John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



Archive for Listopad, 2018

Solar Bears – She Was Coloured In

Gdy artysta tłumaczy w wywiadach, iż jego twórczości nie da się łatwo zaszufladkować z powodu inspiracji wykraczających daleko poza niszę w której komponuje, jest to o tyle ciekawe, co często prawdziwe. Niełatwo nagrać jest album w absolutnie spójnym stylu, bez podświadomego parafrazowania innych, gdyż dźwięki raz zasłyszane pozostają w nas już na zawsze. Niektórzy próbują z tym walczyć, inni wręcz przeciwnie – płynąc razem z nurtem pełnym zapożyczeń i cytatów świadomie czerpią z niego garściami. A utonąć w nim nietrudno, zwłaszcza teraz, gdy terabajty różnorakiej muzyki są ogólnodostępne w Internecie. Solar Bears zdają się rozumieć tę regułę wykorzystując jedynie niewielkie fragmenty cudzych patentów przy budowaniu swojego brzmienia.

John Kowalski i Rian Trench nie starają się odkrywać tego, co ktoś zrobił już przed nimi. Ujawniają jedynie swoje fascynacje, których zresztą jest wcale niemało. Echa rocka progresywnego i vangelisowskich syntez sinusoidalnych dźwięków całkiem wyraźnie odbijają się na tle dynamicznych podkładów rytmicznych rodem z lat osiemdziesiątych. Także skojarzenia z lekko zdeformowaną fonią będącą wizytówką Boards Of Canada są momentami łatwe do wychwycenia. Zespół jednak traktuje ją jedynie jako kolejną składową swojego stylu – utwór tytułowy rozpoczyna się od plamy modulowanych fal akustycznych by dość nieoczekiwanie rozwinąć się w syntezatorami generowany grunt pod spokojne gitarowe zagrywki. I choć wszystkie partie instrumentalne zostały nagrane przez zespół na magnetofonach taśmowych z lat siedemdziesiątych to jednak powiew analogowej przeszłości w postaci charakterystycznej ciepłej barwy herców wzbogacanej o trzaski i szumy to za mało, aby na dłużej zaciekawić słuchacza. Brak przekazu, czy też sensu w prezentowanym na płycie materiale jest momentami porażający. Dla przykładu utwór ‘Division’ w mniemaniu grupy może i jest hołdem złożonym twórczości Iana Curtisa, lecz w moich uszach to po prostu dziewięćdziesiąt sekund nużącego przesterowanego rzępolenia.

Album zawiera aż piętnaście utworów, co wyraźnie odbiło się na jakości prezentowanej przezeń muzyki. Znajdziemy tu więc sporo nudnych parominutowych szkicy, ale też kilka naprawdę ciekawych kompozycji, choćby ‘Neon Colony’ z mocno zarysowanym rytmem, który wysuwając się na pierwszy plan stanowi rdzeń dla powoli migotających w tle szmerów. Solar Bears nieustannie starają się udowadniać, iż nostalgiczną aurę rozpostartą nad znaczną częścią płyty potrafią utrzymywać wykorzystując coraz to inne środki wyrazu – klasycznie brzmiącą gitarę, wyblakłe brzmienie melotronu, pulsacyjne podrygi sekwencera, czy też charczące flażolety. Umiejętność łączenia z pozoru bardzo oddalonych od siebie figur stylistycznych jest właściwie głównym atutem ‘She Was Coloured In’. Echa psychodelii lat sześćdziesiątych mieszają się tu bez skrępowania z atmosferą soundtracków Johna Carpentera. Nasuwa to też pewne przypuszczenia, iż dobrym wentylem dla twórczości Solar Bears może w przyszłości okazać się świat filmu gdyż, jak sami podkreślają, możliwość zaistnienia w tej dziedzinie sztuki niezmiernie ich interesuje.

Debiutancka płyta tej irlandzkiej grupy wpisuje się w niesłabnący nurt muzyki chillwave nie wyróżniając się niczym szczególnym nad gro podobnych do niej pozycji. Budując swoje utwory na podstawie pierwszego pomysłu, jaki w danym momencie nawiedził ich podczas sesji nagraniowych John Kowalski i Rian Trench prezentują nam progresywne puzzle, które wystawiają słuchacza na próbę szybkości dopasowania swojego nastroju do aktualnie słuchanego utworu. Nagrywając kolejne kompozycje bez szerszego spojrzenia na swą twórczość ‘She Was Coloured In’ jawi się jako efemeryda, która choć z początku zwodzi kalejdoskopem prezentowanych przezeń odcieni gatunkowego mash-up’u, to z czasem okazuje się pustym w środku koniem trojańskim.

Planet Mu Records | 27.09.2010

Słuchamy nowego Briana Eno

W sieci pojawił się pierwszy fragment nowej płyty Briana Eno, Jona Hopkinsa oraz Leo Abrahamsa – „Small Craft On A Milk Sea”. Przypomnijmy – krążek ukaże się nakładem wytwórni Warp już 2 października. Na stronie brian-eno.net/listen znajdziecie kawałek „2 Forms of Anger” oraz kilka zdjęć dokumentujących proces przygotowywania specjalnej, kolekcjonerskiej wersji wydawnictwa. W drukarni pracował sam Eno 🙂

Piszcie jak Wam się podoba nowy kawałek Briana Eno?

Detroit Grand Pubahs – Madd Circus


W ciągu dwunastu lat działalności Detroit Grand Pubahs stali się jednym z najbarwniejszych zjawisk na współczesnej scenie elektronicznej. Wyrastając z tradycji collinsowskiego funku, wpisali jego główne elementy w formułę dynamicznego electro i techno, ozdabiając to wszystko kabaretowym imagem, zresztą też bliskim klasyce tegoż gatunku. Dwie ostatnie płyty projektu prowadzonego przez producenta ukrywającego się pod pseudonimem Paris The Black Fu miały mocno klubowe brzmienie – nic więc dziwnego, że na tej najnowszej artysta powraca do swych korzeni, muzyce bliskiej temu, co wypełniało pamiętny debiut projektu z 2000 roku – „Funk All Y`All”.

„Madd Circus” nie jest jednak dziełem monolitycznym. Rozpada się na dwie wyraźnie odmienne części, i to zarówno pod względem charakteru muzyki, jak i jej jakości.

Pierwszy segment wypada znakomicie. Choć rozpoczyna się hip-hopowym wprowadzeniem („Clown Mobile – Logged In”), od razu po nim dostajemy, to w czym Detroit Grand Pubahs są najlepsi – wypasiony electro-funk o synkretycznym brzmieniu, łączącym warczące loopy o basowym tonie z łomotem „żywych” bębnów („Automagik”) czy pohukujące klawisze z prince`owską wokalizą („I Don`t Want To Party”).

Paris The Black Fu nie ogranicza się jednak wyłącznie do eksploatowania wcześniej wybranej stylistyki. Oto bowiem „White Pigeon” wprowadza świeży wątek – łączą się w nim elementy klasycznej nowej fali (motoryczny rytm) z detroitowym funkiem (smyczkowe pasaże klawiszy). Jeszcze bardziej wyraźnie słychać to w „Numb, Deaf And Dumb”. Tym razem spotkanie ejtisowych syntezatorów z warczącym basem uzupełnia gotycki wokal rodem z najmroczniejszych nagrań Bauhaus. Kwintesencją tych eksperymentów okazuje się jednak „Much Better” – porywiste techno niosące wysamplowaną skądś partię kościelnego chóru, otoczoną tajemniczymi pogłosami.

Kolejną innowacją w repertuarze Detroit Grand Pubahs okazuje się wycieczka w stronę smolistego dubstepu. To „Mysterious Sights” – industrialny walec, łączący metaliczne uderzenia bitów z funkowym pochodem basu, na których osiadają dziwaczne głosy, ni to robotów, ni to kosmitów. Ot – nowoczesny soundtrack do futurystycznego horroru.

Druga część płyty zaczyna się od… akustycznego skitu. Paris śpiewa w „Jealous Of A Dead Man” do wtóru fortepianu tęskną balladę, kojarzącą się z wokalnymi wyczynami misia Fuzzy z „Muppet Show”. Że miało to przypominać mruczący wokal Barry`ego White`a, dowiadujemy się dopiero z następnego utworu – „Breakfast In Bed”. To już pościelowy soul pełną gębą: z uwodzicielskimi dęciakami i niskim barytonem w roli głównej. Dalej jest podobnie – najpierw dostajemy soczysty funk z dziką solówką na saksofonie („Mashed Potatoes”), potem popową pioseneczkę w stylu wczesnego Michaela Jacksona („I Don`t Mind”) i wreszcie zwalisty funk-rock, który z powodzeniem mogliby włączyć do swego repertuaru panowie z N.E.R.D. („Maybe I Do”). Wszystko to zagrane na luzie – ale raczej pozbawione większego sensu.

Nagrania te Paris mógł zachować w domowym archiwum – dla przyjemności własnej, rodziny i znajomych. Wsadzone na płytę irytują, bo zajmują miejsce, które mogłyby wypełnić ciekawsze rzeczy. Ciekawsze – jak chociażby umieszczone w finale „Madd Circus” i „Clone Mobile (1 Gets In 9 Get Out”). Czyli rozwibrowany przesterowanymi basami drum`n`bass i eksplodujący oldskulowymi efektami soniczny rave.

Więcej muzyki, mniej wygłupów – chciałoby się powiedzieć liderowi Detroit Grand Pubahs po przesłuchaniu tego albumu. Ale pewnie i tak by nie posłuchał.

www.detroitgrandpubahs.net

www.myspace.com/detroitgrandpubahs
Det.Ele.Funk 2010

Nowy album L.U.C

Na 22 października przewidziana jest premiera nowego albumu Eluce o łatwej do zapamiętania nazwie PYYKYCYKYTYPFF. Raper, beatboxer, prawnik i producent w jednej osobie, który choć po sukcesie swojego projektu 39-89 Zrozumieć Polskę zajął się tworzeniem muzyki filmowej i teatralnej nie zapomniał o prywatnej krucjacie przeciw absurdom Rzeczypospolitej, jaką często prowadzi na swoich albumach.

