Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Archive for Wrzesień, 2018

Faithless – The Dance


Na przestrzeni lat Faithless sprawnie poruszając się między klubowym mainstreamem a ciekawą elektroniką zorientowaną w różnych tempach i odcieniach, po wydaniu pięciu albumów studyjnych (12 milionów sprzedanych egzemplarzy) i całego stada re-editów, remixów czy kompilacji, wciąż zwracają uwagę, nie powinni ignorować ich nawet radykałowie. Faithless to długofalowa, dość unikatowa umiejętność utrzymania się na topie niezależnie od dekady, dobranego stylu i kaprysów odbiorców. Niektórym artefaktom po prostu nie sposób zaprzeczyć, a God nadal is a DJ.

Tym razem niemal zniknęły poprzednio stosowane półśrodki, wyciszenie, ballady, sporadycznie zjawia się downtempo. Stawiając znów bardziej na taniec, pozwalają sobie na swobodne szafowanie solidnymi podwalinami muzyki klubowej, na dźwięk i wdzięk których mięknie serce. „Chcieliśmy jednak poczuć taneczną wibrację i uwolnić pasję, która tkwi w ludziach” mówi Sister Bliss. No i uwolnili:

Zacznę od minusów, bo ich jest mniej. Na szóstym studyjnym krążku jest dokładnie półtora tanecznego obciachu, który można zrzucić na karb pragnienia zaspokojenia jak najszerszego targetu, w tym tego przystrojonego w białe rękawice chyba już tylko dla jaj. Dość bezbarwnie wypada też „North Star”, czyli druga na płycie kolaboracja z Dido, młodszą siostrą Rollo z ekipy Faithless (niektórym znanego też jako Felix).

To tylko chwilowa schizofrenia brzmienia, bo zaraz obok zaczną dominować sprężyste melodie, pojedyncze sensorowe hipnozy, marzycielskie leftfieldowe pogłosy, zaskakujące samplowe brzytwy, groźne helikopterowe furkoty, szaleńcze spiętrzenia i erupcje klawiatur. Zloopowane pulsacje, pogodne basy, trance’owe kaskady, punkty kulminacyjne, dźwięki konkretne, brzmienia rozmyte. Wariacja (bo z okrojoną warstwą tekstową) na temat eurodanceu, trance, klubowy pop, house, acid-house, tech-house, dubowe pogłosy i trip-hop. Jest i miejsce na rasta dub z Jamajki, czyli interpretację marley’owskiego „Crazy Baldheads” – wszak udanie podane evergreeny zawsze cieszą uszy starych ludzi. Przy okazji to także realizacja tekstowego programu socjo-politycznego, który nigdy nie był Brytyjczykom obcy.

Cały ten dźwiękowy, energetyczny maksymalizm Sam zespół zaś udowadnia, że potrafią kontynuować pomysł na siebie, serwując kreatywnymi reminiscencjami pigułkę tego, co przez 15 lat wydarzyło się w niejednym klubie urozmaicają wokale, wśród których – poza dusznymi melorecytacjami Maxi Jazza – prowadzą: seksowny, pełen wigoru godnego samego Jonesa, rewelacyjny Neil Arthur z Blancmange („Feel Me”), kojąco-słodki Dougy Mandagi („Comin Around”), czyste i lekkie jak gołębice pokoju Mia Maestro i Daisy Gough („Love Is My Condition”).
„The Dance” to kawał barwnie zaaranżowanych, kilkuwątkowych kompozycji. Sam zespół zaś udowadnia, że potrafią kontynuować pomysł na siebie, serwując kreatywnymi reminiscencjami pigułkę tego, co przez 15 lat wydarzyło się w niejednym klubie.

Słuchając „Feelin Good” i „Sun To Me” aż chciałoby się być jak Szczepkowska i uroczyście wyszeptać Proszę Państwa, 24 maja 2010 roku skończyło się w Polsce smęcenie. Półtora muzycznej dekady fiknęło kozła i porwało masy do tańca. Nie zapomnijcie: 5 czerwca na Selectorze!

Isound Labels 2010

detroitZDRoJ: Trusme Boogie Brain już jutro!

Czerwcowej odsłonie imprezy przyświecać będzie idea szczecińskiego festiwalu Boogie Brain. Jak zwykle w stolicy o doskonały lajnap zadbał nieśmiertelny tandem detroitZDRoJ. Sprawdźcie szczegóły! Bohaterem imprezy będzie Trusme, wzięty dj, właściciel oficyny Prime Numbers oraz autor świetnego krążka Working Night$ dla Fat City, notabene debiutu artysty na scenie ambitnej muzyki elektronicznej.

Intensywny hype na osobę Davida Wolstencrofta ma swoje gruntowne uzasadnienie. Trudno jest nie zrobić kariery, gdy twoimi pierwszymi nagraniami interesują się Juan Atkins, Moodymann czy Ashley Beedle, a prezenter BBC Gilles Peterson jako houseowy numer swojego zycia wymienia utwór Nards ze wspomnianego na wstępie debiutu. Albo wspołpracuje się z takimi artystami jak Dam-Funk, Dabrye czy Amp Fiddler z LCD Soundsystem.

Niebywałe sukcesy kolejnych wydawnictw i występy na niemal wszystkich kontynentach to tylko potwierdzenie pozycji, jaką Trusme osiągnął podczas swojej dosyć krótkiej, ale bardzo obfitej w emocje kariery.

Będzie to bez wątpienia dojrzewający w expresowym tempie, eklektyczny set, wypełniony dźwiękami jutra.

O rozgrzewkę na patio klubu 1500m2 zadba Eltron John oraz WWW. Trzymamy kciuki za pogodę!

W klubie przed Trusme wystapią również bshosa & dr dip oraz Kuba Sojka. Imprezę zamknie łagodny ambient w wykonaniu Sonusa z Jazz Fm.


Image and video hosting by TinyPic


02.06.10 detroitZDRoJ pres. Trusme Boogie Brain
1500 m2, Solec 18, entry 15/20

Trusme (Prime Numbers, Fat City //UK)
Kuba Sojka (Matrix Records //PL) – live
bshosa & Dr Dip (detroitZDRoJ)

+ Eltron John (Red Bull Music Academy //Krk) & WWW (Side One // Wawa) – outdoor experience
+ Sonus (Jazz FM) – experimental ambient special


Wyświetl większą mapę

Goblin zagra na Unsoundzie

Na tegorocznej edycji Unsound Festivalu pojawi się legendarny zespół prog-rockowy z Włoch – Goblin. Działająca w latach 1972 – 1982 grupa zasłynęła oryginalnymi soundtrackami do filmów Dario Argento – „Profondo Rosso” i „Suspiria”. Koncertowi towarzyszyć będzie projekcja ich fragmentow edytowanych przez norweskiego arystę wideo-artu. Zespól zagra w Krakowie 23 października.

Reaktywowany Goblin występował w ubiegłym roku w czteroosobowym składzie. Pod Wawel formacja dotrze jako kwintet ze swym współzałożycielem – klawiszowcem Claudio Simonettim.

