John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



10 zapomnianych pereł trip-hopu

Trip-hop. Dziś już mało kto stosuje ten termin, którego używano w odniesieniu do muzyki święcącej największe triumfy w latach 90. Ta gatunkowa hybryda narodziła się na ulicach i w klubach Wielkiej Brytanii, po czym została szybko wchłonięta przez mainstream, który przekuł ją na chilloutowe składanki i wykorzystał jako tapetę dźwiękową do modnych butików. Zanim tak się stało, trip-hop był jednak bardzo płodnym i interesującym nurtem, także charakterystycznym, choć pozbawionym określonych ram. Klasykę zna każdy: Massive Attack, Soul II Soul, Tricky, UNKLE, Portishead, Morcheeba, GusGus, Lamb, Nightmares On Wax, Sneaker Pimps czy DJ Krush. Zapewne każdy kojarzy też kontynuatorów: Goldfrapp i Yonderboi, a ostatnio King Midas Sound oraz Worm Is Green. Swego czasu trip-hop odbił się w popkulturze echem na tyle szerokim, że sięgali po niego nawet artyści o innych prowieniencjach: Madonna (wyprodukowany przez Massive Attack utwór „I Want You”), Garbage („Milk”) i PJ Harvey („The Wind”),

Osobną kategorię stanowią albumy funkcjonujące w drugim obiegu rozległej konwencji. Albumy słabo znane, niedocenione, zapomniane, a niektóre wręcz prawie nieznane. Poniżej – selektywny wybór 10 pereł trip-hopu w kolejności chronologicznej.

Skylab – #1 (Astralwerks, 1994)

Skylab to nieistniejący już brytyjski zespół, założony przez Mata Ducassea i Howiego B (patrz: Howie B – Music For Babies). Jako Skylab remiksowali Depeche Mode, współpracowali z Davidem Holmesem oraz Barrym Adamsonem, i przede wszystkim nagrali kapitalny debiutancki longplay. Muzyka projektu to niezwykła, choć dziś nieco archaicznie brzmiąca (co ma swój urok) elektronika z pogranicza ambientu, downtempo i trip-hopu. Ducasse, Bernstein i muzycy towarzyszący stworzyli eklektyczną mieszankę, której słucha się z przyjemnością nawet 16 lat po premierze. Drugi album, „1999 (Large as Life and Twice as Natural)” powstał bez Howiego B. i nie był już tak udany jak „#1”.

Earthling – Radar (Cooltempo Records, 1995)

Nieco zapomniane trio, gdzie za konsoletami stali Tim Saul i Andy Keep, zaś po mikrofon sięgnął Michael „Mau” Giffts, bardziej deklamujący niż rapujący. Obecnie Saul robi muzykę dla telewizji, Keep wykłada na Uniwersytecie Bath Spa (!), a Giffts był przez pewien czas członkiem grup Telepopmusik i Dirty Beatniks. W połowie lat 90. panowie działali wspólnie pod szyldem Earthling i nagrali dwa albumy, z których ciekawszy jest debiutancki „Radar”. Na tle psychodelicznych, nieco jazzujących podkładów snują się melodeklamacje wokalisty, który wspomina m.in. o Albercie Einsteinie, Harveyu Keitelu i Nat King Coleu. W produkcji „Radar” uczestniczył sam Geoff Barrow z Portishead.

Archive – Londinium (Island Records, 1996)

Dziś Archive to gwiazda alternatywy łącząca rock z elektroniką (z przewagą tego pierwszego), ale w 1996 był to mało znany, tajemniczy zespół z ciemnych ulic stolicy Anglii. John Bush pisał, że „Londinium” brzmi jak R&B na prozaku, gdzie wokale kobiety i rappera rozprzestrzeniają się na tle eterycznych syntezatorów i elektronicznych beatów. Ciekawostkę stanowi sampel podebrany z kawałka „MMM Skyscraper I Love You” Underworld. Mówiąc krótko: wspaniały album, jeden z najlepszych w swojej kategorii.

