Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.

Kutiman – Don’t Hold Onto the Clouds
Ania Pietrzak:

Jak brzmi połączenie IDM i psychodelicznego ambientu prosto z Izraela? Koszernie, nie inaczej!

JK Flesh – New Horizon
Paweł Gzyl:

Transhumanizm w wersji dub-techno.

Retribution Body – Self-Destruction
Maciej Kaczmarski:

Mordercze drony.



Archive for Sierpień, 2018

Co mówił Dj Shadow?

24 lipca w klubie Centrum Stocznia Gdańska po raz pierwszy w Polsce wystąpił Josh Davis, czyli legendarny DJ Shadow. Kilka godzin przed koncertem odbyła się konferencja prasowa z udziałem amerykańskiego producenta. Nowamuzyka była medialnym patronem wydarzenia, zaś wśród dziennikarzy indagujących Shadowa znaleźli się także przedstawiciele naszego serwisu. Od premiery Twojego ostatniego albumu „The Outsider” minęły prawie cztery lata. Co robiłeś w tym czasie?

Kiedy ukazała się ostatnia płyta, wyruszyłem w tournee, które trwało prawie rok. Później, w czerwcu 2007, wystąpiłem z Cut Chemistem w Hollywood Bowl w Los Angeles, gdzie graliśmy z winylowych siódemek. Set nazywał się „Hard Sell” i obaj wyruszyliśmy w roczną trasę koncertową pod takim szyldem, co prowadzi nas do następnego roku. Do końca 2008 zagrałem jeszcze kilka setów didżejskich, potem zacząłem pracować nad nowym albumem, brałem też udział w tworzeniu gry DJ Hero wydanej przez ActiVision. Prace nad premierowym materiałem trwały od listopada 2009 do maja 2010, potem była praca nad DJ Hero 2, opracowanie koncepcji trasy koncertowej, a teraz jestem tutaj.

Teraz pracuję sam, jak przy dwóch pierwszych albumachMówisz o nowej płycie, jest już jakaś data premiery?

Zgaduję, że będzie to późna wiosna lub wczesne lato 2011.

Czy znajdą się na niej jacyś gościnni wokaliści tak jak na „The Outsider”, czy będzie to raczej album instrumentalny bliższy „Endtroducing…”?

W większości instrumentalny, na obecną chwilę na płycie nie ma żadnych gości. „Endtroducing…” nagrywałem w pojedynkę, potem był projekt UNKLE, który opierał się głównie na kolaboracjach z innymi artystami, następnie kolejna solowa płyta, instrumentalna „The Private Press”, no i „The Outsider”, na której było wielu gości. Teraz pracuję sam, jak przy dwóch pierwszych albumach.

Czy jest jakaś szansa, że znów zaczniesz współpracować z Jamesem Lavellem w ramach UNKLE?

Niewykluczone. Niedawno widzieliśmy się z Jamesem na Wireless Festival w Londynie, po raz pierwszy od czterech lat. Kiedy spotkałem go w 2006, wymieniliśmy zaledwie kilka zdań. Wydaje mi się, że od tamtego czasu w jego życiu nastąpiły pewne zmiany. Obecnie chyba obaj jesteśmy gotowi, żeby znów brać pod uwagę współpracę. Wątpię, żeby którykolwiek z nas był na to otwarty cztery czy osiem lat temu. Moim zdaniem minęło wystarczająco dużo czasu, a sam James znajduje się teraz w lepszej pozycji, i mówię to z całym szacunkiem, jaki do niego żywię. Myślę, że zgodziłby się z moimi słowami, gdyby tu był. Dobrze było znowu go spotkać. Bardzo cenię to, że James wkłada mnóstwo energii, by utrzymywać UNKLE na przestrzeni lat. Mówiąc krótko – tak, to możliwe, że znów coś razem zrobimy.

Jak duża jest twoja kolekcja płyt winylowych?

Nie wiem… (śmiech)

Tysiące? Setki tysięcy?

Więcej niż 100 tysięcy. Ale to nie są żadne przechwałki, to nie jest coś, czym powinno się błyszczeć. Według mnie można mieć miliony winyli i być fatalnym didżejem. Tak naprawdę nie chodzi mi o ilość, po prostu przez całe życie kolekcjonuję płyty. Poza tym dwa lata temu trafiła się niezła okazja – razem z przyjacielem kupiłem 350 tysięcy siedmiocalówek do podziału. Kolekcja ciągle rośnie, ale rzecz nie w ilości, tylko w tym, że to wewnętrzny przymus i pokusa.

Wiele czasu zajmuje mi komponowanie. Mam wobec siebie wysokie wymaganiaW książce „Wierność w stereo” jest pewien fragment mówiący o różnych sposobach organizacji swojej kolekcji płytowej. Jak wygląda twój system?

Rzeczy, które są najbliższe mojemu sercu, to hip-hopowe dwunastki i funkowe siódemki, które są ułożone w kolejności alfabetycznej. Właśnie o te płyty dbam najbardziej. Hip-hopowe dwunastki stanowią dużą część mojej kolekcji, więc nie sposób skatalogować i ułożyć wszystkich. To naprawdę stare płyty, głównie z lat 1979-1981. Staram się mieć w nich porządek i pilnować ich, bo są bardzo rzadkie i ciężko zastąpić je innymi egzemplarzami. Może kiedy będę miał 60-70 lat, będę spędzał cały mój czas na katalogowaniu płyt. Teraz jestem zbyt zajęty.

Dlaczego tak długo zajęło ci dotarcie do Polski i czy znasz historię Gdańska, Solidarności?

Tak. Miałem 8-9 lat, kiedy to się działo, i pamiętam jak moi rodzice oglądali to w telewizji. Wtedy nie za bardzo to rozumiałem, ale przez długi czas o solidarnościowym ruchu mówiono w wiadomościach każdego wieczoru. Dobrze to zapamiętałem, później uczyłem się o tym w szkole. Jeśli chodzi o fakt, dlaczego wcześniej nie byłem w Polsce, to kiedy stanowisz tylko jednoosobowy zespół, musisz zadbać o wszystko. Na przykład teraz muszę brać udział w tej konferencji.

Muszę też komponować, miksować muzykę i wykonywać ją na żywo. Nie ma gitarzysty, któremu mógłbym powiedzieć: „Dobra, dzisiaj ty spotykasz się z prasą, a ja będę pisał teksty piosenek”. Przez to wszystko trwa dłużej. Poza tym wiele czasu zajmuje mi komponowanie. Mam wobec siebie wysokie wymagania – nie rywalizuję z innymi ludźmi, tylko z samym sobą. Często zdarza się, że nie podoba mi się to, co stworzyłem. Trzy dni pracy, która ląduje w śmietniku. Muszę się sporo napracować, żeby stworzyć zadowalającą muzykę. Natomiast obecna trasa koncertowa polega głównie na odwiedzaniu nowych miejsc. Nigdy wcześniej nie byłem w Grecji, Rosji, Rumunii, Bułgarii czy w Polsce.

Jakie są twoje pierwsze wrażenia z pobytu w naszym kraju?

No cóż, przyjechałem zaledwie wczoraj i jak zwykle jedyne, co do tej pory widziałem, to hotel i lotnisko. A później przyjazd do tego miejsca (CSG – przyp. red.). Może gdybym miał jeden dzień więcej, wybrałbym się na zwiedzanie… Ale jestem do tego przyzwyczajony, mogę uchwycić tylko drobne przebłyski, tak jak widziałem tylko niewielki fragment miasta w drodze tutaj. Planowałem odwiedzić kilka miejsc w Rosji, z kolei w Atenach widziałem Akropol. Z okna mojego hotelowego pokoju był taki malutki (tutaj DJ Shadow przybliża dwa palce na odległość centymetra i uśmiecha się smutno – przyp. red.). To wszystko, co do tej pory widziałem podczas tego tournee.

Teraz chyba każdy didżej gra house. A ja lubię grać wiele różnych rodzajów muzyki.Masz jakieś oczekiwania co do dzisiejszego występu? Czego spodziewasz się po publiczności?

Szczerze mówiąc, staram się nie mieć oczekiwań. Lubię czerpać z tego, co daje mi widownia, bo na tym opiera się więź z ludźmi, którzy przychodzą na koncert. Do niektórych trzeba mówić, zachęcać ich i sprawić, by poczuli się swobodnie. Jeszcze inni nie potrzebują żadnej zachęty, bo znają muzykę, znają tę energię i po prostu dobrze się bawią. Tak naprawdę dużo zależy od widowni. Wiele razy grałem w Irlandii, gdzie w Belfaście publiczność była szalenie podekscytowana i głośna, a już w Dublinie bardziej skupiona i wyciszona. A to tylko dwa miasta oddalone od siebie o dwie godziny drogi.

Jest bardzo wiele różnych typów widowni, więc ciężko cokolwiek przewidzieć. Na przykład w 2002 wystąpiłem na festiwalu Benicassim w Hiszpanii i publika szalała. W tym roku na tej samej imprezie grałem o trzeciej nad ranem. Było gorąco i ludzie byli już bardzo zmęczeni, więc musiałem to zrozumieć i zrezygnować z energetycznego występu, który sprawdziłby się, powiedzmy, o dziesiątej wieczorem. Jak mówiłem, staram się nie mieć oczekiwań, mam tylko nadzieję, że ludzie znają moją muzykę i wiedzą, że chcę pokazać coś więcej niż muzykę house. (śmiech) Teraz chyba każdy didżej gra house. A ja lubię grać wiele różnych rodzajów muzyki.

Co zamierzasz zagrać dzisiejszej nocy?

Kiedy wyruszam w solową trasę, w 95% gram własną muzykę, pozostałe 5% to drobne fragmenty nie moich utworów. Podczas tego tournee prezentuję również nowe kawałki, nad którymi pracuję w związku z albumem. Publiczność słyszy więc premierowy materiał jako pierwsza – nie jest on nigdzie dostępny, nie można go ściągnąć z sieci ani kupić. Oprócz tego gram także remiksy i starsze utwory. Przygotowując set zawsze wkładam w niego mnóstwo pracy, bo ogólnie rzecz biorąc, nigdy nie gram tych samych piosenek w taki sam sposób jak wcześniej. To ważne, bo nie lubię się nudzić na scenie. Jak na razie ta metoda działa dla mnie bardzo dobrze.

Pytał, słuchał i notował, a potem przetłumaczył: Maciej Kaczmarski

Loud & Quiet Tour 2010

Loud & Quiet Tour 2010 to jesienna odpowiedź na chandrę i zapowiedź polskiej (w każdym wymiarze) trasy koncertowej obejmującej występy COOL KIDS OF DEATH, KAMP! oraz AXMusique.

COOL KIDS OF DEATH

Wciąż niepokorni, szukają nowej muzycznej drogi. Po doskonale przyjętym albumie „Afterparty” pracują nad nowym materiałem. Będzie jeszcze więcej elektroniki, dance-punka i mocnych bitów.
www.myspace.com/coolkidsofdeath

KAMP!

Najbardziej oczekiwany debiut płytowy 2010!!!

www.myspace.com/kampmusik

AXMusique

Po Audioriver i Selector Festival – czas na Warszawę!
AXMusique to nietypowy duet producencki. Choć ich brzmienie sugerowałoby raczej wpływ electro z dużą domieszką minimal house’u, to inspiracje muzyków wypływają z zupełnie nieoczywistych fascynacji. Z jednej strony jest to rokendrol wraz z charakterystycznym dla niego zamiłowaniem do energetycznych riffów i porywajacych partii wokalnych. Z drugiej jest to bezkompromisowa miłosc do mocnych i łamanych beatow; od klasycznych struktur nu-breakow po nieprzewidywalne mixy abstract hip-hopow. Ubierając to w hipnotyzujacy puls electro-minimalowy (zarówno w warstwach rytmicznych jak i rejestrach potężnego soundu syntezatorów) dostajemy bardzo energetyczny i bardzo taneczny miks nowej elektroniki z pasja muzyki gitarowej i breakbeatowej. Nieoczwista jest również forma występu duetu, który swój liveact opiera na fuzji wokalisty i dj’a

http://www.myspace.com/axmusique

21.10.2010 – Kraków – Klub Forty Kleparz (CKOD + Kamp!)