Von Spar – Foreigner


Ciekawe zjawisko – kolońska wytwórnia Italic, specjalizująca się dotychczas w energetycznej muzyce tanecznej o dubowym posmaku, skręciła wyraźnie w stronę odradzającego się coraz wyraźniej kraut-rocka. Najpierw był flirtujący z tym gatunkiem drugi album Popnoname, potem nowa płyta najważniejszych kontynuatorów tych brzmień z Kreidlera, a teraz – trzeci krążek w dyskografii grupy Von Spar.

Ten powstały w 2003 roku koloński kwintet od początku miał opinię poszukującej formacji. Zaczynał od mocno podszytego elektroniką indie-rocka („Die Uneingeschränkte Freiheit Der Privaten Initiative” dla L`Age D`Or), by potem skręcić w kierunku psychodelicznych eksperymentów z jazzem i ambientem („Xaxapoya/Dead Voices In The Temple Of Terror” dla Tomlab). Najnowsza płyta projektu odsłania jeszcze inne oblicze jego muzyki – wyraźnie zainspirowane dźwiękami z lat 70.

Otwierający krążek „Scotch & Chablis” nieco dezorientuje: bo z jednej strony mamy tu lekko spowolniony bit electro, a z drugiej – rozmarzone pasaże syntezatorów. Kiedy rozlega się pastelowa partia klawiszy i świdrujący motyw gitarowy rodem z prog-rocka sprzed niemal czterech dekad – zamęt robi się jeszcze większy. Wbrew pozorom zestawienie tych elementów układa się z czasem w spójną całość – zaskakujące spotkanie motoryki Kraftwerk i brzmienia Harmonii wpisane w nowoczesną formułę chill-wave.

„You Can Shake Down On My Settee Tonight” nie sprawia już takich trudności interpretacyjnych. To najbardziej rockowe nagranie z zestawu, rozegrane pomiędzy post-punkowym pochodem nerwowego basu, kosmicznymi wstawkami syntezatorów i jazzową partią skrzypiec. Niby znów podróż w czasie – ale doskonale pasująca do twórczości zespołów z nurtu Neue Deutsche Welle, które fascynowały się kraut-rockiem w rodzaju Alu czy S.Y.P.H.

Najbardziej tanecznym nagraniem na płycie jest „Troops” – gęsty funk podbity „żywym” pulsem basu i bębnów, w którym za mikrofon chwyta Popnoname. Ale to również wspomnienie z połowy lat 70. – choć tym razem raczej wczesnych dokonań Petera Gabriela albo soulowych nagrań Davida Bowie z okresu „Young Americans”. W każdym razie – jak najbardziej na miejscu w tym towarzystwie.

Kolejnym eksperymentem przerzucającym most pomiędzy odległymi epokami okazuje się być „I Can`t Stand The Grain”. Dlaczego? Bo tym razem panowie sięgają po przestrzenną elektronikę w stylu klasycznego Mike`a Oldfielda, łącząc ją z nowoczesnym pulsem o techno-dubowym metrum.

Utwór ten wydaje się być jednak tylko wprowadzeniem do tryptyku składającego się z trzech połączonych kompozycji – „Collecting Natural Antimatter”, „HyBoLT” i „Lambda”. Kosmiczne arpeggia zaczerpnięte z twórczości Tangerine Dream mijają się tutaj z psychodelicznymi solówkami na gitarze rodem z dawnych nagrań Pink Floyd, a mechaniczne bity electro podsłuchane u Kraftwerk – z rozmarzonymi wokalami o indie-popowym smaczku. I brzmi to świetnie – nawet bez cienia eklektycznego niedopasowania.

Całość kończy współczesna wizja krautowego transu – „Daddy Longlegs”. To trochę techno, trochę prog-rock, syntetyzujący galopujący rytm z sążnistymi pasażami syntezatorów i niepokojącym odgłosem dochodzącego z oddali dzwonu. Czyżby hołd dla „Tubular Bells” i „U.F. Orb” razem wzięty?

Świetnie się słucha tej płyty – zachwyca ona bowiem muzyczną erudycją jej twórców, śmiałą penetracja dźwiękowej schedy minionych pokoleń, pomysłowym uzyskiwaniem nowych znaczeń z zestawiania różnych kontekstów. Co przy tym ważne – nie sprawia ona wrażenia wystękanego z trudem akademickiego elaboratu. A wprost przeciwnie – tryska świeżą energią i radością grania.

www.italic.de

www.vonspar.net

www.myspace.com/vonspar
Italic 2010

Jeff Mills – jest nowa data!

Jeff Mills zagra w Katowicach 12 czerwca – to nowa data koncertu, który zapowiadać będzie tegoroczną edycję Tauron Festiwalu Nowa Muzyka.

Mamy nadzieję, że set Millsa w ramach cyklu imprez Before Tauron Nowa Muzyka będzie stanowił doskonałe wprowadzenie do świata dźwięków, jaki czeka na Was już w sierpniu w Katowicach. Przed Jeffem Milsem wystąpi w Katowicach CH District (live act).

Jeff Mills

Uważany jest za absolutnie najważniejszą postać, prekursora i fundatora gatunku Detroit Techno i Minimal Techno oraz całej elektroniczno-didżejskiej rewolty, która w ostatnich latach zdominowała uczestnictwo w światowej kulturze.

I chociaż na pierwszy rzut oka znany jest jako super gwiazda techno, Top DJ i headline największych klubowych ravewów oraz autor światowych hymnów techno („Sonic Destroyer” i „The Bells”), źródłem jego ogromnego autorytetu jest wielki indywidualizm oraz multidyscyplinarne zainteresowania dotyczące wielu innych rodzajów muzyki, sztuki multimedialnej i fotografii.

Chociaż nigdy nie przestał produkować i wydawać minimalu, tych obesyjnie perkusyjnych i rytmicznych kompozycji dla dance flooru, główne jego wydawnictwa oraz część sesji na żywo koncenrowała sie na nowych kierunkach elektroniki wykorzystującej bardziej złożone struktury rytmu, dochodzące w zasadzie aż do muzyki symfonicznej i space jazzu.

Zainteresowany kosmologią i futuryzmem wkrótce też Mills poświęcił się kompozycjom filmowym gdzie najbardziej znana i uznana została na nowo nagrana ścieżka filmowa dla legendarnego obrazu Fritza Langa „Metropolis”. Oprócz tego swoje muzyczne reinterpretacje Mills poświecił także obrazom Stanleya Kubricka i postaci Bustera Keatona.

Podobny status uzyskał jego kolejny projekt realizowany z orkiestrą symfoniczną z Montpellier /Francja/, gdzie interpretacji orkiestrowej podlegały klasyczne elektroniczne kompozycje. Koncert ten odbył się na 20 lecie Humanity World Heritage Unesco.

Przygladając się nowym wydawnictwom Jeffa Mills ukazującym sie na przestrzeni ostatnich kilku lat zaobserwować można daleko idącą wielowątkowość. Elektroniczne symfonie, muzyka avangardowa i wreszcie stricte klubowe epizody.

Wszystko to zgrabnie włączone w wydawnictwa multimedialne jak chociażby The Exihibitionis. Mills mimo upływajacego czasu, ciagle jest ciekawy świata i głodny nowych wyzwań i to właśnie czyni z niego najbardziej frapujacą postać światowej elektroniki.

