Neville Watson – The Midnight Orchard
Paweł Gzyl:

Soundtrackowe wspomnienie pierwotnego rave’u.

The Good, The Bad & The Queen – Merrie Land: Dwugłos
Redakcja:

Anglia tonie. Anglia odpływa.

Unknown Landscapes Vol. 6 – Mixed & Selected By Lewis Fautzi
Paweł Gzyl:

Mocno, hipnotycznie i… przewidywalnie.

Teo Olter – Mirów
Jarek Szczęsny:

Strefa komfortu.

John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.



Archive for Listopad, 2018

Jonas Reinhardt – Powers Of Audition

Podbój kosmosu na dzień dzisiejszy uważany jest za szczytowe osiągnięcie ludzkiej myśli technicznej. Nic dziwnego, że twórcy muzyki, w szczególności muzyki eksperymentalnej, znaleźli w tym temacie niewyczerpane wręcz źródło artystycznego natchnienia. Nie jest więc przypadkiem to, iż narodziny dźwięków powstałych z tychże inspiracji przypadają na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia – okres, w którym człowiek zapisał pierwszą kartę historii swej gwiezdnej tułaczki. Ci, którzy podróżować nie mogli, a było ich wielu, musieli zadowolić się psychodelicznym space rockiem spożywanym równocześnie z kolejnymi dawkami narkotyków.

Muzyka grupy Jonas Reinhardt brzmi dziwnie znajomo. Melodyjne gitarowe pasaże przesycone delay’em, piętrzące się na tle ściśle współpracujących z akustyczną perkusją pulsacyjnych rytmów, wytyczonych przez elektroniczny kombajn złożony z sekwencerów i samplerów. Pojawiający się sporadycznie wokal stanowi właściwie dodatkowy element dźwiękowej układanki – mocno przetworzony pełni rolę równorzędnego instrumentu, aniżeli przekaźnika idei zawartych w śpiewanym tekście. Kompozycje rozwijają się powoli, dając tym samym możliwość pełnego zasmakowania w nawarstwiających się partiach instrumentów dołączających do motywu przewodniego. W utworach słychać wyraźne echa dokonań Tangerine Dream, zaś brzmienie instrumentów klawiszowych zdaje się być żywcem wycięte z albumów Jean Michel Jarre’a. Zespół uniknął moich oskarżeń o plagiat sprawnie zszywając własne pomysły ze świeżym spojrzeniem na klasykę. Obrazowo można by przedstawić to tak: Wyżej wymienieni muzycy decydują się na współpracę w czasach swoich największych sukcesów. Robią sobie przerwę wychodząc na godzinę ze studia, w którym roi się od porozkładanego wszędzie sprzętu. Wtedy, z ambitnym postanowieniem stworzenia czegoś nowego, jednak z nieustannie wirującymi w głowie dźwiękami swoich idoli, jakie usłyszeli przed chwilą przez ścianę, do akcji wkracza ekipa Jonas Reinhardt, która korzystając z pozostawionego instrumentarium nagrywa własny materiał.

W efekcie treść pozostała niezmieniona – dostarczanie przeżyć ezoterycznych słuchaczom, bądź po prostu – czerpanie radości z grania i przekazywanie wytwarzanej tym samym energii do naszych uszu. Natomiast, dzięki świeżemu spojrzeniu na temat, forma – choć czasem wpędzająca słuchacza w muzyczne deja vu, zyskała wiele nowego przez syntezę krautrockowej przebojowości z muzyką elektroniczną swobodnie przenikającą się z ambientem. Stąd też utwory takie jak ‘Atomic Bomb Living’, czy też tytułowy ‘Powers Of Audition’ skojarzą się z NEU! na prochach, a w ‘Only You Can Achieve Nitrogen’ oraz ‘Near A Mirrored Pit Viper’ łatwo znajdziemy odbicie twórczości Vangelisa/wczesnego Oldfielda. Zresztą na równi ze słuchaniem dużą radochę sprawia wyławianie inspiracji, jakie wpłynęły na brzmienie tej kalifornijskiej grupy.

Wydawać by się to mogło ryzykowną strategią w momencie, kiedy wiele współczesnych zespołów całkiem skutecznie potrafiło po swojemu zinterpretować szkołę przestrzennego grania odcinając się, jak to tylko możliwe, od dokonań przodków, lub też sprawnie zacierając źródła natchnienia. Ryzyko to jednak opłaciło się – walory artystyczne, jakie prezentują na albumie ‘Powers Of Audition’ podopieczni Kranky Records, górują nad ładunkiem sentymentalnym towarzyszącym muzyce. Cytaty oraz zapożyczenia nie przekraczają granicy zuchwałej kradzieży, a charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych sztuczne brzmienie trąbki produkowanej przez syntezator gitarowy oraz analogowe podkłady klawiszowe przeżywają drugą młodość, stając się sprawnie władanym orężem w rękach zespołu łączącego wiele nurtów muzycznych powstałych na przestrzeni lat, których wspólnym mianownikiem była chęć wyniesienia słuchacza w rejony pozaziemskie drogą inną niż robiło to NASA.

Space rocka odkrywać już nie trzeba – zrobili to Brytyjczycy blisko 40 lat temu. Jonas Reinhardt składa hołd gatunkowi, który zespoły takie jak Pink Floyd, czy też wspomniany już Tangerine Dream sukcesywnie eksplorowały na swoich najlepszych albumach, a wiele innych włączyło jego składowe do swojego stylu. Nowa pozycja w katalogu chicagowskiej wytwórni jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy z sentymentem powracają do muzyki gigantów tamtych czasów. Zaś dla tych, których odkopywanie kamieni węgielnych minionej epoki nie napawa dreszczem emocji krążek ‘Powers Of Audition’ będzie wymarzoną wprost okazją, aby zapoznać się z ‘nowożytną’ odsłoną kosmicznych wojaży.

Kranky | 15.03.2010

4/5

Atari Teenage Riot już za dwa tygodnie

W sobotę 11 września krakowską Rotundą wstrząsną dźwięki digital hard core`a w wykonaniu twórców nurtu – niemieckiej formacji Atari Teenage Riot. Koncert powinni obejrzeć przede wszystkim ci, którzy fascynują się dzisiejszymi występami Crystal Castles. To właśnie od Atari Teenage Riot kanadyjski duet zapożyczył nie tylko image, ale też sporo rozwiązań brzmieniowych.

W ciągu ośmiu lat działalności, od 1992 do 2000 roku, niemiecka grupa stworzyła antytezę hedonistycznej elektroniki klubowej. Mieszając punk, breakbeat, jungle i noise wykreowała niezwykle ekspresyjną muzykę uzupełnioną radykalnie anarchistyczną i skrajnie nihilistyczną ideologią. Nie zakończyło się więc bez ofiar – w 2001 w wyniku przedawkowania heroiny zmarł jeden z muzyków zepołu – Carl Crack.

Po dziesięciu latach milczenia grupa powróciła na scenę w nowych składzie: Alec Empire, Nic Endo i MC CX Kidtronik. Pierwszy singiel zrealizowany w tym zestawie nosi tytuł „Activate!”. Koncert 11 września w Rotundzie to pierwszy występ Atari Teenage Riot w Polsce.

