego drewna żywych instrumentów. Tak jak na poprzednich swoich albumach, Ielasi chętnie dokonuje dekontekstualizacji stereotypowo pojmowanej orkiestracji, wyrażając być może sprzeciw wobec kulturowo ugruntowanego wzniosłego wizerunku precyzyjnie rozplanowanych kompozycji. „Aix” przypomina zapis świadomości, której strumienia nośnikiem stał się intuicyjny w obsłudze program do klejenia bitów i podkładów oraz szeregowania sampli. Całość brzmi więc dość randomowo, odwracając się z premedytacją od „refleksyjnego i analitycznego” wyrafinowania klasyki, co widać szczególnie na przykładzie doboru efektów – prostolinijnych, pełnych intuicyjnej dramaturgii (np. kończący płytę *dźwięk*).

Natychmiastowe zaangażowanie uzasadnia jednak szczególnie uniwersalność: rozpoznanie tropów sztuki konkretnej dla bardziej obytych, fragmenty standardów rytmiki tanecznego jazzu dla mniej dbałych o lans, a środkiem idzie zachęta do porównania do Jelinka i ogółu dystyngowanego, rwanego, awangardowego minimal-techno. Bez odwoływania się do tych wpływów czy podobieństw, można równie jasno stwierdzić, że Ielasi, po prostu, wykorzystuje możliwości rozkładania poszczególnych składowych kompozycji w przestrzeni odsłuchu stereo, otaczając odbiorcę, symulując losowość elementów akcji, anektując uwagę króciutkimi, skocznymi, skrawkami, które z „czymś się jakby” kojarzą, balansując na granicy zagadkowości i powszechnej rozpoznawalności. Można by też określić „Aix” muzyką aforystyczną – płytką, choć sprawiającą wrażenie głębi; dającą do myślenia dzięki błyskotliwym przeformułowaniom banalnych prawd; intrygującą i łatwą do spożytkowania w roli tła lub wysmakowanego, poręcznego prezentu. Hipotetyczność, drganie każdej frazy na krawędzi spełnienia się w przynależności do jakiegokolwiek genre, minimalne uchybianie pozyskaniu kształtu – jest to pomysł i rozmyślenie go zajmuje.
12k, 2009

Various Artists – Soma Compilation 2010


Przemyślana polityka wydawnicza sprawiła, że szkocka wytwórnia Soma Recordings znów mogła zaliczyć miniony rok do udanych. Wśród wydanych przez nią albumów największe uznanie zdobyły nowe krążki The Black Doga („Further Vexations”) i Silicone Soul („Silicone Soul”). Utwory tego ostatniego cieszyły się szczególnym uznaniem wśród didżejów, co sprawiło, że ich autor został nominowany przez „DJ Magazine” jako najlepszy producent i autor najlepszej płyty 2009 roku. Na froncie singli w pełnej glorii powrócił do łask klubowej publiczności pierwszy przebój duetu Slam – „Positive Education” – tym razem w remiksie irlandzkiego didżeja ukrywającego się pod pseudonimem Fergie. Świetne numery opublikowali nakładem Somy również dwaj mistrzowie szlachetnego techno – Joris Voorn i Samuel L. Session. Swoistym podsumowaniem tych minionych dwunastu miesięcy jest kolejna składanka z flagowego cyklu wytwórni – „Soma Compilation 2010”.

Trudno wyobrazić sobie lepszy zestaw na tegoroczny karnawał. Kompilację otwiera młody producent Itamar Sagi z porywającym do tańca rozwibrowanym tech-housem „One Million Oaks”. Tuż po nim duet Funk D`Void & Sian proponują egzotyczną wycieczkę w czasy drugiego „lata miłości” w 1988 roku. Ich „Raven Wheeling Overhead (Sleazy Dub)” to wypisz-wymaluj minimalowa wersja słynnego „What Time Is Love” The KLF z tamtych czasów. Weteran klubowego techno, Samuel L. Session, który niedawno opublikował wreszcie swój debiutancki album, proponuje tutaj typowo tresorową jazdę – tektoniczny bit, syki buchającej pary, mroczny głos i metaliczne akordy klawiszy („Can You Relate”). Co ciekawe – remiks tego nagrania dokonali szefowie Somy – czyli panowie z duetu Slam.