I tym razem możemy oczekiwać bogatego instrumetarium i celnych komentarzy do otaczającej nas rzeczywistości.

Z laboratorium na plażę

Pier Bucci jest jednym z najważniejszych twórców latynoskiego minimalu. W miniony weekend odwiedził Polskę, aby zagrać swe sety w Krakowie i Warszawie. Rozmawialiśmy z nim z tej okazji.

Pochodzisz z Chile i tam zaczynałeś swoją działalność didżejską i producencką pod koniec lat 90. Jak wyglądała wówczas tamtejsza scena elektroniczna?
W Santiago funkcjonowało już wtedy wielu znanych artystów, choćby Jorge Gonzales, Dandy Jack, Daniel Nieto czy Dinky. Ponieważ interesowałem się elektroniką od 1988 roku, szybko zwróciłem uwagę na to, co działo się wtedy w Anglii. Szczególnie spodobały mi się płyty wykonawców nagrywających dla Warpu. Do dziś uważam, że to najlepsza elektronika, jaką kiedykolwiek nagrano. W 1997 roku po ośmiu latach włóczenia się po świecie wróciłem do Chile i od razu trafiłem do muzycznego podziemia. Wprowadził mnie brat Andres, który w tym okresie nagrywał z przyjaciółmi nowy album. Z czasem scena elektroniczna zaczęła się coraz bardziej rozrastać, wielu ludzi eksperymentowało z dźwiękiem, pojawiły się niezależne wytwórnie, płyty, kluby. Kiedy o niektórzy artyści zdobyli szerszy rozgłos, zaczęli wyjeżdżać z Chile. Dlatego dzisiaj to środowisko jest nieco mniejsze, ale nadal aktywne, bardziej skoncentrowane na minimalu.

No właśnie: najważniejsi producenci, którzy zdefiniowali tę estetykę, pochodzą z Ameryki Południowej: Ty, Ricardo Villalobos i Luciano.
Wszystko zaczęło się od eksperymentów Atom Hearta i Dandy Jacka. To oni zaczęli wprowadzać elementy tanecznej muzyki latynoskiej do techno i house`u. Pierwszą płytą, która była kwintesencją tych pomysłów okazała się „Y Sus Congas Pensantes” Jorge Gonzalesa z 1997 roku. Potem wszyscy poszliśmy w tym kierunku. To wcale nie było dla nas trudne -każdy z nas głęboko tkwił korzeniami w muzyce etnicznej. Wraz z Argenisem Brito powołałem do życia duet Mambotur i podpisaliśmy kontrakt z niemiecką wytwórnią płytową Multicolor. W ten sposób tamtejszy rynek otwarł się na muzykę z Ameryki Południowej. Ponieważ nasze utwory świetnie sprawdzały się w klubach, naszymi śladami poszli inni producenci z Europy.
Jednym z najważniejszych albumów, który przyczynił się w znacznym stopniu do rozwoju minimalu, był wydany w 2004 roku „Introducing Light And Sound” tria Monne Automne, które tworzyłeś wraz z Luciano i Argenisem Brito.
Pomysł narodził się u mnie w domu w Santiago. Robiliśmy w tym samym czasie z Argenisem muzykę dla Mambotur, ale nie wszystkie kawałki pasowały do tego projektu. Dlatego te bardziej zredukowane postanowiliśmy opublikować pod inną nazwą. Zaprosiliśmy do współpracy również Luciano. Idea była prosta – spotkać się i stworzyć coś razem, dając upust swym wszystkim fascynacjom muzycznym. Sami byliśmy zaskoczeni, że powstało tak nowatorskie brzmienie.

Mało tego: w tym samym czasie pracowałeś z Danielem Nieto w duecie Skipsapiens. Czy projekty te przenikały się w jakiś sposób?
Każde wcześniejsze doświadczenie ma wpływ na to, co się potem tworzy. Skipsapiens był wyjątkowym projektem. Nazywałem go na własny użytek „Kalkulatorem”, ponieważ muzyka powstawała w matematyczny sposób. Daniel był wtedy bardzo młody, kończył studia, a mimo to nauczył mnie dużo o pracy z syntezatorami analogowymi. Wykorzystałem to potem w Mambotur. Robiąc muzykę z Argenisem, czułem się, jakbym wyszedł z laboratorium na plażę. Mimo tego, wykorzystałem w Mambotur wiele pomysłów ze Skipsapiens – nie w stylu grania, bo to był house, a nie IDM, ale w eksperymentach z brzmieniem. Te wszystkie dziwne „wzory” dźwiękowe w muzyce Mambotur pochodziły ze Skipsapiens.
Twój pierwszy solowy album – „Familia” – był mocno skoncentrowany na oszczędnym tech-house`ie z pominięciem mocniejszych wpływów latino. Dlaczego tak się stało?
„Familia” była rezultatem sześciu lat eksperymentowania z elektroniką. Dlatego skupiły się na niej wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia – z Mambotur, Skipsapiens czy Monne Automne. W niektórych momentach cytowałem swe latynoskie fascynacje wprost, a kiedy indziej – podchodziłem do muzyki bardziej konceptualnie i chowałem te wpływy w tle, nie czyniąc z nich głównego wątku.

Twoja najnowsza płyta – „Amigo” – zaskakuje szerokim wykorzystaniem gościnnie zaproszonych wokalistów.
Z Armell Pioline pracowałem już na „Familii”. Tym razem musiałem wybrać się do Paryża, w którym mieszka, aby dokonać jej nagrań. W dwóch innych utworach śpiewa Aldo „Macha” Asenjo. Ponieważ mieliśmy trudności z umówieniem się w studiu, dopadłem go po koncercie w… toalecie klubu. Wyciągnąłem mikrofon z laptopem, powiedziałem: „Raz, dwa, trzy – nagrywamy!” i jakoś poszło. Jorge Gonzales okazał się bardziej dostępny – jego partie zarejestrowaliśmy w moim studiu w Berlinie. Wszyscy ci wokaliści byli dla mnie niezwykle ważni – każdy z nich odcisnął własne piętno na tym materiale.
Dlaczego latino tak dobrze wkomponowało się w nowoczesną muzykę taneczną – minimal, techno czy house?
To świetna kombinacja, jak dusza i umysł, bo łączy wysoko zaawansowaną technikę z południowoamerykańską żywiołowością i skłonnością do improwizacji.

„Amigo” wydałeś nakładem własnej wytwórni płytowej – Maruca – której nazwa pochodzi od imienia Twej matki. Czy rodzina jest dla Ciebie ważna?
Niezwykle, to fundament, na którym mogę budować inne rzeczy. Część mojej rodziny jest w Niemczech, a część – w Chile. Mimo to, często się nawzajem odwiedzamy. Sam na razie jestem kawalerem, nie mam żony, ani dzieci. Pewnie przez to, że mam za dużo muzyki w głowie.

Mira Calix i Andrea Parker we Wrocławiu!

Wiadomo już oficjalnie, że trasa koncertowa Jamesa Plotkina i Micka Harrisa została odwołana. W związku z tym nie odbędzie się ich występ zaplanowany na 2 października 2010 roku w ramach Avant Art Festival. W ich miejsce wystąpią dwie damy artystycznej elektroniki – Mira Calix i Andrea Parker we wspólnym projekcie Freaky Bitches!
Twórczość urodzonej w RPA Chantal Passamonte, znanej przede wszystkim pod pseudonimem Mira Calix, można opisać jako niezwykle oryginalne ambientalne dźwiękowe pejzaże. Ta uznana Dj i producentka muzyczna zasłynęła swoimi utworami pełnymi eksperymentalnych elektronicznych tekstur zmiksowanych z jej delikatnym śpiewem. Zadebiutowała w 1996 roku wydając singiel zatytułowany Hunmba w wytwórni Warp, specjalizującej się w estetyce IDM.

Cztery lata później ukazał się jej pierwszy pełny album One on One. Jej wczesna muzyka była prawie wyłącznie oparta na elektronicznych brzmieniach, jednak od 2003 roku artystka zaczęła wprowadzać do swojej twórczości orkiestracje i klasyczne instrumenty. Obecnie głównie pracuje w kolaboracjach z innymi muzykami. Na jej koncie odnaleźć można wiele instalacji galeryjnych, ścieżek dźwiękowych do filmów i przedstawień teatralnych.

Andrea Parker

Jest brytyjską producentka i DJ pochodzącą z Yalding w Kent. Wykształcona na klasyczną wiolonczelistkę szukała jednak inspiracji u pionierów elektroniki, takich jak Art of Noise czy Jean Michel Jarre. W 1993 roku założyła grupę Inky Blacknuss razem z producentami Alexem Knightem i Ianem Tregonningiem.

Jej pierwszy solowy album zatytułowany Kiss My Arp ukazał się wytwórni Mo Wax w 1999. W 2002 roku zakłada własny wydawnictwo Touchin Bass, gdzie publikuje swoje kolejne płyty, wyprodukowane razem z Davida Morleya. Jej muzyka to mroczna wersja muzyki electro z lat 80-tych, oparta na brzmieniu starych automatów perkusyjnych.

Freaky Bitches, czyli Mira Calix i Andrea Parker wystąpią 2 października we Wrocławiu w CS Impart, Mazowiecka 17. Ceny biletów na ten dzień pozostają bez zmian. Bilety można zwracać w miejscu ich zakupu. Zakupione już bilety zachowują ważność. Więcej informacji o zwrotach można uzyskać, pisząc na adres: bilety@avantfestival.pl.

