Pod kryptonimem Deru kryje się Benjamin Wynn – rodowity Kalifornijczyk z wyższym wykształceniem muzycznym i dwoma udanymi longplayami na koncie, „Pushing Air” (Neo Ouija, 2003) i „Trying To Remember” (Merck, 2004). Zawierały one intrygującą mieszankę abstract hip-hopu, downtempo, ambientu i, przepraszam za wyrażenie, IDMu. Trzeci album Amerykanina ukazał się przed dwoma miesiącami w barwach labelu Mush i wykorzystuje właściwie te same elementy, ale w nieco innej konfiguracji.
Pierwsza zajawka „Say Goodbye To Useless” pojawiła się jeszcze jesienią ubiegłego roku w postaci klipu do fantastycznego utworu „Peanut Butter & Patience”, utrzymanego w duchu wczesnych dokonań Clarka (z naciskiem na mroczne „Empty The Bones Of You”).
Ten mocny kawałek figuruje jako trzeci na płycie; pierwszy w kolejności „I Would Like” otwiera album trzaskiem zakurzonego winyla, który przenosi słuchacza pół wieku wstecz. Na pierwszy plan wysuwa się lamentujący męski głos, który śpiewa w języku Woltera. Kompozycja płynnie przechodzi w podbity hip-hopowymi bębnami „I Want”, gdzie ten sam głos podniesiono pitchem i potraktowano echem w taki sposób, żeby brzmiał jak dziecięcy chór. Rezultat brzmi powalająco i szkicuje ramy podniosłego nastroju całości. Muzycznie dzieje się tu całkiem sporo ciekawych rzeczy. Miarowym stopom, głębokim werblom i klaszczącym hi-hatom towarzyszą wszelkiej maści trzaski, szmery, piknięcia, plaśnięcia i stukoty. Tutaj rozbrzmiewa elegancki klarnet („Fadeaway”), tam potęgujący melancholię elektryczny fortepian Rhodesa („Days, Then”), tutaj bujający cyfrowy funk („Cottonmouth Lothario”) i staroświecki house (uroczo zatytułowany „Basically, Fuck You”), tam mroźny ambient („What Happens When You Ask”) w piękny sposób nawiązujący do pionierskiej płyty „Substrata” projektu Biosphere, zarówno pod względem onirycznej atmosfery, jak i doboru sampli (dialog w języku rosyjskim). Mistrzowskie wykorzystanie mikrosamplingu jest jedną z najmocniejszych stron „Say Goodbye To Useless”.
„Chciałem stworzyć album, który byłby bardziej bezpośredni i bezkompromisowy” – twierdzi Deru i chyba rzeczywiście tak się stało. Dokonania amerykańskiego producenta mieszczą się w tym samym obrębie, co twórczość Lukida, Flying Lotusa i Odd Nosdam i są skierowane do podobnej grupy odbiorców trudnej do zdefiniowania elektroniki XXI wieku.
Mush, 2010









catsndogs93
26 maja 2010
z przykrością stwierdzam, że moja wcześniejsza opinia odnośnie tego albumu była dość pochopna, można powiedzieć: dałem się nabrać … wcześniejszy zachwyt przerodził się w niedosyt, widać w tej płycie duże braki. niestety.
kakaok
22 maja 2010
ten kawałek z youtuba słabiutko wypada. wg mnie to taka muzyka szklanych kulek z kolorową farbą w środku (używał ktos juz kiedys takiego porównania>?). nudna elektronika z katarynki, a ja nigdy nie lubiłem katarynki
quesy
20 maja 2010
„trzaski, szmery, piknięcia, plaśnięcia i stukoty” – te plaśnięcia są bardzo intrygujące
catsndogs93
19 maja 2010
po 2 odsłuchach stwierdzam, że dla mnie to płyta roku jak dotąd. rewelacyjne brzmienia, dałem się mocno ponieść.
ryba16
18 maja 2010
nautilis tez juz udziela sie gdzie indziej, w jakims zespole rockowym (!) o ile dobrze pamietam…
no_signal
18 maja 2010
@ryba16: tym bardziej D.O.S.C, gość nagrał jedną płytę, skądinąd bardzo dobrą i słuch po nim zaginął (a przynajmniej ja nic nie wiem).
no_signal
18 maja 2010
Idm to ładne określenie dla muzyki, neurokinetik toytronic to ładna składanka z tą muzyką.
A cała ucieczka artystów idmowych w określenie glitch, przypomina mi współczesne spierdalane młodych zespołów od określenia post-rock, post-hardcore … boooo ich muzyka jest inna, szczególna, hehe.
ryba16
18 maja 2010
arovane to raczej zamkniety rozdzial w muzyce…
no_signal
18 maja 2010
Ja tam się na przykład nie brzydzę się określenia idm, ale wiadomo ile ludzi, tyle fobii. Za ulubionych przedstawicieli gatunku uważam zaś: Deru, Nautilis (płyta sketches) i edIT z jego genialnym crying over pros for no reason. Pierwszy i trzeci nagrywają teraz słabe płyty, aż strach pomyśleć co będzie dane usłyszeć nam kiedy do roboty weźmie się ten drugi, arovane, proem, phonem czy diagram of suburban chaos…
formalina
17 maja 2010
mnie równiez bardziej podpasowało pushing air ..ale co tam …może trzeba sie wgryźc jak to mówią …bardziej zaciekawiło mnie w recencji …przepraszam, idm – toz to tylko szufladka – a deru chyba jakoś tam sie wciskał , czasem lepiej powiedziec – idm , niż np abstracttechsubasshipclickpop [ abstrahuje od deru całkowicie ].
a generalnie sumujac ja osobiście tesknie za fajnym idm , czy jak tam sie szufladkuje tą muzykę , tęsknie do nagrań z expanding records itp.
ryba16
16 maja 2010
a mi sie podoba. przednia atmosfera i wazny element, ktory zdaje sie umykac wielu dzisiejszym producentom (vide flying lotus): MELODIE!
no_signal
16 maja 2010
Kurcze. Ta płyta w ogóle mi się nie podoba. Parafrazując słowa kolegi ape z innego forum: słuchając jej, różańca nie pogryzłem (a czekałem bardzo długo na nowe wydawnictwo deru).
W porównaniu z genialnymi „pushing air” czy „trying to remember” płyta wypada bardzo ale to bardzo słabo.