Shed – The Traveller


Mimo, iż Rene Pawlowitz stał się ważną postacią elektronicznej sceny dopiero dwa lata temu po opublikowaniu przez Ostgut Ton swego debiutanckiego albumu, tworzył już znacznie wcześniej, bo od 2004 roku, wydając dwunastocalowe winyle głównie przez własną wytwórnię Soloaction. Zdążył w ciągu tego czasu spenetrować różne odmiany elektroniki, koncentrując się jednak głównie na techno i house`ie o detroitowym posmaku. Podobnie zabrzmiał „Shedding The Past”, odsłaniając daleko bardziej idące możliwości twórcze producenta, niż wydawane wcześniej winyle o zdecydowanie klubowym przeznaczeniu. Jeszcze większym zaskoczeniem okazuje się być w tym kontekście drugi album Pawlowitza – „The Traveller”.

Mimo doświadczenia w penetrowaniu nowej elektroniki, Shed jawi się tutaj jako artysta odkrywający z autentyczną radością klasyczne brzmienia dla tegoż gatunku – głównie z początku lat 90. Oto wprowadzający w całość „STP2” przywołuje natychmiast wspomnienie wczesnego brytyjskiego techno, tworzonego przez The Black Dog, B12 czy Stasis. Kojące dźwięki o ambientowym charakterze mające swe źródło w ilustracyjnej elektronice rodem z Detroit znajdujemy również później – w „Atmo Action” czy „Mayday”. Co ciekawe – podbite zostają one połamanymi rytmami odwołującymi się zarówno do ciężkiego breakbeatu, jak i masywnego dubstepu.

Takie właśnie podkłady dominują w pierwszej części krążka. Shed, czerpiąc z bogatej skarbnicy brytyjskiej rytmiki, nadaje jej jednak własny sznyt. Połamane bity wpisane w takie kompozycje, jak „Keep Time” czy „44A (Hard Wax Forever!”) mają formę krótko przyciętych sampli zapętlonych w powtarzające się uderzenia o tektonicznym brzmieniu. Najlepszym przykładem jest tu „The Bot” – nagranie wiedzie początkowo miarowo pulsujący akord syntezatora, który dopiero z czasem uzupełniają powoli rozpędzające się uderzenia dubstepowego walca.

Drugi rozdział „The Travellera” otwiera „HDRTM” – abstrakcyjna wariacja na temat berghainowego techno, łącząca sążniste fale ambientowych dźwięków z podskórnym pulsem mechanicznego bitu. Jeszcze bardziej surowe brzmienie ma „My R-Class”. To jakby archetypowa wizja chicagowskiego acidu: żrący loop i miarowo łupany rytm toną w szumie syczącego gazu rozpędzanego powoli toczącym się bezlitośnie pochodem dubowego basu.

Z szumiącej chmury cyfrowego noise`u wyłania się z kolei „Final Experiment” – bulgocząc natrętnym pasażem klawiszy wspartym szorstkim podkładem rytmicznym. Dalekim echem dub-techno rozbrzmiewa natomiast tytułowy „The Traveller”. Trzeba się jednak dobrze wsłuchać, aby z potoku onirycznych syntezatorów wyłowić dochodzący z oddali jamajski groove.

W finale Shed znów wraca do minionej epoki. Jako pierwszy rozbrzmiewa „Hello Bleep!” przywołując zgodnie z tytułem charakterystyczne dźwięki wczesnych produkcji rodem z sheffieldzkiego Warpu – połamanego electro w stylu The Forgemasters, Sweet Exorcist czy nawet Aphex Twina. Kiedy w „Leave Things” pojawia się ambientowe arpeggio rodem z klasyki Tangerine Dream, wydaje się, że Shed postanowił się pożegnać ze słuchaczami modnym ukłonem w stronę kosmische musik – to jednak zmyłka: nagle uderza drum`n`bassowy bit podrasowany na berghainową modłę, zostawiając odbiorcą zszokowanego i zdezorientowanego.

Co ciekawe – płyta trwa 47 minut a mieści się na niej aż 14 nagrań. Shed dokonał ostrej edycji przygotowanych utworów – nadał im wszystkim krótką i zwięzłą formę, maksymalnie koncentrując tkwiącą w nich energię. W efekcie płyta działa jak niespodziewany cios prosto w szczękę: nokautuje, oszałamia, nie pozwala zbyt szybko wstać na nogi. Wrażenia są jednak niepowtarzalne. Namawiam – wystawcie się na to uderzenie.

www.ostgut.de/label

www.berghain.de

www.myspace.com/berghainPanoramabar

www.shed.soloaction.de

www.myspace.com/sheddingthepast
Ostgut Ton 2010

The Thing i Otomo Yoshihide na Avant Art Festival!

Wielka niespodzianka tegorocznej edycji Avant Art Festival! We Wrocławiu wystąpi duet The Thing & Otomo Yoshihide. Oznacza to, że festiwal potrwa aż do poniedziałku, 4 października! – The Thing Matsa Gustafssona z Otomo Yoshihide to jedyny koncert w Polsce. Na koniec festiwalu absolutny hit, obok siebie staną chyba najwybitniejszy saksofonista barytonowy sceny improwizowanej i najwybitniejsza postać współczesnej japońskiej awangardy i jazzu – komentuje Kostas Georgakopulos, dyrektor Avant Art Festival.

The Thing

Szwedzko-norweska grupa The Thing rozpoczęła działalność w lutym 2000 roku podczas serii koncertów i sesji nagraniowych w Sztokholmie. Uznawani są powszechnie za jeden z dwóch (obok grupy Atomic) najciekawszych skandynawskich zespołów wykonujących muzykę improwizowaną. Ich twórczość wywodzi się z tradycji niemieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego free jazzu lat sześćdziesiątych.

Yoshihide Otomo

Yoshihide Otomo jest japońskim awangardowym gitarzystą, turntablistą, multiinstrumentalistą, liderem zespołów i kompozytorem. Współpracował m.in. z Billem Laswellem, Johnem Zornem i Fredem Frithem. Nagrywa i występuje również solo. W roku 1990 założył legendarną grupę Ground Zero – mieszankę noise rocka i awangardy.

Otomo Yoshihide i The Thing połączyli swoje siły, by w 2009 roku wydać wspólną płytę zatytułowaną Shinjuku Crawl. Szaleństwo skandynawskich instrumentalistów w połączeniu z niezwykłością improwizacji Otomo przyniosło efekt w postaci wspaniałego i oryginalnego krążka, który znaczy ważny ślad w dziedzinie kolaboracji muzycznych.

The Thing i Otomo Yoshihide zagrają ostatniego dnia festiwalu, 4 października 2010 r., w CS Impart we Wrocławiu. Oprócz nich podczas Avant Art Festival pojawią się też m.in. Maja Ratkje, James Plotkin&Mick Harris, Arve Henriksen&Jan Bang, Jono El Grande i Offonoff, a spektakl wystawi m.in. słynny Verdensteatret.

Bilety na poszczególne wydarzenia festiwalu w przedsprzedaży w cenie od 15 do 40 złotych, karnet – 110 złotych. Więcej informacji na stronie www.avantfestival.pl »

Sobota – trwają imprezy towarzyszące

W sobotę koncerty rozpoczynają się o godzinie 16.00. Wcześniej wziąć udział możecie w wydarzeniach specjalnych. Warsztaty muzyczne

Od godziny 11.00 do 15.00 w auli Uniwersytetu Śląskiego (Wydział Prawa i Administracji) odbywać się będą warsztaty muzyczne Instytutu SWAM, prowadzone przez Marka Walaszka, Pawła Cyrtę oraz Pawła Przezwańskiego.