Informacje o festiwalu na: www.avantfestival.pl

Warto posłuchać: Pariah

Schemat ogólnie znany – remixy, kilka świetnie przyjętych własnych utworów, singiel i podwójna EPka dla legendarnej wytwórni. No właśnie, więc po co zajmuje Wam głowę? Artur Cayzer, londyńczyk z krwi i kości to kolejny z młodych wilczków, które mają szansę na nowo zdefiniować scenę muzyki elektronicznej. I to nie wymyślając nowe, chwytliwe hasła(jak witch house etc. bleh) tylko sięgając po stary, sprawdzony mechanizm mieszania wszystkiego ze wszystkim. Na szczęscie Pariah ma trenerski nos w kompletowaniu tej stylistycznej układanki.

Tak więc połączył samplową ekwilibrytstykę spod znaku J Dilla z garageowym tempem FaltyDL. Dzięki czemu jego muzyka zyskała niezwykłą przebojowość i chwytliwość. Gdyby nie ta pierwsza cecha oraz ignorowanie jako głównego wpływu, popularnego ostatnio houseu to mógłbym powiedzieć, że to Andres ze swojego ostatniego albumu dla Mahogani Music. Czyli idealnie wyważony hip-hop, funky(w wydaniu uk) i inspiracja detroit.

Wracając do schematu. Zaczęło się od remixów niezwykle popularnych w ubiełym roku The XX, Ellie Goulding czy Bombay Bicycle Club. A dalej było już tylko z górki. Świetne kawalki Orpheus oraz Detroit Falls(why?) i kontrakt z legendarną R&S Recordings, którego konsekwencją był wydany niedawno dwupłytowy album Safehouses.

Ciężko stwierdzić co będzie dalej, gdyz wielu przed Pariah, po nagraniu długogrającego krążka napotykało przysłowiową ścianę. Trzymajmy więc kciuki, żeby tej hajp nie skończył się, zanim się tak naprawdę zaczął.

Discogs

Myspace


Osoboliwości nowej muzyki – część 2

Historia alternatywy obfituje w szereg niezwykłych wydarzeń, w których prawda już dawno zatarła się z fałszem, zaś reputacja niektórych twórców nierzadko wyprzedza ich dokonania. Poniżej prezentujemy garść niezwykłych historii z ostatniego półwiecza w elektronice.

„Anti”, czyli elektroniczny protest-song

W 1994 roku duet Autechre był jedną z wielu wschodzących „gwiazd” muzyki elektronicznej, która pracowicie zdobywała drogę na sam szczyt panteonu największych. A jednak już wtedy Sean Booth i Rob Brown nie uznawali kompromisów, zarówno w wymiarze dźwiękowym, jak i społeczno-politycznym. Epka „Anti” była wyrazem sprzeciwu wobec działań brytyjskiego parlamentu, który dążył do delegalizacji sceny rave. Nowe prawo dawało funkcjonariuszom policji uprawnienia do rozpędzania zgromadzeń powyżej setki uczestników tańczących przy muzyce „charakteryzującej się emisją następujących po sobie, powtarzalnych bitów”.

Zawarty na epce utwór „Flutter” został więc skomponowany w taki sposób, że nie ma w nim dwóch takich samych taktów i tym samym nie kwalifikuje się jako repetetywny. Informacja na naklejce zdobiącej okładkę „Anti” sugerowała DJom, by na imprezie znajdował się muzykolog i prawnik potwierdzający fakt niepowtarzalnego charakteru muzyki w razie interwencji policji.

Coil, czyli groza wcielona

Z duetem Coil wiąże się tak wiele historii, że nie wystarczyłoby miejsca, aby opisać wszystkie. Na razie poprzestańmy na dwóch. Pod koniec lat 80. Clive Barker zaproponował Johnowi Balanceowi i Peterowi Christophersonowi nagranie soundtracku do filmu „Hellraiser”, znanego w Polsce jako „Wysłannik piekiel”. Skomponowane kawałki okazały się jednak za mało komercyjne i zbyt przerażające, wręcz demoniczne – nawet jak na kino grozy – i ostatecznie nie zostały wykorzystane. Barker powiedział, że twórczość Coil przyprawiła go o skręcanie jelit jak żadna inna muzyka.

Warto wspomnieć też o sesji nagraniowej trzeciego studyjnego albumu Coil, zatytułowanego „Loves Secret Domain”. Legenda głosi, że podczas nagrywania tej płyty muzycy mieli niezwykłe wizje kontaktu z bezcielesnymi istotami, a w studio miały pojawiać się zjawy i inne licha. Po sesji wyniszczony Balance upadł nieprzytomny na podłogę, nie wiedząc kim jest i gdzie się znajduje, a kilka dni później poddał się dobrowolnej kuracji odwykowej. Mimo wszystko jest to chyba najbardziej pogodna i zarazem psychodeliczna płyta w dyskografii Coil, w czym zapewne swój udział miał specyfik, seryjnie zażywany przez Balancea i Christophersona podczas sesji nagraniowej. Jaki to specyfik? Wystarczy skrócić tytuł „Loves Secret Domain” do trzech pierwszych liter każdego słowa.

Lustmord, czyli co w krypcie piszczy

Można spierać się, czy Brian Williams vel Lustmord jest najbardziej znanym przedstawicielem dark ambientu, ale z pewnością jednym z najbardziej pomysłowych. Na przykład album „Heresy” z 1990 r. to owoc dwuletniego field recordingu zarejestrowanego w różnego rodzaju kryptach, jaskiniach, kopalniach, katakumbach i schronach przeciwlotniczych. Najbardziej czułe mikrofony zapisywały odgłosy pochodzenia sejsmicznego i wulkanicznego, zaś cały album miał wywoływać „fenomen psycho-akustyczny i fizyczne efekty niskich częstotliwości”. Podobne rzeczy wyprawia także Japończyk znany jako Aube, którego album „Aqua Syndrome” został w całości stworzony na bazie odgłosów wody uwięzionej w rurach i podziemnych kanałach.

„Mother”, czyli geniusz kontra megalomania

Znany światu jako Goldie, Clifford Price wspiął się na szczyty dzięki albumowi „Timeless” z 1995 – pionierskiej pozycji w ramach jungle/drumnbass. Jednak nie każdy wie, że równie ważną postacią w procesie nagrywania był Rob Playford, człowiek odpowiedzialny za produkcję i najbardziej skomplikowane techniczne aspekty płyty. Goldie, który nie jest muzykiem i nie obsługiwał sprzętu nagraniowego, plastycznie opisywał swoje pomysły Playfordowi, a ten przekładał je na dźwięki. W owych czasach złotozębny jegomość był na tyle nieopierzony, że ponoć podczas tras koncertowych miał specjalne naklejki na sprzęcie, żeby wiedzieć, które knefle przycisnąć. Wielki sukces „Timeless” pociągnął za sobą nie tylko sławę i prestiż, ale też presję, której Goldie chciał sprostać drugim albumem. Podwójny „Saturnz Return” z 1998 roku to prawdziwy kolos.

Drugą stronę wypełniają gwałtowne utwory na styku jungle i gitarowego hardcoreu, w niektórych śpiewa sam Goldie, zaś wśród gości przewijają się między innymi Noel Gallagher (Oasis) i KRS 1. Jednak dużo ciekawszy jest pierwszy krążek albumu, czyli trwająca dokładnie godzinę kompozycja „Mother” poświęcona, a jakże, rodzicielce Goldiego. Bezprecedensowa symfonia inspirowana dokonaniami Henryka Mikołaja Góreckiego i połamanymi brzmieniami spod znaku amen breaka. Podniosła, patetyczna i bezkompromisowa. Zdania były podzielone. Jedni rozpływali się w zachwytach nad odwagą Goldiego, inni ganili go za megalomanię. Wyrok jest indywidualny. I jeszcze ciekawostka. Kiedy upływa sześćdziesiąta minuta „Mother”, następuje epilog w postaci utworu „Truth”, w którym na tle minimalistycznego ambientowego podkładku smutno zawodzi sam David Bowie.

„Pukology”, czyli field-recording z okolic żołądka i przełyku

Nieprzewidywalny projektant zelektryfikowanych gabba-hymnów. Niespełna rozumu wąsaty wizjoner najbardziej ekstremalnych gatunków elektroniki. Posiadacz pokaźnej ilości płyt, kiczowatego wizerunku i wielu skandali na koncie. Błazen, dowcipniś, hultaj i skrzywiony antyesteta. Otto Von Schirach. Jedną z ekstrawagancji, jakie popełnił, była wydana w 2006 roku epka „Pukology”, w całości skomponowana z odgłosów wymiotowania. Nie wiem, co jeszcze można napisać na ten temat, poza tym, że to osoboliwość zaiste… gorzka.

Ciąg dalszy być może nastąpi. Część pierwszą przeczytacie w tym miejscu »

Sistol – On The Bright Side


Jednym z najmniej znanych dokonań Sasu Ripattiego jest album zrealizowany pod szyldem Sistol dla amerykańskiej wytwórni Phthalo w 1999 roku. Już wkrótce doczeka się on specjalnej reedycji – z dodatkowym krążkiem wypełnionym remiksami pochodzących zeń nagrań. Zanim to nastąpi, otrzymujemy nowy album Ripattiego pod dawnym pseudonimem – „On The Bright Side” – opublikowany przez pododdział Phthalo – Halo Cyan. Taką niezwykłą kolejność wydawania tych płyty wymyślił sobie szef tłoczni – producent i malarz Dimitri Fergadis.

Ci, którzy zwątpili już, że Ripatti powróci do tanecznej muzyki, będą pozytywnie zaskoczeni – nowe dzieło fińskiego producenta, które powstawało w ciągu ostatniego roku, to niespodziewany odwrót od wszelkiej maści abstrakcyjnej awangardy w kierunku konkretnego grania o klubowym charakterze.

Dwa pierwsze utwory to czytelne odwołanie do pierwszej płyty Sistol – surowe i twarde techno o marszowym rytmie. „(Permission To) Avalanche” uzupełniają wielokrotne nakładki melodyjnie brzęczących klawiszy nieustannie przeszywane dochodzącymi z dalekiego tła świdrującymi zgrzytami, a „Hospital Husband” – brzęczące pasaże przesterowanych syntezatorów podszyte kosmicznymi smugami. Wszystko to przywołuje wspomnienie techno z lat 90. – skoncentrowane na czystej energii, a nie dźwiękowych figlach.

