Annea Lockwood / Christina Kubisch – The secret life of the inaudible
Łukasz Komła:

Dwie wielkie artystki dźwiękowe, przekazały sobie odmienny materiał źródłowy, który połączyły na jednym wydawnictwie.   

Pejzaż – Ostatni Dzień Lata
Ania Pietrzak:

Błogi soundtrack polskich wakacji.

ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.

cv313 – Analogue Oceans
Paweł Gzyl:

Mistyka oceanu dźwięków.

Mika Vainio & Franck Vigroux – Ignis
Paweł Gzyl:

Tibi et igni.

Wczasy / Wolne pokoje
Jarek Szczęsny:

Na wakacje jak znalazł.

Shy Layers – Midnight Marker
Paweł Gzyl:

Wspomnienia sprzed trzech dekad.

Toxe – Blinks
Kasia Jaroch:

Oblicze najbardziej nieprzystępnego brzmienia Bala-Core złagodniało.



Wiem, że nie tworzę na darmo – rozmowa z Pleq

O nowej płycie, Openerze, Polsce i eksperymencie – rozmowa z Pleq Rozmawiamy krótko po Twoim występie na tegorocznym Opener Music Festival. Jak się grało? Jak oceniasz event i scenę Alter Space?

Dobrze. Choć mój występ ciężko mi ocenić, nie ja powinienem to robić. Opener nigdy mnie nie interesował i zapewne nigdy nie pojechałbym na niego, gdybym na nim nie zagrał. Generalnie opieram się na opiniach ludzi, z którymi na ten temat rozmawiałem.

Scena Alter Space trzymała poziom.

Tak, jak najbardziej. Dziwi mnie tylko, że wiele zespołów ze stosunkowo niskim prestiżem, tak gwiazdorzyło. W wypadku Alter Space to po prostu niepotrzebne, mija się z celem.

Jak doszło do tego, że jednak się tam pojawiłeś?

Polscy eksperymentaliści mnie nie zaskakują, poza tym są bardzo wyniośli.Zostałem zaproszony na Openera aby zagrać na Alter Space, początkowo jednak się nie zgodziłem. Wiem, że mnóstwo ludzi zbluzga mnie za te słowa, ale jakiś czas temu przestałem już robić sztukę przez duże S, w większości przypadków to po prostu moja praca… Cofam to zdanie. (śmiech)

Przyznam Ci szczerze, zaskoczyłeś mnie. (śmiech)

Zrobiłem to specjalnie, chciałem zobaczyć Twoją reakcję. (śmiech)

Który koncert zrobił na Tobie największe wrażenie?

Spędziłem na Heinekenie jeden dzień i w całości w namiocie Fashionera, oprócz muzyki uwielbiam modę. Nie byłem na żadnym koncercie na Alter Space, jestem ignorantem.

Kolejny blef?

Nie, to już nie blef. Ja w ogóle nie słucham polskiej muzyki, z polskiego eksperymentu przerobiłem Bednarczyka i Orluka, reszta mnie nie interesuje. Polscy eksperymentaliści mnie nie zaskakują, poza tym są bardzo wyniośli.

A Jacaszek? On również pojawił się w tym roku na Heinekenie. Jak oceniasz jego ostatni krążek i osławione „Treny”? Nastrój tej płyty czasem budzi moje skojarzenia z Twoją twórczością.

Szanuję Jacaszka za to co robi, on jest również artysta eksperymentalnym, tylko właśnie jest jedno ale. A swoją drogą nie widzę żadnego podobieństwa, co do porównań można byłoby to zrobić przy okazji mojej nowej, kolaboracyjnej płyty z angielską kompozytorką Anną Rose Carter. „Treny” przesłuchałem raz w życiu i to nie całe, obecnie niczym mnie nie zaskakują. Nie wiem z czego to wynika, ale w Polsce jestem porównywany do Jacaszka, jako „drugi experymentator laptopowy”. Dziwi mnie ten fakt, ponieważ moja muzyka nie ma nic wspólnego z jego.

Może spojrzenie z perspektywy trzeciej osoby pozwala to zauważyć?

Zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce najprościej porównać mnie właśnie do niego. Może wynika to z tego, że oprócz niego tylko ja tworze muzykę na taka skalę? Trudno mi to ocenić. Co do pytania o mój występ, zastanawiałem się co dzięki niemu uzyskam – promo, szacunek czy prestiż. Poczułem się doceniony, nigdy nie spodziewałem się, że zagram na takim festiwalu, tym bardziej, że moja muzyka jest dosyć trudna. Z drugiej strony, coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie powoli otwierają się na eksperymentalne dźwięki. Sądzę, że wynika to z potrzeby doświadczania czegoś trudniej przyswajalnego. Mamy zbyt wielu artystów, którzy podrabiają się nawzajem, ten natłok staje się męczący.

Polski odbiorca zaczyna dojrzewać?

Nie chciałbym umniejszać polskim odbiorcom, ale to jeszcze bardzo długa droga. Wszystko to, co alternatywne i tak za jakiś czas staje się komercyjne. (śmiech)

Pleq również?

