Nowamuzyka.pl
Dobrej muzyki jest więcej. Nowe brzmienia od 2003 roku.


Trentemoller – Into The Great Wide Yonder

Nowy Trentemoller szarpie wyobraźnię.

Duński multiinstrumentalista, autor okrzykniętego przez niemiecki magazyn Groove Mag i francuski Trax płytą roku 2007 „The Last Resort”, konsekwentnie brnie w grę w gitary. Na swym drugim (nie do wiary, prawda?) studyjnym albumie aranżuje pierwszy plan wokół strun pokiereszowanych, tęsknych, zakrwawionych, brudnych i przede wszystkim żywych. To swoiste clue programu – wraz z silnie eksploatowaną perkusją – zgodne z zapowiedziami, w myśl których azymutem miało być brzmienie bardziej organiczne i analogowe. Nie mniej ważnie, choć nieostro, prezentuje się wszystko to, co jest „poza”.

„Into The Great Wide Yonder” odsyła do enigmatycznie majaczącego „tam”. Tam, czyli gdzieś, jako kraina z definicji bliżej niewiadoma funkcjonuje w kilku dobrze argumentowanych przestrzeniach. Czytelnie (słyszalnie) i tytułem wstępu „tam” miało być świadomą kontynuacją świetnego poprzednika, daleką od kopii, a bliską już własnemu rozpoznawalnemu stylowi i logicznemu ciągowi wydarzeń, naznaczonymi ręką Andersa Trentemollera ­- część instrumentarium rozegrał sam, aż trudno uwierzyć, że większość powstała na komputerze, w Kopenhadze, tam bowiem Anders uknuł całość materiału, w swoim studiu, w swoim mieszkaniu, w swoim labelu In My Room. I choć album otacza gigantyczna brudno-różowa chmura, owo tam równie dobrze może być wytłumionym zamszowo (nie)pokojem.

Włosie to wszak siarczyście podlane, posklejane, analogowo zakurzone i lepiące się do uszu gęstością brzmienia. Świat to upiorny, idę o zakład, że na zapomnianym poddaszu, z powiewającymi złowrogo firankami, gdzie ostatnim tchnieniem kręci się wygięta pozytywka o horrorowym rodowodzie. Pokojem, w którym straszy groza i mały, mroczny dobosz, zacina się projekcja porysowanej starej taśmy filmowej, a w mętnym akwarium toną łzawe wspomnienia Portishead ( „…Even Though Youre With Another Girl”, cudownie zresztą zaśpiewany przez Josephine Philip).

Dziwne i obce TAM otwiera co prawda hulający wiatr, plemienna (wędrująca gdzieś poza porządkiem kompozycji) perkusja i przybrudzony stepowy pejzaż (i oczywiście gitary), zmieniające skandynawskie połacie w Dziki Zachód i Wielki Kanion. Chwilę potem jednak można się umościć w pomrukującym tech-dubie, zduszonych klawiszowych melodiach i miarowym techno-bicie. Tak, „The Mash And The Fury” to nowy Trentemoller w pigułce, oddziałującej zatrważającą dawką kontrastów, dramatycznych dysonansów między hałasem i mroczną głębią. Całość zaskakuje muzycznymi zakamarkami – by poza wspomnianą pozytywką i inspiracją portisheadową chmurą wymienić: theremin („Past The Beginning Of The End”), basową mandolinę, tamburynowe strzepnięcia, kapiące nuty spod szyldu Depeche Mode i erotyczny wokal Marie Fisker (w singlowym „Sycamore Feeling”), odniesienia lynchowskie („Metamorphosis”), płynnie podłączone do tarantinowskiej boogie-aparatury i surfującego rocka („Silver Surver Ghost Rider Go” – przecież każdy pamięta Dick Dale & His Del-Tones z „Pulp Fiction”). Ciężką pajęczynę zdejmują z mglistych brzmień chwilowe rozedrgane kliki, zgrzytliwe syntezatory i akcenty klubowe, takie jak mikro-melodyka „Shades of Marble’ stanowiącego chyba najbardziej wyraźny pomost z „The Last Resort”.

Cały ten oleisty gąszcz nie przeszkodził wpleść się Fyfe Dangerfieldowi z delikatną, oniryczną piosnką przywołującą melancholię Simona i Garfunkela („Neverglade”) i jedynie finałowy „Tide” wypada na tym osobliwym tle nieprzystająco lekko. Miejmy nadzieję, że to chwilowe wahanie, a nie zwiastun nowego kierunku Duńczyka, bo szkoda byłoby stracić z oczu ten wymagający, zamroczony obraz.
Świetna, sugestywna płyta.

In My Room | 2010

4 KomentarzyDodaj komentarz
  1. Ja sie troche zawiodłem na albumie bo trente poszedł w inna stronę niż się spodziewałem, album ciekawy ale jakiś taki grzeczny dla mnie, że jeszcze zaczną go puszczać w popowych stacjach.. nic mi sie tu nie skleja, nie kurzy i nie broczy krwawą posoką.. respekt za poetycką próbę opisania słowami dźwięków ;) niestety samobójczą.. nic nie zrozumiałem.. :P

  2. Już chciałem napisać, że recenzja spóźniona o dobre kilka miesięcy, ale odpuściłem, bo jest przemyślana i ciekawa. Może miejscami zbyt poetycka, ale mimo to dobrze się ją czyta.

    No dobra, wiem, że i tak pomarudziłem, ale przynajmniej nie wprost :) .

  3. Ze mną było na odwrót: album po pierwszym przesłuchaniu mnie zirytował, wydawał się być zbyt monotonny, ale z kolejnymi odsłuchami nabierałem do niego coraz większej sympatii. Mimo to uważam, że nie dorównuje „The Last Resort”.

  4. mną ten album trochę zawojował, ale ekscytacja malała z każdym odsłuchem. co nie znaczy, że się nie zatrzymała na przyzwoitym poziomie…


Dodaj komentarz

Wpisz swoje imię

Twoje imię jest wymagane!

Wpisz poprawny adres email

Adres email jest wymagany!

Wpisz komentarz



Nowamuzyka.pl © 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.

Design: WPSHOWER

Silnik dostarcza WordPress