22.10.2010 – Warszawa Sen Pszczoły ( CKOD + AXMusique)

23.10.2010 – Katowice – Rondo Sztuki (CKOD + Kamp!)

Informacje o biletach wkrótce!

Festiwal Nowa Muzyka – pokazy filmowe i warsztaty

Za niecały miesiąc rozpocznie się w Katowicach tegoroczna edycja Tauron Festiwalu Nowa Muzyka. Oprócz doskonałych koncertów w planie imprezy znalazły się również warsztaty oraz pokazy filmowe. Dziś przeczytacie szczegóły tych wydarzeń. Pokazy filmowe

Podobnie jak przy okazji ostatniej edycji, również i w tym roku organizatorzy przygotowali wraz z Centrum Sztuki Filmowej w Katowicach pokazy filmów tematycznie związanych z muzyką. Szczególnie polecamy „The White Stripes. Under Great White Northern Lights”.

Równie istotnym punktem programu będzie pokaz prac w ramach Clip On Festiwal, czyli takich filmów jak „Gainsbourg” i „Jaśniejsza od gwiazd”.

27 sierpnia, piątek

  • 16.30 Wszystko co kocham | reż. J. Borcuch, Polska 2009, 100 min.
  • 18.30 Fala | reż. P. Łazarkiewicz, Polska 1986, 80 min.
  • 20.00 Zew wolności | reż. L. Gnoiński, Polska 2010, 75 min.

28 sierpnia, sobota

  • 16.00 Fala | reż. P. Łazarkiewicz, Polska 1986, 80 min.
  • 16.15 Wszystko co kocham | reż. J. Borcuch, Polska 2009, 100 min.
  • 17.30 Zew wolności | reż. L. Gnoiński, Polska 2010, 75 min.
  • 20.00 Wszystko co kocham | reż. J. Borcuch, Polska 2009, 100 min.

29 sierpnia, niedziela

  • 15.15 Zew wolności | reż. L. Gnoiński, Polska 2010, 75 min.
  • 16.30 Fala | reż. P. Łazarkiewicz, Polska 1986, 80 min.
  • 17.00 Clip On Festiwal | pokaz prac konkursowych, 40 min.
  • 18.00 The White Stripes. Under Great White Northern Lights | reż. E. Malloy, USA 2009, 92 min.
  • 20.00 Wszystko co kocham | reż. J. Borcuch, Polska 2009, 100 min.

Bilety:

„Wszystko co kocham”, „Fala” oraz „Zew wolności” – 13 zł normalny/12 zł ulgowy/10 zł dla posiadaczy karnetów na festiwal Tauron Nowa Muzyka. „The White Stripes. Under Great White Northern Lights” – 15 zł normalny/ 12 zł dla posiadaczy karnetów na festiwal Tauron Nowa Muzyka. Clip On Festiwal – wstęp wolny

Warsztaty fotograficzne oraz wystawa

W ramach Festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Galerii+ Ronda Sztuki w Katowicach z początkiem sierpnia odbędzie się wernisaż wystawy uznanych fotografów z agencji SHOOTME photographers & production. Tomek Albin, Paweł Fabjański oraz Jacek Kołodziejski przedstawią swoje autorskie prace pod wspólnym tytułem AUTOFIRE. Trzy zupełnie różne projekty, których wspólnym mianownikiem są pytania o tożsamość.

Każdy z fotografów pokaże swoją własną opowieść, a jednocześnie te historie zebrane obok siebie stworzą kolejną. Bohaterem czwartej narracji będzie ktoś, kto ma około 30 lat i przygląda się swojemu życiu: temu, co było, temu, co jest teraz i temu, co może się jeszcze zdarzyć. Prezentację wystawy zamkną warsztaty prowadzone przez artystów w czasie kolejnych trzech dni trwania festiwalu. Fotografowie ponownie podzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą, przybliżając tajniki swojej pracy przy projektach artystycznych i komercyjnych.

Paweł Fabjański Niezła sztuka – czyli dlaczego warto inaczej spojrzeć na fotografię mody.

  • 27 sierpnia 2010 / godz. 13.00 / Galeria + Rondo Sztuki w Katowicach

Tym razem opowiem o fotografii edytorialowej, zarówno stricte modowej jak i artystyczno-modowej. Na przykładzie ciekawych publikacji w magazynach z różnych zakątków świata spróbuję opisać zjawisko „autorskiego edytorialu”. W ten sposób chciałbym pokazać, że sesja mody może stać się ciekawą przestrzenią, w obrębie której nie tylko komunikuje się najnowsze trendy, ale jest też miejsce na wypowiedź artystyczną. W trakcie slideshow dokonamy przeglądu najciekawszych fotografów, którzy nie podążają utartą ścieżką fotografa fashion oraz przeglądu ambitnych międzynarodowych publikacji modowych.

Tomek Albin Interaktywny warsztat fotografii reklamowej: „Eksplozja”

  • 28 sierpnia 2010 / godz. 13.00 / Galeria + Rondo Sztuki w Katowicach

Czym jest fotografia reklamowa? Jak powstaje zdjęcie, które później oglądamy w prasie i na billboardach? Ile jest w nim prawdy, a ile Photoshopa? Przeprowadzimy interaktywną multimedialną sesję typu pack-shot. Celem warsztatu jest zademonstrowanie uczestnikom, krok po kroku, etapów powstawania zdjęcia „komercyjnego”.

Od ustawienia najprostszych elementów, zabezpieczenia przestrzeni, w której pracujemy, poprzez ustawienie światła, kadr, odpowiednią ekspozycję w aparacie, aż po finalny fotograficznie produkt. Mini sesja fotograficzna zostanie na żywo sfilmowana i zrealizowana na dwóch rzutnikach, aby widzowie mieli pełen obraz działań fotografa.

Warsztat skierowany jest do osób zarówno niezwiązanych z fotografią, jak i zaangażowanych w robienie zdjęć. Całe wydarzenie będzie zrealizowane na profesjonalnym sprzęcie fotograficznym i oświetleniu na co dzień wykorzystywanym w reklamowych sesjach fotograficznych. Uczestnicy będą mogli śledzić każdy mój ruch, manipulacje światłem i rekwizytami, dzięki czemu ze zrozumieniem wezmą udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej.

Jacek Kołodziejski Fleszem w oczy?

  • 29 sierpnia 2010 / godz. 13.00 / Galeria + Rondo Sztuki w Katowicach

Od kiedy zajmuję się fotografią, nie daje mi spokoju pytanie, co jest lepsze: Przyjść na plan z jedną lampą i przywalić ostro na wprost, czy stworzyć wyrafinowany świat, w którym każdy wygląda wspaniale? Tak na prawdę to pytanie można zadać inaczej: Czy liczy się warsztat czy pomysł?

Oczywiście każdy odpowie, że muszą one współgrać. W takim razie dlaczego zdjęcie, które do dzisiaj uważam za jedno z najlepszych, jakie widziałem i które de facto spowodowało, że zająłem się fotografią, było bardzo proste? Prawda i mity o warsztacie fotografa.

Chętnych na warsztaty zachęcamy do zapisywania się na adres: warsztaty@festiwalnowamuzyka.pl

Jamie Lidell przyjedzie do Polski

Najbardziej soulowy reprezentant Warp Records odwiedzi nasz kraj w jesieni. Jak donosi warp.net, Lidell zagra w Warszawie i Poznaniu w ramach trasy promującej wydany w maju album Compass. Dokładne daty koncertów poniżej:

11.11.2010 Warszawa, klub Stodoła
12.11.2010 Poznań klub SQ

Przy okazji ogłoszenia jesiennej trasy koncertowej Jamie zaprezentował klip do utworu I Wanna Be Your Telephone.

Jimmy Edgar z nowym albumem

Cudowne dziecko z Detroit powraca. Dziś premiera nowego albumu Jimmyego Edgara pt. XXX. Tym razem album ukazał się nakładem berlińskiej oficyny !K7. Ostatni album Edgara, Color Strip pojawił się w 2006 roku w legendarnym Warp Records. Nowy album zawiera 12 kompozycji, tym razem w klimatach bardziej tanecznych niż eksperymentalnych. Więcej szczegółów oraz próbki nagrań znajdziecie na stronie wytwórni.

http://www.k7.com/

DâM-FunK & Master Blazter w piątek w Warszawie

Jedną z dat, którą każdy obeznany we współczesnej muzyce słuchacz zaznaczyć powinien na czerwono, jest 30 lipca. Tego dnia w warszawskim Powiększeniuwystąpi jeden z najgorętszych artystów ostatnich kilkunastu miesięcy: DâM-FunK z zespołem Master Blazter!

  • Kto: DâM-FunK & Master Blazter
  • Kiedy: 30 lipca 2010
  • Gdzie: Klub Powiększenie, Nowy Świat 27, Warszawa
  • Bilety: 39 zł (przedsprzedaż) / 49 zł
  • Start: 20:00

Artysta określany mianem „ambasadora boogie funku”, od lat jest jednym z największych na świecie kolekcjonerów i znawców syntezatorowego brzmienia z lat 80. Jego muzyka to niezwykle nowatorska mieszanka dorobku takich artystów jak Prince (z wczesnego etapu działalności), The Time, Mtume, Midnight Star z dokonaniami mistrzów G-funku i współczesnej elektronicznej alternatywy. Twórczość DâM-FunKa swobodnie pokonuje granice gatunków i szufladki subkulturowe.

DâM zaczynał dawno temu, terminując u muzyków legendarnych formacji Shalamar i The Whispers. Jako muzyk sesyjny dogrywał partie klawiszy i perkusji do produkcji modern-funkowej wytwórni Solar Records, a następnie westcoastowego rapu takich kotów jak Ice Cube, Mack 10 czy MC Eiht. Budował jednocześnie swój warsztat oparty na analogowych automatach perkusyjnych i syntezatorach.

Parę lat temu odkryty został przez szefa Stones Throw – DJ Peanut Butter Wolfa i wzięty pod skrzydła tej jednej z najbardziej szanowanych niezależnych wytwórni na świecie. W 2009 roku wydał dla niej doskonale przyjęty dwupłytowy album Toeachizown, który przypieczętował jego pozycję jako jednego z najbardziej cenionych współczesnych producentów tzw. „czarnej muzyki”.

Wystarczy kilka minut na Youtube by nie móc doczekać się warszawskiego występu DâM-FunK & Master Blazter. Nareszcieprawdziwy koncert (nie żaden DJ Set) z prawdziwymi muzykami, prawdziwą duszą, prawdziwie elektryzującym kalifornijskim funkiem!

Support:

  • Eltron John [Red Bull Music Academy / Koh-I-Noor / Ktoś Cię Kocha]
  • Kixnare [Kollage / Funky Mamas & Papas]
  • Club Collab
  • Grupa Biznes

Bilety dostępne są w przedsprzedaży on-line na stronie www.shortcut.pl oraz w stacjonarnych bileteriach Shortcut m.in. w klubie Powiększenie. Liczba dostępnych biletów ściśle limitowana, pula w przedsprzedaży – 100.