Hmm, Pleq komercyjny… Zależy co oznacza w moim przypadku słowo komercyjny? Trudne pytanie, kiedyś, gdy nie zajmowałem się jeszcze muzyką, mógłbym odpowiedzieć w dość prosty sposób, ale teraz to słowo stanowi dla mnie problem. Komercja – masa, przystępność? Możliwe, że właśnie tak to definiuję. W moim przypadku nigdy tak nie będzie. Nigdy nie trafię do masowego odbiorcy i nie będę ogólnodostępny, chociażby ze względu na moje płyty, które wydaję za granica i nie ma możliwości ich zakupu w Polsce.

Komercyjny Pleq w mojej opinii, to ktoś, kto zaczyna myśleć o odbiorcy, mam wrażenie, że Ty nigdy tego nie robiłeś.

Gdy gram na żywo, w ogóle nie mam kontaktu z publicznością, nie potrzebuję tego. Trafne spostrzeżenie. Jestem egoistą pod względem dźwięku i w większości przypadków słucham wyłącznie samego siebie. Nie zależy mi specjalnie na odbiorze, dlatego zająłem się jeszcze bardziej skomplikowanym w odbiorze dźwiękiem. Zdaję sobie sprawę, że moja muzyka może być dla wielu w pewnym stopniu kłopotliwa i nie chciałbym abyś odebrał to jako butę czy gruboskórność z mojej strony, to fakty. Gdy gram na żywo, w ogóle nie mam kontaktu z publicznością, nie potrzebuję tego i wiem, że oni też. Ludzi przychodzą mnie słuchać, nie oglądać, a ja nie jestem showmanem i nigdy nie będę. Myślę tylko o dźwiękach, które płyną z głośników, odcinam się od miejsca w którym jestem.

Do kogo ten dźwięki kierujesz?

Moją twórczość kieruje głównie do ludzi w pełni myślących, potrzebujących odmiennych wrażeń estetycznych i intelektualnych. Co czujesz gdy słuchasz moich dźwięków? Pozostawiam Ci swobodę myślenia, dźwięki płyną i rób z nimi co tylko zechcesz. Jeśli Cię smucą, jeśli Cie drażnią, jeśli je kontemplujesz, to wiem, że nie tworzę na darmo.

W internecie można natknąć się informacje, które mówią o ascetycznych warunkach w jakich komponujesz i towarzyszących temu medytacjach. Jesteś introwertykiem?

Gdybym był całkowicie normalny, nie tworzyłbym takich dźwięków.(śmiech) Kiedyś tak było, teraz właściwie już nie mam nic wspólnego z takimi określeniami. Wcześniej – ze względu na ograniczone możliwości w tworzeniu, ale nie mógłbym tworzyć tak całe życie. Teraz nie brakuje mi zupełnie niczego oprócz tego, co mam w moim domowym studio. Całkowity ze mnie introwertyk.

Jak wspominasz pracę nad „The Seed” ? Nie była uciążliwa z racji nieustannego transferu do Kanady i z powrotem?

Nie w tym rzecz, to płyta nad którą pracowaliśmy przez 2 lata – codzienne poprawki utworów, rozmowy, nazwy, cięcia, mastering. Nigdy nie zdarzyło mi się tak długo pracować nad płytą. Była to ciężka praca, ale oceniam ją jako bardzo owocną. Sam tytuł płyty stanowił dla nas długa i sporną kwestię.
Właśnie, dlaczego „The Seed” ?

To utwór z wcześniejszej płyty, „The Fallen Love” i to on stał się zalążkiem do stworzenia całej płyty. Album jest kolaboracyjny, Segue tak naprawdę był moim bodźcem do oderwania się od idmu, choć uważam że „The Metamorphosis” nie jest płytą IDMową, nazwałbym to raczej glitchem i melancholią.

Ciężko skłonić Cię do muzycznych kompromisów?

Wiesz, uwielbiam współpracować z ludźmi z zagranicy, z polakami zawsze jest jakiś problem, często nie maja czasu aby coś zrobić, mimo tego, że tak naprawdę nic nie wydają. Dobrze wspominam współpracę z piętnastoma artystami, których zaprosiłem do remixu swojego utworu „Good Night”, wśród nich znalazł się m.in. Krzysztof Orluk, cenię jego muzę i osobowość. Co do Segue, kompromis dotyczył tylko nazw utworów, to była wspaniała współpraca.

Jak do niej doszło?

Złapaliśmy się na MySpace, padła propozycja z jego strony do remixu, czego efektem był „The Seed” na „The Fallen Love”, potem rozpoczęły się rozważania na temat całej płyty. Zrobiliśmy wspólnie blisko 20 utworów, ostatnio wydał remix mojego utworu w darmowym labelu High Linear Music, to dożywotnia współpraca.

Kiedy możemy spodziewać się Waszego kolejnego krążka?

Na razie odpoczywamy od siebie, jestem zaangażowany w kolaboracje z Pjuskiem, Philippem Lamy, Anną Rose Carter i Lupusem. Rozważam również wspólną płytę z Offthesky.