Tomorrow, In A Year – zmiana terminu!

Z przyczyn niezależnych od organizatora polska premiera spektaklu multimedialnego „Tomorrow, In A Year” z muzyką The Knife została przesunięta. Decyzja ta została podjęta w związku z problemami technicznymi niezależnymi od organizatora, które pojawiły się w decydującej fazie przygotowań. U podstaw decyzji leży przede wszystkim troska o najwyższy standard wydarzenia.

Nową datę występu Hotelu Pro Forma zostania podana w ciągu najbliższych tygodni. Organizatorzy przepraszają za wynikłe z tego faktu niedogodności, informując jednocześnie, że bilety zakupione na czerwcowy spektakl zachowują swoją ważność. Istnieje również możliwość zwrotu biletów w terminie do 30 czerwca 2010.

O przedsięwzięciu

Operowa diva, popowy wokalista i aktorka. Feeria świateł i oszałamiających wizualizacji. Sześcioro tancerzy i awangardowa scenografia. Przede wszystkim jednak muzyka i słowa – stworzone przez jeden z najciekawszych zespołów pierwszej dekady XXI wieku: szwedzki duet The Knife. Wszystko to będzie można zobaczyć 12 czerwca w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki.

Szwedzki duet przygotował muzykę, która z olbrzymią swobodą dopasowuje się zarówno do operowych popisów, jak i szaleńczego tańca, nie tracąc przy tym spójności i siły przekazu. Opierając się o pisma i listy jednego z najważniejszych myślicieli współczesności – Charlesa Darwina, twórcy tego niesamowitego dzieła prowadzą nas przez jego życie i twórczość, próbując objaśnić ich znaczenie przy pomocy niecodziennych środków wyrazu.

O powstaniu gatunków

Spektakl dzieli się na kilka części o wyraźnie zakreślonej tematyce, powiązanej z poszczególnymi etapami tworzenia książki, która 150 lat temu wstrząsnęła całym światem i po dziś dzień stanowi jeden z najważniejszych tekstów zachodniej cywilizacji – O Powstawaniu Gatunków. Muzyka, słowa i taniec składają się w zwartą historię, opisującą pierwsze wyprawy Darwina, jego bezbrzeżny zachwyt cudownością natury i zjawiskami, na które ówczesna nauka nie potrafiła znaleźć sensownego wyjaśnienia.

Pełen rozmach

Sięgając po różnorodne środki wyrazu – od klasycznego śpiewu operowego, przez piosenkę aktorską, po formułę klubowego przeboju, rodzeństwo ukrywające się pod nazwą The Knife po raz kolejny udowodniło, że to właśnie ich twórczość jest jednym z najciekawszych zjawisk we współczesnej muzyce. Zaczynając pracę nad Tomorrow, In a Year byli zaliczani do najistotniejszych zespołów powiązanych z muzyka elektroniczną, jednak dopiero to dzieło, śmiało przekraczające umowne granice pomiędzy różnymi rodzajami sztuk, w pełni ujawniło ich potencjał i rozmach.

Warstwa wizualna spektaklu jest summą scenicznych doświadczeń legendarnej duńskiej kompanii teatralnej Hotel Pro Forma prowadzonej przez Kirsten Delholm i Ralfa Strobecha, którzy od połowy lat 80-tych bez ustanku rewolucjonizuje skandynawski teatr, proponując widowiska wymykające się jakimkolwiek próbom zaszeregowania.

Zasłynęli przede wszystkim radykalnym podejściem do przestrzeni teatralnej, wykorzystując w swoich spektaklach tak nietypowe lokalizacje jak publiczna pływalnia, opuszczona stacja kolejowa czy dach ogromnego supermarketu, a do ich ulubionych zabiegów należy umieszczanie widowni w takich miejscach, które zupełnie zmieniają percepcję widowiska, każąc jej na przykład obserwować przebieg spektaklu z lotu ptaka.

Więcej informacji: www.operatheknife.pl »

Actress – Splazsh


Debiutancki album ‘Hazyville’ Actressa z 2008 roku to wspaniała podróż wśród przytłaczającej ilości rozmaitych dźwiękowych kształtów, począwszy od Detroit-techno, electro po glitchy-dubstep. Na sukcesorze mamy do czynienia z większością tych czynników, z tą jednak różnicą, że ich trajektoria zostały wytyczone na nowo. ‘Splazsh’ to wstrząsająca podróż, każdy utwór nadaje się do cyklu ‘warto posłuchać’ jako osobny projekt definiujący współczesną muzykę elektroniczną. Jednak co najniebezpieczniejsze, każdy numer wymaga przysłowiowego przetrawienia. I nie boję się powiedzieć, że niektóre utwory na ‘Splazsh’ potrzebują tego czasu szczególnie dużo.

„Hubble” sprzedane już słuchaczom w barwach oficyny Unknown/Thriller zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym zakończył się debiut maestro oficyny Werk Discs. Zabieg technicznie najprostszy, ale pozwalający nie uwarunkowanym słuchaczom zacząć przygodę z Actressem od wielkiego A. Gęste i pełne soczystego miąższu plamy synthów i elektronicznych przesterów pogrzebane w morzu rytmicznej, ale rozwijającej się kompresji niemal każdego dźwięku.

„Lost” jest jednym z bardziej czułych i delikatnych utworów, które kiedykolwiek wyszły z pod pióra Cunninghama. Zdefiniowany przez intymny, kobiecy wokal naniesiony na rozwijającą się, balansującą melodię i metaliczny werbel. Jak domniemam, tylko niebywała umiejętność ogarnięcia tej sonicznej architektury pozwoliła Actressowi wyłuskać z wielu pierwotnych ścieżek, tą swoistą esencję w postaci „Lost”. Jest również na tym krążku utwór, który wywołuje u mnie nieuzasadniony uśmiech i nie mam tu na myśli jego wartości, o nie! W jednym z wywiadów przeczytałem, że na ‘Splazsh’ znajdzie się odpowiedź Cunninghama na zadane w postaci „Daft-Punk Rave” pytanie na albumie ‘where were u in 92’ Zomby’ego. Oprócz znanych wcześniej numerów ( Hubble, Lost, Maze, Bubble Butts And Equations, Purple Splazsh) jest to utwór, który najłatwiej wpada w ucho (zresztą tak jak i Daft-Punk Rave) Jednak powyciągany, ambientowy synth, wydaje się odrobinę niedopowiedziany. Aż prosi się, żeby w pewnym momencie pojawił się tam dudniący bas …

“Bubble Butts & Equations” śmiało mógłby kandydować do theme-song kolejnego filmu o nieuniknionym końcu świata, w odróżnieniu od optymistycznego „Always Human” w którym Actress bawi się z nami w najlepsze, przy najciekawszym Detroit-techno ostatnich miesięcy. Przywołując wybitne kompozycje od Model 500 i Antony’ego Shake Shakira i okraszając tę ‘spuściznę’ zsamplowanym wokalem oraz 8-bitową strzelanką Actress po raz kolejny udowadnia, że nie istnieją dla niego gatunkowe zobowiązania. Potem przychodzi „Get Ohn (mix Fairlight)” który brzmi jak b-side z płyty Simon & Garfunkel, tylko w o wiele lepszej aranżacji niż na ostatniej coverowej płycie naszej rodzimej artystki. Powtarzające się niczym mantra „get ohn” skutecznie polaryzuje tempo, które z powodu ciągle zmieniającego się backgroundu ma tendencję do zmiany swojej prędkości. Na przemian mamy więc do czynienia z glitch-hopem, 2-stepem i noisem. Ten drugi najdłuższy numer na płycie to bezapelacyjne potwierdzenie credo Actressa, które brzmi „potrafię zrobić normalny utwór, ale zupełnie mnie to nie bawi”

