Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Archive for Październik, 2018

Matthew Herbert – One Club


Kiedy pierwszy z trzech wydawnictw zapowiedzianych przez Herberta ujrzało światło dzienne, było pewne, iż Brytyjczyk będzie chciał zostać zapamiętany jako artysta, który realnie ucieka od wszelakich ram i szufladek, nie kończąc jedynie na zapewnieniach o tym, jak większość muzyków jego pokroju. Jego poprzedni krążek (recenzja „One One” – tutaj) oparty był na muzycznym ekshibicjonizmie z jego strony, na analizie swojego Ja i nagraniu stuprocentowo autorskiego materiału. „One Club” rozkłada na części ludzi, dla których nagrywa, z którymi żyje. I niczym Doctor Rockit, swoje własne alter ego odnajduje w ludziach kłębiących się we wnętrzu klubu, którzy tylko pozornie są bezkształtnym, anonimowym tłumem…

Drugą część trylogii Herberta otwiera szaleńczy rajd pośród samochodowych alarmów i klekoczących uderzeń perkusji. „Robert Johnson” biegnie na oślep niczym N*E*R*D w „Lapdance”, przy okazji zrzucając na wilgotną posadzkę zimne Bombardiery, zatrzymując się tylko na moment, by rozejrzeć się po zadymionym klubie. Szkło eksploduje z hukiem prosto pod nogi zblazowanych Angoli, rozbijających kule po bilardowym stole, a my zaczynamy czuć się jak w latach osiemdziesiątych, kiedy „Crossfire” niemieckiej grupy Die Krupps bujał każdym electro klubem w zachodniej Europie. Na piętrze „Alex Duwe” szuka zmrożonej, musującej ciszy, po pijanej głowie plącze się Boards Of Canada, której ambientowy urok przerywa chwilowe przywrócenie rozdwojonej świadomości. Figlarne perkusjonalia mnożą się i zachodzą na siebie, a wskazówki zegara wirują dookoła zniekształconych gwizdów, dopóki „Jenny Neuroth” nie wyłoni się z alkoholowych oparów i nie zacznie wrzeszczeć razem z tłumem, który zapętla się na wzór klasycznego, stricte klubowego crescenda.

Przestrzeń bulgocze, ludzie wznoszą się i upadają, nawet na chwilę nie budząc rozumu. Speedy J stoi przy barze w kłębach papierosowego dymu, „Oliver Bauer” wbija się na parkiet, wraz z masywnym, dupstepowym beatem, pociągając za sobą tłumy i niczym w legendarnym „Thriller” Jacksona, rozpoczyna opętańczy footwork. Pot spływa po czole, skronie nieznośnie pulsują i tylko 8 bitowe arpeggio miota się po mózgowych falach, wespół z radosnym odliczaniem bawiącej się gawiedzi, które zamyka nam drogę do jakiegokolwiek pojmowania rzeczywistości. „Jalal Malekidoost” traci przytomność, nie mogąc złapać kontaktu z otoczeniem, chodząc po omacku jakby nie mógł złapać na radiowym paśmie odpowiedniej częstotliwości. Zaczyna zbierać z podłogi porozrzucane myśli, układając je w coraz bardziej logiczną całość. Ich szmer zaczyna rytmicznie pulsować wciągając nasze ciało w plemienny trans, niszcząc wszelką subtelność i zastępując ją rosnącą przed oczami ścianą nieskrępowanego noiseu.


Stojący na deszczu „Rafik Dahhane” lubi narkotyczne połączenia, mieszając kościelne organy z industrialna rytmiką i estetyką techno, ocierającą się niemal o gabber. Dźwiękowe repetycje wysyłane są w kosmos przez las rąk błądzący w ciężkim powietrzu, które rozrzedza na moment chóralna intonacja, roznosząca się po ścianach klubu. Początkowo pachnie nam dobrze znanym minimal dubem numeru „Flashback” z najnowszej płyty 2562 oraz microhouseowym sznytem „As Long as Theres Love Around” niemieckiego Farben. Finalnie jednak „Marcus Bujak” odważnie manipuluje samogłoskami wydobywającymi się z ludzkich krtani, działając w parze z ciepłym strumieniem instrumentów dętych, które tłumi wyciszony „Nicolas Ritter” siadający niespostrzeżenie na końcu sali.

Z membran głośników wylewa się musique concrète w najczystszej formie. Drobno poszatkowane loopy, pomalowane postindustrialnym kolorem numeru „Ventolin” legendarnego Aphex Twin trzęsą się nerwowo, lecz kiedy we wnętrzu pomieszczenia pojawia się „Marlies Hoeniges”, cały klub zaczyna bawić się taneczną euforią Czarnego Lądu pobudzaną etnicznymi bębnami i gospelowymi nawoływaniami. Słońce ospale wynurza się znad horyzontu, a „Kerstin Basler” wraz z rozśpiewanym tłumem przenosi się na plażę, gdzie niczym Cornelius Cardew żegna gorącą, piątkową noc, pacyfistycznym zawołaniem – We are everything, we are everyone, rozjeżdżając się do domów przy dźwięku ostatnich, syntezatorowych melodii Matthew Herberta.

„One Club” to niesamowicie sugestywna płyta, która oparta została na bardzo intrygującym patencie. Niemniej jednak sam pomysł, to zdecydowanie za mało, by po pierwszym przesłuchaniu wydawnictwa nie odstawić krążka na półkę i przez lata nie myśleć o nim jako o niezobowiązującej ciekawostce. Matthew Herbert chciał udowodnić tym albumem, że jest artystą poszukującym i bez wątpienia to osiągnął. Szkoda, że przy okazji produkcji płyty nie pokusił się o większą ilość treści, nie rezygnując z ultra-eksperymentalnej formy albumu. Trzecia, ostatnia część trylogii przed nami, „One Pig” traktować ma o cyklu życia świni. Brzmi absurdalnie, a zarazem oryginalnie, oby album nie powtórzył błędu swego poprzednika. Po co komu album na jeden raz?

accidentalrecords.com

matthewherbert.com
Accidental, 2010

John Roberts – Glass Eights


Do niedawna grupa hamburskich producentów skupionych wokół wytwórni Dial sprawiała wrażenie zamkniętej na wpływy z zewnątrz kliki. Sytuacja zmieniła się, gdy dwa lata temu dołączył do niej młody producent – John Roberts. Mimo, iż pochodził z Ameryki, jego muzyka idealnie pasowała do wyrafinowanej estetyki firmy.