10 zapomnianych pereł trip-hopu

Trip-hop. Dziś już mało kto stosuje ten termin, którego używano w odniesieniu do muzyki święcącej największe triumfy w latach 90. Ta gatunkowa hybryda narodziła się na ulicach i w klubach Wielkiej Brytanii, po czym została szybko wchłonięta przez mainstream, który przekuł ją na chilloutowe składanki i wykorzystał jako tapetę dźwiękową do modnych butików. Zanim tak się stało, trip-hop był jednak bardzo płodnym i interesującym nurtem, także charakterystycznym, choć pozbawionym określonych ram. Klasykę zna każdy: Massive Attack, Soul II Soul, Tricky, UNKLE, Portishead, Morcheeba, GusGus, Lamb, Nightmares On Wax, Sneaker Pimps czy DJ Krush. Zapewne każdy kojarzy też kontynuatorów: Goldfrapp i Yonderboi, a ostatnio King Midas Sound oraz Worm Is Green. Swego czasu trip-hop odbił się w popkulturze echem na tyle szerokim, że sięgali po niego nawet artyści o innych prowieniencjach: Madonna (wyprodukowany przez Massive Attack utwór „I Want You”), Garbage („Milk”) i PJ Harvey („The Wind”),

Osobną kategorię stanowią albumy funkcjonujące w drugim obiegu rozległej konwencji. Albumy słabo znane, niedocenione, zapomniane, a niektóre wręcz prawie nieznane. Poniżej – selektywny wybór 10 pereł trip-hopu w kolejności chronologicznej.

Skylab – #1 (Astralwerks, 1994)

Skylab to nieistniejący już brytyjski zespół, założony przez Mata Ducassea i Howiego B (patrz: Howie B – Music For Babies). Jako Skylab remiksowali Depeche Mode, współpracowali z Davidem Holmesem oraz Barrym Adamsonem, i przede wszystkim nagrali kapitalny debiutancki longplay. Muzyka projektu to niezwykła, choć dziś nieco archaicznie brzmiąca (co ma swój urok) elektronika z pogranicza ambientu, downtempo i trip-hopu. Ducasse, Bernstein i muzycy towarzyszący stworzyli eklektyczną mieszankę, której słucha się z przyjemnością nawet 16 lat po premierze. Drugi album, „1999 (Large as Life and Twice as Natural)” powstał bez Howiego B. i nie był już tak udany jak „#1”.

Earthling – Radar (Cooltempo Records, 1995)

Nieco zapomniane trio, gdzie za konsoletami stali Tim Saul i Andy Keep, zaś po mikrofon sięgnął Michael „Mau” Giffts, bardziej deklamujący niż rapujący. Obecnie Saul robi muzykę dla telewizji, Keep wykłada na Uniwersytecie Bath Spa (!), a Giffts był przez pewien czas członkiem grup Telepopmusik i Dirty Beatniks. W połowie lat 90. panowie działali wspólnie pod szyldem Earthling i nagrali dwa albumy, z których ciekawszy jest debiutancki „Radar”. Na tle psychodelicznych, nieco jazzujących podkładów snują się melodeklamacje wokalisty, który wspomina m.in. o Albercie Einsteinie, Harveyu Keitelu i Nat King Coleu. W produkcji „Radar” uczestniczył sam Geoff Barrow z Portishead.

Archive – Londinium (Island Records, 1996)

Dziś Archive to gwiazda alternatywy łącząca rock z elektroniką (z przewagą tego pierwszego), ale w 1996 był to mało znany, tajemniczy zespół z ciemnych ulic stolicy Anglii. John Bush pisał, że „Londinium” brzmi jak R&B na prozaku, gdzie wokale kobiety i rappera rozprzestrzeniają się na tle eterycznych syntezatorów i elektronicznych beatów. Ciekawostkę stanowi sampel podebrany z kawałka „MMM Skyscraper I Love You” Underworld. Mówiąc krótko: wspaniały album, jeden z najlepszych w swojej kategorii.

Howie B. – Music For Babies (Polydor, 1996)

W latach 90. Howard Bernstein zdobył sławę jako producent Bjork i Passengers (projekt Briana Eno i U2), przy czym wyszło na jaw, że to także znakomity kompozytor solowy. Przekonują o tym przede wszystkim dwie płyty: „Turn The Dark Off” z 1997 roku i o rok starszy debiut zatytułowany „Music For Babies”.

Album został dedykowany wówczas nowonarodzonemu dziecku Howiego, co przełożyło się na brzmienie: spokojne, delikatne i kojące. Subtelne trip-hopowe rytmy towarzyszące ambientowym podkładom tworzą harmonijną całość. Dodatkowym smaczkiem była okładka płyty, różnorodnie zaprojektowana i wyposażona m.in. w przezroczyste strony.

Bowery Electric – Beat (Kranky, 1996)

Jedyni Amerykanie na liście, na dodatek z albumem, który korzystał z trip-hopowych patentów, ale wyszedł daleko poza gatunkowe ramy, zahaczając o ambient i… shoegaze. Jak na tamte czasy, płyta „Beat” stanowiła unikalną mieszankę sfuzzowanych gitar, ambientowych syntezatorów i poklejonych z sampli hip-hopowych rytmów. Muzyka Bowery Electric była stonowana, ale absorbująca. Zresztą wydawnictwo, które wydało „Beat”, zobowiązuje.

Silent Poets – Firm Roots (Toys Factory, 1996)

Egzotyczny trip-hop z Japonii. Silent Poets został założony w 1991 roku przez Michiharu Shimodę, który dokooptował do składu Takahiro Haruno. Rok później panowie zadebiutowali płytą „Potential Meeting”, jednak perłą w koronie dyskografii Silent Poets jest „Firm Roots”.
Upalony, jazzujący trip-hop naszpikowany dźwiękami fortepianu, smyczków i gitary.

Statik Sound System – Tempesta (A Cup Of Tea Records, 1996)

Duet Pete Webb-Roger Mills, nagrywający jako Statik Sound System, rozpoczął współpracę w połowie lat 90. i już wkrótce ukazało się kilka singli i epek, poprzedzających debiutancki album „Tempesta” z 1996 roku. Twórczości duetu, wspomaganego muzykami sesyjnymi, najbliżej chyba do wczesnego Portishead, z uwagi na wokalistkę Helen White i mroczną, niepokojąca atmosferę. Jest tu także kilka bardziej energetycznych momentów, jak drumnbassowy „Esstential Times” i dubowy „So Close”.

Invisible Pair Of Hands – Disparation (A Cup Of Tea Records, 1997)

Kolejny przedstawiciel labelu A Cup Of Tea Records (patrz: Statik Sound System -Tempesta). Za ciekawą nazwą krył się kwartet muzyków, w tym Jim Barr, były basista Portishead. „Disparation” to bardzo interesujący album – gęsty „filmowy” trip-hop złożony zarówno z sampli, jak i brzmienia „żywych” instrumentów. W swojej onirycznej muzyce Invisible Pair Of Hands nawiązywali do krautrocka, psychodelii, dubu, a nawet easy listening w duchu Air. Specyficzna mieszanka uczyniła z tej płyty wcale oryginalny okaz.

Req – One (Skint Records, 1997)

Zanim Ian Cassar vel Req trafił do Warp Records i nagrał jedną z najdziwniejszych płyt w barwach tej wytwórni („Sketchbook” z 2002 roku), był grafficiarzem, uprawiał breakdance i produkował muzykę w zaciszu własnej sypialni. „One”, jak wskazuje tytuł, to pełnometrażowy debiut Req. Sporo tu ambientowych plam i leniwie sączących się beatów, skąpanych w eksperymentalnym lo-fi. Chwilami jest to zbyt monotonne, ale niektóre fragmenty tej płyty zdecydowanie warto usłyszeć.

Andrea Parker – Kiss My Arp (Mo Wax, 1999)

Andrea Parker to brytyjska producentka, której pierwszy longplay ukazał się w barwach oficyny Mo Wax, znanej choćby z takich pozycji jak „Endtroducing” DJa Shadowa i „Psyence Fiction” UNKLE. Debiut Brytyjki, „Kiss My Arp”, to rejony jeszcze mroczniejsze, choć perwersyjnie kuszące. Duszna, podszyta regularnym rytmem elektronika przenika się tu z brzmieniem wiekowych syntezatorów, falami basu i seksownego głosu Andrei. Płycie nie brak też pewnego eksperymentalnego zacięcia. Warto, choćby dla pierwszego utworu pt. „Breaking The Code”

A jakie są Wasze typy?

Various Artists – Strom 2 – The Music From The Future


Dwa lata temu szwedzki producent Hakan Lidbo zainicjował nagranie płyty „Strom”, z której muzyka została wyemitowana w kosmiczną przestrzeń. Ten niezwykły projekt nie mógł pozostać bez kontynuacji. W tym roku Lidbo znów zaprosił skandynawskich twórców do współpracy. W ten sposób powstał „Strom 2”, zawierający tym razem muzykę inspirowaną przyszłością. Każdy z producentów miał stworzyć własną wizję tego, co będzie się działo na Ziemi za kilkadziesiąt lat i odmalować ją za pomocą elektronicznych (i nie tylko) dźwięków. W ten sposób powstała płyta, na którą trafiło trzynaście kompozycji składających się na futurystyczny ogląd świata pod koniec XXI wieku.

Ci, którzy oczekiwaliby po takim albumie totalnie awangardowych nagrań, mogą się srogo rozczarować. Niektórzy artyści pozostali w kręgu swych własnych dźwięków, nie siląc się specjalnie na jakieś wizyjne produkcje. To choćby Noisebud, który zaserwował konwencjonalny (a więc raczej retro niż futuro) drum`n`bass („Truck Driver”) czy Liminals, którzy powtórzyli za swymi rodakami z Kings Of Convenience stonowany folk-pop („The Swim”). Czyżby ich zdaniem w przyszłości miało się niewiele zmienić – nawet pod względem muzycznym?

Większy sens mają już ilustracyjne kompozycje Joego Brindefalka i Copyparty. Pierwsza z nich („Morphony Suite 33”) krąży wokół mrocznego post-industrialu, a druga („Hasselby Skyline”) – filmowego ambientu wystylizowanego na soundtrack Vangelisa do „Łowcy robotów”. Nagrania te przynajmniej swym klimatem sięgają w przyszłość, roztaczając wizje przeludnionej planety, nawiązującej wreszcie upragniony kontakt z obcymi cywilizacjami.

Jeszcze ciekawsze muzycznie są utwory Doma Dummaste („Det Nya Melody”) i samego Hakana Lidbo („X-Bot-DXC vs MC-Monstrux EuroAsian Warzone Cronicle”). Co ciekawe – obaj artyści wpadli na ten sam pomysł: na mocny bit w stylu techno nałożyli poszatkowane sample reklam, egzotycznych melodii, radiowego hałasu i ludzkich głosów. Wszystko to dosyć przekonywująco oddaje ich wizje: chińskiej dominacji nad światem i naukowych manipulacji nad ludzkim genomem.

Nieźle wypadają też eksperymenty z IDM-em. „Africasia” Materii pomysłowo wpisuje w chrzęszczący podkład rytmiczny rwane partie jazzowych dęciaków, a „4MF” Mattiasa Petersona zgrabnie zestawia noise`owe przestery z samplami kobiecej wokalizy. I tu również pojawia się wątek chińskiej przewagi ekonomicznej, prowadzącej do zmian równowagi sił na mapie świata.

Największe wrażenie robią jednak trzy inne kompozycje. „Homogen” Motoko Ishiego i „Recycling Namibia” Haba wyrastają z rave`owego korzenia, ale daleko im zarówno do garage`u, jak i dubstepu. Dzikie zawodzenia powykręcanego basu łączą się tu z glitchową obróbką dźwięku i amorficznym rytmem, przechodzącym od breakbeatu przez electro do deep house`u. Tym niezwykłym brzmieniom towarzyszą równie niezwykłe wizje przyszłości, w której okazuje się, że muzyka stanowi lek na psychiczne i fizyczne schorzenia, a głównymi centrami jej produkcji stają się Chiny (znów) i… Namibia.