Pokazy filmowe

W Centrum Sztuki Filmowej od godziny 16.00 zobaczyć będziecie mogli polskie filmy poświęcone muzyce: „Wszystko co kocham”, „Fala” oraz „Zew Wolności”.

Warsztaty fotograficzne

O godzinie 13.00 w Rondzie Sztuki Tomek Albin poprowadzi interaktywny warsztat fotografii reklamowej „Eksplozja”.

Do zobaczenia! 🙂

Pierwsze dwa dni festiwalu za nami!

Pogoda jest dobra – sobotni wieczór ułynął bez deszczu. Temperatura powietrza sięgała 24 stopni, ale podczas koncertów było wyjątkowo gorąco – szczególnie podczas występów gwiazd: Jaga Jazzist oraz Bonobo. Ten pierwszy, norweski skład już na samym początku zapowiedział, że katowicki koncert jest ostatnim w ramach tegorocznej trasy koncertowej. – Jesteście szczęściarzami, zagramy wyjątkowo – usłyszeliśmy. Masa emocji, doskonałe brzmienie i perfekcja dziewięciu wszechstronnych muzyków – tak można podsumować występ Jagi.

Bonobo zagrał równie rewelacyjnie, kilkukrotnie bisując. Szczególne emocje wzbudziły popisy poszczególnych muzyków z 7-osobowego Live Bandu. Natomiast obecnie na Club Stage gra słynny duet Autechre.

A tak grała Lou Rhodes w czwartek:

W sobotę m.in. Moderat, Gaslamp Killer, Prefuse 73 i Kamp! Atmosfera jest wspaniała, frekwencja rekordowa, pogoda sprzyjająca. Do zobaczenia na festiwalu!

Digital Mystikz – Return II Space


Digital Mystikz, czyli Mala i Coki – jedni z akuszerów dubstepu, obecni na scenie od 2004 roku i związani przede wszystkim z wytwórnią DMZ, prowadzoną przez nich wraz z Loefah. Niedawno światło dzienne ujrzał wydany właśnie nakładem tegoż labelu ich release, który mimo wszystko wciąż nie jest przez wielu tak oczekiwanym ‘pełnoprawnym’ albumem Digital Mystikz. „Return II Space” – bo o tym wydawnictwie właśnie mowa – nie jest materiałem wyprodukowanym specjalnie na okazję wydania czegoś większego niż EPka, a po prostu zbiorem niewydanych numerów Digital Mystikz. Co ciekawe, dostępny jest on jedynie w wersji 3 x 12”, a to dlatego, że Mala to zapalony miłośnik tegoż nośnika i można uznać to za swego rodzaj mały hołd dla przemysłu winylowego. Ciężko stwierdzić, czy taka forma releasu zwiększy jego atrakcyjność, prawdopodobnie tylko statystyki dystrybutorów będą w stanie dać odpowiedź na to pytanie, a tutaj skupmy się przede wszystkim na muzyce zawartej na niniejszej kompilacji.

Na początek warto podkreślić, że rzeczywiście miło jest, że Mala i Coki postanowili podzielić się niewydanym do tej pory materiałem, jednak po kilku odsłuchach ma się wrażenie niekompletności – niby całkiem dobrze się tego słucha, jednak po dłuższym czasie zaczyna czegoś brakować, czegoś, co sprawiłoby, że do „Return II Space” faktycznie chciałoby się wrócić. Z jednej strony nie można narzekać na brak smaczków w postaci np. głębokich i płynnych bassline’ów, czy to w ich łagodniejszej („Unexpected”, „Eyez”), czy też mocniejszej („Pop Pop Epic”, „Mountain Dread March”) formie, jednak z drugiej strony nieco razi brak dynamiki i spora przewidywalność zebranych tu kawałków. Mala w pewnym wywiadzie sprzed paru lat przyznaje, że „tworzenie muzyki jest dla niego poniekąd formą medytacji” i ten medytacyjny pierwiastek istotnie da się odnaleźć na „Return II Space” – numery są nasycone głębią, spokojem i swego rodzaju oniryzmem i jeśli zamysłem Digital Mystikz było wydanie właśnie takiego materiału, to misja została wykonana bez zarzutu. Wydaje się, że najlepszą wizualną reprezentacją „Return II Space” byłby obraz wielkiej, nieruchomej tafli wody, jedynie sporadycznie rozproszonej i pofalowanej okazjonalnie silniejszymi („Return II Space” czy wspominany wcześniej „Mountain Dread March”) podmuchami wiatru. Co więcej, nawet te mocniejsze, bardziej „energiczne” numery i tak wydają się być na tyle stonowane, że z powodzeniem wpisują się we wspomniany wyżej obrazek. Ci, dla których tak jak dla Mali, muzyka stanowi platformę medytacyjną, z pewnością nie będą zawiedzeni. Narzekać mogą zaś ci, którzy szukają w muzyce nieco więcej życia czy dynamiki, a do takich osób zalicza się też autor niniejszej recenzji.


Słowem podsumowania, dużym plusem najnowszego długogrającego projektu Digital Mystikz jest to, że może okazać się on niewątpliwą gratką dla wszystkich fanów DMZ, ponieważ jest to właściwie esencja stylu tego labelu, a także przekrój twórczości Digital Mystikz w bardzo małej, łatwo przyswajalnej pigułce. Z kolei za subiektywny minus można uznać niewielkie zróżnicowanie klimatyczne zawartych tu utworów, zwłaszcza biorąc pod uwagę skromną ich ilość. No i wspomniana już wyżej lekka monotonia każdego z osobna numerów również nie daje o sobie zapomnieć. Ale to co jedni mogą odebrać jako właśnie monotonię, inni będą w stanie uznać za charakterystyczny element stylu i w pełni cieszyć uszy całym „Return II Space”. Nie chcąc być zrozumianym źle, na koniec podkreślę tylko, że najnowsza pozycja z DMZ nie jest absolutnie kiepska – po prostu nie wydaje się być niczym doniosłym, ale ten aspekt akurat nie stanowi o tym, czy dana muzyka jest dobra czy zła. Mówiąc bardzo prosto, „Return II Space” jest materiałem całkiem niezłym, ale niewiele ponad to. A na prawdziwy album Digital Mystikz będziemy musieli pewnie jeszcze poczekać i wtedy dopiero będziemy mogli się przekonać, jak żywe legendy dubstepu radzą sobie na tle coraz to bardziej urozmaiconej sceny gatunku, który sami pomagali budować.

DMZ, 2010

Aphex Twin i Die Antwoord razem

Ta nieprawdopodobna kolaboracja dojdzie do skutku w najbliższy weekend. YO-LANDI i NINJA na swoim facebookowym profilu zapowiedzieli, że wokalnie wzbogacą set D.Jamesa podczas odbywającego się w Londynie London Electronic Dance Festival.
Informacje zostały oficjalnie potwierdzone przez amerykańską wytwórnię tria z RPA.

Południowo-afrykańskie rapowe trio, aktualnie promuję swoją nową epkę na światowej trasie koncertowej.