Roberts urodził i wychował się w Cleveland. Tam, zafascynowany muzyką house i techno, zaczął marzyć o wyjeździe do Chicago lub Nowego Jorku, znacznie bardziej prężnych ośrodków tych gatunków niż rodzinne miasto w stanie Ohio. Rodzice zgodzili się na Wietrzne Miasto – bo było bliżej domu. Roberts rozpoczął tam studia plastyczne i inżynierii dźwięku. Jego wyobrażenia o stolicy muzyki house okazały się jednak niezbyt przystawać do rzeczywistości. Rozczarowany, przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie również nie było lepiej. Ostatecznie zakończył swą wędrówkę w Berlinie – gdzie szybko zdobył didżejskie szlify i został rezydentem w Panorama Barze. To jednak nie tam zauważyli go szefowie Dial. Będąc jeszcze w Nowym Jorku Roberts nawiązał przez Internet kontakt z Romy Zips, agentką bookingową hamburskiej wytwórni. I to ona wręczyła Carstenowi Jostowi i Pantha Du Prince płytę z nagraniami amerykańskiego producenta. Od tego momentu kariera Robertsa potoczyła się błyskawicznie – cztery dwunastocalówki w ciągu dwóch lat utorowały mu drogę do pełnowymiarowego debiutu.

Większość zamieszczonego na płycie materiału powstała przy wykorzystaniu taniego programu komputerowego – Renoise. Roberts, zakochany w klasycznych brzmieniach z Chicago i Detroit, celowo odciął się od technicznych nowinek, skupiając się na penetracji możliwości oldskulowego software`u. Kolekcja sampli, którą wykorzystał na płycie zebrała się również w niezwykłych okolicznościach. Producent odwiedzał znajomych, którzy mieli różne instrumenty, gościł w licznych sklepach muzycznych, testując możliwości sprzedawanego w nich sprzętu, wszystko to rejestrował i zgrywał na twardy dysk swego komputera. Potem przez rok tworzył kolejne nagrania, które koniec końców trafiły na „Glass Eights”.

Miłość do winylu sprawiła, że większość utworów z albumu zanurzona jest w analogowych szumach i trzaskach wydawanych przez stare płyty – tak dzieje się właściwie od samego początku krążka. Te archaiczne dźwięki dodają muzyce Robertsa patyny czasu – są jakby kluczem otwierającym przed nami drzwi do świata oldskulowych brzmień wykreowanych przez amerykańskiego producenta.

Trzy pierwsze nagrania z albumu to smakowity deep house. Choć Roberts sięga po zwaliste bity i masywne basy zapożyczone z twórczości Moodymana, kontrastuje je z zupełnie odmiennymi elementami. W „Lesser” są to tęskne akordy fortepianu i shoegazowe klawisze, w „Navy Blue” – odtworzone od tyłu psychodeliczne pasaże syntezatorów, a w „Ever Or Not” – perliste tony subtelnego piano podszyte rytmicznym pstrykaniem z palców. W efekcie kompozycjom tym daleko do oczywistości nowomodnych produkcji w stylu deep house. Wyróżniają się one bardziej europejską melodyką i ciekawymi kontrastami brzmieniowymi – czyli czymś niespotykanym do tej pory w tym gatunku.

Elementy deephouse`owej rytmiki podbitej jednak na tribalową modłę spotykamy w utworze „Pruned”. Roberts spowalnia jego tempo, wprowadzając rozciągniętą w czasie sekwencję fortepianu – zaskakująco zestawioną z przestrzennym tłem wywiedzionym z tradycji „kosmische musik”. Niezwykły to utwór – konia z rzędem dla tego, kto wpadły na takie połączenie dźwięków.

„Dedicated” i „Porcelain” to ukłon Robertsa w stronę ulubionych producentów z Chicago. W obu nagraniach mamy ciężkie, surowe, miarowo stukające bity, typowe dla wczesnych nagrań Marshalla Jeffersona czy Roya Davisa Jr. W pierwszym uzupełniają je nostalgiczne pasaże soundtrackowych syntezatorów, a w drugim – żrący loop o acidowym brzmieniu. Obie kompozycje wypadają bardzo stylowo – Hell z pewnością chętnie by je wydał na singlu nakładem swej zorientowanej obecnie na klasyczny house wytwórni Gigolo.

Pod koniec płyty Roberts skręca w stronę mocniejszych i głębszych podkładów rytmicznych. „August” to detroitowe techno o epickim rozmachu. Subtelna melodia wygrywana na fortepianie wtapia się tutaj w bajkowe pasaże klawiszy i melodyjny motyw syntezatorowy, składając się na wyraziste brzmienie typowe dla ilustracyjnych produkcji z Motor City. Tytułowy „Glass Eights” to dla odmiany berlińskie dub techno. Niby ze szkoły Maurizio, ale o zdecydowanie bardziej dostojnym tonie, tworzonym przez kontrastowo zestawione ze sobą elementy: nastrojowe solo na klarnecie i podszywający całość eteryczny dron w tle. Wszystko to zatopione w melancholijnym klimacie, emanujące nieutuloną tęsknotą, smutnym zamyśleniem nad przemijaniem tego świata.

Roberts umieszcza swe utwory w precyzyjnie dopasowanej formie pięciominutowych nagrań, unikając niepotrzebnych dłużyzn, kondensując w ten sposób ich energię i podkreślając melodykę. Efekty są wspaniałe – „Glass Eights” to jedna z najpiękniejszych płyt tego roku.

www.dial-rec.de

www.myspace.com/dialrecords

www.johnrobert.net

www.myspace.com/jrplaysthehits
Dial 2010

Tak brzmi nowe Daft Punk

Zobaczcie jeden z pierwszych oficjalnych fragmentów filmu „Tron: Legacy”, który do kin trafi w grudniu. Jak już pisaliśmy, za muzykę odpowiada tu duet Daft Punk. Kawałek z klipu powyżej nazywa się „Derezzed” i moim zdaniem brzmi naprawdę dobrze – szczególnie jako tło dla kontynuacji słynnego Tronu. A Wam jak się podoba?

Sebrok – The Pain


Aby się poświęcić didżejowaniu rzucił lukratywną pracę producenta w niemieckim oddziale MTV. Potem, wspólnie z kolegą po fachu, Markiem Miroirem, założył wytwórnię Paso Music, której nakładem zaczął publikować swe (i nie tylko) nagrania. Kiedy takie single, jak „Voodoo Channel” czy „Some Kind Of Monster” stały się przebojami, o jego produkcje upomniały się bardziej znane tłocznie. Nagrania Sebroka trafiły szczególnie w gust duetu Dubfire, który najpierw opublikował nakładem swego Sci+Tek dwunastocalówkę „The X”, a potem wrzucił pochodzący z niej tytułowy utwór na kompilację realizowaną dla Cocoon. Wszystko to sprawiło, że niemiecki twórca stał się w ciągu ostatniego roku jednym z najbardziej rozchwytywanych didżejów w Europie, zajmując nawet stanowisko rezydenta w legendarnym Tresorze.

Aby zaistnieć w świadomości jeszcze szerszego grona odbiorców, Sebrok zebrał wszystkie swe najważniejsze nagrania i uzupełniwszy je remiksami innych artystów opublikował na podwójnym albumie „The Pain”.

Wbrew tytułowi, przesłuchanie płyty wcale nie jest bolesne – a wręcz przeciwnie, całkiem bezkonfliktowe, ponieważ gwiazda berlińskiego clubbingu rezygnuje z jakichkolwiek eksperymentów, wpisując swe kompozycje w główny nurt tanecznego grania dzisiejszych czasów, wyznaczany przez produkcje artystów związanych choćby ze wspomnianym Cocoonem, Get Physical czy Great Stuff.