No i trzecia ze wspomnianych kompozycji – „Futura” Birdmana – czyli gęsty micro-house pulsujący funkowym basem, podbitym przesterowanymi efektami. Coś jakby kraftwerkowe boogie poddane nowoczesnej obróbce. I wielce prawdopodobna wizja, w której Internet staje częścią ludzkiego organizmu, przez co nic już nie może powstrzymać darmowej wymiany plików, przemysł muzyczny idzie w zapomnienie, a muzyka staje się najpopularniejszym na świecie… hobby.
Mimo pewnych nierówności – muzycznych i tekstowych – „Storm 2” zaciekawia swą tematyką. Tym bardziej, że na wkładce do płyty każdy artysta werbalizuje swą dźwiękową wizję w postaci krótkiego opowiadania. Tak czy siak – warto poznać.

www.container.to
Container Recordings 2010

Snax – Special Guest Star


Debiutował w waszyngtońskim podziemiu klubowym, tańcząc w gejowskich klubach go-go. Kiedy przeprowadził się do Berlina, zaczął didżejować, określając dosadnie swój styl jako „Fist-Funk”. Śpiewając i miksując płyty przewędrował kawał świata, od Montrealu przez Moskwę do Tel-Avivu. Po jednym z ostatnich występów w stolicy Niemiec, Mike Vamp z Märtini Brös powiedział, że „Snax jest najbardziej funkowym didżejem w Berlinie”.
Jako producent objawił się w 2002 roku, wydając dyskotekową dwunastocalówkę „No Dancing”. Szybko nawiązał współpracę z innymi artystami – Khanem (tworząc duet Captain Comatose) czy Jamie Lidellem (śpiewając i grając na jego płytach „Multiply” i „Jim”). Dziś ma w dorobku trzy albumy, z których najnowszy – „Special Guest Star” – opublikował nakładem własnej wytwórni Random.

Płyta nie przynosi większej odmiany w jego twórczości. To nadal rozpasane disco i gorący funk wpisane w elektroniczne aranżacje. Choć krążek zaczyna się od musicalowego „Theme From Real Love Studios”, zaraz potem sypia się jak z rękawa taneczne killery, łączące różne odmiany wspomnianych wcześniej gatunków. Najwięcej miejsca Snax poświęca syntetycznemu funkowi w stylu lat 80. W takich utworach, jak „No Show”, „Get In Trouble” czy „Third Time`s A Charm” słychać wokalizy w stylu Prince`a, plastikową elektronikę jak u Cameo i wymodelowane na nienachalny rap rymowanki niczym w nagraniach Zapp.

Go to Beatport.com Get These Tracks Add This Player

Są jednak na płycie momenty, kiedy producent sięga do starszych brzmień. Już dźwięczne tamburyny w tytułowym „Special Guest Star” sprawiają, że przypominamy sobie disco z lat 70. Podobnie dzieje się w „Tired Of Talk”, gdzie z kolei ożywają jazzowe reminiscencje, wpisane w jamową atmosferę rodem z płyt gwiazd p-funku w rodzaju Funkadelica czy Parliamentu. „Get Live, Snax” to natomiast nostalgiczne wspomnienie dyskotekowej maestrii grupy Chic – idealnego współbrzmienia gitary z sekcją rytmiczną.

Końcówka albumu ma niemal popowy charakter. Snax sięga tu po piosenkowy soul i funk, w którym nie rytm jest najważniejszy, ale wyrazista melodia. Tak dzieje się chociażby w „Back To Start” (z udziałem samego Lidella) czy finałowym „The Spark”. To właśnie w tych nagraniach Snax daje się lepiej poznać od strony wokalnej – i trzeba przyznać, że radzi sobie całkiem nieźle.

Mimo, iż „Special Guest Star” obywa się bez fajerwerków, fani disco i funku powinni polubić ten album. To solidne granie, osadzone w tradycji, a jednocześnie naturalne i radosne, co przecież jest niezwykle ważne w tych stylistykach.

www.snaxonline.org

www.myspace.com/givemesnax

Random 2010

Przegląd nowej polskiej – część druga

Doszły nas słuchy, że olewamy polską muzykę. Postanowiliśmy więc ujawnić, co w ostatnim półroczu zwróciło naszą uwagę. Płyt wydaje się na naszym podwórku coraz więcej i wbrew pozorom (przyzwyczajeniu?) są wśród nich pozycje ciekawe, nawet wśród tych wyraźnie trudniejszych do zapamiętania. Pochylamy się więc nad sporą ilością premier, nie wybrzydzając i nie uprzedzając faktów. Dziś część druga. Karpaty magiczne – „Acousmatic Psychogeography”, World Flag 2010

Materiał zarejestrowany dla uczczenia dziesięciolecia istnienia projektu utwierdza w sprzecznym przekonaniu wykształconym już na bazie pierwszych albumów Karpat. Jak na polskie warunki jest to projekt ze wszech miar zachęcający: nikt nie nagrywa improwizowanych etno-folkowych jamów, mało kto tak wyraźnie emanuje wyczuciem psychodelii i niewiele jest projektów tak osobnych, skupionych na własnej drodze twórczej.

Jednocześnie (niekoniecznie w konsekwencji przecież) Karpaty pozostają kompletnie niezrozumiałe w jak najbardziej prostolinijnym znaczeniu tego słowa. Rzadkie chwile zrytmizowanych loopów i wokali Anny Nacher, brzmiących czasem jak skalibrowana na sabat Kora, generują angażujące uwagę napięcie, zbyt szybko gubione w nachalnym chaosie egzotycznych instrumentów. „Unikalny, endemiczny klarnet pasterski ze Wschodniej Słowacji, karpackie flety i mini klarnet, generator fal sinusoidalnych, generator sterowany światłem, zmodyfikowane cymbały Santoor, łuk muzyczny, rytualny bęben uchiwa-daiko”… fajnie, ale pięć długich utworów, sugerujących związki np. z Jackie-O Motherfucker, Pocahaunted czy nawet miejscami Current 93, rozmywa się z winy tego spiętrzenia narzędzi w nijaką, bezkształtną kałużę.

Od samego początku Karpaty kierowały swoją propozycję do odbiorcy grzebiącego w niszach, nawykłego do hermetycznej twórczości. Tym razem efekt jest groteskowy i niejednemu weteranowi dziwnego grania posłuży za test wytrzymałości. [Filip Szałasek]

Kawałek kulki – „Noc poza domem / Error”, Kalikula 2010

Próbowałem jakoś obronić się przed tą płytą, ale nie udało się. Album oscyluje na równym, bardzo dobrym poziomie dzięki temu, że jest albumem właśnie, zakłada więc pracę zespołową: piosenki błyskotliwe i zapadające w pamięć podciągają te o kompozycjach nudnawych, w zamian za co słabe ogniwa zabezpieczają przed zaistnieniem oślepiającego geniuszu.

Wszystkie utwory rozgałęziają się w trakcie swego trwania i jest to zaraźliwa, absolutnie nie męcząca hiperaktywność. Po chwili potrzebnej na oswojenie, okazuje się, że „Kowbojki” („inkrustacje” w tym) czy „Piękna i bestia” (jebany refren tego!) to utwory z ligi dawno w Polsce nie goszczącej. Króciutki, lecz piękny przerywnik „…” wydaje się być outrem doklejonym po latach do „Skuterów, karuzeli i rodeo” Lenny Valentino, „Bezwietrznie” operuje typowo Piosenkową symbiozą w genach zakodowanego uroku i wypracowanego wyrafinowania. Właściwie tylko „Prześliczna panna” i „3g” lekko przynudzają przekraczając granicę dryfu w abstrakcję. Metaforyka tekstów przypomina rozjaśnione, przestawione na rozrywkowe tory liryki Grzegorza Kaźmierczaka z Variete.

„Odmrocznienie” odbyło się chyba na bazie tu i ówdzie widocznych cytatów z rodzimej powieści łobuzerskiej. Można by długo sygnalizować kolejne tropy, choćby próbując zestawić „Kilka nocy poza domem” z wakacyjnym wycinkiem twórczości Ścianki, ale w sumie KK zaproponowali płytę dziejącą się, z miejsca implikującą niejednokrotny powrót, i nie ma sensu silić się na większe analizy tylko zwyczajnie słuchać. Wysoko w mojej polskiej dziesiątce roku. [Filip Szałasek]

Lee DVD – „First I Love”, Birdsong 2010

Pracując nad debiutem grupy Siupa, Lee DVD wydaje drugi album solowy. „First I Love” ukazało się w barwach izraelskiego netlabelu Birdsong specjalizującego się w muzyce spod znaku lo-fi. Album Lee DVD jest jednak dziełem mocno eklektycznym, trudnym do sklasyfikowania. Mamy trochę breakbeatu, dużo ambientu, garść noiseu i kilka kilogramów głębokiego basu, a w jednym utworze nawet gitary. Elementem spajającym te wszystkie części składowe jest świetny wokal pani Lee.

Zwykle spokojny, czasami z racji specyficznego akcentu przypominający Bjork, częściej jednak dryfujący w rozstrojone i mroczne chórki. „First I Love” jest albumem rozedrganym i niespokojnym. Cytując wydawcę: „został nagrany na komputerze w pomarańczowym pokoju. Mimo to nie jest ani trochę pomarańczowy” . Barwy tej muzyki to jednak raczej czerń, ewentualnie ciemny granat. Lee DVD pokazuje, że dobre wokalistki w Polsce niekoniecznie muszą robić karierę w serwisach plotkarskich śpiewając w stylu radio-friendly.

Udowadnia także, że tworząc płytę w mieszkaniu w bloku można nagrać materiał na poziomie zachodnim, bliskim choćby niedawnemu debiutowi wydającej w Ninja Tune Emiki. Płytę można za darmo ściągnąć ze strony labela; podrzucamy bezpośredniego linka. [Krzysztof Sokalla]

Lights Dim – „Starlit Corners of Our Homes”, wyd. własne 2010

Znany z New Century Classics Marek Kamiński odsłania swoje nowe, ambientowe oblicze. Na debiucie gitarzysta podąża podręcznikowymi wręcz ścieżkami wytyczonymi przez klasyków takich jak Biosphere czy wczesne Bass Communion. Nie odkrywa niczego nowego, ale i tak słucha się go bardzo miło. Płyta jest spokojna i stonowana i mimo to wciąga.

Przefiltrowane syntezatory przeplatane są partiami gitary akustycznej czy brzmieniem, jakby od niechcenia uderzanych klawiszy fortepianu. Warstwę „liryczną” stanowią liczne filmowe sample, wycięte m.in. ze „Sznura” Hitchcocka i „Nieba nad Berlinem” Wendersa. Wybór wydaje się dosyć naturalny gdyż autor z wykształcenia jest filmoznawcą. Filmowe motywy kontynuowane są w tytułach utworów („Cinema Hall”, „Peter Falk”) czy w samplowanych dźwiękach projektora.

Ambient na pewno dominuje, ale Kamińskiemu zdarzają się też wycieczki w inne rejony. Raz zbliża się do minimalu spod znaku Panthy du Prince („Goodbye Lover”) innym razem do neofolku w stylu Dead Can Dance („Surfacing”), aby skończyć na znanym dobrze z macierzystej formacji post-rocku („Song of Winter”). Jak nietrudno się domyślić, płyta najlepiej sprawdza się nocą, kiedy porzucając dzienne obowiązki możemy zagłębić się w filmowym świecie wykreowanym przez Kamińskiego. [Krzysztof Sokalla]

Adam Michalak – „Seven Colors”, test tube 2010

Znaleziony przypadkiem na myspace, Michalak okazał się perełką z gatunku tych, na które wpada się zwykle o wiele za późno, aby móc je podlansować jako aktualne. Tym razem zdążyliśmy i jest się z czego cieszyć, bo może nie jest „Seven Colors” arcydziełem, ale na pewno płytą idealnie towarzyszącą pięknym snom. Część tajemnicy zdradza okładka.