Ich własne produkcje poznajemy na składance w dwóch odsłonach. Najpierw pojawia się „Ghost Song” – mordercze techno w stylu klasyków z Plus 8 łączące skorodowane brzmienia rodem z Basic Channel z transowymi arpeggiami z wczesnych produkcji Svena Vätha. Dodajmy, że za remiks umieszczony na płycie odpowiada Joris Voorn. Wspomniane „Positive Education” otrzymujemy oczywiście w nowej wersji – tym razem producenta ukrywającego się pod pseudonimem D`Julza. Najważniejsze elementy nagrania są jednak takie same jak piętnaście lat temu – mocno house`owy groove i energetyczny loop melodyczny. Po prostu ponadczasowy klasyk!

Dalsza część kompilacji przynosi kolekcję nagrań młodych nabytków Somy. Najpierw pojawia się Gary Beck, który wpisuje dźwięki jazzowej trąbki Milesa Davisa w kontekst mocno zaszumionego techno („Tijuana”), potem chwilę wytchnienia przynosi Let`s Go Outside w melancholijnym electro rozbrzmiewającym melodyjnymi akordami syntezatorów w stylu Yazoo („Machisto”), by na koniec znów zaatakować mocnymi bitami w stylu Jeffa Millsa i Roberta Hooda – tym razem w wykonaniu Master H („Magic K”) i Harleya McKaya („Distrurb The Bird”).

W finale składanki wracają znani artyści. Oto bowiem Silicone Soul uderza w stronę oldskulowego house`u o chicagowskiej motoryce w „Dust Ballad II”, a The Black Dog wycisza nastrój mrocznym i zimnym dubstepem w „Tunnels Ov Set” zremiksowanym przez samych Autechre.

Po raz kolejny autor okładki dla corocznej kompilacji Somy został wyłoniony w konkursie. Tym razem okazał się nim Ewan Leckie z Glasgow, który nawiązał w swym dziele do oldskulowych tradycji szkockiego clubbingu.

www.somarecords.com
Soma Quality Recordings 2010

Pangaea – nowe dźwięki

Pierwszy tegoroczny materiał dla oficyny Hessle Audio, będzie najcięższym, jeżeli chodzi o ilość wydawnictwem w całej dyskografii Kevina McAuleya Album będzie miał premierę dokładnie za dwa dni i zawierać ma 6 premierowych utworów, których fragmentów posłuchać można na Myspace artysty. Materiał zgromadzony na dwóch 12 stanowi skrupulatny mix klubowej egzotyki z garageowym zacięciem, okraszonym wszechobecnymi wokalnymi samplami. Jeżeli chodzi o styl artysty, pielęgnowany od niespełna 3 lat, to Pangaea niczym nie zaskakuje. Ale szczerze, czy oczekiwaliśmy czegoś więcej?

Poniżej tracklista, cover wydawnictwa oraz jeden z flagowych utworów Kevina McAuleya.

A Why
B1 Sunset Yellow
B2 5-HTP
C Neurons
D1 Dead Living
D2 Because Of You

Image and video hosting by TinyPic

Podsumowanie 2009: Sławek Pawłowski

– Kolejność obowiązuje. Tam, gdzie numerki się powtarzają, tam remis – pisze Sławek Pawłowski i prezentuje swoją top jedenastkę 2009.
1. DJ Sprinkles – Midtown 120 Blues

Powiedzieć, że to najlepszy deep house w tym roku, to nic nie powiedzieć. Mimo że 2009 obfitował w rasowy house, pojawiło się „Structure” Black Jazz Consortium, „Immune” Bodycode, „0201” Manuela Tura i „Anotha Black Sunday” Moodymanna, to Terre Thaemlitz zostawia ich daleko w tyle.