„Maze” to kawałek do którego wraca się najczęściej. Linia basu skutecznie liderująca całości działa niczym śmiercionośna toksyna, której z pełną świadomością pozwoliliśmy dostać się do naszego układu nerwowego i wysłać wstrząs do każdego zakamarka duszy. Kolejny na trackliście „Purple Splazsh” w iście Prince’owskim stylu udowadnia samplową zgrabność Cunningham’a i jego naturalną wręcz zdolność wyłuskiwania z utworów ich nieznanej wcześniej wartości.

Mniej więcej od tego momentu do albumu wkrada się rozluźnienie, tak jakby Actress był już wystarczająco zadowolony ze swojego dzieła i dał sobie więcej swobody w kreowaniu brzmienia, wspinając się w ten sposób na wyższy stopień eksperymentu i percepcji. Wyjątkiem są tu wybitnie prosty house’owy numer „Senorita” oraz „Wrong Potion” będący syntezą ulicznego-grime’u z z free-jazzem.

‘Splazsh” jest nieuchwytne – bez surowości i sztywnych ram i złożone bez IDM-owskiej kompikacji. Muzyka Actressa uparcie odmawia zdecydowania w którym gatunkowym koszyku się znaleźć, co powoduje, że w obliczu tych wszystkich pomysłów i technik muszę stwierdzić, że krążek ten brzmi jak próbka, wstęp do czegoś większego, mam nadzieje na najbliższą przyszłość, zaplanowanego. Obawiam się jedynie groźnego przekazu, który kryje w sobie ten album, przekazu, który może spowodować, że pozostała część 2010 roku totalnie mnie znudzi…

Honest Jons

Wiemy co nowego u Röyksopp

Wreszcie pojawiły się konkretne informacje w sprawie przesuwanej premiery ich kolejnego albumu pt. Senior. Odwlekana premiera płyty odbędzie się w końcu wraz z końcem sierpnia tego roku. Jak wyjaśnia duet ma to bezpośredni związek z naciskami ze strony koncernu fonograficznego. Krążek pierwotnie miał się pojawić na rynku zimą ubiegłego roku. Następnie na oficjalnej stronie podano do wiadomości fanów, że będzie to jednak kwiecień tego roku. Czy aktualna data premiery się nie zmieni można tylko domniemywać.

Jeśli chodzi o sam album to ma być on kontynuacją świetnie przyjętego przez fanów i krytyków longplaya Junior. Sam tytuł nowego wydawnictwa- Senior, już nawiązuje do swojego poprzednika. Podobieństwa mają się skończyć jednak na zbieżności nazw. O ile Junior był bardzo taneczny i pogodny o tyle Senior będzie ukłonem w kierunku downtempo i trip-hopu. Ma mieć mroczny jesienno-zimowy klimat i zawierać utwory w większości wyłącznie instrumentalne. Jak się będzie przedstawiać w rzeczywistości okaże się z końcem sierpnia kiedy to według zapowiedzi norweskiego duetu album zostanie udostępniony na oficjalnej stronie zespołu.

Zapowiedzią brzmienia nadchodzącego albumu jest utwór Across the Graveyard dołączony jako bonus do wersji Juniora przeznaczonej do sciągania z iTunes.

Onra – Long Distance


Czas ucieka: jego wycinki z lekkim sercem przeznaczane na pielenie pelargonii kurczą się w zatrważającym tempie i jedynie z wysiłkiem można jeszcze twierdzić jakoby płynął. „Chinoiseries” to przecież nie bajka z brodą, a z perspektywy 2010, z perspektywy „Long Distance”, prezentuje się jak pokancerowany starzec. Samplowanie azjatyckich filmów zarżnęła wesoła myspaceowa twórczość (nie wiem, ile razy słyszałem quoty z „Old Boya” (sic) w kawałkach niedzielnych masterów), a użycie trzasków winylu w roli impregnatu nie jest już stylizacją archaizującą, ale archaiczną metodą stylizacji. Onra nadąża jednak i na najnowszej płycie zamienia zanieczyszczenia rodem z czarnej płyty na modną i, trzeba przyznać, bardziej wyrafinowaną niż dogranie oddzielnej ścieżki z syfem, manipulację chill-wavem, odsyłającą do kaset poluzowanych mocno w taśmach (w celu jednoznacznego wskazania najnowszego kręgu inspiracji kradnie zresztą jedną z bardziej rozpoznawalnych pętli Washed Out). Podgania jeszcze na innym polu: niespodziewanie okazał się być dobrym kołczem dla gościnnie udzielających się wokalistów, co zawsze należy policzyć na plus twórcy kojarzonemu dotychczas z martwym mimo wszystko tworzywem sampli.

Na jednym ramieniu przysiada Dâm-Funk, na drugim Nicolay. Podobieństwo prezentujących wielkomiejski pejzaż okładek „Long Distance” i „Shibuya”, kontrastuje niby mocno z cover artem „Toeachizown”, szczelnie wypełnionym mordą Autora, ale mimo wszystko utrzymanym przecież w kolorystyce starannie ewokowanej przez „Long Distance”. Ukryty za światem przedstawionym, Onra podrzuca kolejne skrawki mapy nowoczesnego club tourismu z błyskającymi neonowo diodami oznaczającymi lokale obdarzone największym blichtrem i za każdym startem nowego kawałka niewyraźna lampka zmienia się w strzałkę z napisem TU JESTEŚ. Panorama ziemi, obiecanej lekkomyślnie w „Miami Vice”, wymaga wbrew pozorom sporego malarskiego wysiłku. Gra nie toczy się dzisiaj o zilustrowanie stereotypowo ubogiej w barwy, kolejnej wariacji na urbanistyczny pejzaż, ale o stworzenie obrazka równającego czempionom nieoczywistych, bo pobudzających wyobraźnię i wspomnienia, bounceów. Przewiewne lekkie electro ciągle więc odświeża przyciężkawą atmosferę retrofuturystycznego rnb, wyposażając klub, w którym odbywa się senny after, w taras wycelowany w ocean zabarwiony zielenią rześkiego lipcowego przedświtu.

Loopowanie w nieskończoność magicznego momentu tuż przed wychynięciem zza horyzontu kończącego imprezę słońcaOnra nie poprzestaje więc na doborze kolorystyki i tematów. Chodzi o zatrzymanie się w połowie: pomiędzy Riddickiem a Nicolayem, przedłużając w nieskończoność magiczny moment tuż przed wychynięciem zza horyzontu kończącego imprezę słońca. Konsekwetnie więc, pojawiające się na samym początku albumu wezwanie „I want to hear future funk”, wiążące niby, bo powtórzone trzy razy, nie spełnia się w stopniu mogącym oślepić. I dobrze, bo serio: czy chcieliśmy praktyki czy może jednak teorii i parkowania z piskiem brakeów jeszcze w obrębie wyobrażeń? Chyba tego drugiego właśnie, trochę po tchórzowsku, bo poprzez zloopowanie bezpiecznego momentu poprzedzającego przełom, rozwiązującego kwestię przemijania nawet najlepszych chwil.