Proste: zmierzchający, impresjonistyczny ambient. Drugi element jest już trudniejszy: wielokrotnie podchodziłem do tej płyty od nowa próbując rozstrzygnąć czy otwierający przygodę field-rec jest zapisem deszczu czy płonącego gdzieś na plaży ogniska. Postawiłem na to drugie, ze względu na świergolące delikatnie w tle ptaki i właściwą pierwszej części płyty ciepłą atmosferę wstającego dnia. Michalak zdaje się nie ukrywać, że liczy na takie domysły słuchaczy, zaproponował bowiem materiał nieledwie iluzjonistyczny: pełen luk i niedomówień.

Druga połowa, chłodniejsza i o wiele bardziej klasyczna, zdradza niestety raczej inspiracje muzyczne Adama, niż kontynuuje grę wyobraźni. Trochę szkoda, bo słyszeliśmy już sporo epigonów Biosphere. Można to jednak zrozumieć, wytłumaczyć obawą przed zawierzeniem całości słuchaczom i łatwo wybaczyć fundując sobie wielokrotny powrót do polaroidowych impresji. Płytę można pociągnąć z bezpośredniego linka zamieszczonego przez netlabel test tube. [Filip Szałasek]

Pink Freud – Monster of Jazz, Universal Polska 2010

Na piątej płycie Mazolewski i spółka tworzą muzycznego potwora. Z wyraźnie zaostrzonym podejściem, cięższymi argumentami, bardziej rozbudowanymi strukturami od „Sorry Music Polska”, najpowszechniej chyba kojarzonej płyty projektu. Potwór jest bezczelny (cover Autechre – „Goz Quarter”!), spontaniczny, emocjonalnie rozbuchany, dźwiękowo przebogaty a zarazem dekonstruktywistyczny. Czego tutaj nie ma! Z tego wielobarwnego patchworku można wyskubać na przemian elektronikę, funk („Monster Of Jazz”), bałkański folku („Warsaw”), ostre gitarowe riffy („Pierun”, czy końcowe sekundy „Monster of Jazz”), muzykę filmową („Red Eyes, Blue Sea And Sand”, „Polanski”).

„Spreading The Sound of Emptiness” przywołuje wspomnienia ery mrocznego trip-hopu. Perfekcyjnie połączyli więc żywą, instrumentalną tkankę z elektronicznym zacięciem. Feeria dźwięków i skrajności odurza, nie pozwala złapać tchu przez całe 47 minut, bo tyle trwa furia jazzowego potwora. Dość miałkości, popowych popłuczyn, konwencjonalnych utworów, jazzowych standardów. Ten stwór niejako burzy się przeciwko temu, rzuca wyzwanie całemu mainstreamowi.

Nie ma na naszym rodzimym rynku drugiego takiego zespołu, który bez kompleksów, z taką swobodą potrafi eksperymentować, i którego efekty są na światowym poziomie. Bo eksperymentować trzeba umieć – to nie sztuka walić w bęben i dmuchać w co popadnie. Urok płyty tkwi w gatunkowej wolcie, złożonej kompozycji i uniwersalnym przesłaniu. Nie jest to prosty i przyjemny w odbiorze album. Wymaga skupienia i wyłapania nieraz subtelnych majstersztyków dźwięku i formy. Jazz już nie jest fajny. Niczym u prawdziwego Freuda, jawi się jako źródło cierpień. Awangardo, prowadź! [Patryk Zalasiński]

Południca – „Spóźnione wejście w XXI wiek”, W moich oczach 2010

W czasach kiedy na zachodzie triumfy święci neofolk, freak folk, indie folk i inne odmiany muzyki „ludowej” Polska może pochwalić się za granicą w zasadzie tylko Kapelą ze Wsi Warszawa. Południca na Pitchfork pewnie nie trafi ale przy odpowiedniej promocji może sporo namieszać na polskiej scenie alternatywnej. Po zespole folkowym, w którego skład wchodzi m.in. Kobieta Kot, Dick Tracy i Hellboy trudno spodziewać się kanonicznej odmiany gatunku.

Pokaźny, liczący siedem osób skład, miesza folk z jazzem, wokalami w duchu Renaty Przemyk ale i ariami operowymi, elektroniką a nawet gabber. Tekstowo Krakowianom także daleko do folkowej sztampy. W ramach przeglądu typowo polskich zwierząt mamy wieloryba, nosorożca (nocotorożca) i ostrygi. Motywy słowiańskie, kiedy już się pojawiają to w wersji postmodernistycznej. Południca jest elektryczna „napędzana na wiatr” i „infradźwiękami przywabia kochanków”. Południca jest niełatwa w odbiorze i istnieje niebezpieczeństwo, że utonie w morzu indie-badziewia. Nadzieję należy mieć na to, że jej pomysły podłapie ktoś inny, a potem jeszcze ktoś inny i freak-folkowa karuzela w końcu się rozkręci. [Krzysztof Sokalla]

We Call It A Sound – „Animated”, Ampersand 2010

Post-rock, zanudzony ambientowymi wstawkami, poszarpanymi, radioheadowymi intrami, niepotrzebną, smutnawą reinterpretacją zeszłorocznych trendów. Zmęczony wokal i ograniczona do plotek inspiracja Talk Talk dopełniają dzieła. [Filip Szałasek]

Aga Zaryan – „Looking, Walking, Being”, Blue Note 2010

Było jazzmanów wielu… Urbaniak nagrywał z Daviesem, piano z zachwytu nad Komedą czy trzyoktawową Basią, „Papayą” Dudziak etc. Jest i Aga. Może (jeszcze) nie największa na polskim parnasie, ale to właśnie ona, skromna białogłowa przetarła szlaki do świątyni jazzu: „Looking, Walking, Being” to pierwsza produkcja polskiego artysty w legendarnym Blue Note. Kawał dobrego jazzu połączony z lirykami Denise Levertov.

To już drugie podejście Agi do poezji. Pierwsza była Krahelska i memento powstańcze – album „Umiera Piękno”. Intymny, kobiecy liryzm płynący z poezji Levertov i własnych tekstów Agi potęguje zasygnalizowany wcześniej osobisty wydźwięk. 12 lat na scenie to niemało, ale dopiero teraz powstał pierwszy, prawdziwie autorski album – kolaż wspomnień, przeżyć, uczuć: szczęścia, spełnienia, miłości, witalizmu.

W „Cherry Tree Avenue” przywołuje Aga wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Anglii, a „What Is This Thing Called Happiness” to próba życiowego bilansu. To, że jazz i głos Zaryan są wiernymi przekaźnikami emocji można odczuć na każdej jej płycie – zmienia się tylko kontekst i treść. Forma pozostaje niezmienna, mimo szczególnego, zwiastującego przełom, charakteru albumu. Wszystko brzmi, chwyta, jest miło i przyjemnie – nasza mała stabilizacja. Mimo kilku wyczuwalnych wahnięć w kierunku bossy (tytułowy „Looking, Walking, Being”), samby („For The New Year, 1981”) czy afrykańskiego etno, niewiele nadszarpuje granice owego jazzowego poletka.

Pozostaje niedosyt, mimo że Aga nie raz podkreślała, że nie jest wielbicielką przesadnego, gatunkowego eklektyzmu – czyli droga Carmen McRae, a nie Alice Russell. A jednak! Całą misternie tkaną konstrukcje burzy jeden utwór – zamykający płytę „The Thread”, gdzie można po raz pierwszy usłyszeć bardziej free jazzową wariację. Kompletny odskok, pierwszy raz przy drapieżnym instrumentarium moduluje swój głos – wyszło wybornie. I takiej Agi chcemy więcej! [Patryk Zalasiński]

Melt! Festival 2010 – rozpływa się w uszach…

Z każdym rokiem w całej Europie przybywa możliwości letniego wyżycia się w plenerze i towarzyskich spotkań przy odpowiedniej oprawie dźwiękowej. Wśród wyrastających jak grzyby po deszczu festiwali i pikników z „nową muzyką” jedna propozycja zwraca moją uwagę nieodmiennie już od kilku sezonów. Melt! Festival, bo o nim mowa, idealnie łączy kilka podstawowych aspektów doskonałego muzycznego eventu: ma potężny, przebogaty lineup, doskonałą publiczność i fenomenalną miejscówkę. Gdy dodać do tego tanie, różnorodne jedzenie oraz szybkie skomunikowanie z Polską, okazuje się, że Melt! może stanowić idealny cel letnich, weekendowych eskapad. Ale po kolei.

Trzynasta już, kiepsko niestety zatytułowana („Its number 13 baby”) edycja imprezy pod mecenatem pewnej firmy sportowej naznaczona została lejącym się z nieba upałem, a przede wszystkim obecnością szerokiej palety muzycznych gwiazd i trzydziestotysięcznej publiczności. Pod względem muzycznym Melt! naprawdę rozpieszcza fanów współczesnej wiksy (od Crookersów po Sindena), electropopu (od Chromeo po Goldfrapp), techno (od Ellen Allien po Marcella Dettmanna) czy basowej muzyki z UK (od Jamie XX po Malę).

Stare sprawdzone firmy dały najbardziej energetyczne występyNie brakuje nowych okołorockowych bandów, które przypominają, że gitarowa muzyka jeszcze nie umarła (Health, The Big Pink, Foals). Ponad setka wykonawców została dobrana według klucza, który zapewnił festiwalowi szeroką publiczność i zdołał pogodzić upodobania współczesnych dwudziesto- i trzydziestolatków, których gusta w naturalny sposób coraz częściej ulegają rozminięciu.

Ci pierwsi mieli więc swoje gwiazdy: tłumnie oblegany koncert The XX czy Friendly Fires, drudzy – równie hucznie oklaskiwany gig Massive Attack oraz Goldfrapp. Ostatecznie okazało się, że stare sprawdzone firmy dały najbardziej energetyczne i różnorodne muzycznie występy, dystansując młodzież pod względem rozmachu i profesjonalizmu.

The XX

The XX zgromadził wprawdzie około 10-15 tysięcy widzów, jednak typowo melancholijna atmosfera ich oszczędnej w brzmieniu muzyki uległa znacznemu rozrzedzeniu w festiwalowej, dość frywolnej przestrzeni. Stanowczo lepiej zespół sprawdza się w bardziej kameralnych warunkach europejskich klubów, dając w każdym z nich każdego wieczoru podwójne koncerty dla kolejnych pielgrzymek wielbicieli.

The XX to bez wątpienia fenomen ostatniego roku, który przybrał wśród współczesnych 20-latków formę niemal kultu. Nabożne skupienie, fanowskie koszulki i torby, każdy wers śpiewany wraz z zespołem świadczył o windującej w kierunku kultowej pozycji grupy. Ciekawe, jaką przyszłość mają przed sobą Brytyjczycy – bandu jednej płyty czy rosnących w siłę twórców dobrych piosenek, trzymających się z dala od szołbiznesowych koneksji.

Massive Attack

Trudno pisać o wszystkich występach, zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji ofertę sześciu równolegle rozbrzmiewających scen. Te najbardziej wyraziste i zapadające w pamięć wymieniłem już wcześniej: Massive Attack zagrali wyśmienity set w zdecydowanej większości starych numerów, udowadniając, że ostatnia płyta jest jednak bezbarwna i nie sprawdza się nawet na żywo. Potężne basowe brzmienie utworów z „Mezzanine” , „Blue Lines”, „100th Window” oraz kojące głosy Martiny Topley Bird oraz Horacea Andyego dopełniały intrygujące wizualizacje na ogromnej świetlnej tablicy z tyłu sceny.

Choć sam koncept uważam za godny prawdziwych popowych wyjadaczy, to już prezentowane ciągi komunikatów przypominających o przeludnieniu, głodzie, wojnach, ogłupianiu przez tabloidy i globalizmie skojarzyły mi się niestety z gigantomanią i moralizatorstwem na miarę dinozaurów z U2.