Howie B. – Music For Babies (Polydor, 1996)

W latach 90. Howard Bernstein zdobył sławę jako producent Bjork i Passengers (projekt Briana Eno i U2), przy czym wyszło na jaw, że to także znakomity kompozytor solowy. Przekonują o tym przede wszystkim dwie płyty: „Turn The Dark Off” z 1997 roku i o rok starszy debiut zatytułowany „Music For Babies”.

Album został dedykowany wówczas nowonarodzonemu dziecku Howiego, co przełożyło się na brzmienie: spokojne, delikatne i kojące. Subtelne trip-hopowe rytmy towarzyszące ambientowym podkładom tworzą harmonijną całość. Dodatkowym smaczkiem była okładka płyty, różnorodnie zaprojektowana i wyposażona m.in. w przezroczyste strony.

Bowery Electric – Beat (Kranky, 1996)

Jedyni Amerykanie na liście, na dodatek z albumem, który korzystał z trip-hopowych patentów, ale wyszedł daleko poza gatunkowe ramy, zahaczając o ambient i… shoegaze. Jak na tamte czasy, płyta „Beat” stanowiła unikalną mieszankę sfuzzowanych gitar, ambientowych syntezatorów i poklejonych z sampli hip-hopowych rytmów. Muzyka Bowery Electric była stonowana, ale absorbująca. Zresztą wydawnictwo, które wydało „Beat”, zobowiązuje.

Silent Poets – Firm Roots (Toys Factory, 1996)

Egzotyczny trip-hop z Japonii. Silent Poets został założony w 1991 roku przez Michiharu Shimodę, który dokooptował do składu Takahiro Haruno. Rok później panowie zadebiutowali płytą „Potential Meeting”, jednak perłą w koronie dyskografii Silent Poets jest „Firm Roots”.
Upalony, jazzujący trip-hop naszpikowany dźwiękami fortepianu, smyczków i gitary.

Statik Sound System – Tempesta (A Cup Of Tea Records, 1996)

Duet Pete Webb-Roger Mills, nagrywający jako Statik Sound System, rozpoczął współpracę w połowie lat 90. i już wkrótce ukazało się kilka singli i epek, poprzedzających debiutancki album „Tempesta” z 1996 roku. Twórczości duetu, wspomaganego muzykami sesyjnymi, najbliżej chyba do wczesnego Portishead, z uwagi na wokalistkę Helen White i mroczną, niepokojąca atmosferę. Jest tu także kilka bardziej energetycznych momentów, jak drumnbassowy „Esstential Times” i dubowy „So Close”.

Invisible Pair Of Hands – Disparation (A Cup Of Tea Records, 1997)

Kolejny przedstawiciel labelu A Cup Of Tea Records (patrz: Statik Sound System -Tempesta). Za ciekawą nazwą krył się kwartet muzyków, w tym Jim Barr, były basista Portishead. „Disparation” to bardzo interesujący album – gęsty „filmowy” trip-hop złożony zarówno z sampli, jak i brzmienia „żywych” instrumentów. W swojej onirycznej muzyce Invisible Pair Of Hands nawiązywali do krautrocka, psychodelii, dubu, a nawet easy listening w duchu Air. Specyficzna mieszanka uczyniła z tej płyty wcale oryginalny okaz.

Req – One (Skint Records, 1997)

Zanim Ian Cassar vel Req trafił do Warp Records i nagrał jedną z najdziwniejszych płyt w barwach tej wytwórni („Sketchbook” z 2002 roku), był grafficiarzem, uprawiał breakdance i produkował muzykę w zaciszu własnej sypialni. „One”, jak wskazuje tytuł, to pełnometrażowy debiut Req. Sporo tu ambientowych plam i leniwie sączących się beatów, skąpanych w eksperymentalnym lo-fi. Chwilami jest to zbyt monotonne, ale niektóre fragmenty tej płyty zdecydowanie warto usłyszeć.