Sporo tego, Twoja dyskografia jest imponująca. Lista wydawnictw na Discogs dowodzi, iż jesteś artystą niezwykle płodnym. Nigdy nie cierpisz na brak weny? Skąd czerpiesz swoje inspiracje?

Wynika to z tego, że rzuciłem całkowicie normalną pracę i zajmuję się tylko muzyką. Inspiracje czerpię ze świata, z mojego umysłu, a przede wszystkim inspiruje mnie Nika Warszawska, to osoba z którą żyję, najlepsza makijażystka w Warszawie. (śmiech) To mój najlepszy i najbardziej popieprzony krytyk muzyczny, jakiego w życiu poznałem. (śmiech)

W moim odczuciu Twoja muzyka zawsze była dla mnie synonimem spokoju i niedopowiedzeń. Czy jest odzwierciedleniem Twojego Ja czy oczyszczającym katharsis? Jaki na co dzień jest Pleq?

Jestem człowiekiem niezrównoważonym psychicznie, serio. Gdybym był całkowicie normalny, nie tworzyłbym takich dźwięków. (śmiech) A tak całkiem poza Twoim pytaniem, chciałbym wspomnieć o jednej ważnej kwestii. Przygotowuję limitowana płytę na U-Cover – „My Life Begins Today”, pięć z nich przeznaczam na aukcję charytatywną SoS Communication (więcej na secretofstyle.pl), wczoraj miałem możliwość zagrania na tym pokazie, po czym odbyła się licytacja koszulek, cały dochód przeznaczony był na ludzi chorych na stwardnienie rozsiane i dzisiaj doszedłem do wniosku, że ja też mogę pomóc poprzez swoja muzykę. To ważny problem i świetna inicjatywa, tym bardziej, że na akcja charytatywnych zawsze grają jakieś rockowe, polskie gwiazdy, jest hucznie, zabawnie, a przecież tak nie powinno być, jest smutek i przygnębienie – taka powinna być też muzyka.

Postanowiłem się w nią zaangażować, nie tylko w postaci muzyki do tego pokazu, ale realnie pomóc tym ludziom swoją muzyką. Dlatego pierwszy tekst o Openerze i kasie był żartem. Jeśli odbędzie się druga taka akcja , to oprócz koszulek, przedmiotem licytacji będą również moje płyty. Pleq „My Life Begins Today” będzie taką kontynuacją „The Metamorphosis” – dużo melancholii i grubego glitchu.

To cofnijmy się nieco w czasie. Jak wspominasz czas spędzony w U-Cover i pracę nad „Metamorphosis” wydaną jej nakładem?

To był najcudowniejszy okres mojej pracy, przejście do melancholii, spokoju, czystego glitchu plus pomoc ze strony Japoniki w postaci ciętych wokali i oczywiście wokal Manekinekod do „Mausa”. Bardzo lubię U-Covera, to label z którego najczęściej grywałem muzykę, gdy byłem rezydentem w nieistniejącym już klubie Elektro w Katowicach.

Katalog U-Cover jest bardzo obszerny i znacząco wpływa na scenę ambient/IDM/glitch – Utrzymujesz kontakt z artystami z tego labelu? Masz spośród nich swój ulubiony krążek?

Oczywiście Lusine, bardziej jednak pokochałem limitowane edycje Aus czy Fjordne. Kontakt utrzymuję głównie z Ontayso, właścicielem U-Cover.

Ubiegłoroczny „Our Words Are Frozen” w moim odczuciu jest Twoim najtrudniejszym w odbiorze wydawnictwem. Brzmi bardzo apokaliptycznie, a jednocześnie ciężko odnaleźć na niej jakiś punkt zaczepienia. Gdzie jest haczyk?

Sam nie wiem, czy istnieje tutaj jakiś konkretny haczyk, długo zastanawiałem się nad zrobieniem płyty która opierałaby się na czystym i całkowitym minimalu i oczywiście ambiencie. Jestem zadowolony z tego wydania, jednakże zdaje sobie sprawę z tego iż jest trudne w odbiorze.

Co stoi na przeszkodzie?

Przeszkodą jest fakt, że ta płyta niejedną osobę może po prostu nużyć. Rozwija się powoli, bądź też wcale – jak twierdzą niektórzy. To był pewnego rodzaju eksperyment polegający na tym, jak zostanie odebrana płyta, która znacząco różni się od poprzednich – minimum ambientu. Myślę że i ona znalazła swoich odbiorców, choć niestety niewielu z Polski.

Dlaczego w Twoich kawałkach jest tak mało melodii? Nigdy nie myślałeś aby obrócić styl o 180 stopni i sprawdzić czy nadal „hula”?

Sądzę, że jest nadmiar melodii, serio. Moja twórczość jest minimalistyczna i właściwie zawsze takową będzie. Długo myślałem nad płytą micro dupstepową, aby połączyć moją stylistykę z dubstepem. Zawsze jednak staram się trzymać tego co nie jest trendem, a dubstep nim jest.
Co do swojej twórczości, mam zamiar drążyć i eksperymentować jeszcze trudniejsze i głębsze tematy. W tym roku wypuszczam dwie ostatnie IDMowe płyty, jedna ukaże się nakładem U-Cover, druga natomiast Impulsive Art. Im cięższy odbiór tego co robię, tym większą daje mi to satysfakcję.