Co skłoniło Aphexa do takiej współpracy? Serwis Pitchfork podpowiada,że być może aparycja członków Die Antwoord, którzy wyglądają jak żywcem wyjęci z klipu do Windowlicker.

Festiwalowe FAQ

Zachęcamy Was do zapoznania się z FAQ imprezy. Czy można wnosić aparaty? Napoje? Gdzie parkować? Jak dojechać? Jak dostać się z Dworca Głównego w Katowicach na teren festiwalu?

Na teren Festiwalu TNM spod Dworca Głównego PKP Katowice najlepiej dostać się tramwajem. Z peronu kolejowego należy kierować się do wyjścia głównego Dworca PKP, następnie na pl. Szewczyka. Tam znajduje się przystanek tramwajowy. Tramwajem nr 11 lub 13 dojechać na Rondo im. gen. Jerzego Ziętka. Spod Ronda pieszo kierować się na tereny Festiwalu zlokalizowane na terenie byłej kopalni KWK Katowice mieszczącej się w pobliżu Spodka.

Jak dojechać samochodem na teren festiwalu?

Generalnie należy kierować sie w stronę centrum Katowic, a dokładnie w kierunku Ronda im.gen. Jerzego Ziętka, które znajduje się na przecięciu głównych miejskich arterii ulic: Roździeńskiego i Chorzowskiej, a także alei Korfantego. Tereny festiwalowe(kopalnia KWK Katowice) znajdują się przy ul. Kopalnianej. Rekomendujemy jednak zaparkowanie samochodu w pobliżu Spodka. Informację na temat parkingów znajdują się w kolejnym pytaniu.

Czy będzie dostępny parking samochodowy?

Dostępne będą parkingiSpodku:

  • Parking strzeżony całodobowy płatny (za Spodkiem) przy ulicy Olimpijskiej – parkingi niestrzeżone płatne na terenach obok Spodka
  • Miejsca parkingowe przy Al. W. Korfantego od strony Ronda
  • Całodobowy strzeżony parking podziemny w budynku Altus przy ul. Uniwersyteckiej nr 13 (10 min pieszo do Spodka)
  • Parking monitorowany niestrzeżony przy Uniwersytecie Śląskim (wjazd od ulicy Rozdzieńskiego, link do Google Maps – w tym miejscu »)

Jak wygląda plan terenu festiwalu?

Mapę festiwalu znajdziecie w tym miejscu »

Jak wygląda program festiwalu?

Dokładny program festiwalu znajduje się w tym miejscu »

Jak wygląda mapa Katowic z ważnymi miejscami?

Mapę znajdziecie w tym miejscu »

Czy mogę na festiwalu robić zdjęcia?

Na teren festiwalu możesz wnieść aparat lub telefon komórkowy, o matrycy nie wyższej niż 5 mega pixela.

Czym będę płacił na festiwalu?

Środkiem płatniczym na terenie festiwalu są kupony, które można otrzymać w stanowiskach kasowych znajdujących się przy wejściu na teren festiwalu. Nominał kuponów to 3 zł za 1 szt. Nie kupuj kuponów od osób prywatnych.

Czy będą dostępne autobusy festiwalowe?

Tak do dyspozycji uczestników festiwalu zostały dedykowane specjalne autobusy. W przypadku koncertu niedzielnego będą również podstawione specjalne autobusy.

Jak mogę wymienić bilet na opaskę?

Bilety i karnety podlegają wymianie na identyfikatory w formie opaski. Z identyfikatora może korzystać tylko jedna osoba. Uszkodzenie lub zerwanie identyfikatora powoduje utratę jego ważności. Punkty wymiany biletów na opaski znajdują sie przy wejściu głównym na teren festiwalu.

Czy będzie dostępny klub festiwalowy?

FLOW CLUB znajdujący się w Katowicach przy ul. 3ego Maja będzie klubem festiwalowym. Codziennie po zakończeniu koncertów, we FLOW będą odbywać się festiwalowe AFTER PARTY.

Czy będzie dostęp do internetu?

W ramach współpracy z Uniwersytetem Śląskim przygotowaliśmy dla Was kawiarenkę internetową, czynną w godzinach 14.00 – 20.00 w budynku przy ulicy Roździeńskiego (jadąc w kierunku na Sosnowiec), przed stacją BP – miejsce oznaczone na naszej mapce ».

Czy przewidziano dodatkowe aktywności w ramach festiwalu?

Tak organizatorzy zadbali także o serię wydarzeń około festiwalowych. I tak ramach TNM odbędą się w dniach wykłady na temat fotografii prowadzone przez uznanych fotografów z agencji SHOOT ME. Dodatkowo w Centrum Sztuki Filmowej będzie można obejrzeć filmy tematyczne odwołujące się do muzyki. W sobotę przewidziana jest wyjątkowa wycieczka na teren Huty Katowice. Przygotowaliśmy również warsztaty muzyczne, prowadzone przez doskonałych realizatorów dźwięku. Natomiast zajęcia dla dzieci prowadzić będą pracownicy przedszkola Tika.

Czy można wnieść parasol na teren festiwalu?

Na teren festiwalu można wnieść tylko małe składane parasolki. Wszystkie duże z metalowymi, drewnianymi ostrymi zakończeniami są niedozwolone.

Czy będzie dostępne pole namiotowe/ camping?

Camping festiwalowy nie znajduje się na terenie festiwalu. Zlokalizowany jest w Katowicach przy Dolinie 3Stawy, ul.Murckowska 6. Wszelkie informacje można uzyskać pod tel.: 032 256-59-39

Czy będzie przechowalnia bagażu?

W ramach współpracy z Uniwersytetem Śląskim przygotowaliśmy dla Was przechowalnię bagażu, czynną w godzinach 14.00 – 01.00 w budynku przy ulicy Roździeńskiego (jadąc w kierunku na Sosnowiec), przed stacją BP – miejsce oznaczone na naszej mapce ».

Ile scen będzie w tym roku?

W tym roku powstaną 3 sceny: Live Stage, Club Stage oraz Red Bull Music Academy – dach autobusu Tourbus

Czy przy zakupie biletu przysługują zniżki?

Cena biletu dla wszystkich uczestników jest taka sama. Nie ma zniżek uczniowskich, studenckich, itd.

Czy na teren festiwalu można wnosić napoje, jedzenie?

Zabronione jest wnoszenie jedzenia i napojów. Na terenie festiwalu znajdują się stoiska gastronomiczne, na których będzie można dokonywać zakupu produktów spożywczych.

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 1: domin

W nadchodzącym wydaniu Fabryki Dźwięków Syntetycznych – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – godzinny didżejski set domina z pogranicza IDM, breakcore i glitch. Będzie to pierwsza audycja z serii „In The Mix”, w której producenci, didżeje i muzycy prezentują swoje ekskluzywne sety i live acty. Jako pierwszy zaprezentuje się domin z setem zatytułowanym „Podróże w nicości”.

Maciek Kaczmarski i Wielcy Elektronicy zapraszają. Niedziela 29 sierpnia, godzina 17:00, tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Tauron Festiwal Nowa Muzyka – jest płyta CD!

Od poniedziałku kupić możecie specjalną składankę zatytułowaną po prostu Nowa Muzyka Festiwal 2010. To doskonała okazja, aby poznać artystów występujących na tegorocznej edycji imprezy – jak i tych, którzy grali w poprzednich latach. Na płycie znalazło się szesnaście ekskluzywnych kawałków. Wśród nich kompozycje Bonobo, Jaga Jazzist, Gonjasufi, King Midas Sound. Nie zabrakło również gwiazd, które zachwycały w poprzednich latach – wśród nich prym wiodą Jamie Lidell, Tim Exile czy Fever Ray.