Potem fiński producent sięga po electro. Tytułowe „On The Bright Side” dalekie jest jednak od jakichkolwiek oczywistości tego gatunku. Lekko podłamany bit niesie tutaj bowiem kolejne fale przesterowanych klawiszy o niemal shoegaze`owym natężeniu. Wszystko to brzmi jednak bardzo zimno – jakby zostało wykute w starym kombinacie hutniczym. Bardziej organicznie wypada umieszczone nieco dalej „Glowing And So Spread”. Nagranie, pulsujące w rytm kraftwerkowych uderzeń automatu perkusyjnego, zachwyca urokliwymi pasażami soczystych klawiszy o prawie popowej melodyce.

Wydaje się, że stąd już blisko do klubowych hitów firmowanych szyldem Luomo. I rzeczywiście dostajemy tu coś podobnego – to oparty na charakterystycznie zbasowanych uderzeniach masywnego rytmu „Fucked-Up Novelty”. Ripatti nie byłby jednak sobą, gdyby nie przekreślił komercyjnego sznytu nagrania orgią industrialnych hałasów w jego finale. Dlatego na klubowym parkiecie znacznie lepiej wypadnie „A Better Shore”. To przejmujące deep techno o galopującym metrum, łączące zgrabnie melodyjny pasaż klawiszy z chmurną falą basu, niczym nagrania Paula Kalkbrennera publikowane przez BPitch Control.

Z czasem Ripatti znów powraca do ciężkich podkładów rytmicznych. W efekcie „Contaminate Her” wypada niczym taneczny remiks któregoś z bardziej psychodelicznych nagrań Throbbing Gristle, wpisując przemysłowe echa w mechanicznie uderzający bit. Wpływy brzmienia rodem z Berghain przynosi natomiast finałowy „Funseeker”. Słychać to w typowym dla tamtejszych producentów tektonicznym rytmie, który w wykonaniu Ripattiego kontrastuje z kaskadami drżących syntezatorów, tworzących orientalną w nastroju melodię.

„On The Bright Side” to ożywczy powiew świeżej energii, dowodzący, że fiński producent nie zatracił się całkiem w dźwiękowych eksperymentach. Być może tak zadziała na niego kolejna przeprowadzka – tym razem na wyspę Hailuoto?

www.halocyan.com

www.phthalo.com

www.vladislavdelay.com

www.myspace.com/vladislavdelaymusic
Halo Cyan 2010

Lektura obowiązkowa!

Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria opublikowała znakomitą książkę – „Kultura dźwięku. Teksty o muzyce nowoczesnej”. To lektura obowiązkowa dla każdego słuchacza nowych brzmień. Dwaj amerykańscy muzykolodzy – Christopher Cox (autor m.in. „The Wire”) i Daniel Warner zebrali na ponad 500 stronach najwazniejsze teksty źródłowe, manifesty i artykuły dotyczące głównych nurtów muzyki XX wieku – od sztuki hałasu (w tym post-punk, noise i plądrofonia), przez minimalizm (rownież rap, house i techno) i improwizację (free jazz) po kulturę didżejską (dub, post-rock). Wsród autorów tekstów same wybitne nazwiska – m.in. Brian Eno, John Cage, Francisco Lopez, John Zorn, Michael Nyman, Ornette Coleman, Steve Reich czy Wim Mertens. Wsród nich cenieni teoretycy i dziennikarze współczesnej elektroniki – David Toop, Philip Sherbourne i Simon Reynolds. Nie mieliśmy jeszcze w Polsce tak ważnej pozycji dotyczącej tej tematyki.

Więcej informacji: www.terytoria.com.pl

Walkner.Moestl – Structures


Dokładnie dekadę temu elektroniczna scena w Wiedniu święciła swe największe triumfy. A wszystko to za sprawą fali nu-jazzu, który właśnie w stolicy Austrii trafił na wyjątkowo podatny grunt. Jedną z najważniejszych wytwórni tamtego okresu była G-Stone, dla której nagrywały takie tuzy gatunku, jak Tosca, Peace Orchestra czy Kruder & Dorfmeister. Ważnymi pozycjami w jej bogatym katalogu były dwie EP-ki zrealizowane przez duet Walkner.Moestl – „Bluish” i „Heaven Or Hell”. Stojąca za nimi para wiedeńskich producentów równie szybko wskoczyła na szczyt nu-jazzowej fali, jak równie szybko z niej spadła. Po dwóch latach współpracy drogi Uwe Walknera i Karla Moestla rozeszły się na równo dekadę. W tym czasie pierwszy kontynuował karierę didżeja, a drugi – założył wytwórnię Defusion. Brak indywidualnych sukcesów sprawił, że drogi austriackich producentów znowu się skrzyżowały. W efekcie dopiero teraz powstał ich pierwszy wspólny album – „Structures”.

Dwa nagrania otwierające zestaw to jakby wspomnienie dawnych czasów – ale niestety bez tamtej energii. „Presence” i „Meanwhile” to mdławe downtempo, łączące połamane podkłady rytmiczne z soulowymi wokalizami w konwencjonalnym stylu. Od razu można je sobie darować.

Tak naprawdę płyta zaczyna się dopiero od czwartego utworu – „The Dawning”. Spowolniony bit, głęboki pochód basu i żrące akordy klawiszy składają się na efektowną całość, w którą wpisana zostaje sugestywna wokaliza Martina Kleina. Od tego momentu wiedeński duet zaczyna sypać dubstepowymi killerami jak z rękawa.

Najpierw pojawiają się nagrania odwołujące się do rave`owych brzmień sprzed prawie dwóch dekad. W „Head Down” słychać skorodowane akordy klawiszy na tle których rozlegają się energetyczne nawoływania do wspólnej zabawy, a w „Ascend” – radosna partia wesołkowatego piano, podbita masywnym pulsem basu. „Fragments” i „Promise” to zupełnie inna wersja brytyjskiego gatunku. W smoliste bity wpisane zostają sentymentalne pasaże klawiszy i eteryczne wokale Evy i Niny, w efekcie czego otrzymujemy niemal popową wersję dubstepu. Gdyby utwory te wydała jakaś duża wytwórnia – pewniakiem zawojowałyby europejskie listy przebojów.

Dalsza część krążka przynosi kolejna zmianę nastroju – tym razem austriaccy producenci biorą się za UK garage. W „Crab Apple” i „Follow Me” mijają się dudniące bity i połamane basy, perliste partie syntezatorów i zmysłowe wokalizy. W drugim z nagrań ważną rolę odgrywają ambientowe brzmienia – nadają one całości przestrzenny charakter znany z produkcji LTJ Bukema. Zresztą następny utwór w kolejce – „Broken World” – to już czytelny ukłon wiedeńskiego duetu w stronę drum`n`bassowej klasyki.

Najlepszym nagraniem z tego zestawu okazuje się „Faces”. Walkner i Moestl, nie rezygnując ze swej skłonności do chwytliwych melodii, stawiają tu jednak na inny klimat – mroczny i niepokojący – który tworzą metaliczne akordy klawiszy zatopione w gęstwinie dubowych szumów i pogłosów. To angielski garage w chmurnej wersji – nie pozbawiony jednak tanecznej energii.

Gdyby nie słaby początek, płyta robiłaby świetne wrażenie. Okazuje się bowiem, że austriacki duet ma dobrą rękę do tworzenia wyjątkowo przebojowej odmiany dubowych połamańców. Przy ich produkcjach nawet Rusko wysiada. Mała siła przebicia niezależnej wytwórni dla której nagrywają, pogrzebie jednak zapewne ich marzenia o komercyjnym sukcesie.

www.defusionrecords.com

www.myspace.com/karlmoestlmusic
Defusion 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 2: Anthill

W najbliższym wydaniu audycji zostanie zaprezentowany godzinny didżejski set Anthill, w którym usłyszymy subtelną elektronikę skąpaną w klimacie science fiction. Będzie to druga odsłona serii „In The Mix”, w której producenci, didżeje i muzycy prezentują swoje ekskluzywne sety i live acty.

Anthill (Krzysztof Mandrela) – polski producent i didżej. Niedawno skończył komponować utwory dla Sudenes, grupy którą współtworzy wraz z T. Grocholą i przyjaciółmi (http://www.myspace.com/sudenes). Pracuje też z zespołem Green Sky jako wokalista (http://www.myspace.com/greenskybandmusic). W wolnych chwilach gra w krakowskich klubach, ostatnio w Kakadu.





„Chciałem zagrać moich ulubionych wykonawców, takich którzy mieli wpływ na moją muzykę. Jednak ideą miksu było dla mnie zagranie ich w zupełnie nowy sposób lub połączenie kilku z nich w nową kompozycję. Wychowałem się na rzeczach z 4AD oraz na zespołach typu Orbital, Massive Attack czy Radiohead i tego ducha chciałem także w secie zawrzeć, ale nie tylko – jest tam także kilka odnieśień do filmów oraz gatunku S-F, końcowa część setu to ukłon w stronę ambientu oraz improwizacji wokalnych. Generalnie chodziło mi o dobry drive, przestrzeń i podświadomość”.

Maciek Kaczmarski i Wielcy Elektronicy zapraszają. Niedziela 29 sierpnia, godzina 17:00, tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Biosphere z muzyką do filmu

Zobaczcie trailer filmu „Nokas”, do którego muzykę zrobił Geir Jenssen – aka Biosphere. Premiera planowana jest na początek października. Film opowiada o jednym z największych napadów w historii Norwegii. W kwietniu 2004 roku, w miejscowości Stabenger skradziono 57 milionów norweskich koron. Do dziś odzyskano jedynie 6 milionów.

Reżyserem filmu jest Erik Skjoldbjærg, który wcześniej nakręcił m.in. „Insomnię” – do tego filmu muzykę również komponował Jenssen, wydając potem płytę o tym samym tytule.

