Earthboogie – Human Call
Ania Pietrzak:

Radość w rytmie afro-house.

Ipek Gorgun – Ecce Homo
Jarek Szczęsny:

Trudny człowiek.

Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.



Archive for Wrzesień, 2018

Akufen też w Krakowie

W najbliższą sobotę 4 grudnia w krakowskim klubie Rdza wystąpi Akufen. Pod tym pseudonimem ukrywa się kanadyjski producent Marc Leclair, działający na elektronicznej scenie niemal piętnaście lat. Jego debiutancki album „My Way” z 2002 roku wydany przez Force Inc. do dziś pozostaje arcydziełem mikrosamplingu – tworzenia muzyki z wyjątkowo krótkich próbek dźwiękowych nagranych z radia. Płyta stała się punktem zwrotnym w rozwoju nowej estetyki tanecznej – micro house.

Później Kanadyjczyk wydał bardziej osobisty album – „Musique Pour 3 Femmes Enceintes” – a po kilku latach przerwy powrócił w tym roku pod szyldem Horror Inc. z EP-ką „Aurore” zawierającą bardziej minimalowe brzmienia. Takich też dźwięków można się spodziewać po jego didżejskim secie.

Pole w Krakowie

W najbliższy piątek 3 grudnia w krakowskim klubie Łódź Kaliska wystąpi Stefan Betke czyli Pole. To wielce zasłużona postać dla współczesnej elektroniki. Jego trzy płyty wydane pod nazwą Pole w latach 1998 – 2000 złożyły podwaliny pod rozwój nowych gatunków, takich jak glitch czy click, łącząc tradycyjne dubowe brzmienia z cyfrowymi technikami obróbki dźwięku. Z czasem Betke zwrócił się ku abstrakcyjnemu hip-hopowi (płyta z 2003 roku), by ostatecznie znów powrócić do dubu („Steingarten” z 2007 roku).

W didżejskich setach Betkego dominuje dziś dubstep, choć nie tylko – bo jest w nich miejsce również na house, techno i breakbeat. Choć berliński artysta nie należy do najmłodszego pokolenia producentów, nadal doskonale wyczuwa puls współczesnej elektroniki.

Greie Gut Fraktion – Baustelle


Rok temu rozgłośnia BBC zaprosiła Antye Greie i Gudrun Gut do audycji „Late Junction”, aby artystki przygotowały wspólnie kilka dźwiękowych obrazków z największych miejsc budowy w Berlinie. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę – obie panie, choć reprezentujące różne generacje niemieckiej alternatywy, szybko znalazły wspólny język i łącząc swe umiejętności zrealizowały zainspirowany zadanym tematem album „Baustelle”.

Gudrun Gut, współzałożycielka Einsturzende Neubauten, znana również z działalności Malarii, jednego z najważniejszych zespołów Neue Deutsche Welle, wniosła na album swe doświadczenia w tworzeniu industrialnych preparacji. Właściwie w każdym utworze pojawiają się więc przemysłowe odgłosy – warkot piły łańcuchowej („Cutting Trees”), fabryczne hałasy („Mischmaschine”) czy metaliczne dźwięki o rytmicznym charakterze („Make It Work”). W efekcie mamy wrażenie, iż znajdujemy się w samym centrum jakiejś wielkiej budowy, z zaskoczeniem wyczuwając jej naturalny puls, nadający całości charakter niemal „żywego” organizmu.

Z drugiej strony, Antye Greie, posługując się typową dla swej twórczości glitchową obróbką dźwięku, wprowadza w tę siatkę industrialnych odgłosów cyfrowe loopy – a to skorodowanych akordów o basicchannelowym brzmieniu („Betongiessen”), a to orientalnych brzmień dalekowschodnich instrumentów („China Memories”), a to jazgotliwych gitar wyciętych z jakiejś punkowej czy metalowej klasyki („White Oak”). W zależności od kontekstu, te zapętlone dźwięki dodają muzyce brutalności („Cutting Trees”), tworzą psychodeliczny klimat („Drilling An Ocean”) lub ewokują taneczną rytmikę („Grossgrundbesitzer”).

