Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Nie przespałem wielu nocy – rozmowa z Mosqitoo

Duet Mosqitoo powrócił niedawno ze swoją trzecią płytą – „Synthlove”. Rozmawialiśmy o niej z liderem i twórcą projektu – Rafałem Malickim.

Mam wrażenie, że nowoczesny synth-pop jakoś nie może się doczekać w Polsce takiej popularności, jaką cieszy się na Zachodzie.
Jest coś w tym. Zauważyłem, że spośród elektronicznych gatunków, najbardziej podobają się u nas spokojne, chill-outowe brzmienia. My świadomie idziemy drogą wywodzącą się z popularnego w latach 80. synth-popu, electro czy italo, ale podanego w nowoczesnej wersji. W Skandynawii – to chyba najpopularniejsze obecnie rodzaje muzyki. Tymczasem u nas mylnie kojarzone z… disco polo. Niestety, to efekt kiepskiej edukacji muzycznej Polaków.

Co ciekawe, rodzimi odbiorcy synth-popu chodzą na koncerty, ale nie kupują płyt, tylko ściągają je z Internetu.
Masz rację. To w większości młodzi ludzie, mocno otwarci na nowe technologie. „Synthlove” błyskawicznie trafiła do sieci i cieszyła się sporą popularnością. Niestety – nie przekłada się to na sprzedaż płyty. Ale zakładając zespół, byliśmy świadomi, do jakiego odbiorcy kierujemy swą ofertę, więc nie czujemy się rozczarowani.
Dlaczego wydaliście nowy album nie w Kayaxie, jak dwa poprzednie, ale w mniejszej wytwórni – Mamoc Records?
Kayax uznał naszą muzykę za mało komercyjną. A my nie zgodziliśmy się z tym. Owszem, nie są to piosenki sprofilowane pod rozgłośnie radiowe, ale czegoś takiego nigdy nie nagramy. Wręcz przeciwnie – fani i krytycy twierdzą, że „Synthlove” to nasza najodważniejsza płyta. Dlatego w końcu zdecydowaliśmy się wydać ją sami, przy pomocy kumpla, którego znam prawie 20 lat, prowadzącego Mamoc Records. To właściwie… hobbystyczne działanie.

Dlaczego pracowaliście nad tym albumem aż trzy lata?
Właściwie był on gotowy już rok temu. Przez ten czas szukaliśmy nowego wydawcy. Mając świadomość, że premiera przypadnie na lato tego roku, miałem sporo czasu na ostateczne poprawki. Dokonywałem ich do ostatniej chwili – dlatego płyta jest tak świeża i aktualna.
To prawda. „Synthlove” to chyba najlepiej wyprodukowany album w historii polskiej tanecznej elektroniki.
Rzeczywiście, dopieszczałem wszystkie dźwięki wręcz do przesady. Każdy numer miał kilkanaście razy zmienianą aranżację. W efekcie pierwotne wersje w niczym nie przypominały ostatecznych. Prawie sto procent ścieżek na płycie jest nasze – czyli moje i Moniki. Również sam dokonałem miksu, oddając materiał w cudze ręce jedynie do masteringu. I opłaciło się – muzyka zabrzmiała dokładnie tak, jak chciałem.
Nie czułeś stresu, biorąc całą odpowiedzialność za płytę na siebie?
Od lat najlepiej pracuje mi się samemu. Nawet, kiedy wcześniej miksowałem materiał z kimś innym, to narzucałem mu swój punkt widzenia. Ale oczywiście stres był duży – szkoda by było, gdyby wszystko posypało się po trzech latach pracy. Dlatego nie przespałem wiele nocy. Nie mogłem zostawić pracy za zamkniętymi drzwiami, bo mam studio… w domu. Ale jak usłyszałem od robiącego mastering Jacka Gawłowskiego, że dawno nie słyszał tak dobrze zmiksowanej płyty, byłem w siódmym niebie.
Masz swoich ulubionych producentów?
Lubię słuchać nowoczesnej muzyki, wspomniałem wcześniej o Skandynawii, ostatnio zachwyciły mnie płyty Sally Shapiro, uwielbiam The Knife i Fever Ray. Rozwala mnie duet Junior Boys, nikt tak nie łączy świetnej produkcji i przebojowych melodii, jak oni. Wychowałem się na płytach Kraftwerk, i to pewnie dlatego niektórzy zarzucają mi, że nowy album jest niby „mechaniczny” i „kwadratowy”. Najczęściej słuchaną przeze mnie płytą jest jednak „Oxygene” Jean-Michel Jarre`a – ilość jej odtworzeń idzie w tysiące.