Jesteś jednym z najbardziej uznanych za granicą twórców spod znaku IDM i jednocześnie stosunkowo mało znany na polskiej scenie. Dlaczego tak słabo Cię tu słychać? Fakt, iż wydajesz u zagranicznych wydawców, jest dowodem na to, iż dla artystów Tobie podobnych nie ma tu miejsca?

To fakt, za granicami zapracowałem sobie już po części na pewien poziom, w Polsce jest z tym problem. Sądzę że niewielu ludzi jest w stu procentach alternatywnych, poszukujących i ma otwarty umysł, by chłonąć tak trudne dźwięki. Z drugiej strony koncertowałem w Polsce w około 40 klubach w ciągu pięciu miesięcy, brałem udział w instalacjach, performanceach, a nawet pokazach mody. Coraz bardziej zdaje sobie z tego sprawę, że Opener dał mi w pewien sposób możliwość kontaktu z polską publicznością. IDM/Glitch to trudne gatunki, tym bardziej w naszym kraju.

IDM to gatunek wieloznaczny, posiadający miliony interpretacji. Jak Ty go definiujesz?

Warszawa jest idealnym miejscem na eksperyment. Tak naprawdę jest tutaj zapotrzebowanie na każdy rodzaj muzyki.Często zarzucane mojej twórczości jest to, że nie można do niej tańczyć. Zatem dlaczego klasyfikuje się mnie jak twórcę gatunku spod znaku IDM, sam nie wiem. Dla mnie IDM to po prostu coś ambitnego, coś wymagającego wytężenia słuchu, to styl który jak dla mnie daje dużo do myślenia.

Dzisiejsza scena ambient w moim odczuciu to również kontrowersyjny temat. Jedni wskazują na odtwórczość i marazm, drudzy dostrzegają jej nieustanny rozwój. W jakim kierunku Twoim zdaniem to podąża?

Jak najbardziej scena ambientowa idzie do przodu. Wynika to z tego, że już nie ma stricte ambientowych płyt. To konfrontacja glitchu/dronu/field recordingu i modern classicalu. Ta mieszanka to Ikona Elektroniki XXI wieku.

Przeprowadzka do Warszawy wpłynęła na Twój sposób pracy nad produkcją?

Warszawa jest idealnym miejscem na eksperyment. Tak naprawdę jest tutaj zapotrzebowanie na każdy rodzaj muzyki. Uciekłem z Katowic, ze względu na brak zapotrzebowania na moją muzykę, to dość ograniczone miasto. Nie wiem jak teraz, ale sądzę, że nadal króluje tam dubstep, minimal i drumnbass.

I tak na koniec, słuchałeś nowej płyty Autechre?

Nie. Sądzę, że przyjdzie jeszcze czas abym jej posłuchał. Stronię jednak od nowych płyt Autechre, jestem zwolennikiem ich dwóch pierwszych albumów. Obawiam się również, że ich nowa produkcja niczym mnie nie zaskoczy.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 16

  1. niewidoczny

    two_dots… „Koleś, który wymyślił nowy gatunek w muzyce, sam określa go jako: Glitch & Melancholy.” i już mi się odechciało czytać..

  2. two_dots

    W każdym razie. Mam prawdziwą perełkę!!!:

    http://www.viceland.com/blogs/pl/2010/10/28/jestem-zbawicielem-wywiad-z-pleqiem/

    Tutaj Bartosz daje prawdziwy popis. Najbardziej podoba mi się to, że swoje zapożyczenia z ovala, arovane iii można by tak długo, postanowił okrzyknąć mianem własnego gatunku muzycznego. Nasptępne w kolejności jest jechanie po hipsterach przy jednoczesnym wyglądaniu właśnie jak oni. Heh, kurwa, koleś jest niezły.
    Uwielbiam też opis jego muzyki na myspace: tape music, musique concrete … Bartosz, kurwa..

  3. two_dots

    Z tego co wiem to raczej ch district był rezydentem w Elektro, a Bartosz tam pogrywał co piątek, może co sobotę.

  4. Wojtek

    może mi ktoś napisać kiedy/ w jakim czasie on był rezydentem ekektro w Katowicach ? ?

  5. papieSKI

    pleq to trudny człowiek, nie ma sensu czytaniu wywiadów z nim. Powinno się słuchać muzyki.

  6. k.

    Szczerze Bartosz odpowiadał na pytania i mówił to, co myśli i uważa za stosowne. Nie bronię Pleqa, ale od razu po nim jechać?
    Widać włożył kija w mrowisko 🙂

  7. 10

    co kilka zdan powtarza,ze nic go nie zaskakuje juz…nie jest w stanie go zaskoczyc… i potem slucham jego muzyki – i mam pytanie,czy cokolwiek z jego muzyki moze zaskoczyc ? ta formula jest ograna do cna,do tego ciagle ta sama tresc…chyba ostatni ratunek i nadzieja na ciekawa ucieczke z tej klatki to melodie,a te przeciez sa..;]

  8. keisuke

    Na zakończenie wywiadu zapomniał (przez skromność) powtórzyć do barbarzyńskich, zaściankowych Polaków swej mantry, że „gdyby był całkowicie normalny, nie tworzyłby TAKICH dźwięków”.