W pierwszym rzędzie jest tu miejsce na motoryczny tech-house. Oto już umieszczony tuż na wstępie „Who Stole The Soul” z udziałem Tassilo wprowadza nas w dobry nastrój, pulsując szurającym bitem wspartym pobrzękującym basem, niosąc czytelną melodię wygraną na nieco metalicznie brzmiących klawiszach. Podobnie wypada umieszczony dalej „The Truth” – tutaj Sebrok stawia na nieco twardszy podkład rytmiczny, uzupełniając go pozawijanymi pasażami monochromatycznych syntezatorów. Najciekawiej w tym zestawie brzmi jednak „Who Stole The Soul” w remiksie Anji Schneider. Szefowa Mobilee wpisuje w strukturę nagrania jamajskie dęciaki, nadające całości cieplejszy ton.

Jeszcze lżejsze brzmienia znajdujemy w utworach odwołujących się do klasycznego house`u z Detroit i Chicago. Przykładem tego choćby lekko połamany „Funk You”, gdzie masywny bit zostaje wpisany w alarmująco zawodzące klawisze zanurzone w dubowych powtórzeniach. Głębsze tony pojawiają się w mocno zbasowanym remiksie „Who Stole Your Soul” w wykonaniu Steve`a Lawlera. Brytyjski producent modeluje nagranie na chicagowską modłę, wklejając weń mroczną nawijkę wyłaniająca się spod syków buchającej pary. Spowolniona pulsacja dub-house`u pojawia się natomiast w „In Japan” i „Dr. Dub”. Szczególnie pomysłowo wypada pierwsza z kompozycji – bo wprowadzony weń dandysowski wokal Northern Lite nadaje całości zaskakująco nowofalowego charakteru.

Nie brak tu również minimalu – to przede wszystkim otwierający krążek „The Pain” z udziałem Tassilo i Mr. Beana oraz ulokowany nieco dalej „Analogue Seduction”. Sebrok oplata w nich zredukowane bity różnorodnymi efektami – tajemniczymi szeptami, perkusyjnymi ozdobnikami, kaskadami sonicznych akordów, nadając im w ten sposób duszne, gęste brzmienie.

Wszystkie nagrania z krążka (drugi zawiera niemal ten sam zestaw utworów – zaserwowanych jednak w ciągłym miksie) mają zdecydowanie funkcjonalny charakter. Sebrok jest dobrym rzemieślnikiem – potrafi zgrabnie poskładać wszystkie elementy klubowego killera w jedną całość. Ta zachowawczość sprawia jednak, że jego muzyka nie wychyla się ponad pewną przeciętność współczesnej niemieckiej sceny klubowej. Słuchając jego płyty staje się jasne dlaczego ranga Tresora tak zmalała ostatnimi czasy na rzecz Berghain.

www.paso-music.de

www.myspace.com/pasorocks

www.sebrok.de

www.myspace.com/sebrok
Paso Music 2010

Mikrokolektyw – Revisit


Mikrokolektyw jest kolejnym polskim duetem, któremu udało się wkupić w łaski zagranicznego wydawcy. Tym razem padło na wiekową, chicagowską wytwórnię Delmark, specjalizującą się w jazzie i bluesie.
Wrocławski duet nie bez przyczyny trafił w szeregi kanadyjskiej oficyny. Revisit to płyta przede wszystkim jazzowa. Analogowa elektronika pełni tu funkcję dodatkową, ubarwiającą. Pierwsze skrzypce grają trąbka i perkusja, prowadzące ze sobą nieustanny dialog.
W grze Artura Majewskiego słychać inspiracje Donem Cherry, Piotrem Wojtasikiem, czy w końcu Milesem Davisem. W krótkich utworach wygrywa proste, wpadające w ucho melodie, które czasami powtarza kilkakrotnie, innym razem urywa po jednym odegraniu. Zawsze są to jednak delikatne dźwięki, kojarzące się raz z polskimi bajkami z lat sześćdziesiątych, innym razem ze starymi kryminałami.

Kuba Suchar eksperymentuje z grą na perkusji, począwszy od freejazzowej improwizacji, poprzez muskanie bębnów szczotkami, na plemiennych rytmach skończywszy. Zdarza mu się również wypuścić w okolice muzyki latynoamerykańskiej, czy nawet samby.
Obu panów zamiennie ze swoimi instrumentami korzysta z analogowych syntezatorów, tworząc archaicznie brzmiące, elektroniczne pasaże. Nasuwa się kolejne filmowe skojarzenie, tym razem z europejskimi filmami science fiction z lat siedemdziesiątych.
Te wszystkie elementy sprawiają, że Revisit to tak naprawdę nieprzerwana, przez większość czasu leniwa, improwizacja. Całość została zamknięta w ramy krótkich utworów, dzięki czemu dostajemy kilkanaście jamów, w skondensowanej, pięknie wyprodukowanej formie.

Delmark, 2010

Soundwaves Records

Soundwaves Record Label to nowy internetowy label. Został założony w celu promowania młodych zdolnych artystów z całego świata. Przedział muzyczny na jakim będziemy się skupiać to szeroko pojęta muzyka elektroniczna. Od minimalowych brzmień przez electro, tech-house, deep, break beat, techno, trance, hard aż po drum & bass itp. Kolejne wychodzące na łamach wytwórni albumy, single i epki będą zmierzać właśnie w tych kierunkach Jeżeli tworzysz muzykę i chcesz pokazać się większej liczbie odbiorców. Chcesz się wypromować i w końcu zacząć zarabiać na swojej muzyce ?…. Nie wiesz od czego zacząć lub jakim rodzajem licencji oprawić swoja muzykę ? Napisz do nas pomożemy Ci. Właśnie po to jesteśmy. ….
Prześlij nam linki ze swoją muzyka lub swoje demo. Twoje utwory też mogą być dostępne na juno, Beatport…
Nie czekaj…
Strona: http://www.soundwaves.pl

KTU

Czyli interkontynentalna grupa eksperymentalna.

Zawieszenie działalności King Crimson po nagraniu The Power To Believe przyczyniło się do osierocenia jednej z, według mnie, ciekawszych czynnie działających sekcji rytmicznych – Mastelotto-Gunn. Panowie postanowili jednak kontynuować współpracę, co zaowocowało powstaniem paru jednostrzałowych projektów.

Styl gry Pata Mastelotto, który swoją karierę zaczął z wystrzałem, bo w zespole Mr. Mister mającym na koncie mega hit w latach osiemdziesiątych – Broken Wings, ewoluował bardzo gwałtownie, by zatrzymać się na etapie, kiedy tradycyjny zestaw akustycznych bębnów został powiększony o elektroniczne pady, zaawansowany sampler, looper oraz kontrolujący to pandemonium laptop. Dodając do tego pełne polotu improwizacje, w których lubuje się Pat oczywiste jest, że ludzie nie pozostają obojętni na styl jego gry.