Thaemlitz przypomina skąd deep house pochodzi i pokazuje, że wokal nie jest nieodłącznym elementem gatunku. DJ Sprinkles nie wypełnia płyty energetycznymi hitami, ale siła rażenia jest powalająca. Na „Midtown 120 Blues” nawet intro jest pełnoprawnym utworem, tak samo wciągającym i świetnym jak pozostałe.
Płytę mógłbym określić jako „bezpretensjonalne protest songi”, ale z oksymoronu wychodzi groteskowy twór. Ale czy tak nie jest z Terre Thaemlitzem, że na muzycznej scenie od zawsze jest kimś „groteskowym”?

1. Vladislav Delay – Tummaa

„Tummaa” jest dla mnie największym tegorocznym zaskoczeniem. Delay ponownie wszedł na szczyt elektronicznej muzyki eksperymentalnej. A wszystko przy dużym udziale żywych instrumentów.

Sasu Ripatti na kilka miesięcy zamknął się w ciemnej części Finlandii i zawrócił ze ślepej uliczki, w jaką trafiła jego muzyka. Z „Tummą” może się równać tylko Alva Noto i Ryuichi Sakamoto z Ensemble Modern, ale „utp_” była po raz pierwszy wydana w 2008 roku, więc nie można ich tutaj równać. Warto odnotować Trio Oswalda z „Vertical Ascent”, które jakoś spełniło eksperymentalne ambicje, jednak nie na poziomie Delaya solo.

3. Yagya – Rigning

Z kolei album Islandczyka jest najlepszym dub-techno-ambientem 2009. A?alsteinn Gu?mundsson dopracował, ba, wymuskał swoją płytę tak, że nie ma się do czego przyczepić.

„Rigning” jest albumem koncepcyjnym, utwory zazębiają się i płyną nieprzerwanie przez ponad godzinę. Całość charakteryzuje się jednym, rozpoznawalnym klimatem, a temat „Rigning” to nomen omen deszcz. Motyw niby do bólu wytarty, jednak z talentem Yagyi wypada znakomicie.

3. The RAah Project – Score

Następców Cinematic Orchestra nie znajdziecie w Portico Quartet. Na nowe Nuspirit Helsinki albo Jaga Jazzist, albo Loka też nie ma co liczyć. Jak chcecie Cinematic Orchestrę itd., to macie The RAah Project i wszystko znajdziecie na jednym krążku, bez utraty jakości. A na dokładkę dostaniecie Jazzanovę i Big Band Herberta. Nie, zapomnijcie o tym kto jest czyim następcą. The RAah Project po prostu idzie dalej.

5. Fluxion – Constant Limber

Legenda tech-dubu wróciła i trochę namieszała. Na nowomuzycznym forum słychać było zawiedzione głosy, ale też pochwały. Niektórzy chcieli, żeby Fluxion wrócił do prastarej formuły Chain Reaction, ale on wolał pofiglować. „Constant Limber” proponuje ociężałe techno, lekki house i miękki dub ze sztandarowym „Current Flow” na przedzie. Wszystko opracowane przez Soublisa i ubrane w jego unikatowy styl.

6. Animal Collective – Merriweather Post Pavillion + Fall Be Kind EP

Bo Animalsi pokazali jak grać psychodeliczny pop, rock, folk, indie i kilka innych rodzajowych klisz, pod które się ich podpina, a ponadto stworzyli największy hit 2009, czyli „My Girls”. Przed „Merriweather Post Pavillion” nie trawiłem Animal Collective w całości i bezkrytycznie. Po „Merriweather” chylę czoła, a na deser dostaję epkę „Fall to Be Kind”, którą chyba chcieli przypomnieć, że należy im się płyta roku.