Pop-funk z przełomu 70/80, mocne, intuicyjnie dające się rozplątywać bity, słodkie wokale o Niej i kulturalny, odjazdowy hipster-hop &#8211 – znamy to wszystko, i znamy z tego, że prowokuje rozmowę o przyszłości najważniejszej: tej dającej się przewidzieć, wypełnionej taśmowym słuchaniem „Long Distance”. Osobiście zaliczam drugi tydzień z nowym Onrą i jedyny zgrzyt, na którego ujawnienie muszę się wysilić, to że jest za łatwo. Wychodzi się na naiwniaka, kiedy słuchając płyty na okrągło, puszcza się ją w końcu od tyłu i też brzmi dobrze. Ale co zrobić, gdy ładują w nas combo 20 piosenek, z których prawie każda przeznaczona jest na repeat?
All City, 2010

Crazy P zagra w Katowicach

Już dziś, 28 maja w ramach urodzinowej imprezy kolektywu Beats Friendly wystąpi w Katowicach Crazy P.

  • 28 maja 2010
  • Flow club Katowice, ul. 3 Maja 23/3
  • CRAZY P soundsystem HOT TODDY (dj set) & DANIELLE MOORE (voc.) 2020 Vision UK
  • NOVIKA voc, LEXUS dj
  • Wstęp 20 PLN / karty klubowe 10 PLN

Crazy P

Nazywając się Crazy Penis mogli liczyć co najwyżej na popularność w klubowych kręgach. I zdobyli ją, wydając dwa doskonale przyjęte albumy oraz dziesiątki świetnych singli i remiksów. Dopiero jednak kiedy stojący za projektem Chris Todd i James Baron skrócili swoją nazwę do Crazy P, ich twórczością zainteresowały się komercyjne media, organizatorzy największych festiwali, wreszcie szeroka międzynarodowa publiczność.

I tak wydany w 2005 roku pierwszy pod nowym szyldem album „A Night On Earth” zgodnie okrzyknięty został jedną z najlepszych tanecznych płyt roku. Równocześnie serią znakomitych występów na całym świecie Crazy P udowodnili, że są jedną z największych koncertowych atrakcji na klubowej scenie.

Wszystkie te opinie potwierdziła ubiegłoroczna płyta „Stop Space Return”, pierwsza z wokalistką Danielle Moore w roli niekwestionowanej liderki zespołu. Chris Todd i James Baron równie udanie radzą sobie zresztą we własnych solowych projektach – jako Hot Toddy i Ron Basejam od lat z sukcesami nagrywają dla wielu cenionych wytwórni (Paper, Winding Road, Freerange, 20:20 Vision) oraz remiksują innych artystów (m.in. Eddy & Yannah, Kraak & Smaak, The BPA).

W tym roku ma się ukazać nowy album Crazy P oraz jeszcze przed wakacjami album producencki Hot Toddyego dla amerykańskiej wytwórni Om Records. Hot Toddy jest tez autorem remixu piosenki Miss Mood Noviki. Polska publiczność miała okazję zobaczyć Crazy P na żywo podczas festiwalu Open’er w 2007 roku oraz Crazy P Soundsystem podczas ubiegłorocznych warszawskich obchodów urodzin Beats Friendly.

Bibio, DMX Krew, Loops Haunt zagrają na Tauronie!

Nadszedł czas, by ogłosić następne gwiazdy piątej edycji Tauron Festiwalu Nowa Muzyka. A to wciąż jeszcze nie koniec niespodzianek, które przygotowaliśmy dla Was!

  • Katowice, 26 – 29 sierpnia
  • 3-dniowy karnet: do 13 czerwca 120 PLN, później 140 PLN
  • 2-dniowy karnet (piątek – sobota) dostępny od 14 czerwca w cenie 120 PLN
  • Bilet 1-dniowy dostępny od 14 czerwca w cenie 70 PLN
  • www.ticketportal.pl
  • www.ticketpro.pl
  • Godzinowy lineup: w przygotwaniu
  • Bilety 1-dniowe: w przygotowaniu
  • www.festiwalnowamuzyka.pl

Bibio

Pierwszą z nich jest Stephen Wilkinson znany jako Bibio – jeden z najznamienitszych przedstawicieli elektronicznego folku. Brytyjski artysta jest zupełnym samoukiem, który komponowaniem zajął się stosunkowo późno, bo podczas studiów na Uniwersytecie Middlesex w Londynie. Dziś jest uznanym producentem i multiinstrumentalistą, którego porównuje się do Grizzly Bear i Boards of Canada.

Ciekawostką jest zresztą fakt, że jeden z członków tego drugiego projektu nazwał muzykę Bibio „odtrutką na współczesną laptopię wymuskanej elektroniki” i osobiście wysłał jego demówkę do wytwórni Mush, co zaowocowało podpisaniem kontraktu i wydaniem debiutanckiego albumu „Fi” w 2004 roku.

Obecnie Wilkinson jest również związany z Warp Records, w barwach której nagrał przed rokiem dwie wysoko oceniane płyty: „Ambivalence Avenue” i „The Apple And The Tooth”. Muzyka Bibio bazuje na samplach, field recordingu, rozmytych klawiszach i zmodyfikowanej gitarze, do których ostatnio coraz śmielej wkradają się także perkusjonalia, hip-hopowe beaty i wokal samego artysty.

Zbudowana z tych elementów nostalgiczna całość jest dodatkowo skąpana w szumiących podkładach generowanych przez wiekowy sprzęt nagraniowy. Wilkinson w intrygujący sposób wykorzystuje różne wpływy i łączy syntetyczną elektronikę z organicznym brzmieniem, kreując jedyną w swoim rodzaju oniryczną atmosferę. Na koncercie w Katowicach Bibio zaprezentuje nietypowy set didżejski, w ramach którego możemy spodziewać się remiksów, rzadkich i niepublikowanych utworów oraz okazjonalnego sięgania po gitarę, bo jak twierdzi sam zainteresowany: „Nie jestem didżejem, lecz muzykiem”.

DMX Krew

Solowy projekt Edwarda Uptona, brytyjskiego DJa, producenta, założyciela oficyny wydawniczej Breakin Records i prawdziwego weterana sceny elektronicznej, którą współtworzy od połowy lat 90. Upton został wówczas zauważony przez samego Richarda D. Jamesa vel Aphex Twin, dzięki czemu nakładem wytwórni Rephlex Records ukazały się cztery albumy zawierające mieszankę disco, elektro, breakbeatu, glitchu i braindanceu.