Trey Gunn do pierwszej ligi wybił się współpracując z Davidem Sylvianem. Grając na basowej hybrydzie o skali rozpiętej do pięciu oktaw potrafi skutecznie zabudować tło kompozycji gąszczem pulsujących dźwięków, jak i zagrać partie solowe o brzmieniu łudząco podobnym do gitary elektrycznej. Instrument uniwersalny, lecz wymagający.

Duet ten, chcąc wzbogacić swoją twórczość o nowy pierwiastek, postanowił zaprosić do współpracy fińskiego muzyka – Kimmo Pohjonena, grającego na akordeonie elektronicznym. Uzbrojony w szereg efektów modulujących brzmienie swojego instrumentu był tym, którego przesyceni karmazynową szkołą gry potrzebowali Mastelloto i Gunn. Zespół obierając nazwę KTU nagrał do tej pory dwa albumy – 8 Armed Monkey oraz Quiver, będące odtrutką na skostniały i obrośnięty kurzem rock alternatywny. Melodie prowadzone przez akordeon wsparte wielowymiarowymi podkładami rytmicznymi nie dają się zamknąć w brzmieniu trzech instrumentów. Elektronika, ambient i jazz w rockowej pigułce. Polecam.

Robyn – Body Talk pt.2


Po całkiem niezłym Body Talk pt.1 przyszedł czas na część drugą – lepszą. Body Talk pt.2 wydaje się bardziej spójne gatunkowo i ciekawsze. Otwierające album przebojowe i melodyjne In my eyes może nie zapowiada nic szczególnego ale jeśli bardziej zagłebimy się w tą płytę to zobaczymy, że ambicje Robyn sięgają znacznie dalej niż pisanie zwykłych piosenek pop. Piękna, poruszająca ballada Hang with Me z pierwszej części albumu zamienia się tu w rasowe elektro, pulsujący beat z pewnością dodaje jej smaku chociaż przyćmiewa dźwięczny głos Szwedki, który pięknie wyeksponowała wersja akustyczna. Robyn z pełną swobodą porusza się w różnych odmianach muzyki elektronicznej, balansując czasem na granicy kiczu tak jak w Love Kills przypominającym dyskotekowe hity z lat 90tych. Ale już intensywny beat i wirujące syntezatory w We Dance to the Beat rozwijają przed nami przestrzeń niczym u mistrzów elektroniki pokroju Chemical Brothers. Criminal Intent to odsłona tej niegrzecznej Robyn próbującej swoich sił w rytmach podchodzących pod rnb. Jednak jej jest bardziej do twarzy z energicznym elektro-popem jak w U Should Know Better z gościnnym udziałem Snoopa.
Na sam koniec, tak jak w przypadku Body Talk pt.1 dostajemy Robyn akustycznie. Indestructible to wzruszająca, pięknie zaśpiewana piosenka o sile miłości, opatrzona stylowymi smyczkami. Można się czepiać, że takie ballady to cliché ale to przede wszystkim tutaj jej głos otrzymuje należytą ekspozycję. Zresztą Robyn już zdążyła przerobić Indestructible na klubowy wymiatacz i wydać na singlu w ramach promocji Body Talk pt.2 (premiera końcem listopada). I kto za nią nadąży?
Konichiwa Records, 2010

Sistol – Sistol – Remasters And Remakes


Jeśliby próbować wybrać jednego z najważniejszych artystów nowej elektroniki minionej dekady, poważnym kandydatem byłby Sasu Ripatti, który zdołał w ciągu ostatnich dziesięciu lat nagrać wiele wybitnych płyt pod różnymi pseudonimami. Zanim o jego albumach wydanych przez takie wytwórnie, jak Chain Reaction, Mille Plateaux czy Force Tracks zrobiło się głośno, fiński perkusista wydał w 1999 roku nakładem amerykańskiej tłoczni Phthalo płytę firmowaną szyldem Sistol. Ten mało znany krążek powraca dziś w zremasteryzowanej przez samego Ripattiego wersji, rozpoczynając działalność nowej wytwórni Dimitri Fergadisa, właściciela Phthalo – Halo Cyan Records.

Materiał opublikowany jedenaście lat temu nosi wyraziste wpływy wszystkich modnych wówczas stylistyk. Najpierw otrzymujemy radykalnie minimalistyczne techno – to otwierający krążek „Hajotus”, który tworzą wyjątkowo proste elementy: miarowo wystukiwany bit i pobrzękujący bas. Jedynym ozdobnikiem są tu szczątkowe pogłosy. To echo fascynacji Ripattiego dokonaniami z Basic Channel i Chain Reaction. Świadczą o tym kolejne nagrania – „Keno” i „Kemli”. Podkłady rytmiczne, zredukowane na dubową modłę, brzmią tutaj jakby wydostawały się spod ziemi – a uzupełniają je jedynie matowe akordy klawiszy ozdobione stukami i trzaskami.

Te ostatnie efekty to oczywiście pokłosie rodzącej się dopiero wówczas estetyki click. Że fiński producent był jednym z jej prekursorów dowodzi „Hac”. To zanurzone w studyjnych defektach nagranie o gęstym rytmie tworzonym przez połamane bity i gięty bas – niczym wczesne eksperymenty Wolfganga Voigta w ramach wytwórni Profan. Brudny minimalizm, typowy dla utworów tegoż producenta z serii Studio 1, znajdujemy z kolei w „Luomo”. Mamy tu transowy pochód szorstkiego bitu uzupełniony jedynie ledwo słyszalnymi szumami w tle. Podobnie dzieje się w „Kojo”, gdzie następuje synteza dubowych akordów ze zredukowanym rytmem, owocująca zaskakującym spotkaniem dwóch najbardziej progresywnych wówczas stylistyk – kolońskiej i berlińskiej.

Najbardziej rozbudowany charakter mają dwie kompozycje – „Haaska” i „Kotka”. Pierwsza z nich, pędzące szybkim rytmem o house`owym metrum, przywołuje wspomnienie tanecznych killerów Maurizio. Zdubowany bit oplatają tu jednak znacznie bardziej oszczędne efekty – kaskady rdzawych klawiszy i popiskujący loop o 8-bitowym brzmieniu. „Kotka” to najpełniejsza wypowiedź Ripattiego na krążku. Nerwowo kołatający niczym przestraszone serce bit wsparty toczącym się jak stalowy walec basem, niesie ukryty w tle ambientowy strumień onirycznego szumu, który powoli wypływa na pierwszy plan utworu, tworząc jego odrealniony klimat. To zapowiedź przyszłych dokonań Ripattiego – choćby na płytach zrealizowanych pod pseudonimem Vladislav Delay.

Mimo mocnego piętna swego czasu, muzyka z płyty robi świetne wrażenie. Reprezentowany przez nią skrajny minimalizm z wpływami cyfrowego dubu najwyraźniej się nie starzeje.