  9. laudia

    A i owszem. Wręcz fanuję. Już drugi sezon, od wczoraj 🙂

  10. bojanix

    A propos kawału – widzę, że ktoś oglądał wczoraj „Usta Usta”. 🙂

  11. laudia

    Kiedyś byłam na spotkaniu literackim, na ktorym poecie zadano pytanie czyją/jaką poezję czyta?. Odpowiedział „niczyją” i to jakiś dyskomfort u mnie wzbudziło, bo wydawało mi się, ze jak sie coś robi, to wypadaloby liznąć mikroklimat pola działania. I to jes jedyny zarzut do Bartka, bo poza tym to świetna robota (i swoją drogą tru z tym PL – odbiorem, bo mi się TU Pleq też jawił jako mało znany i fajnie poczytać, ze DZIES tam jest bardziej klimat Pro), jak i wywiad – ciekawy. Dla reszty mam kawał: jak męzczyzna może najlatwiej popelnic samobojstwo? skacząc ze swego ego na swoje IQ.

  12. Bxd7Nxd7Qb8

    podobno żeby kupić kolejne płyty Placka, trzeba będzie udowodnić komisyjnie, że się nie posiada polskiego obywatelstwa

  13. ryba16

    on jest nie tyle niezrownowazony psychicznie, co uposledzony… w co drugim zdaniu zaprzecza sam sobie. jedyne co sie broni, to muzyka, ale nawet ona nie powala na ziemie. moze troche wiecej pokory, panie dziadosz?

  14. solar energy

    Zadufany w sobie gościu

  15. helgus

    Wywiad ciekawy, ale mała uwaga: nikt nie tworzy z zupełnym pominięciem odbiorcy, realnego bądź wirtualnego. Ten, kto twierdzi że odbiorca nie odgrywa żadnej roli w procesie twórczym jest zwyczajnym ściemniaczem, chcącym nadmiernie podkreślić swoją odrębność i indywidualizm 😉 Nietrafione, panie Pleq, zwłaszcza w kontekście późniejszego stwierdzenia o omijaniu rejonów dubstepu, bo są modne.

  16. Bxd7Nxd7Qb8

    Pleq nigdy nie będziesz POLAKIEM! a tak w ogóle to dobry wywiad i ciekawie się zapowiada ta kontynuacja Metamorphosis xD

Wiem, że nie tworzę na darmo – rozmowa z Pleq

O nowej płycie, Openerze, Polsce i eksperymencie – rozmowa z Pleq SEBASTIAN GABRYEL: Rozmawiamy krótko po Twoim występie na tegorocznym Opener Music Festival. Jak się grało? Jak oceniasz event i scenę Alter Space?

PLEQ: Dobrze. Choć mój występ ciężko mi ocenić, nie ja powinienem to robić. Opener nigdy mnie nie interesował i zapewne nigdy nie pojechałbym na niego, gdybym na nim nie zagrał. Generalnie opieram się na opiniach ludzi, z którymi na ten temat rozmawiałem.

Scena Alter Space trzymała poziom.

Tak, jak najbardziej. Dziwi mnie tylko, że wiele zespołów ze stosunkowo niskim prestiżem, tak gwiazdorzyło. W wypadku Alter Space to po prostu niepotrzebne, mija się z celem.

Jak doszło do tego, że jednak się tam pojawiłeś?

Polscy eksperymentaliści mnie nie zaskakują, poza tym są bardzo wyniośli.Zostałem zaproszony na Openera aby zagrać na Alter Space, początkowo jednak się nie zgodziłem. Wiem, że mnóstwo ludzi zbluzga mnie za te słowa, ale jakiś czas temu przestałem już robić sztukę przez duże S, w większości przypadków to po prostu moja praca… Cofam to zdanie. (śmiech)

Przyznam Ci szczerze, zaskoczyłeś mnie. (śmiech)

Zrobiłem to specjalnie, chciałem zobaczyć Twoją reakcję. (śmiech)

Który koncert zrobił na Tobie największe wrażenie?

Spędziłem na Heinekenie jeden dzień i w całości w namiocie Fashionera, oprócz muzyki uwielbiam modę. Nie byłem na żadnym koncercie na Alter Space, jestem ignorantem.

Kolejny blef?

Nie, to już nie blef. Ja w ogóle nie słucham polskiej muzyki, z polskiego eksperymentu przerobiłem Bednarczyka i Orluka, reszta mnie nie interesuje. Polscy eksperymentaliści mnie nie zaskakują, poza tym są bardzo wyniośli.

A Jacaszek? On również pojawił się w tym roku na Heinekenie. Jak oceniasz jego ostatni krążek i osławione „Treny”? Nastrój tej płyty czasem budzi moje skojarzenia z Twoją twórczością.