Płyta kosztuje 40 PLN, kupicie ją w sklepie Merlin. Poniżej dokładna tracklista albumu:

  • 1. Roots Manuva – Let The Spirit
  • 2. Jamie Lidell – Little Bit Of Feel Good
  • 3. Bonobo – The Keeper
  • 4. Flying Lotus (feat. Dolly) – Roberta Flack
  • 5. Prefuse 73 (feat. Sam Prekop) – Last Night
  • 6. Tim Exile – Family Galaxy
  • 7. Pantha Du Prince (feat. Panda Bear) – Stick To My Side
  • 8. Hudson Mohawke – Just Decided
  • 9. Speech Debelle – Spinnin
  • 10. Jaga Jazzist – One Armed Bandit
  • 11. Gonjasufi – Duet
  • 12. Amon Tobin & Kronos Quartet – Bloodstone
  • 13. Andreya Triana – Lost Where i Belong (rmx Flying Lotus)
  • 14. Lou Rhodes – There For A Taking
  • 15. King Midas Sound – Waiting For You
  • 16. Fever Ray – Seven

Tim Hecker – Harmony in Ultraviolet

W 1973 roku dwóch panów używając prymitywnego, lekko zmodyfikowanego magnetofonu szpulowego nagrali dwie, parunastominutowe kompozycje, po czym zadowoleni z efektu, jaki uzyskali, lecz bez większych nadziei na sukces komercyjny swojego dzieła, zapisane taśmy odstawili do archiwum na blisko rok. Tym samym byli jednymi z pierwszych, którzy w świadomy sposób przyczynili się do stworzenia nowego gatunku muzycznego ochrzczonego z czasem nazwą Ambient. ‘No Pussyfooting’, bo o tym albumie mowa, dziś uważany jest za pionierskie dzieło, które pomyślnie przeszczepiło ducha dokonań minimalistów muzyki klasycznej na pole eksperymentów z instrumentami elektronicznymi. Zaś jego twórcy – Robert Fripp oraz Brian Eno – zyskali sobie miano ojców chrzestnych gatunku, który dziś, jak chyba żaden inny, wykorzystuje nowinki techniczne związane z cyfrową obróbką dźwięku.

‘Harmony in Ultraviolet’ momentami przypomina przeszukiwanie pasma radiowego, z tą jednak różnicą, iż naszym celem nie jest znalezienie mocnego sygnału nadającej stacji, a wsłuchiwanie się w to, co znajdziemy w trakcie jej szukania. Nakładające się na siebie szczątkowe melodie zatopione w szumie białym, trzaski potencjometru. Ekspresjonistyczny muzyczny obraz stworzony przez Heckera, wykorzystującego paletę wykreowanych przez siebie dźwięków, uwiedzie nas tym bardziej, im więcej czasu mu poświęcimy. Odrzucenie konwencjonalnych brzmień instrumentów oraz zatarcie większości poszlak mogących naprowadzić nas choćby na słaby trop metrum, w jakim nagrany został dany utwór, może zaowocować eksplozją skojarzeń, którymi nasza świadomość będzie próbowała dopasować słyszane dźwięki do wspomnień wyłowionych z pamięci. Mózg łatwego zadania nie ma, a Hecker zdaje się nie pomagać mu za wiele, z rzadka jedynie puszczając oko tytułami utworów, byśmy w poszukiwaniach nie zapuścili się za daleko (‘Stags, Aircraft, Kings and Secretaries’), lub wskazując skrót ułatwiający mariaż naszych myśli z muzyką (‘Spring Heeled Jack Flies Tonight’). Jednak przez większość podróży będziemy pozostawieni sami sobie, bez asekuracji w postaci okrzepłych, dobrze znanych naszym uszom muzycznych środków wyrazu. Na fale Heckerowskiego ultrafioletu warto wypłynąć pod osłoną nocy, kiedy zarówno światło dzienne jak i wszelkie bodźce jemu towarzyszące, mogące utrudniać odbiór muzyki, nikną.

Wykład o harmonii, jaki prezentuje nam Kanadyjczyk, zaczyna się od quasi-symfonicznej inwokacji, która powoli zatapia się w zniekształconej plamie Herców. Ryk rozciągniętych w czasie akordów walczących o prawo bytu z opadającą na słuchacza kaskadą bezlitosnego szumu drażniącego zmysły po chwili ustępuje balsamicznym, klawiszowym nutom przynoszącym autentyczne ukojenie. ‘Harmony in Blue’ będący swoistym, albumowym katharsis jest ostatnią przystanią przed skokiem w drugą, odmienną nieco stylistycznie część płyty. ‘Radio Spiricom’, zdradzający Heckerowskie fascynacje rockową, gitarową złością jest dobrym przykładem na to, że krucha równowaga między melodią i wirem destrukcji ani na chwilę nie zostaje zachwiana. Album, choć w głównej mierze skonstruowany z kompletnie odhumanizowanych i syntetycznych dźwięków, przez blisko pięćdziesiąt minut oddziałuje na ludzką percepcję będąc niesamowitym transmiterem emocji – nieokreślonego smutku, lęków egzystencjalnych, a nawet strachu.

Finałowa suita wlewająca w uszy coraz to nowe fale spiętrzonej fonii, których interferencja z czasem słabnie, aby ostatecznie wygasnąć, pozostawi słuchacza na środku dźwiękowego Solaris – żywego oceanu będącego tworem równie fascynującym, co trudnym do sklasyfikowania i przyrównania do istniejących już treści.

Kranky | 16.10.2006

5/5

Eno w Warp – szczegóły!

Więcej informacji na temat tego sensacyjnego wydarzenia. Dziś na oficjalnej stronie Briana Eno pojawiły się konkretniejsze informacje odnośnie krążka, który ma ukazać się nakładem legendarnego Warp Records. Co wiemy? Przede wszystkim znamy tytuł, tj. Small Craft On A Milk Sea oraz datę premiery – 2 listopad. Wiemy również, w jakiej formie wydawnictwo to zostanie wypuszczone. Do dyspozycji kupujących będę trzy wersje albumu:
– standardowa (CD + download);
– limitowany box (2xCD + winyl + download + artworki);
– limitowany box kolekcjonerski (to co powyżej + masa „artystycznych” dodatków).
Dokładny opis zawartości każdej z edycji jak również ceny, można zobaczyć pod tym adresem. Niestety to, co nas najbardziej interesuje w przypadku premier czyli próbki MP3, jak na razie nie zostały ujawnione. Brak również jakiegokolwiek opisu tego materiału czy chociażby tracklisty. Możecie spodziewać się aktualizacji w tym temacie, więc bądźcie czujni. 😉

Prefuse 73 zagra również w sobotę!