7. Brock Van Wey – White Clouds Drift On and On

Bvdub nie zachwycił mnie od razu. Prawdę mówiąc, na samym początku odłożyłem go na bok. Bo używa tanich chwytów, modnych tematów, bo utwory kiczowate i wreszcie za długie. I potem sięgnąłem po album znowu.

Brock Van Wey naprawdę robi „modny” ambient, w każdym razie bardzo popowy. Nic dziwnego, że Kompakt umieścił go na swoim dziesiątym składaku. Ale w czym przeszkadzają rozlazłe, nostalgiczne klawisze, orientalne i afrykańskie elementy, dziecięce chórki, jeżeli całość drży od emocji? Wiadomo, w ubiegłym roku pojawił się Variant, Leyland Kirby, Ben Frost, ale to Bvduba słuchałem najwięcej, więc co niby mam zrobić?

8. Jesse Somfay – A Catch in the Voice

Co napisać o gościu, który do góry nogami stawia ambient i techno? Co powiedzieć o kolesiu, który na dwa lata poleciał na księżyc, żeby tam nagrywać? Trochę to nieuchwytne. Napociłem się podczas pisania recenzji i nic z tego nie wyszło. Ale niech tak zostanie.

9. Intrusion – Seduction of Silence

Spadkobierca berlińskiego dub techno bierze zeń co najlepsze, podbija mruczącym basem i otula białym szumem. Czasem niebezpiecznie zbliża się do muzyki Rhythm & Sound, ale wychodzi mu na zdrowie. Lubię projekty Stephena Hitchella, a ten podoba mi się najbardziej.

10. Antony and the Johnsons – Crying Light

Antony nie ma sobie równych. I choć najnowsza płyta nie dorównuje poprzedniej, to ciągle nikt nie dorównał Antonemu. Co chcę przez to powiedzieć? Że Antony wygrywa w kategorii, do której nikt inny się nie kwalifikuje.

11. Monolake – Silence

Robent Henke jako rezerwowy w mojej „dziesiątce”. Co prawda nie wymyślił nic nowego, ale w świetnej „Silence” można się zagubić. Czuć tu przestrzeń, piękno i pewną nieokreśloność cyfrowego świata. Zimno, obco, ale jak niesamowicie.

Noise Immunity – Everyone can kill the artist


Pełna kontrastów dusza rosyjska. Z jednej strony przepełniona bogobojnym tchnieniem, z drugiej – pogrążona w odmętach Dostojewskiej „maligny”. Kipiąca metafizyczną melancholią i nostalgią, niejednokrotnie potrafi wpaść w wir dzikiej ekstazy, nieokiełznanego opętania. Szaleństwo i religia. Taki też jest album Noise Immunity. O tym efemerycznym projekcie nie wiadomo praktycznie nic. Rosyjski oryginalnie tytuł sugeruje, że ludzie odpowiedzialni za tę płytę popijają właśnie kwas chlebowy na jednej z moskiewskich stacji metra. Jednak równie dobrze przebywać mogą w San Francisco, Maroku, bądź też na Syberii. Jedno jest pewne – każdy może zabić artystę!

Płyta dostępna, za darmo, pod adresem: rghost.net »

„(…) ogolony jegomość we fraku siedział z nogą założoną na nogę na obciągniętym czarnym aksamitem stołku. Jedną stopę miał bosą. Smyczek w prawej ręce ślizgał się po tępym skraju długiej piły, której jedną rączkę przyciskał bosą stopą do podłogi, a drugą ściskał w lewej pięści, sprawiając, że instrument wyginał się i drżał”.