O muzyce DMX Krew mówi się, że jednoczy technologiczny chłód Kraftwerk z ciepłem romantycznego synth-popu. Jak dotąd dyskografia Uptona liczy kilkanaście płyt długogrających, niezliczoną ilość singli, epek i remiksów wydanych pod różnymi pseudonimami oraz imponującą tradycję szalenie energetycznych występów na żywo. Upton jest też znany z prześmiewczego poczucia humoru, co znajduje swój wyraz w doborze sampli z lat 80., przebojowych liniach melodycznych, ironicznych zaśpiewach i kiczowatych okładkach płyt. Zmutowany pastisz techno-popu w wykonaniu DMX Krew z pewnością porwie wszystkich sympatyków retro i raveu do tańca pod katowickim niebem.

Loops Haunt

Pod tym pseudonimem kryje się Scott Douglas Gordan – rodowity Szkot i wielka nadzieja nowych brzmień. Młody producent zabłysnął w tym roku znakomitymi epkami „Impact Omnihammer/Joplin” i „Rubber Sun Grenade”, które z miejsca przyniosły mu uznanie. Gordan uprawia niemożliwą do sklasyfikowania transgresywną muzykę, gdzie glitch-hopowe beaty i dubowe linie basowe torują drogę industrialnym zgrzytom i szalonej sampleriadzie, jakiej nie powstydziłby się sam Amon Tobin. Pomimo młodego wieku i skromnego dorobku, Loops Haunt supportuje największych – od Aphexa Twina i Clarka, aż po Lukea Viberta i Merzbowa – zaś jego występy są opisywane jako absolutnie obłędne, o czym na pewno przekonamy się już pod koniec sierpnia w Katowicach.

I pamiętajcie: lineup nie jest jeszcze zamknięty – to nie koniec niespodzianek!

UNKLE – Where Did The Night Fall


Nie wiem, czy James Lavelle – główny umysł zawiadujący komórkami projektu UNKLE – jest geniuszem, ale z pewnością nie sposób odmówić mu ponadprzeciętnej erudycji. Kompozytor, instrumentalista, wokalista, producent, DJ, promotor i muzyczny kameleon, człowiek-gąbka chłonący popkulturę wszystkimi porami. Poza wszechstronnością Lavelle ma też inny talent – zdolność do otaczania się odpowiednimi współpracownikami.

Liczne zawirowania personalne w składzie UNKLE i zdumiewająca wszechstronność Lavelle’a zawsze skutkowały radykalnymi woltami gatunkowymi. Założona w 1994 roku grupa zaczynała od trip-hopu, potem miała niemożliwą do sklasyfikowania fazę „indie-elektroniki”, po czym przyłożyła stoner rockiem i muzyką quasi-filmową. Nie powinno zatem dziwić, że czwarty (lub piąty, zależnie od kryteriów) studyjny longplay UNKLE przynosi odmienione oblicze zespołu. „Where Did The Night Fall” mieści się w ramach szeroko pojętego, współczesnego rock’n’rolla – mocno „zelektronizowanego” i przesiąkniętego zarówno orkiestrowym rozmachem, jak i garażowym zaduchem oraz gęstą psychodelą.





Te czternaście kawałków to przede wszystkim dowód na to, jak znakomitym kompozytorem i liderem jest Lavelle. Chwytliwe melodie, antemiczne refreny, nisko zawieszony bas, potężne bębny, kawalkady klawiszy, gitarowa ściana dźwęku i komputerowe przeszkadzajki – to główne składniki tego albumu. Całość wyraźnie nawiązuje do najlepszych tradycji wysparskiego grania, przy czym niemal na każdym kroku słychać, że to UNKLE. Kiedy nie brzmią jak UNKLE, brzmią jak Lali Puna („On A Wire”), Mansun („The Answer”) i The Kills („The Runaway”, ale może to przez wokalne podobieństwo Elle J i Alison Mosshart). W finalnej balladzie „Another Night Out” zawodzi Mark Lanegan, który coraz bardziej przypomina Toma Waitsa – zarówno wokalnie, jak i tekstowo. To zresztą najlepszy moment na całej płycie. Najbardziej elektroniczne kawałki są zarazem najkrótsze: mylący opener „Nowhere” i urocze interludium „Heavy Drug”, które kojarzy się z grupą Beach Boys przefiltrowaną przez producenckie sito Kevina Shieldsa.

„Where Did The Night Fall” to solidny album z pogranicza rocka, elektroniki i popu (już widzę te spojrzenia niektórych fanów Merzbowa…). Jest z nim jednak pewien problem – pomimo niezaprzeczalnej radochy, jaką daje odsłuch, po jego zakończeniu w człowieku zostaje niewiele. Muzyka wpada jednym uchem, przez godzinę cieszy zwoje, a następnie bezboleśnie wypada drugim uchem. To są oczywiście znakomite kompozycje, wykonane z klasą i na najwyższym poziomie, ale pokazują też, że formuła takiego grania zdaje się być wyczerpana, bo jest go po prostu za dużo.
Surrender All, 2010

Mobilee kończy pięć lat

Latem tego roku berlińska wytwórnia Mobilee kończy pięć lat. Z tej okazji firma przygotowała specjalną kompilację – „Hi Five Mobilee”. Trafią na nią nowe i ekskluzywne nagrania związanych z tłocznią artystów. Ukaże sie ona w dwóch seriach – winylowej i cyfrowej (poszerzonej).

Na zachętę współwłaściciel Mobilee – didżej Ralf Kollmann – proponuje swój godzinny podcast z nagraniami, z których kilka zaserwował niedawno podczas specjalnej imprezy dedykowanej jego wytwórni w Panorama Barze.

Godzinny miks jest do ściągnięcia pod adresem:

www.mobilee-records.de/podcasts/mobilee-podcast-015-ralf-kollmann? utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=newsletter18&utm_content=textlink

Marcin Czubala, nasz reprezentant w barwach Mobilee zagra 12 czerwca w SQ Klubie w Poznaniu. Towarzyszyć mu będzie mlodszy kolega – Rodrigez Jr.

Nowa EPka Twilite za darmo

Twilite udostępnia za darmo EPkę „Else”, pozwalając internautom śledzić na bieżąco zapowiadaną ewolucję brzmienia. Trzy utwory stanowią króciutki, ale ciekawy pomost między zeszłorocznym debiutem, a oczekiwaną drugą płytą akustycznego duetu. Twilite, których debiut recenzowaliśmy w zeszłym roku, przymierza się do wydania nowej płyty. Pomostem między dwoma albumami jest darmowa EPka „Else” wpuszczona do sieci wczoraj w samo południe.

Trzy utwory sprezentowane internautom przez Twilite to nie rewolucja, a raczej, jak trafnie diagnozują sami twórcy, ewolucja brzmienia znanego z „Bits&Pieces”. I dobrze: nikt nie spodziewał się przewrotu o 360 stopni. Upragnione wzbogacenie instrumentarium (banjo, pianino i perkusja) i trochę mniej schematyczna formuła piosenek sprawiają, że EPka zaciekawia. Stereotypowy podział na zwrotki i refreny zaciera się chwilami dzięki przestrzennym, ulotnym aranżacjom. Widać to szczególnie w świetnym „Another Day”.