W kilku piosenkach odnalazłem zgrabne nawiązania do klasyki synth-popu z lat 80., choćby podobną melodię do „Fade To Grey” Visage w „Little Beat” czy typowe dla Yazoo akordy klawiszy na początku „Too Fast”. To świadome?
Raczej podświadome. Lubię muzykę z lat 80., choćby Depeche Mode z wczesnego okresu działalności, nawet ich prosty, pierwszy album, cenię wysoko dokonania Prince`a z tamtego czasu, a za płytę pop wszechczasów uznaję „Thrillera” Michaela Jacksona. Podoba mi się również Eurythmics, które łączył soul i funk w synth-popowych aranżach. Pamiętam, jak w połowie lat 80. nagrywałem na magnetowid z polskiej telewizji pierwsze teledyski z programów Krzysztofa Szewczyka, aby potem katować je, aż nic nie było widać na ekranie. To wszystko zostało mi w głowie – i siłą rzeczy powraca w muzyce, którą tworzę.

Wspomniałeś o „czarnej” muzyce. Kiedyś było jej w Mosqitoo znacznie więcej. Potem znikła – i teraz znów powraca.
To prawda, na początku ocieraliśmy się nawet o R&B, nasz pierwszy singiel był nawet podobny do nagrań Sistars. Teraz „czarne” brzmienia powracają w naszych piosenkach znowu – ale w innej formie. Przede wszystkim w groovie. W latach 80. wykonawcy soulu i funku, oprócz tradycyjnych instrumentów używali często charakterystycznych do dziś syntezatorów jak np. Roland Juno 106. I ja również je wykorzystuję na „Synthlove”. Również stąd te podobieństwa.
Co Cię fascynuje w tych analogowych brzmieniach?
Wychowałem się na nich. Mam je zakodowane w swym umyśle. Dlatego to właśnie one wydają mi się najbardziej przyjazne ludzkiemu uchu. Są plastyczne, ciepłe, nieprzewidywalne. Sam mogę tworzyć z nich odpowiednie barwy, których drugi raz nie zdołam już idealnie odtworzyć. I ta nieuchwytność jest wielką zaletą.
Sporo Cię kosztowało zgromadzenie takiego sprzętu?
Większość zarobków z ostatnich pięciu lat przeznaczyłem na wyposażenie studia. Niedawno kupiłem syntezator, który Robert Moog zaprojektował jako ostatni przed swą niedawną śmiercią. I to obecnie mój ulubiony instrument. Oczywiście jest z tym sprzętem trochę kłopotów. Najbardziej wkurza mnie, że tak długo musi się nagrzewać…
Ostatnio powołałeś do życia nowy projekt – Boya Chile – i to ze sporym sukcesem.
To równoległa działalność do Mosqitoo. Penetruję w nim inne obszary muzyczne – głównie muzykę house. Moim partnerem jest w tym duecie Mmikimaus. Nasz utwór „Deep Inside” wydała duża wytwórnia taneczna Starlight, a w pierwszym tygodniu sprzedaży trafił on do czołówki najlepiej sprzedających się nagrań na klubowym portalu Beatport. Byliśmy tym autentycznie zaskoczeni. Sukces sprawił, że będziemy działać dalej. Jako Mosqitoo zamierzamy też poświęcić się w wiekszym stopniu działalności remikserskiej. Dwa nasze remiksy znalazły się na wydanej niedawno przez Hey kolekcji „Re-Murped”. Pójdziemy dalej tym tropem.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. K0$+3k

    zajebiste gogle