Greie i Gut nie rezygnują bowiem z umieszczenia swego industrialnego soundtracku w ramach współczesnej elektroniki. Dlatego część nagrań podszyta jest masywnymi podkładami o dubstepowym rodowodzie („Cutting Trees” czy „Wir Bauen Eine Neue Stadt” – cover utworu grupy Palais Schaumburg), a część – głębokimi bitami minimalowego techno („Mischmaschine” czy „Bausten”). Jest tu również miejsce na smolisty trip-hop o illbientowym sznycie („Drilling An Ocean”), a nawet elementy chmurnego dark ambientu („We Matter”). Wszystko to zostało zgrabnie wplecione w gąszcz przemysłowych odgłosów i cyfrowych preparacji.

Co ciekawe – niemal w każdym nagraniu pojawiają się głosy obu producentek. Raz są to niepokojące recytacje, a kiedy indziej stłumione szepty lub wyraziste wokalizy. Takie wykorzystanie ludzkiego głosu idealnie pasuje do przemysłowej kakofonii, przywołując wspomnienie bardziej wyciszonych utworów Einsturzende Neubauten czy Test Deprartment.

Muzyka z „Baustelle” wypływa w naturalny sposób z wcześniejszych produkcji Antye Greie i Gudrun Gut. Zwarta w formie, podporządkowana tematycznej dyscyplinie, pomysłowa w zestawianiu brzmień, wydaje się być wyjątkowo udanym przedsięwzięciem w dyskografii obu berlińskich artystek.

www.gusstaff.com

www.monika-enterprise.de

www.myspace.com/monikaenterprise

www.greiegutfraktion.com

www.myspace.com/greieundgut
Monika 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 4: zamulan

W nadchodzącym wydaniu audycji zostanie zaprezentowany didżejski set artystki ukrywającej się pod pseudonimem zamulan. Będzie to godzinna podróż w obrębie takich stylistyk jak deep house, experimental, techno, idm i minimal.

Wtorek (30.10), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Danuel Tate – Mexican Hotbox


Jeśli ktoś miał okazję uczestniczyć w koncercie grupy Cobblestone Jazz prowadzonej przez Matthew Jonsona, na pewno zwrócił uwagę na finezyjną grę jej klawiszowca. To właśnie Danuel Tate, który od połowy minionej dekady wytrwale eksperymentuje z łączeniem jazzu z taneczną elektroniką. Jako producent działający pod swoim nazwiskiem zadebiutował trzy lata temu. Po dwóch EP-kach przyszedł wreszcie czas na pierwszy album. Jest nim „Mexican Hotbox”, opublikowany przez wytwórnię wspomnianego Jonsona – Wagon Repair.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, Tate wcale nie koncentruje się na deephouse`owych podkładach rytmicznych, tak, jak większość producentów syntetyzujących jazz z muzyką klubową. Owszem – sięga po house, ale ten twardy i surowy, o mocnym uderzeniu bitu, bliski chicagowskiej klasyce. Masywnym rytmom towarzyszą oczywiście wypasione basy, czasem pulsujące funkowym groovem („Mexican Hotbox”), a kiedy indziej wijące się nisko między pozostałymi elementami nagrania („Big Spender”).

Deep house pojawia się właściwie tylko w jednym utworze. Podszyty dubowymi pogłosami „I`ll Be Your Whatever” nie rozwija się jednak w naturalny sposób – oto w połowie dostaje totalnego kopa, zamieniając się w siarczysty drum`n`bass, opatrzony jazzowymi harmoniami wokalnymi. To nie jedyny taki przypadek na płycie. Oto „Cinnamon Sugar” zaczyna się jak upalona ballada jazzowa – szeleszczą talerze, kontrabas nadaje wolny puls, smoliste dęciaki zawodzą tęskną melodię. I nagle znowu zmiana – rusza hardhouse`owa maszyna niosąca wokoderową wokalizę i organiczne tony klawiszy. Wbrew pozorom nie jest to irytujące, a wręcz przeciwnie – urozmaica płytę w intrygujący sposób.

Tate boi się zresztą dosłowności jak ognia. „OK Then” ma tak gęsto poszatkowany podkład rytmiczny, że właściwie nie wiadomo, czy to jeszcze free jazz czy już drum`n`bass. Kiedy w „California Can Can” rozbrzmiewają jazzowe chórki w stylu The Manhattan Transfer, od początku towarzyszą im idealnie zsynchronizowane ciężkie bity i zbasowane akordy, przywołując wspomnienie późnych, bardziej dyskotekowych utworów duetu D.A.F.