Szanuję Jacaszka za to co robi, on jest również artysta eksperymentalnym, tylko właśnie jest jedno ale. A swoją drogą nie widzę żadnego podobieństwa, co do porównań można byłoby to zrobić przy okazji mojej nowej, kolaboracyjnej płyty z angielską kompozytorką Anną Rose Carter. „Treny” przesłuchałem raz w życiu i to nie całe, obecnie niczym mnie nie zaskakują. Nie wiem z czego to wynika, ale w Polsce jestem porównywany do Jacaszka, jako „drugi experymentator laptopowy”. Dziwi mnie ten fakt, ponieważ moja muzyka nie ma nic wspólnego z jego.

Może spojrzenie z perspektywy trzeciej osoby pozwala to zauważyć?

Zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce najprościej porównać mnie właśnie do niego. Może wynika to z tego, że oprócz niego tylko ja tworze muzykę na taka skalę? Trudno mi to ocenić. Co do pytania o mój występ, zastanawiałem się co dzięki niemu uzyskam – promo, szacunek czy prestiż. Poczułem się doceniony, nigdy nie spodziewałem się, że zagram na takim festiwalu, tym bardziej, że moja muzyka jest dosyć trudna. Z drugiej strony, coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie powoli otwierają się na eksperymentalne dźwięki. Sądzę, że wynika to z potrzeby doświadczania czegoś trudniej przyswajalnego. Mamy zbyt wielu artystów, którzy podrabiają się nawzajem, ten natłok staje się męczący.

Polski odbiorca zaczyna dojrzewać?

Nie chciałbym umniejszać polskim odbiorcom, ale to jeszcze bardzo długa droga. Wszystko to, co alternatywne i tak za jakiś czas staje się komercyjne. (śmiech)

Pleq również?

Hmm, Pleq komercyjny… Zależy co oznacza w moim przypadku słowo komercyjny? Trudne pytanie, kiedyś, gdy nie zajmowałem się jeszcze muzyką, mógłbym odpowiedzieć w dość prosty sposób, ale teraz to słowo stanowi dla mnie problem. Komercja – masa, przystępność? Możliwe, że właśnie tak to definiuję. W moim przypadku nigdy tak nie będzie. Nigdy nie trafię do masowego odbiorcy i nie będę ogólnodostępny, chociażby ze względu na moje płyty, które wydaję za granica i nie ma możliwości ich zakupu w Polsce.

Komercyjny Pleq w mojej opinii, to ktoś, kto zaczyna myśleć o odbiorcy, mam wrażenie, że Ty nigdy tego nie robiłeś.

Gdy gram na żywo, w ogóle nie mam kontaktu z publicznością, nie potrzebuję tego. Trafne spostrzeżenie. Jestem egoistą pod względem dźwięku i w większości przypadków słucham wyłącznie samego siebie. Nie zależy mi specjalnie na odbiorze, dlatego zająłem się jeszcze bardziej skomplikowanym w odbiorze dźwiękiem. Zdaję sobie sprawę, że moja muzyka może być dla wielu w pewnym stopniu kłopotliwa i nie chciałbym abyś odebrał to jako butę czy gruboskórność z mojej strony, to fakty. Gdy gram na żywo, w ogóle nie mam kontaktu z publicznością, nie potrzebuję tego i wiem, że oni też. Ludzi przychodzą mnie słuchać, nie oglądać, a ja nie jestem showmanem i nigdy nie będę. Myślę tylko o dźwiękach, które płyną z głośników, odcinam się od miejsca w którym jestem.

Do kogo te dźwięki kierujesz?

Moją twórczość kieruje głównie do ludzi w pełni myślących, potrzebujących odmiennych wrażeń estetycznych i intelektualnych. Co czujesz gdy słuchasz moich dźwięków? Pozostawiam Ci swobodę myślenia, dźwięki płyną i rób z nimi co tylko zechcesz. Jeśli Cię smucą, jeśli Cie drażnią, jeśli je kontemplujesz, to wiem, że nie tworzę na darmo.

W internecie można natknąć się informacje, które mówią o ascetycznych warunkach w jakich komponujesz i towarzyszących temu medytacjach. Jesteś introwertykiem?

Gdybym był całkowicie normalny, nie tworzyłbym takich dźwięków.(śmiech) Kiedyś tak było, teraz właściwie już nie mam nic wspólnego z takimi określeniami. Wcześniej – ze względu na ograniczone możliwości w tworzeniu, ale nie mógłbym tworzyć tak całe życie. Teraz nie brakuje mi zupełnie niczego oprócz tego, co mam w moim domowym studio. Całkowity ze mnie introwertyk.

Jak wspominasz pracę nad „The Seed” ? Nie była uciążliwa z racji nieustannego transferu do Kanady i z powrotem?

Nie w tym rzecz, to płyta nad którą pracowaliśmy przez 2 lata – codzienne poprawki utworów, rozmowy, nazwy, cięcia, mastering. Nigdy nie zdarzyło mi się tak długo pracować nad płytą. Była to ciężka praca, ale oceniam ją jako bardzo owocną. Sam tytuł płyty stanowił dla nas długa i sporną kwestię.
Właśnie, dlaczego „The Seed” ?