Zaczyna się niemal bluesowo. Eskapistyczny monolog na gitarę solo i kiepskiej klasy mikrofon. Po leśniczym zawodzeniu, pojawiają się pierwsze oznaki zainfekowania cyfrowym wirusem. Zakres radzieckich fal radiowych okazuje się na tyle szeroki, by obok alkoholowych uniesień, pomieścić także doniesienia zza Żelaznej Kurtyny. Wędrówka po częstotliwościach przypomina surrealistyczną podróż po meandrach marzeń sennych i opiumowych urojeń. Z czasem ten wielogłosowy kolaż karze zapomnieć o nieustającym buczeniu technologicznej usterki. W końcu do akcji wkraczają uczestnicy suto zakrapianej popijawy, psychodeliczny wymiar zatacza coraz szerszy krąg. Propedeutyka groteski w stanie wcielonym.

„Rozpościerający się wokół mego łóżka wszechświat pełen był najrozmaitszych odgłosów. Rozpoznawałem niektóre – stuk młotka piętro wyżej, dochodzące z daleka trzaskanie okiennic na wietrze, krakanie gawronów – pochodzenie większości dźwięków było jednak niejasne”.

Delikatne pocieranie drewienka szybko przeistacza się w natchniony monolog nt. społecznej funkcji sztuki wysokiej. Monotonnemu przemówieniu towarzyszy patetyczny akompaniament fortepianu. Po otrzymaniu krótkiej lekcji przystosowania do jedynie słusznego stosunku wobec sztuki, wracamy na poletko Janko Muzykanta, Jurodiwego i innych quasi-folkowców. A tam – harmonijka ustna drażni się z rozstrojoną gitarą o prymat instrumentu wiodącego.

„- Czy nie miał pan przypadkiem takiego znajomego o czerwonej twarzy, z trojgiem oczu i naszyjnikiem z czaszek? – spytał. – Który tańczy między ogniskami? – Może i mam – odpowiedziałem uprzejmie – ale nie mogę się zorientować, o kim pan mówi. To zbyt ogólna charakterystyka. Mogłaby pasować do każdego”.

Doświadczenie zalewających prospekty większych miast peruwiańskich grajków, bliskie jest także naszym wschodnim sąsiadom. Z traumą tą próbuje zmierzyć się sowiecka nawijka i prostacki bit, które niestety nie są w stanie przyćmić latynoskich flecików. Dopiero zaloopowane fragmenty przemówień państwowych notabli powodują, iż wszyscy dotychczasowi uczestnicy jamu uciekają z areny swych zmagań. Potomkowie Azteków wędrują dalej, a moskiewscy beatboxerzy sprawdzą swe siły w lokalnej wersji „Mam talent”.

„To zdumiewające, jak wiele nowego odsłania się człowiekowi, wystarczy tylko na chwilę wymieść ze świadomości furę skamieniałego śmiecia! Nie wiadomo nawet, skąd się bierze większość dźwięków, które słyszymy. Cóż dopiero mówić o wszystkim innym”.

Typowa kompozycja akademicka na taśmę i dwa kieliszki wódki. Pełna żalu pieśń, rodem ze szkoły dekadenckiego zawodzenia Włodzimierza Wysockiego, staje w szranki z archiwalnymi, edukacyjnymi nagraniami, na których kobiecy głos udziela wskazówek, w jaki sposób podmiot liryczny winien przezwyciężyć egzystencjalny lęk.

„Dobiegająca mnie muzyka jakby się wspinała, po czym rzucała się jak szalona w studnię klatki schodowej, wówczas między dźwiękami stawały się uchwytne krótkie mgnienia ciszy, palce pianisty znów dopadały melodii, stawiały ją na stopniach i wszystko się powtarzało”.

Kolejne nagranie brzmi niczym utrwalone na zdewastowanej, wielokrotnie przegrywanej kasecie. Psychodeliczną dominantę stanowią w tym przypadku rozedrgane dźwięki dożynkowej fujarki. Iście jarmarski poziom demonstruje także męski głos, który nerwowo szarpie przegięte struny nerwowe. Klasyczny przedstawiciel poezji śpiewanej nie zaakceptował niedoskonałości nagrania, czemu daje wyraz w końcowych taktach utworu, wpadając w liryczną furię, wzmocnioną dodatkowo przez kilkunastosekundowy harsh-noise.