Andrea Parker – Kiss My Arp (Mo Wax, 1999)

Andrea Parker to brytyjska producentka, której pierwszy longplay ukazał się w barwach oficyny Mo Wax, znanej choćby z takich pozycji jak „Endtroducing” DJa Shadowa i „Psyence Fiction” UNKLE. Debiut Brytyjki, „Kiss My Arp”, to rejony jeszcze mroczniejsze, choć perwersyjnie kuszące. Duszna, podszyta regularnym rytmem elektronika przenika się tu z brzmieniem wiekowych syntezatorów, falami basu i seksownego głosu Andrei. Płycie nie brak też pewnego eksperymentalnego zacięcia. Warto, choćby dla pierwszego utworu pt. „Breaking The Code”

A jakie są Wasze typy?

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 10

  1. DeadRiot

    – Snooze „The Man In The Shadow”
    – Slotek „hydrophonic” (choć gatunkowi puryści pewnie powiedzą, ze to nie trip-hop ;-))
    No i coś Funki Porcini. Moze: „Love, Pussycats & Carwrecks”. I Attica Blues. I składanki Headz mo’wax… etc., etc. 🙂

  2. author

    @murgi chodzilo o zapomniane perly triphopu.:) jeszcze przypomniala mi sie plyta projektu SCUBA underwater symphonies…

  3. murgi

    a 9 Lazy 9, Chocolate Weasel, Fink, Funki Porcini, Sixtoo, Flunk, Hooverphonic czy Wagon Christ to jeszcze nie trip-hop? Ja bardziej sobie szanuję jak widać stajnie ninja tune. Choc Archive te porusza pewne struny 😉 ja polecam Elsiane, fakt że tylko 1 płyta, a niktórych maniera śpiewania trochę ala Bjork może odstraszyć, ale ja odpływam przy tym wokalu…

  4. stachman

    Cieszy mnie artykul na ten temat… Mam slabosc do zlotych lat trip-hopu, a takie Statik Sound System, czy Earthling nadal czesto gosci na mojej playliscie. Czesc z wyzej wymienionych znalem, ale czesc do przebadania na 100%

  5. Yezior

    Ja polecam wszystkim rodzimy Sorbet. Dobre granie w trip-hopowym klimacie.

    http://www.sorbetmusic.com/

    Niestety chyba już nie istnieją…ale stronka od kilku lat działa nieprzerwanie.

  6. author

    pork? mysle pork, mowie fila brazillia. no i wczesny compost (genf import/export), kapela the aloof sinking.:)
    aaaa, zapomnialbym. jedna z moich triphopowych perel jest zupelnie, totalnie przeoczony i zapomniany DOL-LOP cryptic audio – narkotyczna rzecz wydana w 1997r. przez ~swim records.

  7. yac

    O tak.. Cup Of Tea to był piękny epizod muzyczny… dołożyłbym do niego nieco późniejszy wysyp spod znaku Pork Recs, na czele z Baby Mammoth i Bullitnutsami

  8. ryba16

    wow! swietny tekst! az sie lezka w oku kreci. 😉 dzieki Macieju!

  9. godzilla

    Polecam zespół BabyFox – Dum dum baby

    http://www.youtube.com/watch?v=doS-MqUYLts

    to jest dopiero perełka na prawdę mało znana…

  10. author

    oj, pamietam, jak sluchalo sie z wypiekami na twarzy produkcji z cup of tea. statik…, purple penguin, invisible pair…, monk & canatella, receiver…kurcze, rzeczywiscie poszlo to nieslusznie w otchlan ogolnego zapomnienia. a howiego b. poznalem dokladnie w 1996r. dzieki…tvp2 (!), ktore puscilo w pewnym programie muzycznym teledysk promujacy music for babies howiego b: http://www.youtube.com/watch?v=5QskxIUSlEA
    zaraz po nim lecialo poems nearly god…ech, dzis nie do pomyslenia tego typu klimaty w telewizji publicznej…