Nagrywanie z Piotrem Maciejewskim (Muchy, Drivealone) i Maciejem Fryczem, doświadczonym mimo stosunkowo młodego wieku realizatorem dźwięku, zapewniają Twilite kontakt z najnowszymi i najmodniejszymi rozwiązaniami technicznymi. Tym niewielkim wydawnictwem Twilite dołączają do rosnącego w ciekawe pozycje katalogu Ampersand.

Matthew Herbert – One One



Elegancki jazz i microhouse dopełniony tysiącem sampli. Big Bandowa załoga nadająca kompozycjom majestatyczny, orkiestrowy ton. To już przeszłość. Matthew Herbert na swojej nowej płycie rezygnuje ze znaków rozpoznawczych jego nowszych wydawnictw. „One One” to konwencjonalny, kameralny i stuprocentowo autorski krążek, inicjujący bardzo ciekawie zapowiadającą się trylogię.

Koncept opiera się bowiem na trzech ściśle powiązanych ze sobą wydawnictwach – „One One”, „One Club” i „One Pig”, odmiennych w formie, niemniej jednak podstawionych do wspólnego mianownika. Rozwiązanie tego równania poznamy już pod koniec upływającego roku, nie ma zatem wątpliwości, nazwisko tego robotnego muzyka ponownie będzie na ustach muzycznego światka, słyszalne dobitnie i nad wyraz często.

Najnowsza płyta brytyjczyka jest nieomalże rewolucją w jego dyskografii, mimo oczywistego zachowania pierwiastków kreujących całość jego kompilacyjnego stylu. Najlepszym tego dowodem jest wszechobecny wokal artysty, który świadomy swoich możliwości nie sili się na efekciarskie popisy, stawiając na delikatność i melodeklamację, przywołując czasem skojarzenia z Damonem Albarnem.

Ten przełomowy, rozpisany na dziesięć miast album, rozpoczyna „Manchester”, przygnębiająca introdukcja, zatopiona w nieśmiałych, quirky popowych wokalizach autora. Subtelne dzwonki i pady, z wolna przepływają w stronę beztroskich, avant-jazzowych akcentów swingującego numeru „Milan”, serwowanych ze smakiem i wyczuciem wraz z opływowymi keysami i intonacjami pana Vertigo.

„Share a little pill with me tonight, were gonna be just fine…”

Porywający storytelling z klubowym motywem przewodnim, to clou singlowego „Leipzig”, który niewątpliwie jest jedną z lepszych piosenek na najnowszym materiale brytyjskiego producenta. Aksamitne, minimalistyczne brzmienie, charakterystyczne dla dokonań Stevea Reicha i wolno stąpające takty retro beatu, nadają nagraniu nadzwyczaj melodyjnego charakteru. Psychodelię lat siedemdziesiątych przynosi folkowy „Singapore”, roznoszący się jasnymi, partiami wokalnymi Herberta, które nadają nagraniu reminiscencyjnej aury. Centralnym numerem wydawnictwa jest jamujący „Dublin”, oparty na polirytmicznych dźwiękach gitary i nastrojowych clapsach i hatach.

„Everything is everything now…”

Drugą część wydawnictwa otwiera „Palm Springs”, tajemnicza i ekstrawagancka w swej rytmice kompozycja, której oniryczny kontekst przywołuje na myśl najlepsze numery z płyty „Medúlla”, islandzkiej kompozytorki Björk. Niemniej intrygująco wypada „Porto”, najbardziej klubowy i autonomiczny z zawartych na „One One” numerów. To mroczny, electro funkowy track à la Dr. Rockit, uzupełniony metalicznym minimal loopem i gęstym, wijącym się leadem. Nastrój raptownie zmienia melancholijny „Berlin”, w którym zamglone i pobrzękujące w oddali gitary nadają nagraniu wysmakowany, awangardowy vibe. Całość puentuje ambientowa „Valencia”, senna ballada poruszająca delikatnością i ciszą, wymagającą skupienia by dostrzec atuty finalnej kompozycji krążka.

„Lovers, find a little place for breeding, lovers, plant seeds to grow…”

„One One” jest odważnym krokiem w karierze Herberta i wyzwaniem, któremu stawił czoła. Pierwsza część trylogii prezentuje bowiem odrębny poziom wrażliwości od znanego do tej pory. Dotychczasowi fani niechybnie rozczarują się najnowszym albumem muzyka, przekona on nowych słuchaczy, nieobeznanych w jego dotychczasowym, muzycznym dorobku.

Pozostaje wypatrywać nieubłaganie zbliżającej się premiery „One Club”, która będzie kolejną kartą w rękawie ambitnego producenta. Czy okaże się asem? Odpowiedź na to pytanie poznamy już latem tego roku.

accidentalrecords.com

matthewherbert.com
Accidental, 2010

Channel X – X Files


Kryjący się pod szyldem Channel X dwaj niemieccy producenci, Andre Quasar i Mirko Hensel, zadebiutowali trzy lata temu, publikując nakładem wytwórni Stil Vor Talent, należącej do Olivera Koletzkiego, swoje pierwsze wydawnictwo – „Bug In The Coffee”. Już trzy znajdujące się na nim nagrania wyraźnie określiły ich krąg zainteresowań – funkcjonalne techno, house i electro. Z czasem ten ostatni z gatunków poszedł w zapomnienie, a Quasar i Hensel skupili się na produkcji typowo klubowych nagrań o minimalowym brzmieniu. Podsumowaniem ich dotychczasowej działalności okazuje się być album „X Files”, zawierający zarówno wydawane wcześniej na winylu nagrania, jak również zupełnie premierowe utwory.

Piętnaście kompozycji z zestawu zostało zmiksowanych ze sobą w trwający ponad godzinę didżejski set. Zaczyna się dźwiękami rodem z filmowego horroru – kroki, pukanie do drzwi, skrzypienie podłogi… Z tego dźwiękowego teatrzyku powoli wyłania się twardy bit techno, niosący lekko zdubowane akordy klawiszy i mocno podkreślony bas („Monday”).

Nastrój szybko jednak się zmienia – rytmy robią się lżejsze, bardziej taneczne, wokół bitów pojawiają się perkusyjne ozdobniki o tribalowym charakterze. Tak zaczyna się tech-house`owy segment miksu, na który składają się takie utwory, jak „Circus Bizzare”, „Black Coffee”, „Fly” i „Behind The Mirror”. Latynoskie partie klawiszy mieszają się tu z fragmentami melodyjnych refrenów, rwane pląsy klawiszy z krzykliwym piano w stylu rave, a wszystko to otacza gęsta chmura przestrzennych mikrodźwięków, nadających całości jednoznacznie minimalowy sznyt.

W kulminacyjnym momencie setu rozbrzmiewa oczywiście euforyczny house. To dwa nagrania – „Freakshow” i „We Love The X” (z udziałem Olivera Koletzkiego) – które łączy ta sama wibracja: zapożyczony z jamajskiego ska bujający puls, uzupełniony energetycznymi dęciakami, drżącymi dźwiękami piano i rytmicznymi breakami.

Finał albumu rozgrywa się z kolei w rytmach techno. Najpierw pojawia się mroczny „My Dear” z nerwową partią wiolonczeli i niepokojącymi odgłosami otoczenia, potem naszpikowany post-industrialnymi szumami „Strange Girl” i wreszcie „Spooky Lights” – o modulowanej wokalizie, zanurzonej w kaskadach zdubowanych akordów klawiszy.