Goldfrapp

Alison na scenie wije się jak piskorz, a przy tym robi to z pewnością siebie i siłąCałkowicie bezpretensjonalna natomiast, choć jak zwykle glamour, okazała się Alison Goldfrapp. Choć jej ostatnie płyty są dla mnie zaledwie letnie, a babka, zgodnie z doniesieniami branży, dla dziennikarzy bywa niemiła, to występ nieoczekiwanie stał się prawdziwym, choć zredukowanym do wystarczającego minimum popkillerem. Bez krzyża na scenie, stu przebieranek i hordy tancerzy można przygotować niezłe show i skupić na sobie uwagę tysięcy ludzi. Wystarczy do tego efektowna kreacja, dmuchawa rozwiewająca włosy oraz zwyczajna charyzma. Tej Alison nie brakuje.

Na scenie wije się jak piskorz, a przy tym robi to z charakterystyczną pewnością siebie i siłą. Do tego rozszerzony skład instrumentalistów (m.in. smyczki), przearanżowane największe hity, bezbłędne wykonanie i ta w dalszym ciągu atrakcyjna niemalczterdziestolatka przy kosmicznie mniejszym budżecie koncertowym spokojnie mogłaby stanąć w szranki chociażby z Kylie. Oczywiście nie muszę dodawać, że najlepsze numery to jednak te z Black Cherry i choć swoje lata już mają, to podane w wersji koncertowej mogłyby roznieść w drzazgi niejedną młodocianą indiedyskotekę.

Jamie Lidell

Inny rodzaj mistrzowskiego rzemiosła zaprezentował Jamie Lidell. Przyzwyczailiśmy się już do faktu, że jest najlepszym białym soulowcem od niepamiętnych czasów. Niektórzy mieli również okazję podziwiać producencką wirtuozerię artysty, który w kilkadziesiąt sekund przygotowywał podkłady do swobodnej wokalnej jazdy, w czasie której stawał się na przemian Rayem Charlesem, Jamesem Brownem, Marvinem Gayeem, wpadając w jakiś rodzaj zapamiętania i chyba jednak trochę zatracając się momentami w superskomplikowanych ozdobnikach. Ostatecznie to i tak jedyne i prawdziwe rnb na Melt! 2010.

Martina Topley Bird

Choć nie do końca. W dusznym cyrkowym namiocie stanowiącym jedną z festiwalowych scen wystąpiła bowiem o dość wczesnej, niezmiennie upalnej porze Martina Topley Bird. Znana patronka eterycznej, upalonej, zredukowanej triphopowej wokalistyki, wolna od Trickyego i przeszłości, zaczęła dobrych kilka lat temu dłubać przy bezpretensjonalnym, nowoczesnym adultpopie i na solowych płytach przedstawiła jego dość oryginalną wersję.

Ona również, wzorem Lidella, ograniczyła instrumentarium do obsługiwanych przez siebie klawiszy, gitary elektrycznej, samplera, opierając warstwę rytmiczną utworów na bieżąco rejestrowanych wokalizach i beatboksie. Towarzyszył jej jedynie przebrany za ninję perkusista. Utwory miały w większości formę 2-3-minutowych miniatur i prezentowały naprawdę imponujące możliwości wokalne Martiny, jak również jej kompozytorską swobodę w poruszaniu się między rockabilly a houseem, soulem i kabaretem, dziewczęcą naiwnością i dojrzałą pewnością siebie. Nieoczekiwanie po latach stałem się na powrót jej fanem.

Chromeo odstawili chałturę z półplaybackuTyle absolutnych highlightów. Dobrym wyborem było uczestnictwo w zbiorowej euforii przy Friendly Fires oraz w campowym, tęczowym spektaklu Hercules & The Love Affair – co prawda, bez Antonyego Hagarty, ale z równie dobrym, co na płycie, wyczuciem tradycji chicagowskiego oraz nowojorskiego houseu. Sexy! – chciało się rzec.

Health zmiażdżyli ścianą dźwięku i niemal roztopili namiot – istne piekło i głębokie oczyszczenie. Chromeo odstawili chałturę z półplaybacku. Leżąc w błogostanie na festiwalowej plaży i słuchając oddalonego o kilkaset metrów koncertu Kings of Convenience, usiłowałem wyobrazić sobie, jak bardzo zespół chciałby, by wśród publiczności, a może wraz z nim na scenie, znalazł się Simon & Garfunkel czy wczesne Everything But The Girl, na horyzoncie majaczył mi jednak niebezpiecznie Grzegorz Turnau. Fatamorgana?

Sety

No i jeszcze sety. Bardzo cieszyłem się z bookingów Marcella Dettmanna, Sheda, oraz Bena Klocka, czyli filarów Berghain, obecnie największego żywego pomnika techno na świecie. Współczesna niemiecka szkoła coraz bardziej zwracającego się ku tradycji lat 90. surowego minimal techno brzmi, przy użyciu nowej technologii, w dalszym ciągu niezwykle świeżo i bezkompromisowo, zwłaszcza w postindustrialnym otoczeniu gigantycznych, enerdowskich maszyn wydobywczych.

Piętno ostatniej dekady zaznaczył w tej estetyce brytyjski bas, microhouseowa precyzja oraz melancholia opustoszałego i bezrobotnego Detroit. Nieprzypadkowo do niedawna rezydujący na Wyspach artyści w rodzaju Shackletona czy Scuby ulegli surowemu urokowi Berlina i jego muzycznej reprezentacji, zasilając szeregi berghainowskich rezydentów i mieszkańców niemieckiej stolicy.

Czym żyje współczesne UK

To już nie ten sam pompujący dubstep sprzed dwóch latKilkaset metrów dalej, na plażowej scenie, tuż przy sztucznym zrekultywowanym zbiorniku wodnym powstałym w wyniku zalania hipergłębokiej odkrywki, słychać było natomiast to, czym żyje współczesne UK. Jamie XX (z The XX), Mala, Sinden, Kode9 vs. Martyn zaprezentowali cały wachlarz brzmień relaksującego współczesnego future garage, UK funky, dubstepu, fidget i deep houseu. To już nie ten sam pompujący dubstep, który dwa lata temu zaprezentował na Melt! 2008 Skream czy Caspa.

To przedziwna, choć coraz bardziej skoczna, szybsza i zmiękczona mieszanka przeróżnie łamanych bitów, spitchowanych wokali, rozedrganych klawiszy i podskórnych basowych wibracji. Rave, soul, garage, funk, kuduro, dubstep, house podane na jednej tacy w coraz to nowych konfiguracjach to obowiązująca w tym sezonie na Wyspach hybryda.

Brak jakiejkolwiek agresji, uśmiech na tysiącach twarzy i atmosfera pełnego bezpieczeństwaCykl dnia na Melt! wygląda następująco. Start o 15.00 w piątek, koniec w poniedziałek rano. Tak, to jeden gigantyczny dzień. Można oczywiście spróbować zasnąć, ale gdy człowiek ma ochotę na sen, niespodziewanie przerywa ją wizyta na wiecznie oblężonym Sleepless Floor, gdzie toczy się nieustająca zabawa. Rezydenci Panoramabar – Steffi, Tama Sumo, Prosumer – oraz Ellen Allien czy Paul Kalkbrenner zapewnili festiwalowi muzyczną ciągłość nawet we wczesnych godzinach rannych i przedpołudniowych.

Do tego całkiem konkretnie prezentującego się tortu dorzuciłbym jeszcze dwie absolutnie niezbędne wisienki – miejsce akcji i festiwalową publiczność. Pełen indywidualizm i wizerunkowa różnorodność przybyłych, obyczajowa swoboda, brak jakiejkolwiek agresji, uśmiech na tysiącach twarzy oraz atmosfera pełnego bezpieczeństwa. I do tego 5 euro za dostarczenie worka śmieci do zsypu! Brzmi to jak naciągana reklama nowej wersji Woodstocku, ale w Ferropolis utopia staje się, przynajmniej na te dwa dni, rzeczywistością.

Do zobaczenia za rok, na number 14, baby!

Satanicpornocultshop – Arkhaiomelisidonophunikheratos


Chartsy jakoś w tym roku leżą, cały pop rozgrabili między siebie wyluzowani czarni (Bundick, The-Dream, José James) i białasy, życie utrudniające sobie i słuchaczom (Crystal Castles, Sleigh Bells). Skośnoocy dorzucają swoje trzy grosze, żerując gdzieś pośrodku. Pierwszy kontakt. Nazwa. Tytuł. Wow, dziecinada, lecz jednak. Bio. Nagrody. Na europejskich festiwalach. A są z Japonii. Wydawanie w polskim Vivo. Fragmenty sprzedawane włoskim magazynom mody. Zachłyśnięcie słoną wodą. Płyta roku. W środku było wszystko. Prześmiewczy cover (?!) My Bloody Valentine – „Feed Me W) Ur Kiss”. Zgodna triada pierwszych zrelaksowanych utworów miksująca Stereolab z Life Without Buildings i znowu ze Stereolab w wersji podjętej przez Lætitię Sadier pod nickiem Monade. Chwilę potem potężne break-corey jak spuszczone z powrozów wojenne brytany o zbyt wielu głowach („2 More Heads Sprouted” i inne, na których tytuły, mimo że oswajam się z płytą od maja, nie miałem siły spojrzeć, sory). Przepiękna french-ballada zagubiona w środku galimatiasu („Paradise”) – mogłaby ją wziąć Lily Allen, po paru szlifach może i Uffie. Dziwny 0_ohip-hop z zabawkami rapującymi z przypadku, jakby Books tu byli. Hiperszybkie roszady estetyk, gatunków, konwencji. Chleb powszedni, jeśli odtrącić inicjalny szok.

Podobno u podstaw projektu legła koncepcja brikolażu czy polistylizmu – szokującego zestawiania fragmentów czerpanych ze skrajnie odległych od siebie stylów. Wiarygodna geneza, nawet po przesłuchaniu tylko (używam ctrl+v żeby to przytoczyć) „Arkhaiomelisidonophunikheratos” (po grecku oznacza to rzekomo „słodkie jak stary ukochany miód”). Po przedarciu się przez cztery inne ich płyty, dobiłem do klipu live. Występowali w kominiarkach z wyszytymi kaoani – symbolkami emocji znanymi z anime. Zażenowani przejawami kultu, zamaskowani samplerzy parodiują wielkich (na „.aiff Skull” EP masakrują gwiazdy od MC Hammera w „U Cant Touch This” po Jacko). Widocznie bawi ich jednak także manipulowanie odbiorcą, bo usypiają czujność budzącymi zaufanie dreampopowymi piosenkami, by po chwili zdziesiątkować bastiony wytrwałości skomasowaną salwą agresywnych brikolaży. Dokładna analogia: ciemny pokój, pierwszy Quake, głośniki na maxa. Łamiesz glejt, który na parę sekund robi cię nieśmiertelnym i starasz się jak najszybciej rozjebywać wszystko ^_^ wokół póki nie może oddać. Sekundy tykają, pociski znikają, odnajdujesz się z samą siekierą tuż pod nosem tego rażącego prądem białego potwora, już śmiertelny!!!1!!