Hailo – Soul Asylum


Powstrzymałem się przy okazji „Present”, ale teraz wydaje się już jaśniejsze, że pod inspiracją solowymi Pandą (debiut i „Young Prayer”) i Aveyem („Pullhair Rubeye”?), Arthurem Russellem, Fuck Buttons („Street Horrising” jednak), Atlas Sound i Deerhunterem („Cryptograms”, a przez antycypację i „Halcyon Digest”), dziwnymi płytkami Animal Collective („Campfire Songs”?), Hailo ukrywa także wpływy Jane. Początkowo przychodzi na myśl głównie odświeżająca jasność finalnych partii „COcOnuts”, później jednak także ciemne spirytualistyczne sztuczki z „Paradise”. Akcja w grę skojarzeń bawi, mimo ciągłego rugowania przyciężkiej plemienności na rzecz lekkiej, przejrzystej zabawy (motywowane troską o publikę DJskie decyzje powtarzają się częściej, rozstrzygając o przystępności „SA”) w trochę bajkowym, srebrzysto-białym designie pełnym wróżek, rollercoasterów, jednorożców i red bulli sączonych przez nasteczki w dorosłych sukienkach koktajlowych. Nigdy nie pałałem sympatią do Kamp!, więc tym łatwiej przychodzi mi stwierdzenie, że jednym „Through the Clouds” Hailo kupuje mnie bardziej niż całe ich EPki. Nawet kiedy po mostku zrobionym z ciszy, „klubowa” suita rozpada się w ambienty, powidok brokatowych wspomnień trwa nadal.

Tak wypakowany, trwający kwadrans, kontrastowy dla reszty materiału, closer ma wsparcie mocnego centrum płyty („Blue Sky, White Hair, Green Jacket” + „Thousands of Blue And Red Lanes” + „Glow”), bardziej stonowanego, psychodelicznego i pozytywnie naiwnego z uwagi na ewokowanie atmosfery szczerych demówek. Mniej tu wysokich, niknących wokali odsyłających do „Young Prayer”, więcej własnego głosu Figla. Byłoby wspaniale ograniczyć płytę do czterech wymienionych już utworów, resztę prezentując oddzielnie jako b-sidey, notatki z badań nad ewentualnością utanecznienia lub 4ADyzacji post-rocka.

Recenzent WAFP miał niechcący rację niechcący deprecjonując album Hailo porównaniem fragmentów „Soul Asylum” do muzyki New Century Classics. Z całą sympatią dla NCC, Figiel powinien był jednak stronić od nudnawych zabaw dzwoneczkami, wzruszającymi samplami i miauczącymi droneami puszczanych od tyłu gitarek. Operowanie niedopowiedzeniami wychodzi jeszcze nieźle w „Contemplation” – imitującym proces dobierania i ujmowania składników kompozycji w czasie rzeczywistym. Gorzej przedstawia się w miniaturkach, poprzyklejanych do rdzenia albumu jak podnawki do brzucha rekina, niezbyt potrzebnych i wzmagających wrażenie randomowości niektórych partii albumu.

Gdyby nie „Through the Clouds” i kilka innych charyzmatycznych momentów, byłaby to płyta o wiele bardziej „polska”, ocierająca się tuż-tuż o oklepaną intymność, zasługująca na kliszowy odbiór. Hailo unika jednak katastrofy pretensjonalności dorzucając do świata rodzimych długogrających debiutów ciekawą propozycję, która pozostawia jedną tylko obawę, że długo będziemy czekać na coś naprawdę konkretnego z jego strony. Na wejściu pozyskany pozytywny oddźwięk w omuzycznym internecie może prowokować do publikowania odprysków zamrażających wizerunek Hailo w pozycji artysty, z którego usilnie nie spuszczamy wzroku, ale który nie pozwala nam się nad sobą w końcu spuścić za sprawą niebotycznych not. Dziękuję.

Płytę można ściągnąć tutaj

2010, Soul Asylum

The Chemical Brothers – Further

 

Tom Rowlands i Ed Simons, których twórczość od momentu wydania debiutanckiego ‘Exit Planet Dust’ jest wyznacznikiem jakości dla producentów szeroko pojmowanej muzyki elektronicznej, wydali swój siódmy już album – pięćdziesiąt minut muzyki rozpisanej na zaledwie osiem utworów zebranych pod zuchwałą nazwą ‘Further’. Tytuł jest niczym innym jak symboliczną rękawicą rzuconą przez Chemicznych Braci pod własne nogi. Wyzwanie wcale nieproste biorąc pod uwagę całokształt ich dokonań z ostatnim albumem ‘We Are The Night’ na czele, którego przeskoczyć wydawać by się mogło łatwo nie będzie.

Z cyfrowego zgiełku wyłania się jednostajny rytm na tle którego aksamitny kobiecy śpiew w anielskiej oprawie rozpościera kojącą uszy melodie, by zaraz ustąpić miejsca nabierającej prędkości amplitudzie dźwiękowych zniekształceń. Rakieta, do której wsiadamy słuchając ‘Escape Velocity’ szybko nie wyląduje. Jej siłą napędową są gęste syntezatorowe brzmienia, z których na taką skalę Chemiczni Bracia jeszcze nie korzystali, co nie przeszkodziło im w tworzeniu naprawdę pięknych melodii – słusznie promujący album utwór Swoon jest jednocześnie delikatny i potężny. Imponuje majestatycznym motywem przewodnim przeplatanym zwiewnymi żeńskimi wokalizami. Przebojowych momentów znajdziemy zresztą niemało, gdyż wedle zapewnień duetu premierowy materiał został wykrojony z paru godzin gotowych nagrań. Nie ma tu więc miejsca na przypadek nie mówiąc już o jakimś brużdżącym całokształt zapychaczu. W każdej minucie słychać, jak wielką radość sprawia Braciom proces twórczy mimo blisko dwudziestoletniego doświadczenia, które w przeszłości skutkowało czasami powrotem na wyjeżdżone już przez nich tory.

Idée fixe przyświecającą pracy nad albumem było stworzenie muzyki przeznaczonej specjalnie do prezentowania jej na żywo, co jest z pewnością odpowiedzią na rosnące nieustannie zainteresowanie ich występami na wszelkiego rodzaju festiwalach – od Glastonbury po Coke Live Festiwal. Dlatego też na próżno szukać tu kolaboracji, które nierzadko były kluczowymi substratami w dźwiękowych reakcjach brytyjskich alchemików – prym wiodą tu kompozycje instrumentalne. Zapominając także o big beatowych korzeniach, lecz nie o historii muzyki elektronicznej, czego dowodem są znajomo brzmiące podrygi klawiszowego kombajnu, który spopularyzował Pete Townsend z The Who, siódma studyjna receptura okazała się na tyle innowacyjna i skuteczna, iż według mnie ‘Further’ ma już zapewnione topowe pozycje w rankingach podsumowujących muzyczny początek dekady. Chemiczna fonia, której energia znajduje ujście w kontrolowanych wodospadach herców spadających na słuchaczy wpatrzonych w wizualizacje towarzyszące poszczególnym kompozycjom, naprawdę ożywa podczas koncertów. To już nie jest inteligentna muzyka dance, tylko ryk stadionowej bestii, którą wcześniej potrafiły ujarzmić jedynie paroosobowe zespoły, a nie dwójka facetów zakopana na środku sceny w kablach i konsolach.

Przybranym braciom detronizacja nie grozi, gdyż z tytułowej obietnicy w pełni się wywiązali. Rozwijając swoje brzmienie, które mimo gruntownego liftingu zachowało dźwiękową suwerenność zapewnili, iż ich kariera w najbliższym czasie nie będzie oparta na wydawaniu remixów i sesyjnych odrzutów. Oczywiście zawsze mogą zrezygnować z obranego właśnie kierunku i zdecydować się na eksplorację nowych, jeszcze nieokablowanych przez siebie regionów muzyki. I pójść jeszcze dalej.

Freestyle Dust / Parlophone | 14.06.2010

5/5

Luke Abbott – Holkham Drones



Szef wytwórni Border Community, James Holden, użył w jednym z wywiadów złośliwej nazwy „Ableton techno” dla określenia nowego, ponadgatunkowego i międzynarodowego prądu w elektronice. Oto skrócony manifest ruchu: mam kilka presetów, kilka plików mp3, kontroler (opcjonalnie) i poważną minę – mogę więc zagrać lub nagrać wszystko. Problem w tym, twierdzi Holden, że od kiedy coś jest tak pospolite i tak łatwe do wykonania, zupełnie traci jakąkolwiek wartość. „Ableton techno” nie tylko więc wyprodukowało muzyczny proletariat – podniosło bardzo wysoko poprzeczkę ambitniejszym muzykom.
Z perspektywy tej opinii łatwo zrozumieć dlaczego Luke Abbott świetnie odnalazł się w labelu Holdena. Jego „Holkham Drones”, pierwszy po dwóch epkach długogrający album dla Border Community, to bowiem podręcznikowa antyteza „Ableton techno”. Nie znajdziecie więc tu ani presetów z syntezatorów VST, ani glitchowych brzmień, ani agresywnego sidechainingu; nie usłyszycie tysiąca efektów, zmian tempa, dziwacznych podziałów i wobblującego basu, słowem – niczego, czego można się nauczyć w pięć minut z setek filmów dla domorosłych producentów z serwisu YouTube.
„Holkham Drones” to płyta nagrana jakby bardzo, bardzo dawno temu, na praszczurach sekwencerów i przy pomocy zajmujących pół ściany syntezatorów modularnych