Sobota, trzeci dzień festiwalu Tauron Nowa Muzyka to data, która powinni zapamiętać wszyscy miłośnicy naprawdę nietypowych brzmień, oraz tego, co we współczesnej muzyce tanecznej najciekawsze i najbardziej przebojowe. To właśnie wtedy będziecie mogli posłuchać rewelacyjnego Gaslamp Killera, zobaczyć, co naprawdę potrafi Gonjasufi i czym zasłużył sobie na tytuł jednego z najbardziej bezkompromisowych artystów, dać się zmiażdżyć basowym walcem Loops Haunt i potańczyć do jazzującege reggae Dub Mafii. Kolejne atrakcje tego dnia to wyciszony Bibio i rozszalały Pink Freud, a ukoronowaniem całego wieczoru będzie bez wątpienia pojawienie się na głównej scenie festiwalu wyczekiwanego przez wielu duetu Moderat.

Dwa razy Prefuse 73

Uznaliśmy jednak, że to wciąż jeszcze zbyt mało, dlatego też, tuż przed występem Moderata, postanowiliśmy oddać scenę główną we władanie prawdziwego mistrza instrumentalnego hip-hopu, człowieka, który od lat definiuje ten gatunek całkowicie po swojemu, w oderwaniu od wszelkich mód i trendów, bohatera naszego finałowego, niedzielnego koncertu, na który z powodu ograniczonej liczby miejsc nie wszyscy będą mogli się dostać – Prefuse 73!

Podczas gdy finałowy występ Prefuse 73 w katowickim Szybie Wilson będzie doskonałą okazją do tego by poznać artystę jako kompozytora eterycznych, delikatnych kompozycji rozpisanych na elektronikę i orkiestrę kameralną, tak w sobotę będziecie mieli niebywała okazję usłyszeć na żywo, jako pierwsza publiczność na całym świecie, materiał z najnowszego albumu Prefuse 73, który pod koniec tego roku powinien pojawić się w katalogu wytwórni WARP.

Tylko wtedy i tylko na naszym festiwalu będzie można posłuchać całkowicie premierowych wykonań utworów, napisanych z myślą o gościach zapełniających najnowszą płytę artysty, pośród których znajdują się takie legendy jak Zola Jesus, Trish Keenan (wokalistka Broadcast) czy Angel Deradoorian z Dirty Projectors.

W związku z tym wydarzeniem niewielkim zmianom ulegną godziny pozostałych sobotnich koncertów, mamy nadzieję jednak, że dwukrotny występ Prefuse 73 wynagrodzi Wam wszystkie związane z tym niedogodności, a sobota, 28 sierpnia będzie dniem, którego przez bardzo długi czas nie zapomni żaden miłośnik dobrej muzyki. Poprawiony szczegółowy rozkład występów już wkrótce pojawi się na naszej stronie internetowej.

Nie przespałem wielu nocy – rozmowa z Mosqitoo

Duet Mosqitoo powrócił niedawno ze swoją trzecią płytą – „Synthlove”. Rozmawialiśmy o niej z liderem i twórcą projektu – Rafałem Malickim.

Mam wrażenie, że nowoczesny synth-pop jakoś nie może się doczekać w Polsce takiej popularności, jaką cieszy się na Zachodzie.
Jest coś w tym. Zauważyłem, że spośród elektronicznych gatunków, najbardziej podobają się u nas spokojne, chill-outowe brzmienia. My świadomie idziemy drogą wywodzącą się z popularnego w latach 80. synth-popu, electro czy italo, ale podanego w nowoczesnej wersji. W Skandynawii – to chyba najpopularniejsze obecnie rodzaje muzyki. Tymczasem u nas mylnie kojarzone z… disco polo. Niestety, to efekt kiepskiej edukacji muzycznej Polaków.

Co ciekawe, rodzimi odbiorcy synth-popu chodzą na koncerty, ale nie kupują płyt, tylko ściągają je z Internetu.
Masz rację. To w większości młodzi ludzie, mocno otwarci na nowe technologie. „Synthlove” błyskawicznie trafiła do sieci i cieszyła się sporą popularnością. Niestety – nie przekłada się to na sprzedaż płyty. Ale zakładając zespół, byliśmy świadomi, do jakiego odbiorcy kierujemy swą ofertę, więc nie czujemy się rozczarowani.
Dlaczego wydaliście nowy album nie w Kayaxie, jak dwa poprzednie, ale w mniejszej wytwórni – Mamoc Records?
Kayax uznał naszą muzykę za mało komercyjną. A my nie zgodziliśmy się z tym. Owszem, nie są to piosenki sprofilowane pod rozgłośnie radiowe, ale czegoś takiego nigdy nie nagramy. Wręcz przeciwnie – fani i krytycy twierdzą, że „Synthlove” to nasza najodważniejsza płyta. Dlatego w końcu zdecydowaliśmy się wydać ją sami, przy pomocy kumpla, którego znam prawie 20 lat, prowadzącego Mamoc Records. To właściwie… hobbystyczne działanie.

Dlaczego pracowaliście nad tym albumem aż trzy lata?
Właściwie był on gotowy już rok temu. Przez ten czas szukaliśmy nowego wydawcy. Mając świadomość, że premiera przypadnie na lato tego roku, miałem sporo czasu na ostateczne poprawki. Dokonywałem ich do ostatniej chwili – dlatego płyta jest tak świeża i aktualna.
To prawda. „Synthlove” to chyba najlepiej wyprodukowany album w historii polskiej tanecznej elektroniki.
Rzeczywiście, dopieszczałem wszystkie dźwięki wręcz do przesady. Każdy numer miał kilkanaście razy zmienianą aranżację. W efekcie pierwotne wersje w niczym nie przypominały ostatecznych. Prawie sto procent ścieżek na płycie jest nasze – czyli moje i Moniki. Również sam dokonałem miksu, oddając materiał w cudze ręce jedynie do masteringu. I opłaciło się – muzyka zabrzmiała dokładnie tak, jak chciałem.
Nie czułeś stresu, biorąc całą odpowiedzialność za płytę na siebie?
Od lat najlepiej pracuje mi się samemu. Nawet, kiedy wcześniej miksowałem materiał z kimś innym, to narzucałem mu swój punkt widzenia. Ale oczywiście stres był duży – szkoda by było, gdyby wszystko posypało się po trzech latach pracy. Dlatego nie przespałem wiele nocy. Nie mogłem zostawić pracy za zamkniętymi drzwiami, bo mam studio… w domu. Ale jak usłyszałem od robiącego mastering Jacka Gawłowskiego, że dawno nie słyszał tak dobrze zmiksowanej płyty, byłem w siódmym niebie.
Masz swoich ulubionych producentów?
Lubię słuchać nowoczesnej muzyki, wspomniałem wcześniej o Skandynawii, ostatnio zachwyciły mnie płyty Sally Shapiro, uwielbiam The Knife i Fever Ray. Rozwala mnie duet Junior Boys, nikt tak nie łączy świetnej produkcji i przebojowych melodii, jak oni. Wychowałem się na płytach Kraftwerk, i to pewnie dlatego niektórzy zarzucają mi, że nowy album jest niby „mechaniczny” i „kwadratowy”. Najczęściej słuchaną przeze mnie płytą jest jednak „Oxygene” Jean-Michel Jarre`a – ilość jej odtworzeń idzie w tysiące.