Zaletą tego albumu jest płynny miks, zgrabne zestawienie utworów, pozytywna energia, którą emanuje. Ma on jednak i wady – zbytnią monotonię rytmiczną i brak świeżych pomysłów brzmieniowych. Dlatego „X Files” najlepiej sprawdzi się jako domowa rozgrzewka przed klubowym wypadem.

www.stilvortalent.de

www.myspace.com/stilvortalent

www.myspace.com/channelxlive
Stil Vor Talent 2010

Cocorosie – Grey Oceans

Zmierzch usmolony mgłą. Zupełnie jak wtedy, kiedy nieporadnie podnosisz się z trawy po całodziennym pikniku nad stawem…
Ktoś za twoimi plecami wypowiada figlarne „hopscotch” i nagle niezauważony przez nikogo wdzierasz się do krainy śmierci, skąd Tim Burton w asyście dziewczęcego duo Cocorosie puszcza do ciebie oko.

Niech cię strach nie obleci, gdy rzutki czerw o twarzy Petera Lorre wykona karkołomny slalom po zmurszałych kościach nadgniłej panny młodej, kościotrupy ustawią się w chwiejną piramidę a nieokrzesane gałki oczne przemkną w zasłonie dymu z cygaretki pobladłej Thedy Bary.

To fajnie, że siostry Casady konstruując układankę pt. „Hopscotch” uszczknęły nieco z cmentarnej estetyki Burtona. Ja to kupuję bez mrugnięcia okiem. I to wesołe miasteczko z watą cukrową i rollercoasterem, gdzie aktorki ze spalonego teatru odgrywają tanie scenki z musicali a brodate kobiety namiętnie wróżą z kart. I ten wielobarwny wodewil, turlający się po klawiaturze rozstrojonego pianina. Wszystkim tym napawam się zuchwale, bo oto Sierra i Bianca Casady wytoczyły zmyślne muzyczne działko, które z wielką precyzją wstrzeliło się w burzliwy rytm moich receptorów.

Co się tyczy celności reszty amunicji, zalicza ona co i rusz skuchy i pudłuje z naiwnością nieopierzonego wojaka. Mimo trików i sztuczek czarodziejskich, tuzina rozklekotanych grzechotek, nakręcanych kogucików („Trinity’s Crying”, „Smokey Taboo”), tu i ówdzie rzucanych zaklęć, wsamplowanych kołysanek w języku czirokeskim („Undertaker”) bądź ujmującego szczebiotu dzikiego ptactwa („Gallows”), nie podobna ocenić „Grey Oceans” na wyżej niż naciągany dobry. Asamblaż dźwięków jest umiarkowanie absorbujący; album nie robi mentalnego kuku, nie przełamuje kanonów przyzwoitego folkowego grania, ale na szczęście zaostrza apetyt na coś więcej.

Maybe next time. Tymczasem – rozgrzeszam.

SubPop 2010

Jest nowy singiel Kamp!

Rok po ukazaniu się słynnego już „Breaking a ghost’s heart”, Kamp! wydaje nowy singiel „Heats”, który można pobrać za darmo ze strony labelu Brennnessel. Słuchajcie i piszcie jak Wam się podoba! Oprócz tytułowej kompozycji wydawnictwo zawiera energetyczny b-side „Distance of the modern hearts”, a już niebawem na www.brennnessel.pl pojawią się remiksy obu utworów.

Kiedy cała płyta?

„Heats” to pierwsza pozycja labelu Brennnessel, która dzięki współpracy z Łódź – Europejska Stolica Kultury 2016 zostanie wydana również w formie CD. Singiel zwiastuje pełnowymiarowy debiut Kamp!, który ukaże się pod koniec 2010 roku.

Od jakiegoś czasu Kamp! testowali nowy singiel na koncertach:

Zajrzyjcie również na MySpace zespołu.

Pivot z nową nazwą i kawałkiem

Autralijskie trio Pivot, którego koncert pamiętamy z ubiegłorocznego Tauron Festiwalu, zmuszone zostało do zmiany nazwy. Już jako PVT zespół proponuje nam zupełnie nowy kawałek. Słuchamy! Dlaczgo PVT, a nie Pivot? Nagle okazało się bowiem, że istnieje inny, starszy zespół Pivot, który nie życzy sobie konkurencji. Mamy więc PVT oraz – co ważniejsze – zupełnie nowy kawałek, zapowiadający album „Church with No Magic”, którego premiera zapowiadana jest na 9 sierpnia.

Sigiel nosi tytuł „Window”. Sprawdźcie poniżej:

Anty Scena w Wa-wie!

Już 20 czerwca w warszawskim klubie NEO rusza pierwsza odsłona Anty Sceny!
Miłośnikom niezależnych, industrialnych brzmień, line-up koncertu z pewnością przypadnie do gustu. Na scenie wystąpi m.in. CH District, Wieloryb i legendarna Agressiva 69.

Więcej informacji na antyscena.pl

CH DISTRICT

CH District to IDMowy projekt Mirosława Matyasika, weterana śląskiej sceny ambient/noise/experimental, łączący w sobie tradycje muzyki industrialnej ze współczesnymi produkcjami z kręgów intelligent dance music.
Jako producent muzyczny współpracował również z grupą performance/video art – SUKA OFF, co zaowocowało zdobyciem nagrody indywidualnej na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych 2002 za muzykę do spektaklu „Matryca-Hardware”.
W 2002 r. podpisał kontrakt z francuską wytwórnią M-TRONIC, jak i holenderskim DUUSTER, co odbiło się dużym echem na polskiej scenie alternatywnej. Zaowocowało to licznymi występami w całej Europie (Industrial Festival – Francja, Forma Nova Festival – Dania, Torture Garden – Wielka Brytania).
Rezydent katowickiego „Elektro”, inicjator najważniejszego polskiego festiwalu muzyki elektronicznej – Festiwal Nowa Muzyka.

WIELORYB

Gdański zespół Wieloryb powstał w 1994 roku, początkowo działając w czteroosobowym składzie jako eksperymentalny projekt, w tym samym roku wydając pierwszą płytę zatytułowaną „I”. W 1995 roku, światło dzienne ujrzało drugie, oficjalne wydawnictwo zespołu , płyta „II”.
Pionier polskiej sceny industrial, grający koncerty w kraju i za granicą, u boku takich wykonawców jak Jimi Tenor i Pan Sonic.

AGRESSIVA LIVE ACT

Agressiva 69 to pierwsza polska formacja łącząca elektronikę i żywe instrumenty. Na swoim koncie ma kilkanaście płyt wydanych w Polsce, jak i na świecie. Zagrali setki koncertów w Polsce, Niemczech, Belgii, Holandii czy Rosji. Występowali z takimi gwiazdami jak The Prodigy, Ministry i The Mission. Stworzyli muzykę do wielu filmów (Gniew, Poniedziałek, Egoiści czy Alfabet Mafii).
Stworzony live act jest wybuchową mieszanką elektronicznych dźwięków z improwizacją na żywo, w trakcie setu. Różne style muzyki elektronicznej, oldschool, new school, nowa fala i klubowe beaty – Agressiva Live Act.