Co zatem album zawiera? W recenzjach pisze się o nim różnie (choć zawsze z zachwytem): hipnotyzujący, eskapistyczny, zamglony, psychodeliczny, krautrockowy. To wszystko święta prawda, ale brakuje tu jawnego zaakcentowania jeszcze jednego, kluczowego moim zdaniem określenia, mianowicie: retro. Bo „Holkham Drones” to płyta z innej epoki: nagrana jakby przez Boards of Canada czy Plaid, ale nawet nie w poprzedniej dekadzie, lecz w latach osiemdziesiątych lub siedemdziesiątych ubiegłego wieku, może w Niemczech z udziałem Popol Vuh czy Tangerine Dream, może w legendarnych studiach BBC z Delią Derbyshire, może wreszcie gdzieś za oceanem. Nieważnie w sumie gzie; zarejestrowana w każdym razie „na setkę” bardzo, bardzo dawno temu, na praszczurach współczesnych sekwencerów i przy pomocy solidnych, zajmujących pół ściany syntezatorów modularnych – dziś odnaleziona, cyfrowo wyczyszczona i wrzucona do internetu.
I nie chodzi mi tu tylko o walory posiadanych ponoć przez Abbotta w sporej liczbie analogów, choć mają one oczywiście ogromny wpływ na to wrażenie. Muzyk, owszem, korzysta skrzętnie z bogatych faktur i lekkiej narowistości starych instrumentów, nie epatuje jednak sztucznym, podkręcanym ciepłem czy brudem – brzmienie jest wciąż krystaliczne i selektywne (bo, ostatecznie, składane przecież do kupy i masterowane cyfrowo). Sęk tkwi w aranżacjach, utwory na „Holkham Drones” opierają się bowiem głównie na upartej powtarzalności nieskomplikowanych melodii i prostych loopów z automatów perkusyjnych; ta lekka toporność – toporność jak najbardziej zamierzona – podkreślana jest dodatkowo poetyką chałupniczej improwizacji, brzmiącej jakby wszystkie urządzenia w studiu Abotta grały jednocześnie, a on kontrolował je na żywo tylko przy pomocy dwóch rąk; tu zmienia oscylator, tam skraca werbel, tu moduluje stopę, tam odpala kolejną sekwencję – ciągle coś się dzieje, nigdy jednak nie muzyk nie robi wielu rzeczy naraz.
Abbott ma oczywiście pełną kontrolę nad materiałem, używa jej jednak z rozmysłem, bez ulegania pokusom łatwego efekciarstwa – stąd stylizacja na piwniczny live. Posłuchajcie więc prostych manipulacji syntezatorami perkusyjnymi w „Whitebox” czy „Hello Tazelaar”. Potem przerzućcie się na „Brazil” – zaginiony kawałek Boardsów, który uwodzi od pierwszych taktów do samego finiszu, jeśli jednak przyjrzeć mu się ze strony aranżacyjnej – jest prosty jak cep. Przerzućcie się na brzmiące jak Plaid na żywo „Trans Forest Aligment”, potem przypominające ostatnie dokonania The Advisory Circle „More Room”. Następnie przepłyńcie przez resztę: we wszystkich fragmentach albumu będzie was ujmowała podobna – wyrachowana, owszem, ale i porywająca zarazem – prostota.
Dzięki niej „Holkham Drones” to jedna z najlepszych płyt elektronicznych tego roku. Podczas gdy wszyscy zajeżdżają iMaki, kontrolery i słuchaczy, Luke Abbott zainwestował swoje zdolności i swój sprzęt w melancholijne spojrzenie wstecz. Ja więc również odwołam się do przeszłości: dawno, naprawdę dawno – mniej więcej od „Music Has The Right To Children” – nie słyszałem tak przemyślanego, świeżego i uzależniającego materiału.
Border Community, 2010

Tom Clark – Pressure Points


Jest jedną z szarych eminencji berlińskiej sceny klubowej. Choć nigdy nie udało mu się przebić do pierwszej ligi niemieckich didżejów i producentów, z uporem robi swoje już prawie dwie dekady, gromadząc wokół siebie sporą grupę wiernych fanów.

Zaczynał od klubowych wieczorów w mniej znanych lokalach. Konsekwencja w działaniu sprawiła jednak, że z czasem został dostrzeżony przez właścicieli miejsc z wyższej półki. Najpierw trafił więc jako rezydent do E-Werk, a potem do samego Tresora. Mimo, iż koncentrował się na klasycznym techno, przemycał do swoich setów zarówno electro, jak i house. Podobnie działo się w katalogu jego pierwszej własnej wytwórni – Gold Plate Music. Po trzech latach jej działalności, zmienił profil, powołując do życia Highgrade Records. Ponieważ jako jeden z pierwszych wyczuł modę na minimal – firma rozrosła się w ciągu minionej dekady w całkiem spore imperium.

Tom Clark nie zapomniał jednak o autorskich produkcjach. Choć zadebiutował już w 1997 roku, w pełni objawił swój kompozytorski talent na dwóch albumach wydanych w następnej dziesięciolatce – „King Tide” z 2002 roku i „Service Nation” z 2006 roku. Po czterech latach milczenia otrzymujemy kolejny krążek berlińskiego producenta – „Pressure Point”.

Nie ma na nim niespodzianek. Clark kontynuuje swoje eksperymenty z techno i housem, nie rezygnując z minimalowego sztafażu. Czasem przynosi to całkiem ciekawe rezultaty – choćby w rozpoczynających album „Passion” i „The Rock”. Miarowe bity podbite głębokim basem niosą tu dubowe akordy klawiszy o podwodnym brzmieniu, tworząc oniryczny klimat, w który zgrabnie wpisują się ze smakiem wplecione męskie wokalizy.

Podobnie jest w dalszej części krążka, czego przykładem „Hitch & Ride” i „Keep Your Fancy Free”. To również techno w minimalowych aranżach, ale wzbogacone o gęstszą siatkę sampli – klasycznego pianina, plemiennych perkusjonaliów, dziwnych głosów. Wszystko to zgrabnie splecione z motorycznymi podkładami rytmicznymi, emanuje pozytywną energią i zmysłowym groovem.

Trochę gorzej radzi sobie Clark z wprowadzeniem do swych nagrań elementów house`u. W takich utworach, jak „Pressure Points” czy „Snake Charmer”, niby wszystko jest w porządku, ale jakoś trącą one banałem, brakuje w nich mocy, jakby berliński producent nie radził sobie z odpowiednim poustawianiem dźwięków. Z tego zestawu broni się wymodelowany na nagrania Technasii dynamiczny „Dream Within A Dream” i przebojowy „Secret In My Pocket”, który ubrany w odpowiednie obrazki, mógłby spokojnie pohulać w MTV.

Nie wiadomo po co Clark przeplata te klubowe nagrania ilustracyjnymi wtrętami. O ile króciutkie „Interlude 1” i „Interlude 2” nawet nie zwracają na siebie uwagi, to mocniej podkreślone „All I Can See” i „Floating Cells”, balansujące między tropikalnym downtempo a smolistym trip-hopem, sprawiają wrażenie jakby przeniesiono je z innej bajki.

„Pressure Point” potwierdza, że Tom Clark raczej nie przeskoczy już tego, co do tej pory zrobił. Jego znakiem firmowym stało się minimalowe techno – i w tym stylu osiąga najlepsze rezultaty. W innych gatunkach – bywa różnie. Ale przecież każdy ma prawo eksperymentować.

www.highgrade-records.de

www.myspace.com/highgraderec

www.myspace.com/tomclarkhighgrade
Highgrade 2010

Jimmy Edgar – XXX


Jimmy Edgar, cudowne dziecko Detroit powraca. Jego pierwszy album pt. Color Strip (2006, Warp Records) całkowicie podbił moje serce i zajął wysokie miejsce w podsumowaniu rocznym jak i również na półce z płytami. Nic więc dziwnego, że wiązałem z tym wydawnictwem duże nadzieje. W dalszej części tekstu dowiecie się czemu te nadzieje nie zostały spełnione (niestety…) i dlaczego fakt ów wcale XXX nie przekreśla.

Cofnijmy się do 2006 roku. Wspomniany debiut (wtedy jeszcze) osiemnastolatka był świeżym powiewem na nieco zmurszałej i zapomnianej scenie Detroit, o ile o takowej można w ogóle mówić w kontekście lat 00 (sprzeczać się nie zamierzam, takie są moje odczucia). Zawierał on oprócz charakterystycznego instrumentarium (automaty perkusyjne, klawisze) nutkę eksperymentatorstwa i nieco popowe podejście do tematu. Dodajcie do tego charyzmę autora i jak mawiał klasyk „to nie może nie być hit!”. I niech mnie jeśli nie był. Takie petardy jak „Pret-A-Porter” czy „My Beats”; po dziś dzień nawiedzają moje głośniki nic nie tracąc ze swojej pierwotnej mocy.


Ale wróćmy na ziemię. No właśnie… XXX jest takim muzycznym powrotem na ziemię. Jimmy z alfonsa stał się kochankiem. Mamy więc parkietowe wymiatacze w stylu „New Touch”, ale i tzw. „wolnego” zatańczyć przy „Physical Motion” jak najbardziej można. Jest bardziej zachowawczo, bardziej „standardowo”. Próżno szukać tego debiutanckiego pazura (plus to czy minus?). Utwory, pomimo sporego zróżnicowania brzmieniowego, są aranżacyjnie monotonne. Za przykład może posłużyć kawałek „Vibration”, który przez ok. 3 i pół minuty zamula nas powtarzaniem dwóch wersów, natomiast to, co się dzieje potem, to już czysta poezja i ja doznaję w stu procentach. I choć najważniejsze jest jak się kończy, a nie jak zaczyna, to lekki niedosyt pozostaje.
Kolejną rzeczą, która uległa wyraźnie zmianie, to nacisk na wokale. Środek ciężkości przesunął się z muzyki, na wokale właśnie. Na Color Strip śpiewania właściwie nie było, głownie melorecytacja. Na XXX natomiast spora część utworów z wokalem jest już w formie śpiewanej. I bardzo dobrze, bo w tej konwencji sprawdza się to wyśmienicie, jak chociażby w „Turn You Inside Out” (chyba najlepszy kawałek na płycie) czy w „New Touch”. To już nie jest electro z domieszką R&B. To electro zmieszane z R&B. Jest zdecydowanie bardziej melodyjnie, piosenkowo.
Pora na konkluzję. Czy warto? Zdecydowanie tak. Dla tych wszystkich poukrywanych skarbów, które na nas czekają przy odsłuchu. Fakt, trzeba się trochę przedzierać, ale gra w tym przypadku jest warta świeczki. Połamania nóg (na parkiecie).
Studio !k7

Hipnoza świętuje 10 urodziny!