Kiedy w końcu rozbłyskuje „Paradise” mózg jest odrętwiały, jałowy. Rzetelny zjazd. Fanatyczne przywiązanie do eklektyzmu, obsesja kręcenia mash-upów nawet z krzyżówek field-rec + rockowy jam łamiący Dandy Warhols z Nirvaną + „Gra w klasy” kartkowana na opuszczonym densflorze – strob nadal rzuca cętki wielobarwnych świateł, leżysz na brzuchu, przerzucasz strony, machasz nogami. Grzeczna dziewczynka w centrum wzór-scenerii dla rozlewu krwi kataną. Można sobie dla uspokojenia nerwów powtórzyć: było. W tym roku np. podobnie wypada ciekawa płyta „Caveman Smack” Dem Hungera, czerpią Japończycy obficie z Girl Talk, Go!Team, Avalanches, kreśląc nawet punkty styczne z Olivia Tremor Control (podobny przerost jak na „Black Foliage, Animation Music”). Ale intensywność doznania jest tu kluczem. W swojej niszy, Satanicpornocultshop jest repliką brutalnie awangardowych projektów typu OLAibi – wymykający się ocenie quest dający odważnemu odbiorcy okazję do zdobycia kilku punktów exp. extra. Na pewno nie coś, co prowadzi do słuchania zespołux_x/projektu/solisty, muzyki. Trzymając się zasugerowanej tytułem płyty greki: hýpage sataná! Uwalniam się od balastu, który zbyt długo był zbyt trudny do opisania.
Some Bizarre, 2010

Tim Xavier – Viperfish


Ten pochodzący z Chicago producent jest obecny w tanecznym undergroundzie od równo dekady. Już od pierwszych swych wydawnictw wyspecjalizował się w funkcjonalnym techno – które po jego przeprowadzce do Berlina – zbliżyło się do modnego minimalu. Mając na koncie niezliczoną ilość winylowych dwunastocalówek opublikowanych przez wiele różnych tłoczni, Tim Xavier zdecydował się wreszcie nagrać pełny album – dla zaprzyjaźnionej wytwórni z Nowego Jorku prowadzonej przez parę specjalistów od oszczędnego techno Cameę i Insideouta – Clink Music.

Mimo amerykańskich korzeni, „Viperfish” ma zdecydowanie niemieckie brzmienie. Choć płyta zaczyna się od mrocznego strumienia dźwięków uzupełnionego niepokojącymi westchnieniami („Ambient Duality”), dwa następne utwory to już czystej krwi minimal o mocnym pulsie techno („Sonic Duality” i „Into The Light”). Xavier sięga tu po agresywne akordy o detroitowym brzmieniu, oplatając je szorstkimi loopami i metalicznymi efektami.

To jednak tylko wstęp – dalsza część albumu dedykowana jest lżejszym dźwiękom. Mimo, że amerykański producent nadal pozostaje w kręgu minimalowych aranżacji, to w kwestii rytmu wyraźnie skręca w stronę house`u. W utworach takich, jak „Viperfish”, „Sequence Madness” czy „Urban Survival” Xavier stosuje cały zestaw typowych dla tego stylu rozwiązań brzmieniowych – klikające efekty, świdrujące loopy, industrialne pogłosy, zdubowane akordy, poszatkowane wokale i niepokojące tła. Raz przypomina to soundtrackowe wycieczki w stylu ostatnich dokonań Dapayka Solo („Incarnation”), a kiedy indziej – gęste od sampli utwory Onura Özera(„Eleven Eleven”).

Najciekawszym nagraniem z płyty jest „Uplifting The Ghetto”. Amerykański producent rozmywa w nim granice między techno a housem, łącząc w minimalowej formule energetyczny podkład rytmiczny, przetworzone głosy rodem z horroru i fale jadowitego noise`u.

Szkoda, że nie ma na albumie więcej kompozycji w tym guście. Reszta jest niestety rozczarowująco przewidywalna. Xavier wykorzystuje sprawdzone patenty dźwiękowe, brak mu własnych pomysłów i oryginalnego stylu. Choć ma doświadczenie w takim graniu, a umieszczone na płycie nagrania są wyprodukowane zgodnie ze sprawdzonymi receptami, jego muzyka nie ma polotu, energii i emocji. Szkoda – bo po tak doświadczonym producencie można się było spodziewać czegoś znacznie ciekawszego.

www.clinkrecordings.com

www.myspace.com/clinkrecordings

www.myspace.com/timxavier
Clink Music 2010

Kolejni goście Unsoundu

Nowe gwiazdy październikowego festiwalu to grupa Mice Parade, Laetitia Sadier (ex-Stereolab) i Terror Danjah. Ale nie tylko! 21 października w krakowskim kościele św. Katarzyny wystąpi szwedzki duet Wildbirds & Peacedrums wraz z gośćmi – członkami Schola Cantorum Reykjavik Chamber Choir i Octava Ensemble. Partie chórów zostały zaaranżowane przez znaną ze współpracy z Mum Hildur Gudnadottir. Występ projektu eksplorującego brzmienia muzyki gospel i soul poprzedzi koncert kanadyjskiego eksperymentatora – Tima Heckera.

Swój występ na Unsoundzie potwierdziła również post-rockowa grupa Mice Parade. Pojawi się ona na tym samym koncercie, co Laetitia Sadier, była wokalistka Stereolab, która będzie promować material ze swojego debiutanckiego albumu „The Trip” nagranego dla City Slang. Obie gwiazdy wesprze młoda norweska multiinstrumentalistka – Silje Nes.

Ponieważ wieczory taneczne będą się odbywać w nowym klubie Fabryka, organizatorzy dostaną do dyspozycji dwie sale. Muzykę techno zaserwuje Petro Insperescu alias Pedro z Rumunii (na zdjęciu) i Mike Huckaby z Detroit (wraz z anonsowanym wczesniej Kyle Hallem). W ramach „Bass Mutations” zagra Terror Danjah z Anglii, Dorian Concept z Austrii, Eleven Tigers z Litwy oraz Supra1 z Krakowa, który właśnie zadebiutowal autorską EP-ką w barwach nowojorskiej wytwórni Trouble & Bass.

Muzyczne Filmy na ENH – co zobaczymy?

Prezentujemy Wam dziś opsiy oraz trailery najciekawszych muzycznych filmów, które zobaczyć będzie można podczas tegorocznej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Wśród nich – choćby dokument poświęcony działalności Ricardo Villalobosa. Na tegorocznej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty pojawią się projekty łączące kinomanów i miłośników koncertowych wrażeń. Oryginalność przekazu, innowacja dźwięków i spora dawka muzyki charakteryzują dokumenty na tegorocznym festiwalu. Prezentujemy dziś opisy najciekawszych muzycznych filmów ENH 2010.

Więcej informacji o imprezie znajdziecie na stronie www.enh.pl »

We Dont Care About Music, reż. Cédric Dupire, Gaspar Kuentz

  • Muzyka: Sakamoto Hiromichi, Otomo Yoshihide, Yamakawa Fuyuki, L?K?O, Numb, Saidrum, Umi No Yeah !!, Kirihito

Obraz niezależnej sceny japońskiej. Obserwujemy fragmenty koncertów zderzone z ujęciami życia codziennego. Muzyka balansuje od noise’u, przez industrial, laptopy, minimal, po avant-pop. W We Don’t Care About Music Anyway można też dostrzec wiele fascynujących zależności: miksowanie płyty zaburza tempo taśmy, a ucięcie kabla powoduje zniknięcie obrazu.

Tajemnice Oil City, reż. Julien Temple

  • Muzyka: Dr Feelgood

Charyzmatyczna filmowa opowieść w stylu noir o przypadku Dr Feelgooda, protopunkowej kapeli, czterech facetów w tanich garniturach, grających w pubach południowej Anglii. Oil City Confidential jest ostatnią częścią punkowej trylogii Juliana Temple’a, rozpoczętej przez Sex Pistols: Wściekłość i Brud i Joe Strummer – niepisaną przyszłość.

Villalobos, reż. Romuald Karmakar

  • Muzyka: Ricardo Villalobos

Oglądając ten film można poczuć się jak na imprezie houseowej na Ibizie. Didżej Ricardo Villalobos chilijskiego pochodzenia wprowadza ludzi w przyjemny trans. W rozmowie z reżyserem dokumentu Karmakarem dowiadujemy się jak Ricardo tworzy poszczególne brzmienia, buduje strukturę setu, tworzy bity itp. Z jednej strony jesteśmy świadkami muzycznego wydarzenia jakim jest impreza house i elektro a z drugiej obserwujemy pracę didżeja. Niezwykłe wydarzenie w kinie.

Neil Young Trunk Show, reż. Jonathan Demme

  • Muzyka: Neil Young

Jak obiecuje w podtytule filmu, Demme daje widzom sceny z koncertu: poruszone zdjęcia niczym z komórki fana, ekran podzielony na kilka części (by uchwycić to samo z różnych perspektyw) i szybkie wypady na backstage. Ale przede wszystkim pokazuje Neila Younga, centralną postać tego (przypominającego przyjacielskie jam session) wydarzenia. To on jest przewodnikiem doskonale z nim zgranych (po wielu latach wspólnego grania) muzyków. Nie chcą wspominać dawnych dobrych czasów. Udowadniają, że rock nie umarł, lecz nadal ma się całkiem dobrze.

The White Stripes: pod zorzą polarną, reż. Emmett Malloy

  • Muzyka: Jack White, Meg White (The White Stripes)

Film ten jest zapisem trasy koncertowej The White Stripes, która odbyła się w 2007 roku z okazji dziesięciolecia istnienia zespołu. Razem z artystami podróżujemy po Kanadzie obserwując ich twórczo-intymny związek. Muzyka będąca mieszanką folku, bluesa i rocka grana jest na żywo. Formę teledysku przełamuje interakcja jaka zachodzi między Jackiem i Meg.

All Tomorrows Parties, reż. Jonathan Caouette

All Tomorrow’s Parties to ogromny festiwal muzyczny, który odbywa się w Anglii od 1999 roku. Muzyka oscyluje wokół takich stylów jak: post-rock, indie, underground hip-hop i wiele innych. Od 2002 Festiwal organizuje osobne wydarzenia także w USA.
Jonathana Caouette zrobił fascynujący dokument z ponad dwustu godzin materiałów dostarczonych przez fanów imprezy. Już od pierwszych ujęć film porywa rytmem dźwięków i obrazów, a całość zadziwia narracyjną płynnością i spójnością.

The Whitest Boy Alive zagrają w Polsce

Po sporym sukcesie albumów „Dreams” i „Rules” czas na polskie koncerty składu The Whitest Boy Alive. Długo oczekiwane występy grupy już we wrześniu w Warszawie, Poznaniu i Katowicach. The Whitest Boy Alive w Polsce przedstawiać nie trzeba. To zespół otoczony szczególnym kultem wśród wszystkich fanów tanecznych piosenek z nutą popowej melancholii. Subtelne bujające rytmy i charakterystyczny rozmarzony głos Erlenda tworzą muzyczną mozaikę nie do podrobienia. Kto słyszał takie hity jak „Intentions”, „Courage” czy „High On The Heels” wie, że kosmopolityczni berlińczycy to jedna z najciekawszych obecnie grup na indie-popowej scenie.

The Whitest Boy Alive zyskali stałe, całkiem spore grono fanów na całym świecie nie poprzez wielkie medialne kampanie, ale dzięki znakomitym koncertom we wszystkich zakątkach globu i internetowej „poczcie pantoflowej”. Ich popularność w kontynentalnej Eurpie, Meksyku czy w niezależnych środowiskach w Stanach zaowocowała propozycjami wykorzystania ich utwórów w projektach znanego skateboardera Jeremy’ego Rogersa czy ABC Networks. Zespół zagrał też live podczas telewizyjnego BBC Culture Show, dał też duży koncert w londyńskiej Astorii.

Oba albumy: „Dreams” i „Rules” w zachodniej prasie zajmowały też wysokie pozycje w corocznych plebiscytach na Płytę Roku. Melancholia i ironia, nostalgia i subtelny humor, popowy czar i taneczny puls przyniosły im sympatię także polskich fanów, którzy wreszcie doczekają się klubowych koncertów Erlenda i spółki.

Szczegóły polskich koncertów zespołu podamy wkrótce.

Alec Empire w Bolkowie!

Jedna z czołowych postaci nowych brzmień lat 90. wystąpi w trakcie Castle Party w dniach 29.07.-01.08.2010 Postać Empire to doskonały przykład obrazujący burzliwość muzycznych zmian dokonujących się przed ponad dekadą. Od rave i techno, przez abstrakcyjną elektronikę, po digital hardcore i rodzący się breakcore – artysta maczał palce po kolei we wszystkim, dodając od siebie na tyle sporo, że jego brzmienie stało się niepodrabialne, a wpływ na współczesnych wyraźny (by wspomnieć chociażby efekty współpracy z Björk, Techno Animal, Einstürzende Neubauten, Nicolette czy Tortoise).