To utwór z wcześniejszej płyty, „The Fallen Love” i to on stał się zalążkiem do stworzenia całej płyty. Album jest kolaboracyjny, Segue tak naprawdę był moim bodźcem do oderwania się od idmu, choć uważam że „The Metamorphosis” nie jest płytą IDMową, nazwałbym to raczej glitchem i melancholią.

Ciężko skłonić Cię do muzycznych kompromisów?

Wiesz, uwielbiam współpracować z ludźmi z zagranicy, z polakami zawsze jest jakiś problem, często nie maja czasu aby coś zrobić, mimo tego, że tak naprawdę nic nie wydają. Dobrze wspominam współpracę z piętnastoma artystami, których zaprosiłem do remixu swojego utworu „Good Night”, wśród nich znalazł się m.in. Krzysztof Orluk, cenię jego muzę i osobowość. Co do Segue, kompromis dotyczył tylko nazw utworów, to była wspaniała współpraca.

Jak do niej doszło?

Złapaliśmy się na MySpace, padła propozycja z jego strony do remixu, czego efektem był „The Seed” na „The Fallen Love”, potem rozpoczęły się rozważania na temat całej płyty. Zrobiliśmy wspólnie blisko 20 utworów, ostatnio wydał remix mojego utworu w darmowym labelu High Linear Music, to dożywotnia współpraca.

Kiedy możemy spodziewać się Waszego kolejnego krążka?

Na razie odpoczywamy od siebie, jestem zaangażowany w kolaboracje z Pjuskiem, Philippem Lamy, Anną Rose Carter i Lupusem. Rozważam również wspólną płytę z Offthesky.

Sporo tego, Twoja dyskografia jest imponująca. Lista wydawnictw na Discogs dowodzi, iż jesteś artystą niezwykle płodnym. Nigdy nie cierpisz na brak weny? Skąd czerpiesz swoje inspiracje?

Wynika to z tego, że rzuciłem całkowicie normalną pracę i zajmuję się tylko muzyką. Inspiracje czerpię ze świata, z mojego umysłu, a przede wszystkim inspiruje mnie Nika Warszawska, to osoba z którą żyję, najlepsza makijażystka w Warszawie. (śmiech) To mój najlepszy i najbardziej popieprzony krytyk muzyczny, jakiego w życiu poznałem. (śmiech)

W moim odczuciu Twoja muzyka zawsze była dla mnie synonimem spokoju i niedopowiedzeń. Czy jest odzwierciedleniem Twojego Ja czy oczyszczającym katharsis? Jaki na co dzień jest Pleq?

Jestem człowiekiem niezrównoważonym psychicznie, serio. Gdybym był całkowicie normalny, nie tworzyłbym takich dźwięków. (śmiech) A tak całkiem poza Twoim pytaniem, chciałbym wspomnieć o jednej ważnej kwestii. Przygotowuję limitowana płytę na U-Cover – „My Life Begins Today”, pięć z nich przeznaczam na aukcję charytatywną SoS Communication (więcej na secretofstyle.pl), wczoraj miałem możliwość zagrania na tym pokazie, po czym odbyła się licytacja koszulek, cały dochód przeznaczony był na ludzi chorych na stwardnienie rozsiane i dzisiaj doszedłem do wniosku, że ja też mogę pomóc poprzez swoja muzykę. To ważny problem i świetna inicjatywa, tym bardziej, że na akcja charytatywnych zawsze grają jakieś rockowe, polskie gwiazdy, jest hucznie, zabawnie, a przecież tak nie powinno być, jest smutek i przygnębienie – taka powinna być też muzyka.

Postanowiłem się w nią zaangażować, nie tylko w postaci muzyki do tego pokazu, ale realnie pomóc tym ludziom swoją muzyką. Dlatego pierwszy tekst o Openerze i kasie był żartem. Jeśli odbędzie się druga taka akcja , to oprócz koszulek, przedmiotem licytacji będą również moje płyty. Pleq „My Life Begins Today” będzie taką kontynuacją „The Metamorphosis” – dużo melancholii i grubego glitchu.

To cofnijmy się nieco w czasie. Jak wspominasz czas spędzony w U-Cover i pracę nad „Metamorphosis” wydaną jej nakładem?

To był najcudowniejszy okres mojej pracy, przejście do melancholii, spokoju, czystego glitchu plus pomoc ze strony Japoniki w postaci ciętych wokali i oczywiście wokal Manekinekod do „Mausa”. Bardzo lubię U-Covera, to label z którego najczęściej grywałem muzykę, gdy byłem rezydentem w nieistniejącym już klubie Elektro w Katowicach.

Katalog U-Cover jest bardzo obszerny i znacząco wpływa na scenę ambient/IDM/glitch – Utrzymujesz kontakt z artystami z tego labelu? Masz spośród nich swój ulubiony krążek?

Oczywiście Lusine, bardziej jednak pokochałem limitowane edycje Aus czy Fjordne. Kontakt utrzymuję głównie z Ontayso, właścicielem U-Cover.