Z okazji 10 rocznicy istnienia katowicki klub Hipnoza zaprasza na serię doskonałych koncertów, podczas których wystąpią m.in. The Whistest Boy Alive, Andrea Triana czy Polar Bear. Zobaczcie dokładny spis i opis występów. Warto! The Whitest Boy Alive

  • 24.09.2010 (piątek) godz. 20:00

„Dreams” muzycy wracają z doskonałymi taneczno-popowymi piosenkami na krążku „Rules” Jak mówią, przy tworzeniu „Rules” mieli w głowie jedną nadrzędną zasadę: sprawić by ludzie tańczyli. Obok subtelnych bujanych rytmów równie istotne są tu jednak melancholijne melodie śpiewane charakterystycznym głosem Erlenda.

Muzyka The Whitest Boy Alive doskonale nadaje się zarówno do radosnego skakania jak i relaksu na sofie, jednak w porównaniu z debiutem nowe piosenki są, w opinii muzyków, „mniej indie, bardziej disco”. Trudno się nie zgodzić, słuchając choćby „High On The Heel” czy w „Time Bomb”, gdzie dominuje świetny rytm perfekcyjnie wygrywany przez sekcję Maschat / Marcin Oz. Warto pamiętać, że ten ostatni – gdy odkłada bas — doskonale radzi sobie na scenie klubowej jako DJ Highfish. TWBA stawiają jednak na „organiczne brzmienia” w miejsce syntetycznych beatów.

A w ich muzyce słychać entuzjazm spontanicznych zabawy podczas koncertów. W końcu w ostatnich dwóch latach zagrali ich ponad 100 na całym świecie. The Whitest Boy Alive działają zgodnie z własnymi zasadami: czterech kolesi w jednym pokoju, żadnych studyjnych tricków, żadnych maszynek. Muzykę nagrywają live, w jednym podejściu — na tzw” setkę”. Na płycie nie pojawia się żaden dźwiek, którego Berlinczycy wspólnie z wokalistą Erlendem Oye nie mogliby zagrać „na żywo”. Nowy krążek powstawał w ich własnym studio „Glass Cube” w Meksyku, w domu położonym tuż przy plaży. I ten luz oraz witalność, swobodną nadmorską aurę słychać na „Rules”.

W przerwach miedzy sesjami muzycy zwykle surfowali lub delektowali się nadmorskimi smakołykami. Ten dobry klimat jest tu obecny. Choć nie brakuje też dyscypliny grania i uważnej troski o każdy dźwięk. W końcu by nagrać 11 kompozycji na „Rules” w studio potrzebowali aż trzystu podejść. Efekt jest jednak doskonały i świadczy o tym, że The Whitest Boy Alive to nie tylko side project dla poszczególnych członków ale jeden, doskonale zgrany organizm Tworząc „Dreams” grupa dopiero docierala się tak w studio jak i na scenie. Po 120 koncertach na całym świecie i niemal tysiącu prób zespół, Berlińczycy wiedzą już jednak, na co ich stać i potrafią rozruszać każdy łum. Efektem jest krążek bardziej taneczny, wzbogacony o brzmienia klawiszy Daniela Nentwiga, który został stałym członkiem kolektywu. Delikatny głos i inteligentne teksty Erlenda Oye ubogacaja te urokliwe piosenki a nostalgiczna aura i taneczne rytmy uzupełniaja się tu w niezwykłe intrygujacej mozaice.

Dzieki temu TWBA to jeden z najciekwaszych obecnie grup na popowej scenie. Melancholia i ironia, nostalgia i subtelny humor, popowy czar i taneczny puls — dzięki temu TWBA w niedługim czasie zyskali lojalną bazę fanów. Berlińczycy dokonali tego nie poprzez wielkie medialne kampanie, ale dzięki koncertom i rekomendacjom tych, którzy poznawali ich dźwięki. Ich popularność w kontynentalnej Eurpie, Meksyku czy w niezaleznych srodowiskach w Stanach zaowocowała propozycjami wykorzystania ich utwórów w projektach znanego skateboadrera Jeremy Rogersa czy ABC Networks. Zespół zagrał też live podczas telewizyjnego
BBC Culture Show, dał też duży koncert w londyńskiej Astorii.

  • Bilety: 60 pln

Bilety do nabycia: Jazz Clubie Hipnoza, bileteria Ticketportal – budynek CKK, sieć salonów Empik, Saturn oraz MediaMarkt, www.ticketpro.pl, www.ticketportal.pl

Polar Bear

  • 3.10.2010 (niedziela), godz. 20:00

Dowodzona przez perkusistę Seba Rochforda grupa Polar Bear to jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej, brytyjskiej scenie jazzowej. Ich pochodzący z 2003 r. debiutancki album, zatytułowany Dim Lit, stał się sporą sensacją, goszczącą w najważniejszych audycjach radiowych, a sami muzycy zasłużyli na etykietę twórców „post-jazzu.” Porównywani do takich gwiazd współczesnej muzyki improwizowanej, jak Esbjorn Svensson Trio, The Bad Plus czy Medeski, Martin & Wood, młodzi angielscy twórcy zdołali wyrwać brytyjski jazz z getta opanowanego przez weteranów i wprowadzili go na sceny najmodniejszych londyńskich klubów.

Kolejne płyty to niekończące się pasmo sukcesów, zwieńczone nominacjami do Mercury Music Prize i BBC Jazz Awards oraz zaproszeniami na największe jazzowe festiwale na świecie. Łącząc niesamowity talent do rozbudowanych improwizacji z olbrzymią muzyczną erudycją i upodobaniem do tanecznych brzmień, piątka brytyjskich muzyków udowodniła, że jazz to muzyka bez granic, otwarta na różnorodne wpływy i porywająca zróżnicowaną publiczność.

Pulsujące rytmy, transowa energia, kojarzona z dokonaniami największych gwiazd krautrocka,
wirtuozerskie solówki i rockowy pazur to cechy charakterystyczne tej niesamowitej mieszanki dźwięków, w której równie często pojawiają się odwołania do twórczości Milesa Davisa, jak i Jimiego Hendricksa. Mamy nadzieję, że pierwszy koncert Polar Bear w Polsce, który odbędzie się w katowickim Jazz Clubie Hipnoza w ramach obchodów 10-tych urodzin klubu będzie dla Państwa doskonałą okazją do wysłuchania rewelacyjnej muzyki w wykonaniu zespołu, do którego już dziś należy przyszłość europejskiego jazzu.

  • Bilety: 25 pln

Bilety do nabycia: Jazz Clubie Hipnoza, bileteria Ticketportal – budynek CKK, sieć salonów Empik, Saturn oraz MediaMarkt, www.ticketpro.pl, www.ticketportal.pl

Andrea Triana

  • 21.10.2010 (czwartek), godz. 20:00

Chociaż pojawiła się na scenie całkiem niedawno, debiutując w wielkim stylu na festiwalu w Glastonbury w 2009 r., już zdążyła zdobyć grono wielkich fanów zarówno wśród światowej sławy muzyków, jak i publiczności. Jej zapowiadana na 23 września debiutancka płyta – Lost Where I

Belong – wydana pod szyldem Ninja Tune, to bez wątpienia jeden z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku, stworzony przy współpracy z największymi gwiazdami wytwórni – Finkiem i Simonem Greenem aka Bonobo.

Pochodząca z południowych dzielnic Londynu Andreya Triana w ciągu zaledwie dwóch lat zdołała osiągnąć, to o czym marzy wiele wokalistek – przejść od występowania w amatorskich klubach do współpracy z takimi tuzami współczesnej muzyki tanecznej jak Flying Lotus, Kidkanevil czy rewelacyjna grupa Jazz Sensation i obecności w najważniejszych audycjach radiowych poświęconych nowej muzyce. O jej umiejętnościach wokalnych z dużym uznaniem wypowiadali się najważniejsi brytyjscy DJ, tacy jak Gilles Peterson czy Benji B, doczekała się również prasowych porównań do Lauren Hill czy Amy Winehouse, wielu krytyków okrzyknęło ją pierwszą ważną debiutantką w nowej dekadzie. Łącząc wyrafinowaną elektronikę i taneczne rytmy z soulem, jazzem i głosem, który bywa porównywany do płynnego aksamitu, Andreya Triana momentalnie znalazła swoją publiczność, poszukującą w muzyce dużej dawki osobistych emocji.

Jej poprzednie dwa koncerty w Polsce – grudniowy w katowickim Jazz Clubie Hipnoza i sierpniowy, gdy wraz z Bonobo pojawiła się na festiwalu Tauron Nowa Muzyka pokazały, że również na żywo Andreya Triana potrafi momentalnie porwać całą widownię i zaczarować ją magią swojego głosu. Oceny po obu występach były jednoznaczne – oto narodziła się nowa gwiazda, zdolna dorównać takim wokalistkom, jak Bajka czy Kathrin de Boer, z którymi Bonobo współpracował na swoich poprzednich albumach. Kilka tysięcy osób stojących w czasie festiwalu pod sceną i hipnotycznie zasłuchanych w największy przebój z najnowszej płyty Bonobo – Stay the Same – gdzie głos Triany staje się głównym instrumentem może bez wątpienia poświadczyć, że mamy do czynienia z prawdziwie niezwykłym zjawiskiem.