Amerykański producent lubi również pośpiewać. Nigdy jednak czystym głosem. Większość utworów ozdabiają jego wokoderowe wokalizy, w czytelny sposób odwołujące się do electro-funku z połowy lat 80. Przykładem może być choćby ewidentnie nostalgiczny „Careful Mind” czy odwołujący się do tradycji „czarnej” muzyki „If I Want To”.

Wszystko to zgrabnie uzupełnione jest jazzowymi wstawkami – nie tylko instrumentów klawiszowych (pianina i Rhodesa), których Tate używa na co dzień, ale również mniej typowymi dla niego – wibrafonem, obojem i dęciakami. To właśnie one, choć nie wypychane na pierwszy plan, nadają muzyce producenta ciepłe, naturalne, organiczne brzmienie, typowe dla „żywej” muzyki synkopowanej.

Miłośników takiego grania dziś nie brakuje. To dla nich nagrywa francuskie trio dOP czy niemiecka formacja Feindrehstar. „Mexican Hotbox” nie sprawi im zawodu.

www.wagonrepair.ca

www.myspace.com/wagonrepair

www.myspace.com/danueltate
Wagon Repair 2010

Seabear we Wrocławiu – nasza relacja i zdjęcia

Prasa muzyczna przedstawia Seabear jako zderzenie fokowych pejzaży Sigur Ros z rockowym zacięciem Arcade Fire. Po koncercie misiaków we Wrocławiu, odkryłem, że prawdy w tym tyle, co w stwierdzeniu, ze MTV to stacja muzyczna, a nie nadawane przez 24 godziny reality show.

  • Seabear
  • Wrocław klub Firlej
  • 25 XI 2010

Sześcioosobowy skład robi na żywo dość fajne wrażenie. Są dwaj gitarzyści, basista, perkusista oraz kobieca część kolektywu, w postaci skrzypaczki i Pani grającej na klawiszach (jak się nazywa żeńska odmiana słowa „klawiszowiec”, wie ktoś?). Pomimo sporego zamieszania na scenie, goście z Islandii zaczęli raczej niemrawo.

Seabear

Wokalista i zarazem gitarzysta akustyczny oraz lider grupy, Sindri Sigfússon, wymamrotał coś pod nosem, co miało być chyba przywitaniem z publiką i skinął głową reszcie zespołu, że jest gotowy do grania. A gotowy był raczej średnio. Podobnie jak pozostała część składu. Kapela wydawała się zmęczona i niechętna na publiczne występy. Widać to było po ich minach, gestykulacji i braku jakiegokolwiek emocjonalnego zaangażowania.

Od strony sceny zaczęło się w końcu wyczuwać pozytywną energięPierwsze utwory, zagrane oczywiście poprawnie, zaczęły utwierdzać mnie w przekonaniu, że będzie to po prostu odwalony byle jak koncert. Mina mi zrzedła.

Na szczęście, w trakcie trwania występu, nasi uroczy przyjaciele zaczęli się rozkręcać! Gdzieś tak po dwudziestu minutach wszystko wróciło na właściwe tory. Myślę, że spora w tym zasługa publiczności, która przywitała Seabear bardzo ciepło i gorącymi oklaskami zachęcała do dawania z siebie wszystkiego.

Seabear

Od strony sceny zaczęło się w końcu wyczuwać pozytywną energię i impreza rozkręciła się na całego. Ciężko było ustać w miejscu, noga sama zaczynała pieścić parkiet i prawie każdy bądź tańczył bądź podrygiwał sobie w miejscu. Tego wieczoru można było usłyszeć kawałki, będące sporym przekrojem twórczości misiaków. Poleciały takie numery jak: „Fire Dies Down”, „I Sing I Swim”, „Seashell” , „Singing Arc” czy „We Fell Off The Roof”.

Obowiązkowy bis przypieczętował tylko udaną wizytę muzyków w stolicy Dolnego Śląska. Natomiast, tak jak wspomniałem, trochę na próżno szukać było tutaj jakiś głębszych nawiązań do Sigurów czy kanadyjskiego bandu. Owszem, jest to folk z wyraźnym gitarowym pazurem, jednak na całkowicie innym poziomie. Co nie znaczy oczywiście, że gorszym.