W kilku piosenkach odnalazłem zgrabne nawiązania do klasyki synth-popu z lat 80., choćby podobną melodię do „Fade To Grey” Visage w „Little Beat” czy typowe dla Yazoo akordy klawiszy na początku „Too Fast”. To świadome?
Raczej podświadome. Lubię muzykę z lat 80., choćby Depeche Mode z wczesnego okresu działalności, nawet ich prosty, pierwszy album, cenię wysoko dokonania Prince`a z tamtego czasu, a za płytę pop wszechczasów uznaję „Thrillera” Michaela Jacksona. Podoba mi się również Eurythmics, które łączył soul i funk w synth-popowych aranżach. Pamiętam, jak w połowie lat 80. nagrywałem na magnetowid z polskiej telewizji pierwsze teledyski z programów Krzysztofa Szewczyka, aby potem katować je, aż nic nie było widać na ekranie. To wszystko zostało mi w głowie – i siłą rzeczy powraca w muzyce, którą tworzę.

Wspomniałeś o „czarnej” muzyce. Kiedyś było jej w Mosqitoo znacznie więcej. Potem znikła – i teraz znów powraca.
To prawda, na początku ocieraliśmy się nawet o R&B, nasz pierwszy singiel był nawet podobny do nagrań Sistars. Teraz „czarne” brzmienia powracają w naszych piosenkach znowu – ale w innej formie. Przede wszystkim w groovie. W latach 80. wykonawcy soulu i funku, oprócz tradycyjnych instrumentów używali często charakterystycznych do dziś syntezatorów jak np. Roland Juno 106. I ja również je wykorzystuję na „Synthlove”. Również stąd te podobieństwa.
Co Cię fascynuje w tych analogowych brzmieniach?
Wychowałem się na nich. Mam je zakodowane w swym umyśle. Dlatego to właśnie one wydają mi się najbardziej przyjazne ludzkiemu uchu. Są plastyczne, ciepłe, nieprzewidywalne. Sam mogę tworzyć z nich odpowiednie barwy, których drugi raz nie zdołam już idealnie odtworzyć. I ta nieuchwytność jest wielką zaletą.
Sporo Cię kosztowało zgromadzenie takiego sprzętu?
Większość zarobków z ostatnich pięciu lat przeznaczyłem na wyposażenie studia. Niedawno kupiłem syntezator, który Robert Moog zaprojektował jako ostatni przed swą niedawną śmiercią. I to obecnie mój ulubiony instrument. Oczywiście jest z tym sprzętem trochę kłopotów. Najbardziej wkurza mnie, że tak długo musi się nagrzewać…
Ostatnio powołałeś do życia nowy projekt – Boya Chile – i to ze sporym sukcesem.
To równoległa działalność do Mosqitoo. Penetruję w nim inne obszary muzyczne – głównie muzykę house. Moim partnerem jest w tym duecie Mmikimaus. Nasz utwór „Deep Inside” wydała duża wytwórnia taneczna Starlight, a w pierwszym tygodniu sprzedaży trafił on do czołówki najlepiej sprzedających się nagrań na klubowym portalu Beatport. Byliśmy tym autentycznie zaskoczeni. Sukces sprawił, że będziemy działać dalej. Jako Mosqitoo zamierzamy też poświęcić się w wiekszym stopniu działalności remikserskiej. Dwa nasze remiksy znalazły się na wydanej niedawno przez Hey kolekcji „Re-Murped”. Pójdziemy dalej tym tropem.

Max Richter – Infra


Max Richter jest jednym z nielicznych kompozytorów, który pomimo konsekwencji swojego działania na polu współczesnej muzyki klasycznej, przebija się do muzycznej świadomości wielu osób zamkniętych na alternatywę wykraczającą poza elektronikę czy rockowe improwizacje.

Prapremiera kompozycji zawartych na najnowszym krążku Maxa ujrzała światło dzienne niecałe dwa lata temu. Pierwotnie zostały napisane dla brytyjskiego Royal Ballet, wespół z choreografem zespołu, Waynem McGregorem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystą sztuk wizualnych w Wielkiej Brytanii, Julianem Opie. Dziś, ścieżka dźwiękowa do tamtego wydarzenia stała się kanwą nowego albumu Richtera. „Infra” wzbogacona jest o nieznane i równie interesujące miniatury, które delikatnie spinają płytę koncepcyjną klamrą, a my możemy być pewni, że mamy do czynienia z samodzielną narracją spójnej i pełnoprawnej produkcji.

„Infra 1” rozpoczyna album elektrycznym szumem w stylu lo-fi. Kod alfabetu Morsea i strzępki rozmów przez krótkofalówki płyną ospale przez atonalne sekcje i pełne euforii głosy smyczkowego kwartetu. Kojący nastrój zwalnia na wijących się sygnałach morskich radarów niepokojącego „Journey 1”. Dominujące, surowe piano w starodawnym stylu i syntezatory majaczące w tle, budzą na płycie ducha zapomnianych czasów, który nie opuści kompozycji aż do samego końca richterowskich podróży.

Jeszcze mroczniej robi się w „Infra 2”, kiedy upiorne synth linie dryfują po zimnej tafli przesterowań, a akompaniujące im cellosy pogrążają numer w intymnym, ckliwym niemal nastroju, który zmienia „Infra 3”. To muzyka okresu romantyzmu w modernistycznej formie. Przechylone arpeggia pianina i podnoszący je refren przypomina chłodniejszą wersję twórczości Ludovica Einaudi. Astralny „Journey 2” pulsuje ciemnym, huczącym dronem, a otoczony sopranowymi sygnałami i dźwiękami reversu przypomina barwą „Treny” Michała Jacaszka. Te same emocje, ten sam szum analogów i lamp.


Morski field recording „Journey 3” jest swoistym przecinkiem w środku sentencji. Izoluje nieco bliskie sobie części albumu, hipnotyzując chóralnym głosem i przelatującym raz po raz ciężkim dronem, którego ostatecznie tłumi „Journey 4”, będący próbką muzyki klasycznej o impresjonistycznym smaku. Jednym z najciekawszych nagrań na wydawnictwie jest rozbudowana kompozycyjnie „Infra 5”. Instrumentarium utworu prowadzi między sobą fascynujący dialog, przypominający muzyczne dokonania Clinta Mansella.

Ekscytację nad najnowszym wydawnictwem Maxa podtrzymuje poetyczna „Infra 6”, która oczyszcza emocje nagromadzone w poprzedniej kompozycji poprzez ciche, ambientowe dźwięki fortepianu, a kiedy elektroniczne procesy i migoczące efekty „Infra 7” ustają, rozpoczyna się kołyszący zmysły epilog. Orkiestrowy tony „Infra 8” wznoszą się i opadają, stawiając wysmakowaną kropkę nad i. Końcowe nuty biegną po pięciolinii, napisy końcowe wchodzą na ekran, kurtyna opada.

„Infra” to album niesamowicie refleksyjny, skłaniający do przemyśleń. Jest ambitnym, filmowym wręcz dziełem, mówiącym o nieustannej podróży w poszukiwaniu szczęścia.

To szósty krążek w dorobku niemieckiego muzyka. Po raz szósty zaprasza on nas w ten sam, dobrze znany, postmodernistyczny świat. W wielu przypadkach mógłby być to poważny zarzut dla dojrzałego artysty. Odcinanie kuponów od własnej twórczości jest plagą na poletku każdej sceny, z większą lub mniejszą siłą wdziera się w gałęzie współczesnej sztuki. Niemniej jednak Max Richter nigdy nie potrzebował szczególnego eklektyzmu by słuchacza uwieść. Jego muzyka nie zaskakuje, ona porusza. Wielu pianistów z tej samej szuflady płodzi coraz nowsze kopie swoich pierwotnych układów, on przewraca pożółkłe strony melancholii w najlepszym wydaniu.