Że nagrania Sistola można potraktować jako szkice do własnych obrazów demonstruje drugi krążek z zestawu – „Remakes”. Składa się nań jedenaście przeróbek utworów Ripattiego z 1999 roku w wykonaniu tuzów nowoczesnej elektroniki. Mimo drobnych wyjątków dominują tu taneczne klimaty. Oto Mike Huckaby zamienia „Keno” w detroitowy house o ciepłym brzmieniu, a Aki Latvamäki przetwarza „Kaste” w perliste techno mieniące się kolorami tęczy. Maksimum klubowej energii wyciska z „Kojo” sam John Tejada, a [A]pendics.Shuffle nie ustępuje mu wcale z parkietową wersją „Haaski”. Nawet znani z innych brzmień DMX Crew i DuranDuranDuran stawiają na siarczyste techno – i to w mocno oldskulowej wersji. W efekcie okazuje się, że we wczesnych dokonaniach Ripattiego drzemał niewiarygodny wręcz taneczny potencjał.

Jest tu również miejsce na bardziej eksperymentalne rekonstrukcje. Nie zawodzi Alva Noto, zamieniając „Hac” w kraftwerkowe electro podrasowane na nowoczesną modłę. Sutekh przywołuje w swojej wersji „Kotki” eksperymentalny glitch, niestety, pozbawiając utwór całego uroku. Najciekawiej wypada „Nuomo” w wersji nowojorskiej formacji Ike Yard. To autentyczny spust industrialnej surówki, łączącej dronowe dudnienia z metalicznymi smagnięciami klawiszy, tektoniczne uderzenia basu z brutalną partią perkusji. Kto by się spodziewał, że muzyka Fina zabrzmi tak ekspresyjnie w wersji no wave?

www.halocyan.com

www.phthalo.com

www.vladislavdelay.com

www.myspace.com/sistolmusic
Halo Cyan Records 2010

Igor Boxx Breslau – premiera płyty

W ten piątek we wrocławskim klubie Ośrodek odbędzie się impreza inaugurująca wydanie przez Igora Pudło albumu zatytułowanego „Breslau”. Nie mogło by nas zabraknąć podczas tego wydarzenia. Cały wieczór zapowiada się interesująco, ponieważ występ Igora zostanie wzbogacony o wizualizacje, których autorem będzie VJ Spectribe. Na scenie pojawią się również Magierski-Tymon-Siny-Lu (live), 2 Much (live) oraz Przaśnik (dj set). Impreza ruszy o 21:00, a wejście na nią będzie kosztować 10 zł.
Przypomnijmy, że album Igora, wydany pod pseudonimem Igor Boxx ukazała się 25 października. Bohaterem tej płyty jest rodzinne miasto Igora – Wrocław i jego nieodległa historia. „Breslau” to muzyczna fantazja na temat oblężenia Festung Breslau przez Armię Czerwoną w 1945 roku.


Wyświetl większą mapę

Tim Hecker – nasza rozmowa

Tim Hecker zgodził się na krótką rozmowę w zaciszu kościelnej zakrystii po swoim koncercie, jaki dał w ramach Unsound Festival.

Czytaj dalej »

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 3: dot dot

W nadchodzącym wydaniu audycji zostanie zaprezentowany live act artysty ukrywającego się pod pseudonimem dot dot. Będzie to godzinna podróż po takich stylistykach jak techno, minimal i experimental.

Wtorek (26.10), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Interpol – Interpol


1. Zacznijcie od tytułu i oprawy wizualnej. Nie musicie się wysilać. W kwestii nazewnictwa w zupełności wystarczy wasze nazwisko/pseudonim/nazwa zespołu (nawet jeśli to wasz czwarty longplay i mieliście już epkę pod takim tytułem, tak jak w omawianym przypadku). Za okładkę posłuży wykonana w pośpiechu grafika komputerowa. Obraz zdobiący najnowszą płytę Interpol, czyli rozpadająca się nazwa grupy na czarnym tle (jakże symboliczne, jak później wykażemy), to idealna ilustracja tej genialnej prostoty. Pamiętajcie – czas to pieniądz, lub może ciasto pieniądz, w każdym razie nazewnictwo i szata graficzna to mało istotne detale, a przed wami najważniejsza misja: pisanie, nagrywanie i produkcja muzyki.

2. Załóżmy, że na początku wieku wydaliście album który powalił wszystkich i przez wielu uważany jest za debiut pierwszej dekady stulecia w swojej kategorii. Wasza druga płyta była dojrzalsza, ale mniej powalająca. Trzecia spotkała się z najchłodniejszym przyjęciem, zresztą nie bez powodu. Bez wątpienia ciąży nad wami presja „genialnego debiutu”. Co robić? To oczywiste – powrócić do korzeni, które przyniosły sukces i uznanie. Zauważmy, jak płynnie połączy się to z ascetycznym artworkiem i tytułem całości. Wystarczy połączyć kropki, a linie same się ujawnią.







3. Aby nagrać słabą płytę, przede wszystkim należy grać tak, jakby przez ostatnie dziesięć lat nie zmieniło się zupełnie nic. Na świecie, w waszym kraju, mieście i w waszym życiu. Nie wykazujcie żadnych tendencji do wprowadzania jakichkolwiek zmian, eksperymentowania czy choćby próby poszerzenia środków wyrazu. Walczcie z podobnymi przejawami u kolegów z zespołu, jeśli wykazują takowe, i przy okazji „róbcie swoje”, czyli grajcie w poprzek tego, co oni. Być może jeden z nich zwyczajnie odejdzie, tak jak basista Carlos Dengler, który tuż po sesji nagraniowej opuścił Interpol – tłumacząc, że tak naprawdę nigdy nie lubił swojego instrumentu. Nie zapominajcie jednak, że w tym biznesie nie ma ludzi niezastąpionych.

4. Jak się rzekło, bądźcie zachowawczy. Nie obawiajcie się przekroczyć granic autoplagiatu („Barricade” to dosłowna muzyczna powtórka z „Obstacle 1”, nawet tytuły mają ze sobą coś wspólnego – świadomy to zabieg, czy nie?). Te same riffy gitary i linie basowe, te same nerwowe bębny i teksty. Tak jak w przypadku Paula Banksa, który pomimo 32 lat na karku, nadal cierpi na młodzieńczy angst. Nie przejmujcie się więc, jeśli zarzucą wam, że wcześniej zdarzała się wam pierwszorzędna poezja („Not Even Jail”), a teraz piszecie kawałki w stylu „Show me yoru midnight desires”, wyśpiewując je z trudem, bo odbija się wam własny ogon. Przynajmniej się najedliście i byliście jeszcze na tyle dobrzy, żeby podzielić się z fanami. Jest ich wielu, więc trzeba rozmienić się na drobne. Statek tonie, a Interpol gra dalej. Tak wygląda teraz ten biznes.

5. Na koniec trzeba jednak dodać i podkreślić z całą stanowczością, że nagranie słabej płyty to jak zabawa w rosyjską ruletkę. Nieprzychylni wam będą mówić, że stoicie w miejscu, więc de facto cofacie się, zaś wasz własny styl dławi się samym sobą. Nowych fanów raczej nie pozyskacie, starych nie stracicie, ale ci ostatni, mając ochotę posłuchać waszej muzyki, prawdopodobnie wybiorą udany debiut, którego poziom tak bardzo chcecie osiągnąć (a może wcale nie?). Albo pójdą na koncert. Niech owa płyta będzie więc pretekstem do światowego tournee, które tłumnie zgromadzi waszych chlebodawców. Taki biznes, panie i panowie. A że nagraliście nudny, wtórny i słaby album? Pytanie brzmi:








Matador, 2010

W środę Biosphere – czekamy na relacje!

