Ten belgijski producent dał się poznać na początku minionej dekady z eksperymentów z minimalistycznym ambientem – zarówno na solowych płytach pod szyldem Object, jak również w duecie RM. Dopiero w 2006 roku zadebiutował na tanecznym parkiecie – od razu kierując się w stronę mocnego techno podrasowanego dyskretnymi wpływami dubu. Po czterech latach publikowania winylowych dwunastocalówek i realizowania popularnych podcastów (choćby dla Resident Advisora) debiutuje wreszcie pełnowymiarowym materiałem – „Entropic City” – opublikowanym nakładem jego własnej wytwórni Time To Express.
Choć album zaczyna się dźwiękami sprawiającymi wrażenie, że włączyliśmy omyłkowo „Second Annual Report” Throbbing Gristle, to Van Hoesen dokonuje szybkiego skoku w czasie i po kilku minutach „Into Entropy” zaczyna tętnić głębokim bitem techno wspartym falującym pochodem basu. Wszystko to podszywa wyłaniający się powoli z tła oniryczny pasaż syntezatorów, rozbijany co chwilę szorstkim samplem zapętlonym w mechaniczny loop.
Bardziej typowe dub-techno pojawia się wraz z „Republic”. Tym razem wolny puls nagrania tonie w studyjnych szumach, przerywanych kaskadami skorodowanych akordów, pogłębionych przestrzennymi pogłosami. Jeszcze bardziej masywną konstrukcję mają dwie połączone kompozycje – „Closing The Distance/Toy Universe”. Dudniący bit o tektonicznym brzmieniu niesie tu przewalające się przez melodyjnie plumkające klawisze podwodne kaskady syntetycznych akordów, przywołując wspomnienie niezapomnianych produkcji duetu Porter Ricks.
Van Hoesen nie przypadkowo zdobył sobie jednak opinię twórcy klubowych killerów. Wraz z „Dystopian Romance” rozpoczyna się mocna jazda w stylu tresorowego, sorry, berghainowego techno, wykorzystująca wszystkie znane chwyty z kanonu tego typu grania – od łączenia metalicznych stuków z acidowym ćwierkotem rodem z utworów Thomasa Heckmanna (wspomniane „Dystopian Romance”), przez buchające syki gotującej się pary, zza której wyłaniają się kanalizacyjne efekty („Terminal”), po detroitowe hi-haty uzupełnione groźnie pohukującymi klawiszami („Strip It, Boost It”).
Najlepszym kawałkiem w tym zestawie okazuje się być „Defense Against The Self” – morderczy killer, który z powodzeniem mógłby znaleźć się na zeszłorocznym albumie Bena Klocka.
Tę hipnotyczną galopadę przerywają bardziej eksperymentalne nagrania. Jest wśród nich spokojniejsze techno wymodelowane na melodyjne IDM („Testing A Simulacrum”), mechaniczny funk o surowym brzmieniu („Quartz # 1”), a przede wszystkim szeleszczący dubstep o niepokojącej atmosferze („Colony/Return Of The Object”).
Oczywiście, można tę płytę skwitować wzruszeniem ramion i westchnieniem, że niby „wszystko to już było”. Z podobną reakcją musiałaby jednak spotkać się wtedy większość współczesnej elektroniki. A przecież nie o to chodzi – klubowe techno to gatunek, po których nie oczekujemy już rewolucji, ale umiejętnej gry z tradycją, ciekawych pomysłów aranżacyjnych i solidnego kopa. I „Entropic City” spełnia wszystkie te oczekiwania z nawiązką.
www.t2x.eu
Time To Express 2010









swigull
5 kwietnia 2010
dobry, tłusty, przestrzenny. lubię to!