„Infra” jest najbardziej dojrzałym i godnym polecenia albumem pianisty obok debiutanckiego „Memoryhouse”. Dla miłośników dwudziestowiecznego neoklasycyzmu będzie raczej ewolucją na drodze niemieckiego kompozytora niż zaskakującą rewoltą, a obok „…And They Have Escaped The Weight Of Darkness” Ólafura Arnaldsa, jak dotąd jedną z najciekawszych, tegorocznych wydawnictw z gatunku modern classical.

fat-cat.co.uk

maxrichter.com

myspace.com/maxrichtermusic
Fat Cat, 2010

Tesla Boy – Modern Thrills


Takie czasy – zamiast boysbandów, mamy teraz zalew pięknych-metroseksualnych dłubiących przy syntezatorach i hucznie oznajmiających – to ja stworzyłem disco! (Calvin Harris). Czy warto się więc zajmować trójką z Tesla Boy, skoro wpisują się w obowiązujący trend? Okazuje się że tak. (Jeżeli odpowiada Wam krzyżówka podkładów Spandau Ballet, OMD, Ultravox i wokal młodszych braci Cut Copy) Chociażby z powodu egzotyki – pochodzą z Rosji, gdzie – delikatnie mówiąc – nie było klimatu do nasiąknięcia kiczem lat 80. Madonnę, Kylie, Cyndi Lauper zastępowała nieśmiertelna Ałła Pugaczowa, a cały przemysł artystyczny podporządkowany był jedynej słusznej programowo linii. Te dociekania i próba charakterystyki muzycznego tła w którym się socjalizowali nie są bezpodstawne – uderzająca jest swoboda i lekkość łączenia ejtisowego glamouru z wymaganiami współczesnego popu.

Widmo krąży nad parkietem…

Modern Thrills to rozwinięcie wydanej w 2009 EPki (dwa utwory z niej: Electric Lady i Fire znalazły się na płycie), zatytułowanej po prostu Tesla Boy. Nieźle przyjęta w środowisku, przyzwoicie zremiksowana wzmogła oczekiwanie na album. Kiedy się pojawił oczekujących zawieść nie mógł, a nieświadomym zaprezentował się jako spójny manifest dyskotekowego synthpopu.

Od Electric Lady zaczyna się trwająca jedenaście utworów syntezatorowa jazda, momentami zwalniając (new romantic w czystej formie – Rebecca, Speed of Light) momentami przyspieszając (Minsk-2, Liberating Soul) ale prąc nieustannie do przodu niczym Transsibirski-Express. Drażniący może być miejscami zawodzący i pretensjonalny wokal, który kontrastuje albo ginie wśród dusznych, przesłodzonych melodii, kołyszących pętli, dzwoniących i porozciąganych pasażach klawiszy.

Ale czy nie o to chodzi? O przepych, odurzenie i zatracenie w synestezyjnych wizjach? Widmo oczopląsu, hiperglikemii i bezsenności krąży nad parkietem. Wracają czasy eksplozji barw i nachalnej słodyczy, dzięki wiatrowi ze Wschodu. Ci, którym rodzice nie zostawili winyli z muzyką lat osiemdziesiątych ani kaset VHS z festiwalem w Dortmundzie nic nie stracili – odrobią lekcje dzięki Modern Thrills.

Dziełko niezobowiązujące, dające drobne przyjemności, mimo że grupa docelowa pokrzepiona Openerem pierwszego września wraca do szkoły wykuwać średnie wykształcenie. Słonko przecież dalej świeci, wieczory jeszcze są ciepłe, a dziewczyny nadal mają migdałowe spojrzenie.
2010, Mullet

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – IDM Edition

W nadchodzącym wydaniu Fabryki Dźwięków Syntetycznych – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – słabo znana i nieznana strona IDMu.
Już w niedzielę w eterze rozprzestrzeni się muzyka definiowana jako szeroko pojęty IDM, tutaj rozumiany jako Independent Digital Music, czyli owadzia elektronika dla androidów, które śnią o elektrycznych owcach. Wśród wykonawców m.in. The Black Dog, Gridlock, Robert Logan i Marching Dynamics.

Maciek Kaczmarski i Wielcy Elektronicy zapraszają. Niedziela 22 sierpnia, godzina 17:00, tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Wspólna płyta Davida Gilmoura z The Orb

„Metallic Spheres” to tytuł wspólnego dzieła The Orb i gitarzysty Pink Floyd – Davida Gilmoura. Album ukaże się 11 października. Muzycy najpierw spotkali się przy pracy nad nową wersją utworu „Chicago” dla charytatywnego projektu Grahama Nasha, ale praca szła im tak dobrze, że kawałek ten rozrósł się do rozmiarów całej płyty. Wówczas David zaproszony został do londyńskiego studia The Orb, gdzie dograł partię gitary na dwa 25-minutowe utwory: „Metallic Side” i „Sphere Side”, które składają się na projekt „Metallic Spheres”. W drugiej połowie albumu uważni słuchacze doszukają się także fragmentów wspomnianego „Chicago”.

W nagraniach wzięli udział: David Gilmour – gitara elektryczna i lap steel, Alex Paterson (The Orb) – klawisze, gramofony, manipulacje dźwiękiem, Youth (Killing Joke, The Orb, a także uznany producent m.in. Paula McCartneya i Dido oraz mikser – U2 i Marilyn Manson) – klawisze i gitara basowa, Tim Bran – klawisze i programowanie i Dominique Le Vac – chórki. W części nagrań usłyszymy też elektryczną gitarę Marcii Mello.

Płyta ukaże się w dwóch wersjach: CD i 2CD, gdzie drugi krążek zapowiadany jest jako „360-stopniowe doświadczenie akustyczne”. Nagrany w nowej technice 3D60 pozwala cieszyć się niezwykłymi wrażeniami bez konieczności nabycia specjalistycznego sprzętu – podobno wystarczą zwykłe stereofoniczne słuchawki, żeby zabrać się w trójwymiarową podróż dźwiękową.

TFNM: Jaga Jazzist

Kiedy pięć lat temu zespół promował swój poprzedni krążek, szybko okazało się, że to jeden z najlepszych koncertowych składów tej dekady. W tym roku Jaga wydawa kolejną doskonałą płytę i nie ma wątpliwości, że kolejny raz zachwyci Was swoim występem 🙂

Kolektyw, którego nie trzeba przedstawiać chyba żadnemu fanowi jazzu, bo w ciągu ostatnich piętnastu lat niewiele zespołów w tak radykalny, a jednocześnie przebojowy sposób podbiło serca słuchaczy.

Począwszy od debiutanckiego Jævla Jazzist Grete Stitz aż po opublikowany w tym roku najnowszy album – One-Armed Bandit, norwescy mistrzowie udowadniają, że skandynawski nu-jazz to prawdziwa potęga, z którą trudno konkurować zarówno w studiu, jak i na scenie.

Ich koncerty – połączenie szalonych improwizacji, doskonałego wyczucia rytmu i popowej wrażliwości z wirtuozerskimi popisami muzyków, nie bez przyczyny bywają nazywane gdzieniegdzie „tanecznymi odpowiednikami występów King Crimson.”