W Łodzi trwa wyjątkowy Nordland Art Festival, czyli impreza promująca sztukę skandynawską. W środę, klubie wytwórnia zagra Biosphere! Geira Jenssena nie trzeba przestawiać. Artysta rozpocznie swój występ o godzinie 22.00 – przed nim na scenie pojawi się polski projekt Nemezis (godzina 21.00). To wyjątkowe wydarzenie – czekamy na Wasze relacje i filmy.

Przypomnijmy, że w lineupie Nordland Art Festiwal znaleźli się m.in. Nils Petter Molvaer, Kyst, Tomasz Stańko Nordic Quintet, Mari Kvien Brunvoll, Dariusz Makaruk, Letko. Szczegóły znajdziecie na stronie www.nordlandartfestival.pl – warto!

Jon Kennedy na Mikołaja

Na początku grudnia dwa występy Jon Kennedy Live Band w ramach cyklu imprez Jam The Club! Czy początek grudnia kojarzy się Wam z wypastowanymi kozakami czekającymi na mikołajkowy prezent?!Jeśli nie – zmieńcie czym prędzej swoje przyzwyczajenia, już dziś doprowadźcie swoje buty do ładu i ślijcie listy do Mikołaja z prośbą o bilet na jeden (lub oba!) z występów Jon Kennedy Live Band w Polsce!Ten nietuzinkowy multiinstrumentalista, dj, założyciel wytwórni „The Jon Kennedy Federation”, został odkryty przed 10-cioma laty przez Ninja Tune. Obecnie ma na swoim koncie m.in. 4 albumy (ostatni – „14” z 2009 r.), remiksy utworów Bonobo czy Quantic.
U nas wystąpi w ramach cyklu imprez Jam The Club – 3 grudnia w bydgoskim Mózgu oraz 4 grudnia w Centrum Stocznia Gdańska. Jeśli macie chęć na zdecydowane, drum&bassowe dźwięki, sprawdźcie dokładnie line up gdańskiej imprezy – oprócz Jona na żywo wydarzą się tam także dj sety m.in. Chase and Status i Subwave.

Byle do grudnia!

Cursor Miner – Requires Attention


Właściwie od narodzin techno i house`u pojawiały się coraz bardziej śmiałe próby wykorzystywania nowych brzmień do produkcji piosenek. Przebiegały one dwutorowo – z jednej strony po elektronikę sięgały wielkie gwiazdy (choćby pamiętna przygoda Davida Bowie z drum`n`bassem na „Earthling”), a z drugiej – młodzi wykonawcy specjalizujący się w klubowym graniu próbowali wpisywać swe produkcje w formułę utworów pop.

Do tego drugiego grona można zaliczyć Roberta Tubba, brytyjskiego producenta, który od początku minionej dekady eksperymentuje z łączeniem techno, house`u, breakbeatu i electro z songwritingiem w stylu Becka. Do tej pory nagrał trzy płyty wydane przez Lo Recordings i każda z nich spotkała się z ciepłym przyjęciem nie tylko słuchaczy, ale i kolegów po fachu, bo znajdujące się na nich nagrania z powodzeniem grywały w swych didżejskich setach takie tuzy, jak Andrew Weatherall, Laurent Garnier czy Dave Clark. Teraz dostajemy nowy album – tym razem opublikowany przez zaprzyjaźnioną (dla niej debiutował w 2001 roku) z Tubbem londyńską wytwórnię Uncharted Audio.

„Requires Attention” zgodnie z tytułem rzeczywiście wymaga uwagi – bo dwanaście zamieszczonych na krążku nagrań tworzy wyjątkowo barwny kalejdoskop stylów i brzmień.
Kiedy włączamy płytę można odnieść wrażenie, że pomyliły nam się krążki i w odtwarzaczu wylądował nie Cursor Miner tylko Joy Division. „Reject” to chmurny pochód mrocznego basu uzupełniony zimnymi pasażami klawiszy, nad którymi rozbrzmiewa ponura wokaliza – jakby dochodząca z grobowej krypty. Podobnie dowcipny cytat z klasyki dostajemy na końcu płyty. Zamykający ją „For Each Other” to filuteryjna konwersja „Space Oddity” Davida Bowie – kosmiczna ballada o psychodelicznym brzmieniu podrasowana na nowoczesną modłę. Do twórczości „muzycznego kameleona” Tubbs odwołuje się również w „The Golem Of Bognor Regis”. Tym razem brytyjski producent serwuje masywny funk w awangardowej oprawie – niczym słynne „Fashion” Bowiego.

Sporo zresztą na płycie takich mocnych i ciężkich brzmień o niemal industrialnym rodowodzie. Przykładem tego mordercze electro w „Silicon Savage” czy plemienny hymn „King Is A Killer”, w których odnajdujemy wyraźne wpływy dokonań Meat Beat Manifesto. Nawet kiedy Tubb sięga po breakbeat – pojawia się on w maksymalnie bombastycznej wersji. „Mad Cow” czy „Full English Fastbreak” atakują słuchacza walcowatymi bitami i buczącymi basami rodem z epoki rave, mają jednak taką moc, jakby zremiksował je w swym muzycznym laboratorium sam Jack Dangers.

Nie brak na „Requieres Attention” również wycieczek na bardziej współczesne (?) terytoria. Oto bowiem „Chinese Water Torture” uderza w przesterowane tony w stylu nu-rave, łącząc taneczne bity z rockową energią, a „Luna” zaciekawia pomysłowym wykorzystaniem kraut-rockowej motoryki i kosmicznej elektroniki, przywołując na myśl słynny „Silver Machine” z repertuaru Hawkwind.

Produkcja całości jest maksymalnie wypasiona – Tubb kładzie największy nacisk na dynamikę (jak to teraz w modzie na angielskiej scenie klubowej), tak, że każdy utwór wręcz ogłusza studyjnie podrasowanymi dźwiękami. Ale akurat w tym przypadku pasuje to do muzyki. Jeśli ktoś potrzebuje solidnego kopa – powinien sięgnąć po ten album.

www.unchartedaudio.com

www.myspace.com/unchartedaudio

www.myspace.com/cursorminer
Uncharted Audio 2010

Jesse Rose w Polsce!

Już w piątek w Warszawie, jako dodatek do światowej promocji nowego krążka duetu Catzn Dogz, wystąpi zaprzyjaźniony z zespołem, najlepszy według brytyjskiego DJ MAG disc jockey 2007 roku. Jesse Rose do ułomków nie należy, oprócz wspomnianej na wstępie nagrody best of 2007 bardzo ambitnie włączył się w kreślenie współczesnej definicji muzyki house. Na codzień prowadzi również wytwórnię Made To Play, produkuje i remixuje – Hot Chip, Underworld czy Simian Mobile Disco. Jego sety to niezaprzeczalnie najlepszy pomysł na jesienną malancholię. Nieśmietlena ekipa detroitZDRoJ po raz kolejny sprowadza do Polski artystę, gwarantującego nietuzinkową zabawę na najwyższym światowym poziomie.