Dlatego wierzymy też, że jej kolejny występ – 21 października w Jazz Clubie Hipnoza – spotka się z równie entuzjastycznym przyjęciem, zwłaszcza, że odbędzie się na dwa dni przed światową premierą jej albumu i dokładnie w dniu urodzin artystki. Tych, którzy widzieli ją już na żywo bez wątpienia nie trzeba mocniej zachęcać, wszystkich pozostałych zaś chcielibyśmy zaprosić do nie odmawiania sobie przyjemności posłuchania jednej z najciekawszych współczesnych wokalistek.

  • Bilety: 40 pln

Bilety do nabycia: Jazz Clubie Hipnoza, bileteria Ticketportal – budynek CKK, sieć salonów Empik, Saturn oraz MediaMarkt, www.ticketpro.pl, www.ticketportal.pl

Ólafur Arnalds

  • 14.11.2010 (niedziela), godz. 20:00

Islandzki artysta Olafur Arnalds – ulubieniec Sigur Ros pojawi si. w Polsce w listopadzie na 4 koncertach! W Katowicach zagra 14 listopada w ramach cyklu 10 Lat JazzClubu Hipnozy. Koncert promowa. b.dzie wydany wiosn. drugi kr..ek artysty: g..and they have escaped the weight of darknessh nagrany z pomoc. Bardi Johannssona z formacji Bang Gang.

Sam Olafur nazwa. ten kr..ek kontynuacj. drogi obranej na debiucie, w ramach ktorej oferuje fanom muzyki alternatywnej spotkanie z klasycznymi aran.acjami i delikatn. elektronik.. Drugi album jest jednak zdecydowanie bardziej optymistyczny od debiutu, co bez w.tpienia jest zas.ug. Johannssona, ktory doda. do aran.acji wi.ksz. ilo.. instrumentow. Arnalds zapewnia, .e motywem przewodnim p.yty jest to, i. po ka.dym ciemniejszym, bardziej pesymistycznym okresie przychodzi .wiat.o i rado…

Islandzki muzyk promuje album na trasie koncertowej na ca.ym .wiecie: od Chin po Wielk. Brytani.. Niew.tpliwym bod.cem dla kariery kompozytora by. udzia. w koncertach legendarnej formacji Sigur Ros w roli supportu (Olafur wyst.pi. tak.e w warszawskim Parku Sowi.skiego), dzisiaj jednak Arnalds pracuje ju. na w.asne nazwisko i czyni to z sukcesem! .wiadcz. o tym zarowno owacyjnie witane koncerty, jak i doskona.e recenzje jego drugiego kr..ka. O zawrot g.owy przyprawiaj. peany kierowane pod adresem artysty w tak presti.owych magazynach i portalach jak Uncut, Clash, Dazed & Confused, Paste, Pitchfork czy Drowned In Sound.

  • Bilety: 30 pln

Bilety do nabycia: Jazz Clubie Hipnoza, bileteria Ticketportal – budynek CKK, sieć salonów Empik, Saturn oraz MediaMarkt, www.ticketpro.pl, www.ticketportal.pl

Jono McCleery

  • 5.12.2010 (niedziela), godz. 20:00

Jono McCleery, mieszkający zazwyczaj na barce zacumowanej u brzegów Tamizy, to jeden z najnowszych i najciekawszych wykonawców pozyskanych przez zasłużoną wytwornię Ninja Tune, która specjalizuje się w różnych odmianach jazzowej elektroniki, ale nie stroni również od eksperymentów z folkiem. Kiedy pojawił się w 2008 r. ze swoim debiutanckim albumem – Darkest Ligh – momentalnie obwołano go następcą legendarnego Nicka Drake’a, a wśród zachwyconych odbiorców pojawiły się takie gwiazdy jak Vashti Bunyan, który pomagał współfinansować nagranie tej płyty oraz prezenterzy najważniejszych folkowych audycji radiowych.

Koncerty u boku takich gwiazd jak Fink, Little Dragon, Tricky czy Portico Quartet bardzo szybko pozwoliły mu się przebić do czołówki wykonawców związanych ze sceną future-folku i bywa wymienianym jednym tchem obok Jose Gonzalesa a także nazywany „akustycznym odpowiednikiem Jamiego Lidella.” Delikatne melodie, zbudowane przede wszystkim w oparciu o dźwięki gitary i ściszony głos, skupiony na opowiadaniu emocjonalnych, introwertycznych historii sprawiają, że jego występy to najczęściej pełen skupienia ceremoniał, angażujący całą publiczność. Razem z towarzyszącym mu zespołem pojawi się po raz pierwszy w Polsce 5 grudnia, aby w katowickim Jazz Clubie Hipnoza zaprezentować materiał z nadchodzącego albumu Meanwhile, zawierającego nadzwyczajną mieszankę folku, elektroniki, połamanych bitów i muzyki celtyckiej. Mamy nadzieję, że pierwsze spotkanie tego wykonawcy z polska publicznością przysporzy mu sporego grona nowych fanów.

  • Bilety: 30 pln

Bilety do nabycia: Jazz Clubie Hipnoza, bileteria Ticketportal – budynek CKK, sieć salonów Empik, Saturn oraz MediaMarkt, www.ticketpro.pl, www.ticketportal.pl

Röyksopp – Senior


Jesienna aura niebawem da się nam we znaki, zaczyna się czas, kiedy dni stają się nieznośnie krótkie, a powietrze coraz ostrzejsze. W ten melancholijny klimat idealnie wkomponowuje się najnowsze wydawnictwo projektu Röyksopp, które wychodzi na światło dzienne w rok po wydaniu dobrze przyjętego albumu „Junior”. „Senior” zbacza ze ścieżki wytyczonej przez młodszego brata i wciąga nas w zaskakująco ciekawą historię…

Majestatyczny prolog w postaci „…And The Forest Began To Sing” w stylu Leftfield, wykrada nam z pamięci resztki wspomnień tegorocznego lata, a Ridley Scott kroczy z naprzeciwka i miażdży przestrzeń ciężkim, basowym leadem. Surrealistyczne arppeggia pianina oswajają nas z ciemną stroną norweskiego duetu, szybując wewnątrz wirujących space kręgów i przygnębiających smyczków, aż do ostatniego tchnienia brata Juniora. Tymczasem wydawać by się mogło, że śmierć to przedwczesna, bo już z pierwszym taktem kolejnego numeru poprzednie wydawnictwo Röyksopp daje o sobie znać.

Electropopowy „Tricky Two” to niemy brat bliźniak „Tricky Tricky”, modyfikacje i lifting nie pozbawiły kompozycji dobrze znanego, minimal smaku, przypominającego „Himawari” brytyjskiej grupy Swayzak. Jednak gdzieś w powietrzu unosi się niemiły zapach niedosytu, a jest nim brak wokaliz Drejer Andersson, które stawiały kropkę nad i na albumie „Junior”. To konsekwencja instrumentalnej koncepcji krążka, która miała być jego wizytówką, a jest największą bolączką najnowszego wydawnictwa norwegów.

„The Alcoholic” to wbrew pozorom żaden imprezowy hymn, ale czystej krwi downbeatowy song. Pijany syntezator wije się oszalały po field recordingowej drodze, biorąc pod rękę rozpromienioną gitarę. Sielanka miesza się z mrokiem, dzień z nocą, dychotomia na całego. Track intensywnie flirtuje z nowo romantyzmem, można odnieść wrażenie, że w studio Brundtlanda i Bergea nad wyraz często słychać „The Chauffeur” Duran Duran albo Röyksopp nie biorą swojej twórczości nazbyt poważnie. Odprężający, gitarowy nastrój w klimacie kultowej, soft rockowej grupy Fleetwood Mac odnajdziemy również w „Senior Living” gdzie anielskie intonacje płyną między chmurami, ciągnąc za sobą rzewne odgłosy cellosu okraszonego migoczącą elektroniką.

Kolejna używka to uzależniający „The Drug”, który transportuje nas w rejony muzycznej ascezy. Nonszalancja trip hopowej rytmiki, płynność syntetycznego houseu z 90s w klapie i drażniące electro akcenty czynią z numeru jeden z najlepszych, jakie ma do zaoferowania „Senior”. To ekstrawagancki blend, idealnie odnajdujący się w roli singla. Niektórzy zarzucą „The Drug” nachalną prostotę i chodzenie po najmniejszej linii oporu, ja nazwę to umyślnym minimalizmem, marudom proponując wersję video.

Psychodeliczny „Forsaken Cowboy” przypływa pośród przezroczystych fal, przez które przedzierają się akordy Oldfieldowej gitary, a beztroska melodia kompozycji przepędza na moment zimowe chmury, wprowadzając na album coraz więcej dysonansu i huśtawkowych nastrojów. Z kolei „The Fear” to numer bardzo na serio, bazujący na uczuciu klaustrofobii i osaczenia. Potęgują go mroczne syntezatory i organy przywołujący najstarsze dokonania Portishead oraz powolny breakbeat opierający się zniekształconym, paranoicznym synthom.

Szczyptę acid jazzu przynosi „Coming Home”. Kompozycja może nieco infantylna i naiwna, ale zarazem zaskakująco smaczna i przekonująca gustownymi partiami elektrycznego pianina skąpanego w narkotycznej aurze. „A Long, Long Way” zamyka album, wprowadzając nas w błogi spokój, dzięki długim pasmom czystego jak łza ambientu, który opada i wznosi się ponad widnokrąg, na którym rysują się ostatnie plamy zachodzącego słońca.

„Senior” to album zrobiony w staroszkolnym, koncepcyjnym stylu, odwołujący się do dawno minionych czasów i najpewniej adresowany do nieco starszego odbiorcy. Nie jest to krążek wybitny, szczególnie na tle dyskografii Norwegów, a długość nagrań zawartych na wydawnictwie po dłuższym czasie może być nużąca. To płyta niesamowicie równa, na której nie sposób uświadczyć słabych numerów. Nie ma więc wątpliwości, Röyksopp nawet kiedy instrumentalnie milczy, ma słuchaczowi wiele do powiedzenia.

wallofsound.net

royksopp.com

Wall Of Sound, 2010