„Olśniło mnie raptem, że każda melodia ma swój określony sens. Ta konkretnie demonstrowała metafizyczną niemożliwość samobójstwa”.

Zasłużyliśmy na króciutki przerywnik, który okazuje się być melodyjką z odrzutów do „Wilka i zająca”

(…) każdy z nas to zaledwie dźwięk płynący spod palców niewiadomego pianisty, po prostu krótkie tercje, potoczyste seksty i dysonansowe septymy majestatycznej symfonii, której nikomu z nas nie dane będzie usłyszeć w całej pełni”.

Znajdujemy się wewnątrz cerkwi. Prawosławna liturgia o wyraźnie błagalnym charakterze. Śpiew jest tutaj tyleż formą mistyki, co emanacją wewnętrznych niepokojów tonącego w obłędzie prezbitera. Do wnętrza cerkwi udało się wtargnąć także naszym ulicznym grajkom, którzy ewidentnie dali się ponieść emocjom towarzyszącym Jezusowej litanii.

„Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Bóg objawił się ludziom w szpetnym człowieczym kształcie. Moim zdaniem o wiele odpowiedniejszą formą byłaby doskonale piękna melodia”.

Klekoczące kołatki wyznaczają trasę przejścia procesji skupionej na odprawianiu modlitwy do Świętego Mikołaja. Uważny słuchacz z pewnością wyłapie werbalne przywoływanie Dziadka Mroza i Santa Clausa. Z upływem czasu kołatanie cichnie, pierwszeństwo oddając wyrafinowanej grze na szkolnym flecie. Dekoracyjności dodaje utworowi kilka cyfrowych zniekształceń, będących najpewniej efektem czułego potraktowania mikrofonu.

„Spoza drzwi dochodziła cicha muzyka. Niezwykła melodia zbudowana na dziwnych, starodawnych współbrzmieniach, smutna i zawodząca. Serdiuk zakasłał. Nikt się nie odezwał. Zakasłał raz jeszcze i pomyślał, że jeśli będzie musiał zakasłać po raz trzeci, zwymiotuje”.

Eklektyzm czystej krwi. Wreszcie dopuszczono do głosu gitarę basową oraz kilka innych – trudnych do zlokalizowania – dźwięków: tamburyn, szarpanie strun, dużo blachy (miski, wiadra), sporo zabawek, rozstrojony radioodbiornik, podręczne śmieci. Ale przede wszystkim zdesperowany bohater poparzony przez życie. Moskiewska kawalerka w cenie daczy w Soczi. Stacja „Sierp i Młot”, elektriczka o 4 rano. Potwierdzenie wielkomiejskiej klaustrofobii ubrane w eksperymenty językowe z pogranicza poezji dźwiękowej (sound poetry).

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Wiktora Pielewina „Mały palec Buddy” (Warszawa 2003).
2009