Jednak nie należy zapominać o idei, dzięki której w ogóle dojdzie do występu Jessego Rosea.

Premiera drugiego długogrającego albumu Catzn Dogz będzie jak na tendencję całej światowej trasy „Escape From Zoo Album Launch Party” niezwykle wyjątkowa, gdyż w odróżnieniu od pozostałych miejsc, tylko w Warszawie duet zaprezentuje nie DJ set, ale najprawdziwszy wystep live! spodziewajmy się, więc sporej ilości house, deep-techno, ale również electro i dubstepu.

Recenzję najnowszego albumu „Escape from ZOO” można przeczytaj tutaj

29.10 1500 m2, Solec 18
wstęp 15/20, start 22

Strona wydarzenia na facebooku

Unsound 2010 – z ciemności w światłość

Za nami tegoroczna edycja Unsound Festivalu – niewątpliwie najbardziej oryginalnej imprezy z muzyką elektroniczną w Polsce. Jak wszystko, czego dotknie się człowiek, tak i krakowski festiwal miał swe mocne i słabe strony. Analizując na gorąco miniony tydzień, spróbujmy je krótko wypunktować, aby łatwiej było zastanowić się nad dalszymi drogami rozwoju Unsoundu.

Na pewno najważniejsze pod względem artystycznym były koncerty wykonawców prezentujących muzykę na żywo. Jak można się było spodziewać najciekawszym z nich okazał się występ The Moritz Von Oswald Trio. Grupa zagrała aż 75-minutową improwizację (a płyty trwają po 40 minut), w której w organiczny sposób połączyła wszystkie fascynacje swych członków – od techno, przez dub, po fusion. Koncertu nie zepsuł nawet tłumek metalowców, wychodzących bezceremonialnie z sali kina Kijów w trakcie występu tria po koncercie swego idola – Lustmorda.

Świetnie sprawdzili się post-rockowcy z Mice Parade. Instrumentalna wirtuozeria nie przeszkodziła im zagrać naturalnie, z polotem, w nastrojowo rozwichrzony sposób. Pozytywnie zaskoczyli Emeralds i Roll The Dice – okazało się, że elektronika oparta na kosmicznych arpeggiach doskonale wypada na żywo: pozwala budować niesamowite napięcie i tworzyć ekscytujące melodie. Nie zawiedli Francuzi z Zombie Zombie – ich pomysłowe połączenie electro i kraut-rocka, wzbogacone tym razem przez chwytliwą melodykę filmowych tematów Johna Carpentera było idealną inkarnacją festiwalowego hasła „The pleasure of fear and unease”.

Koncert w kościele jak zwykle wzbudził mieszane uczucia. Tim Hecker był na swoim miejscu, ale prawie popowi Wildbirds & Peacedrums już mniej – sytuację uratował islandzki chór, który dodał muzyce grupy wymaganej w takim miejscu podnosłości. Spośród bardziej eksperymentalnych prezentacji wyjątkowo dobrze wypadli nowojorczycy z No Fun – ich noise był bezpretensjonalną emanacją czystej witalności, czegoś, czego zabrakło gwiazdom gatunku grającym wcześniej w Mandze.

Doskonale zaprezentowali się polscy artyści – Baaba (z udziałem Natalii Przybysz) i Sza/Za. Co najciekawsze – ich dźwiękowa i wizualna oferta zdecydowanie odróżniała się od propozycji zachodnich twórców. Była w niej jakaś słowiańska bezceremonialność, brak jakiekolwiek artystycznego zadęcia, niemal ludyczna energia. Swoistym objawieniem okazała się Przybysz – to, co zaprezentowała z Baabą było tak różne od jej solowych dokonań, jak równie szczere i twórcze.

Wielkim sukcesem były obie klubowe noce w Fabryce – każda z nich zgromadziła aż półtoratysięczną widownię. Nie zawiodła zarówno selekcja wykonawców, jak i nowe miejsce – klub Fabryka. Nic dziwnego, że od trzech lat to właśnie imprezy taneczne z techno, house`m i dubstepem w ramach Unsoundu cieszą się ciągle rosnącym powodzeniem. No, ale gdzie indziej można bawić się podczas setów Actressa, Shackletona, Mike`a Huckaby i Kyle`a Halla na jednym party?

No i niesamowity finał – przepiękna kompozycja Daniela Bjarnasona i Bena Frosta zilustrowana filmowymi manipulacjami samego Briana Eno. Dobrze, że koncert ten został zaplanowany na zakończenie festiwalu. Delikatna i poruszająca, minimalistyczna w formie, ale głęboka w emocje suita wyprowadziła uczestników imprezy z mroku w światło. „Solaris” to jakby muzyczny ekwiwalent prawosławnej ikony – otwarte okno na inny świat, z którego istnienia wszyscy zdajemy sobie sprawę i za którym bardzo głęboko tęsknimy. Usłyszycie to – występ był rejestrowany i w przyszłym roku ukaże się na płycie nakładem Bedroom Community.

Największą klapą okazały się występy artystów laptopowych. Po Unsoundzie stało się jasne, że wykonawcy pokroju Elegi czy Krenga są podczas swych koncertów niemiłosiernie nudni. Właściwie trudno powiedzieć, czy wobec ich występów można używać słowa „koncert”. Bo weźmy występ guru dark ambientu – Lustmorda. Facet wyszedł na scenę, stanął za laptopem i wykonał dwa ruchy ręką, uruchamiające klawisze „start” i „stop” na komputerze. Nawet nie udawał, że coś gra – jedynie od czasu do czasu spoglądał na ekran za plecami, aby zobaczyć, że aby wizualizacje się nie „zawiesiły”. Odpalane jednak przez niego dźwięki miały tak niską częstotliwość, że fotele i podłoga co chwila drżały, jak podczas tektonicznych ruchów podziemnych skał. To fanom Lustmorda wystarczyło – po występie dyskutowali nie o muzyce, ale o tym, czy głośniki zdołały przenieść wszystkie basy z laptopa.

Nieporozumieniem był również koncert Goblina. Archaiczna muzyka zespołu, przypominająca dalekie echo klasycznych dokonań Genesis, zabrzmiała nieprzyzwoicie staroświecko. Prog-rock to nie psychodelia – ten gatunek straszliwie się zestarzał i broni się jedynie w swych najlepszych przejawach (choćby scena z Canterbury). Gdybym miał ochotę słuchać takich zespołów jak Goblin, pojechałbym na Festiwal Legend Rocka w Dolinie Charlotty, a nie na Unsound. Pomysł występu mógł się sprawdzić, gdyby został zaproszony inny zespół – choćby Universe Zero do wykonania „Heresie”. To zdecydowanie bardziej ponadczasowy prog niż Goblin.