Ubiegłoroczny „Our Words Are Frozen” w moim odczuciu jest Twoim najtrudniejszym w odbiorze wydawnictwem. Brzmi bardzo apokaliptycznie, a jednocześnie ciężko odnaleźć na niej jakiś punkt zaczepienia. Gdzie jest haczyk?

Sam nie wiem, czy istnieje tutaj jakiś konkretny haczyk, długo zastanawiałem się nad zrobieniem płyty która opierałaby się na czystym i całkowitym minimalu i oczywiście ambiencie. Jestem zadowolony z tego wydania, jednakże zdaje sobie sprawę z tego iż jest trudne w odbiorze.

Co stoi na przeszkodzie?

Przeszkodą jest fakt, że ta płyta niejedną osobę może po prostu nużyć. Rozwija się powoli, bądź też wcale – jak twierdzą niektórzy. To był pewnego rodzaju eksperyment polegający na tym, jak zostanie odebrana płyta, która znacząco różni się od poprzednich – minimum ambientu. Myślę że i ona znalazła swoich odbiorców, choć niestety niewielu z Polski.

Dlaczego w Twoich kawałkach jest tak mało melodii? Nigdy nie myślałeś aby obrócić styl o 180 stopni i sprawdzić czy nadal „hula”?

Sądzę, że jest nadmiar melodii, serio. Moja twórczość jest minimalistyczna i właściwie zawsze takową będzie. Długo myślałem nad płytą micro dupstepową, aby połączyć moją stylistykę z dubstepem. Zawsze jednak staram się trzymać tego co nie jest trendem, a dubstep nim jest.
Co do swojej twórczości, mam zamiar drążyć i eksperymentować jeszcze trudniejsze i głębsze tematy. W tym roku wypuszczam dwie ostatnie IDMowe płyty, jedna ukaże się nakładem U-Cover, druga natomiast Impulsive Art. Im cięższy odbiór tego co robię, tym większą daje mi to satysfakcję.

Jesteś jednym z najbardziej uznanych za granicą twórców spod znaku IDM i jednocześnie stosunkowo mało znany na polskiej scenie. Dlaczego tak słabo Cię tu słychać? Fakt, iż wydajesz u zagranicznych wydawców, jest dowodem na to, iż dla artystów Tobie podobnych nie ma tu miejsca?

To fakt, za granicami zapracowałem sobie już po części na pewien poziom, w Polsce jest z tym problem. Sądzę że niewielu ludzi jest w stu procentach alternatywnych, poszukujących i ma otwarty umysł, by chłonąć tak trudne dźwięki. Z drugiej strony koncertowałem w Polsce w około 40 klubach w ciągu pięciu miesięcy, brałem udział w instalacjach, performanceach, a nawet pokazach mody. Coraz bardziej zdaje sobie z tego sprawę, że Opener dał mi w pewien sposób możliwość kontaktu z polską publicznością. IDM/Glitch to trudne gatunki, tym bardziej w naszym kraju.

IDM to gatunek wieloznaczny, posiadający miliony interpretacji. Jak Ty go definiujesz?

Warszawa jest idealnym miejscem na eksperyment. Tak naprawdę jest tutaj zapotrzebowanie na każdy rodzaj muzyki.Często zarzucane mojej twórczości jest to, że nie można do niej tańczyć. Zatem dlaczego klasyfikuje się mnie jak twórcę gatunku spod znaku IDM, sam nie wiem. Dla mnie IDM to po prostu coś ambitnego, coś wymagającego wytężenia słuchu, to styl który jak dla mnie daje dużo do myślenia.

Dzisiejsza scena ambient w moim odczuciu to również kontrowersyjny temat. Jedni wskazują na odtwórczość i marazm, drudzy dostrzegają jej nieustanny rozwój. W jakim kierunku Twoim zdaniem to podąża?

Jak najbardziej scena ambientowa idzie do przodu. Wynika to z tego, że już nie ma stricte ambientowych płyt. To konfrontacja glitchu/dronu/field recordingu i modern classicalu. Ta mieszanka to Ikona Elektroniki XXI wieku.

Przeprowadzka do Warszawy wpłynęła na Twój sposób pracy nad produkcją?

Warszawa jest idealnym miejscem na eksperyment. Tak naprawdę jest tutaj zapotrzebowanie na każdy rodzaj muzyki. Uciekłem z Katowic, ze względu na brak zapotrzebowania na moją muzykę, to dość ograniczone miasto. Nie wiem jak teraz, ale sądzę, że nadal króluje tam dubstep, minimal i drumnbass.

I tak na koniec, słuchałeś nowej płyty Autechre?

Nie. Sądzę, że przyjdzie jeszcze czas abym jej posłuchał. Stronię jednak od nowych płyt Autechre, jestem zwolennikiem ich dwóch pierwszych albumów. Obawiam się również, że ich nowa produkcja niczym mnie nie zaskoczy.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Wojtek

    „gdy byłem rezydentem w nieistniejącym już klubie Elektro w Katowicach.” można wiedzieć kiedy to było ?