Marbert Rocel – Catch a Bird


Syndrom drugiego albumu widać przeszli bez zająknięcia. Na nowej płycie niemieckie trio ciągle eksperymentuje i zaskakuje. Jest na poważnie i imprezowo, z przymrożeniem oka i o miłości. Dwa lata upłynęły na zbieranie inspiracji, po drodze trochę koncertów i wydaję się, że nie był to czas zmarnowany. W stajni Compost Records grupa wyrabia sobie powoli znaczącą pozycję.
Mabert Rocel świetnie wpisują się w to co kiedyś zwykło określać się muzyką elektroniczną. Ich nagrania nie ustępują miejsca takim klasykom tego gatunku jak Morcheeba, Zero 7 czy Flunk. Oscylują wokół electro, nu-jazzu i stonowanych songwriterskich klimatów. Aranżacyjnie jednak mocno zakorzenieni są w stylistyce klubowego grania i bez problemu zaspokoją Wasz głód niskich tonów. Uwaga tylko na nieoczekiwane zwroty akcji. Zarówno w obrębie jednego utworu („Hush Now”, „Mr.Beat”) jak i na całej długości płyty. Bo na „Catch a Bird” motoryczne brzmienia przeplatają się z tymi lirycznymi i ugładzonymi strukturami. Większość płyty to raczej radosne numery, lecz nie brakuje tu zimnych elementów, zagłębiania się w minorowe zakątki skali. Członkowie Marbert Rocel otwierają rożne muzyczne drzwi i świetnie potrafią budować napięcie (”Chambers”). Przez cały czas bawią się konwencjami, a w tym odważnym podejściu znajdują umiar. Grupa postawiła na brzmieniowy pluralizm wyzbywając się jednocześnie pseudo muzycznych trików. Łączą sprawdzone producenckie motywy z bogatym instrumentarium. Na szczęście to nie kolejny skład, który na każdym kroku chce pokazać, że na instrumentach grać umie i co chwila to udowadnia. W efekcie płyta brzmi przejrzyście i nie mamy wrażenia natłoku muzycznych informacji. Do tego wciągające nas w grę świetne teksty i gotowe. Tak brzmi przepis na świetną płytę, która służyć nam będzie nie tylko w tym sezonie.
Compost Records 10/2009

King Midas Sound – Waiting For You


Trip-hop. Dziś już mało kto stosuje ten termin, którego używano w odniesieniu do muzyki święcącej największe triumfy w połowie lat 90. Ta gatunkowa hybryda narodziła się na ulicach i w klubach Wielkiej Brytanii, po czym została szybko wchłonięta przez mainstream, który przekuł ją na chilloutowe składanki i wykorzystał jako tapetę dźwiękową do modnych butików.

Nowy projekt legendarnego producenta Kevina Martina (The Bug, Techno Animal, EAR i wiele innych) i poety Rogera Robinsona (znanego z albumu „London Zoo” The Bug) proponuje dokładne przeciwieństwo downtempowego muzaka, wpisując się w mroczną twórczość zapomnianych artystów pokroju Req czy Earthling. King Midas Sound bezbłędnie nawiązują też do niektórych dokonań Billa Laswella, wczesnego Tricky’ego i Massive Attack z okresu płyty „Mezzanine”, będącej łabędzim śpiewem tego całego zgiełku zwanego trip-hopem. Na „Waiting For You” jest wszystko, co w nim najlepsze: kleiste beaty w tempie ok. 80 bpm (czasem więcej), głębokie pogłosy, zawiesiste przestrzenie, dziwne dźwięki „z drugiego pokoju”, mnóstwo dubowego basu i narkotyczna atmosfera sennej mary.

Na tle gęstej muzyki unoszą się słowa deklamowane przez Robinsona zmysłowym, onirycznym głosem (w „Earth A Kill Ya” zbliża się do maniery niejakiego The Spaceape); w czterech utworach towarzyszy mu delikatny, niepokojący śpiew japońskiej artystki Kiki Hitomi. Oba wokale idealnie współgrają tak ze sobą, jak i z ascetyczną oprawą dźwiękową generowaną przez Martina.

Przefiltrowując wyświechtaną formułę przez patenty XXI wieku, King Midas Sound wspaniale ją odświeża i modernizuje. W sieci pisze się, że to dubstep, ale nie dajcie się zwieść – nie ma tu ani nadużywanego wobble, ani pospolitych synkopowanych rytmów, ani tanecznej wiksy pod piguły. „Waiting For You” to raczej płyta do butelki i blanta, przede wszystkim zaś jeden z najlepszych albumów minionego roku.
Hyperdub, 2009