Rozczarowała Laetitia Sadier. Jej piosenki z solowego debiutu okazały się wyjątkowo monotonne i podobne do siebie. Po co było rozwiązywać Stereolab? Trudno było uwierzyć Norwegom z Shining. Ich muzyka nie jest żadną rewelacją – to industrialny metal ciosany przyciężką ręką. Momentami przypomina wręcz popularny niegdyś i u nas… Clawfinger. Czuć, że chłopaki mają zdecydowanie komercyjne ambicje. Teraz wystąpili na Unsoundzie, ale za pięć lat zagrają na Przystanku Woodstock.

I na koniec ogólniejsza refleksja: czy dobrym pomysłem było podporządkowanie festiwalu konkretnej idei? Z jednej strony – tak, bo program był wyrazisty, pokazał wielu ważnych wykonawców działających we wspólnej estetyce, prowokował do istotnych pytań o rolę mroku (a może raczej fascynacji złem) we współczesnej muzyce eksperymentalnej. A z drugiej – wywoływał pewną monotonię, szczególnie w finale, gdzie w ciągu dnia odbywało się po kilka koncertów. Było to wyjątkowo wyraźne w warstwie wizualnej występów – ciągle przewijały się sceny ze starych horrorów, abstrakcyjne animacje, okultystyczne symbole. W rezultacie – wszystko to zamiast szokować czy prowokować – nudziło.

Dobrze, że horror nie zdominował w całości festiwalu – że zagrało trio Moritza Von Oswalda, odbyły się dwie klubowe imprezy, wystąpili post-rockowi wykonawcy, była klasyka i neoklasyka. Dzięki temu uczestnicy imprezy mieli czas na muzyczny oddech od makabry i grozy.
Już teraz wyczekujemy przyszłorocznego Unsoundu – jakkolwiek by nie wypadali poszczególni wykonawcy, zawsze warto ich obejrzeć, by wyrobić sobie własne zdanie na ich temat. A że nie zabraknie ważnych postaci – tego można być pewnym. W tym roku Unsound został zaliczony do prestiżowej grupy krakowskich festiwali wspomaganych przez urząd miasta w ramach projektu „Sześć zmysłów”. To oznacza, że za rok może być tylko ciekawiej.

Fot. Artur Rakowski

Brian Eno – Small Craft On a Milk Sea

Brian Eno nagrał płytę dla siebie. Jako muzyk doszedł do etapu, w którym może robić co mu się żywnie podoba i sygnować swoim nazwiskiem co tylko zechce. Nie przejmie się też zbytnio, jeśli rzesze fanów wyklną go po raz kolejny za to, że nie gra jak za czasów [tu tytuł płyty] i zbierze mierne noty za swoją najnowszą produkcję. Swoim dorobkiem i reputacją mógłby obdzielić niejednego artystę oraz producenta. W takiej sytuacji każda nowa pozycja w dyskografii studyjnej artysty jest pilnie prześwietlana w celu zidentyfikowania jej jako wybitne arcydzieło godne mistrza. Gdy jednak się tak nie stanie warto sprawdzić, czy przypadkiem mistrz nie zjada własnego ogona, lub nie dorabia sobie do emerytury wydając kompilację odświeżonych odrzutów z zamierzchłych sesji nagraniowych. Bo czy ktoś mógłby nagrać naprawdę dobrą, dwudziestą piątą płytę w swoim solowym dorobku?

Kluczem do pełnego zrozumienia zawartości albumu zdają się być słowa samego Briana, który określił go jako muzyczne odzwierciedlenie filmu, którego nie ma. Zbiór kompozycji o krótkiej formie podparty tytułami odgrywającymi rolę drogowskazu dla wyobraźni powstawał blisko przez rok i nie jest li tylko dziełem jednej osoby – Jon Hopkins oraz Leo Abrahams na drodze kolektywnej improwizacji wraz z Brianem Eno próbowali różnych technik twórczych z których najciekawsza, choć nie tak innowatorska jakby się mogło wydawać, polegała na losowym łączeniu przypadkowych akordów i cyfrowej obróbce tak otrzymanych pasaży. Nagrywanie wedle reguły odbijania pomysłu, który wracał z dogranym doń nowym motywem także miał gwarantować ulotny, niewymuszony charakter nagrań. Otrzymana tak mozaika różnorakich kompozycji prezentuje sobą różne odcienie nastrojów i styli.

Uzupełniające się nawzajem utwory Flint March, Horse oraz 2 Forms of Anger są zapisem wściekle dynamicznych partii gitar wyrąbujących swoją drogę w gęstwinie napędzających rytm perkusjonaliów. Przewyższając mometami stężenie dźwiękowej agresji zapoczątkowanej na Here Come the Warm Jets Eno udowodnił, iż mimo sześćdziesięciu dwóch lat na karku wciąż potrafi uwięzić na nagraniach frapujące i dzikie fragmenty. Zresztą warstwa brzmieniowa jest tu kwestią drugorzędną – płyta powinna być odczytywana jako zapis kolektywnych improwizacji, z których momentami wyłaniają się chwytliwe strzępki melodii oraz ciekawe pomysły aranżacyjne. Mały statek sunący po mlecznej tafli jest naszym przewodnikiem po ogromnej dźwiękowej przestrzeni – świadectwem poszukiwań, na jakie wypłynęła trójka zaprzyjaźnionych muzyków. Nie obyło się jednak bez wpadek – Bone Jump brzmi conajwyżej jak soundtrack do gry komputerowej nagrany na zabawkowym Casio, a bezbarwny Slow Ice, Old Moon swoim pseudoambientowym klimatem wyraźnie pełni tu rolę zapchajdziury.

Całość sprawia wrażenie zbioru szkiców, które najprawdopodobniej zatraciłyby swój unikalny charakter przy próbie rozwinięcia ich w dłuższe, wielowymiarowe kompozycje. Piękno tego albumu ujawnia się w niesłychanie ulotnych szczegółach – śmiech bawiących się dzieci w Invisible, partie harmonijki ustnej rozświetlające fortepianową miniaturkę Emerald and Lime, czy też cymbałki dublujące melodie w utworze tytułowym są niepodważalnym dowodem na to, iż mimo upływu lat Eno nie stępił swej wrażliwości muzycznej i kompozytorskiej intuicji, która zaprowadziła go tak daleko.

Twórczość eksperymentalna nie daje z definicji żadnej gwarancji na to, że efekt będzie niesamowity i oryginalny. Wysokie ryzyko wpłynięcia na dźwiękową mieliznę jest w nią wręcz wpisane. Brian Eno zamiast odcinać kupony od przeszłości bardziej woli starać się poszerzyć granice muzyki elektronicznej, co zresztą nie raz już mu się udało. Lepiej by było, gdyby Small Craft On a Milk Sea został wydany po cichu, bez większego zamieszania spowodowanego kontraktem z Warp. Nie jest dziełem wybitnym. Odważnym – jak najbardziej.

Warp | 19.10.2010

3/5

Secret Sound Service

connect to our intergalactic radio-stream and chill-out. every song is hand-picked… Słuchaj na stronie http://s-s-s.ch/radio