Ciężko byłoby mu zapewne dokonywać kolejnych stylistycznych transgresji, gdyby nie radykalne lewackie poglądy nakazujące co rusz zerwanie ze współkreowaną przez siebie, a w gruncie rzeczy poddawaną komercjalizacji przeszłością. Po eksperymentach z rave Alec dość szybko zarzucił tworzenie tego typu muzyki; dalsze uczestnictwo w plemiennej, nafaszerowanej narkotykami i politycznie zlodowaciałej kulturze techno, w której dj, niczym führer, manipuluje wiernopoddańczym tłumem, wydało mu się niedorzeczne.

Walka z systemem wymagała innych, adekwatnych narzędzi. Okazały się nimi tworzone od połowy lat 90. wściekłe digitalhardcoreowe songi Atari Teenage Riot oraz płyty w rodzaju „The Destroyer”, na których naspeedowane jungle i gabba łączyło się z przesterowanymi wokalami, trafiając pod zbuntowane strzechy squatów Kreuzbergu oraz…do MTV!

Paradoksalnie ta strona twórczości Aleca – wściekła, jazgotliwa i naszpikowana wojowniczychmi hasłami typu destroy 2000 years of culture – przysporzyła mu więcej fanów niż abstrakcyjny, wyestetyzowany izolacjonizm najbardziej intrygujących albumów z lat 1995-1997(Low on Ice, Les Etoiles des Filles Mortes, Hypermodern Jazz 2000,5). Sam Empire ocenił zresztą niedawno na Facebooku tę część swojego dorobku mianem weird.

Początek zeszłej dekady to wyraźne osłabienie twórczego potencjału i zmniejszenie brzmieniowego radykalizmu kolejnych produkcji artysty. Współtworzony przez Empire digital hardcore wyewoluował w kierunku breakcore, który z punktu widzenia Aleca stał się jednak, jak niegdyś techno, kolejną zaćpaną ideową wydmuszką dla spragnionych krótkotrwałych wrażeń. Problem w tym, że coraz trudniej znaleźć w najnowszych produkcjach berlińczyka muzyczną formułę wyrażania sprzeciwu niosącą, jak niegdyś, wyraźny puls zmian. Obecnie Alec konsekwentnie kroczy drogą agitującego na scenie ekscentrycznego rockmana, który nie waha się otwarcie powracać do przeszłości, wskrzeszając choćby niedawno Atari Teenage Riot.

Dobrze będzie jednak poczuć siłę rażenia i moc wykrzykiwanych przez Empire politycznych deklaracji w trakcie Castle Party 2010. Smak legendy na wyciągnięcie ręki!

Muzyczna ENH: Mike Patton na początek

Pierwszym muzycznym wydarzeniem tegorocznej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty będzie projekt Mondo Cane, za który odpowiada Mike Patton. Artysta wystąpi 22 lipca na wrocławskiej Wyspie Słodowej. Czego możemy się spodziewać? Koncert zainauguruje europejskie tournée promujące nową płytę artysty – „Mondo Cane”. Wrocławski występ będzie jedynym koncertem w Polsce.

Mondo Cane, którego nazwa została zaczerpnięta z tytułu kontrowersyjnego filmu dokumentalnego z 1962, jest dość specyficznym projektem, gdyż nie prezentuje materiału autorskiego, a covery włoskich przebojów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku.

Wygląda to mniej więcej tak:

Mike Patton wykonuje po włosku nowe wersje starych piosenek, partie wokalne artysta wzbogacił o typowe dla niego elektroniczne brzmienia i eksperymenty wokalne.

Na Wyspie Słodowej, obok Mike`a Pattona, wystąpi zespół składający się z siedmiu muzyków, trzyosobowy chór oraz 12 polskich muzyków z wrocławskiej The Film Harmony Orchestra.

Bilety w cenie 75 PLN (stojące) i 90 PLN (siedzące) można kupić na: www.enh.pl oraz www.ticketpro.pl

Savas Pascalidis – Nuclear Rawmance


O tym niemieckim producencie zrobiło się głośno na początku minionej dekady, kiedy to dał się poznać jako utalentowany odnowiciel muzyki disco i electro. Stylowe nagrania szybko zwróciły na niego uwagę Hella, co zaowocowało wydaniem przez Gigolo dwóch ciekawych albumów – „Galactic Gigolo” i „Disko Vietnam”. Później Savas Pascalidis poszedł swoją drogą – założył wytwórnię Lasergun i jej nakładem publikował własne utwory i innych wykonawców, rewitalizujących brzmienia z przełomu lat 70. i 80. Kiedy moda na electroclash minęła, niemiecki producent postanowił wrócić do swych korzeni – techno i house`u – od których zaczynał w połowie lat 90. Efektem tego okazało się otwarcie nowej wytwórni – Sweatshop – której nakładem ukazał się właśnie trzeci album Pascalidisa.

Zawartość „Nuclear Rawmance” dokładnie odpowiada swemu tytułowi – to surowa muzyka taneczna o potężnej mocy, bo wywiedziona z klasyki gatunku zdefiniowanej ćwierć wieku temu w Chicago i Detroit.

Już otwierający krążek „Logic State” daje pojęcie o tym, czego możemy spodziewać się po jego dalszej części. Twardy bit techno niesie tu chmurny pochód basu o nowofalowym rodowodzie skontrastowany ze świdrującymi pasażami kosmicznych klawiszy. W połowie utworu rozbrzmiewają nerwowe werble – tworząc groźny nastrój całej kompozycji.

Potem niemiecki producent przyciska pedał gazu jeszcze mocniej. „Sonic Groove” to piorunujące techno, które idealnie sprawdzi się na parkiecie w Berghain. Decyduje o tym przede wszystkim masywny podkład rytmiczny, który od spodu podbija industrialny loop, a z wierzchu – przykrywa rozedrgany motyw syntezatorowy. Podobnie wypadają dwa nagrania umieszczone w dalszej części płyty – „Manipulator” i „Echoplex”. W pierwszym Pascalidis kojarzy ze sobą płynne akordy podwodnych klawiszy z piekącymi smagnięciami metalicznych loopów, a w drugim – grzechoczące dźwięki zdubowanego piano z hipnotycznie pulsującym motywem. Efekty są znakomite – tak brzmi nowoczesne techno natchnione duchem wczesnych lat 90.

Nawet kiedy niemiecki producent sięga po house, nie przestaje dorzucać węgla do pieca. Wybiera bowiem najcięższą odmianę gatunku wywiedzioną wprost z dokonań pionierów z Chicago. „Delta Ray” i „Get Down” to morderczy hard house osadzony na miarowo wystukiwanym rytmie otoczonym perkusyjnymi efektami. Pozostałe elementy kompozycji idealnie pasują do takich bitów – to industrialne pogłosy w pierwszym z nich i soniczne akordy surowych klawiszy w drugim.

Osobliwym eksperymentem jest tutaj „Interspace”. Choć podkład utworu skonstruowany jest na wzór dubowego techno, to pozostałe elementy sprawiają wrażenie wyciągniętych z innych szuflad – a są to perliste tony jazzowych organów i rozwibrowane partie syntezatorów o synth-popowym sznycie. Mimo tej eklektycznej budowy, nagranie wypada intrygująco – jak niespodziewany przerywnik między ognistymi killerami o klubowym przeznaczeniu.

Bo oto na koniec płyty Pascalidis serwuje najbardziej ostre i hałaśliwe nagrania. „Web Of Fear”, „Flash Point” i „Deep Inside Ur Eyes” to siarczysty house o typowo chicagowskim brzmieniu. Mamy tu bowiem monotonne stuki automatu perkusyjnego uzupełnione szeleszczącymi talerzami, odpychające swą brzydotą, ale równocześnie fascynujące swą brutalnością kakofoniczne akordy klawiszy, falujące pochody przesterowanego basu i mroczne wokalizy. Niemal zwierzęca energia emanująca z tych kompozycji przywołuje na myśl podobne dokonania sprzed wielu lat – Roberta Armatniego, Steve`a Poindextera czy Green Velvet.

Ten zwrot Savasa Pascalidisa ku przeszłości, przypomina woltę, jaką wykonał niedawno jego dawny współpracownik – Hell. Obaj producenci postawili na odarte z wszelkich ozdobników klasyczne granie do tańca. Co ciekawe – w przypadku jednego i drugiego efekty okazały się znakomite.

www.sweatshop-records.com

www.myspace.com/sweatshopsounds

www.savas-pascalidis.com

www.myspace.com/savaspascalidis
Sweatshop 2010

Uffie – Sex Dreams and Denim Jeans

Niestety sama współpraca u boku Crystal Castles, Justice czy otarcie się o serię FabricLive jeszcze rozgarniętej gwiazdki nie czynią i nie pomoże nawet lubowanie się w Siouxsie and the Banshees. W przeciwnym wypadku dobrze wiedziałaby, że w aroganckim elektro-rap-popie w uroczej oprawce z buziaczków, od sześciu lat nikt nie pobił „Love. Angel. Music. Baby” pin-upowo zorientowanej thebeściary z No Doubt. A może wie i butnie ma to w dupie? Za wersją drugą przemawia bowiem przekaz, jakim Uffie chce dać nam w dziób: jestem w pełni świadomą, autotematyczną MC, internacjonalną, inteligentną bitches, więc co ty mi tu będziesz, skoro i tak wyjdę na swoje.

Wyjdzie. Niewątpliwie na płytę rzucą się wszystkie gówniary, dla których Peaches jest trochę za mądra lub za stara, a La Roux zbyt dziwna. Element pro publico bono: możliwe, że nastolatki chwycą się kilku ciekawych momentów takich, jak np. hipnozy wygrywanych 16-stek na kilku zaledwie przesterowanych klawiszach i – chwila oddechu, łapać, bo potem będzie mało okazji – powolnym bicie i nawet prawdziwie brzmiących pianach! („Art Of Uff”). Możliwe, że zawieszą ucho na kaskadowym, vocoderowo-syntezatorowym wdzięcznym refreniku („Add Suv”; swoją drogą nie lepiej zamiast z Pharrellem Williamsem byłoby zmówić się z Andre 3000?). Elektro-simianowy wykop i justicowo porozkładane nawijki robią z „MCs Can Kiss” imprezkowy, letni hiciaczek. Zupełnie poważnie: numer z powodzeniem można młócić pod oknami z przesadnie stuningowanej fury. Będzie radocha! W sukurs ruszyła co prawda nawet Ellen Allien (remix „Pop the Glock”), ale to by było na tyle…

Kilka niezłych cięć i akordów, garstka średnich melodyjek, na wariata, hop na top-trend, szybko, prosto i na temat. Za szybko, za prosto – bo po chwili na durszlaku zostaje niestety niedorzeczny beat-muł. Pomijając już, że całość jest przegadana, to jest tego po prostu za dużo. Z wycierucha cool chce zrobić chili, ale niestety po drodze się gubi (aż dziw bierze, że sama się sobą nie nudzi). Nie pomogły nawet gitary („Sex, Dreams and Denim Jeans”), ani bezczelnie, bo akurat wtedy, gdy jest na co rzucić uchem, wyciszony gdzieś wcześniej saksofon. Mdłej melodii „First Love” nie uratuje też niosące chwilową ulgę rozmycie wokalu.

A barwę ma nawet wciągającą, tylko że w połowie płyty jest się już tak zmęczonym, że z atutu robi się mały prześladowca, a my mamy ochotę uciekać. Kiedy pojawia się szansa dobrnięcia do innych piosenkowych cacuszek („Our Song”, „Illusion of Love”), niestety jesteśmy już dawno off-line.

Ed Banger Records | 2010