Seabear

Seabear

Seabear

Seabear

Seabear

Seabear

Seabear

Festiwal Ambientalny- możecie już kupować bilety

Przedsprzedaż prowadzona jest w klubie Włodkowica 21, oraz we Wrocławskim Klubie Formaty, cena biletów w przedsprzedaży to 15zł (w dniu koncertów 20zł). Będzie to trzecia edycja imprezy promującej ambitną i awangardową muzykę elektroniczną stylistycznie obejmującą rejony takie jak ambient, minimal, trip hop, muzyka elektroakustyczna, IDM czy muzyka eksperymentalna. Festiwal Ambientalny prezentuje nietuzinkowych artystów wraz z ich osobliwym podejściem tak do formy muzycznej jak i jej treści oraz faktury. Tegoroczna edycja jest także pierwszą międzynarodową, gościć będziemy znanych i uznanych przez krytykę oraz publiczność artystów z Francji, Niemiec, Litwy, Grecji oraz oczywiście Polski. Na festiwalowej scenie pojawią się:
Piątek, 3 grudnia: Subheim, eleven tigers, Nejmano, Etamski;
Sobota, 4 grudnia: Kangding Ray, Tilman Ehrhorn, Krzysztof Orluk, Pleq.
Więcej informacji na temat tego wydarzenia jest dostępnych na oficjalnej stronie.


Wyświetl większą mapę

Late of the Pier w sobotę w Warszawie

Przypominamy, iż już w sobotę 27 listopada na warszawskiej Pradze będzie można posłuchać na żywo Late of the Pier…. Młodzi Brytyjczycy zaprezentują się w praskim klubie Sen Pszczoły. Wystąpią w specjalnie przygotowanym secie didżejskim, który będzie zawierał miks największych przebojów zespołu oraz własne wersje hitów innych formacji.

Late Of The Pier należy do tych młodych zespołów, które starają się połączyć w sobie indie rock, elektronikę oraz popową melodykę. Popularność zdobyli dzięki singlom takim jak „Space And The Woods”, „The Bears Are Coming” i „Heartbeat”.

W 2008 roku Late Of The Pier wydali album „Fantasy Black Channel”, wyprodukowany przez Erola Alkana, który został ciepło przyjęty przez brytyjską prasę muzyczną. Wystąpili w zeszłym roku podczas Heineken Opener. Obecnie pracują nad nowym wydawnictwem.

www.myspace.com/lateofthepier

KoncertInfo:
27.11.2010 – Sen Pszczoły, Warszawa g. 20:00
Bilety dostępne w klubie

Margaret Dygas – How Do You Do


Nie wszyscy wiedzą, ale Margaret Dygas to Polka. Tak naprawdę nazywa się Małgorzata Dygasiewicz. Wyjechała z Polski z rodzicami jako dziecko i zamieszkała w San Jose. Aby studiować modę przeniosła się do Nowego Jorku. Tam poznała uroki clubbingu. Zainfekowana techno i house`m została didżejką. Nie przerwała tego kolejna przeprowadzka – tym razem do Londynu. Bo właśnie tam zrobiło się o niej głośniej w klubowym światku. Dopiero jednak wyjazd do Berlina otworzył ją na produkowanie własnej muzyki. Kolejne krążki Małgosi wydawały renomowane wytwórnie – Context, Non Standard Productions czy Perlon. Artystka nie zaniedbywała również didżejowania – została rezydentką Berghain i Panorama Baru, grając regularnie co dwa tygodnie energetyczne sety. W końcu przyszedł czas na debiutancki album. Płytę „How Do You Do” wydała japońska wytwórnia promująca awangardowy minimal – Power Shovel Audio.

Najważniejszym elementem nagrań z krążka jest niezwykła rytmika. Bity dalekie są od tanecznej funkcjonalności, mocno zredukowane i brzmią tak, jakby dochodziły gdzieś zza ściany („Introduction”). Mało tego – Małgosia unika wszelkiej dosłowności w ich modelowaniu. Oznacza to, że struktura rytmu może się kilkakrotnie zmienić w trakcie jednego nagrania. Tak dzieje się choćby w „Salutation”, gdzie ciężkie połamańce w stylu Berghain, łączące techno i dubstep zamieniają się niemal niezauważalnie w transowy minimal. Podobnie jest w innych produkcjach – „Baton Signals” i „Barrier” to niby dub-techno, „Maybe May Be” – tektoniczne techno rodem z Berghain, a „pg21” – pogłębiony minimal, ale tak naprawdę ktoś inny mógłby te utwory zaklasyfikować inaczej.

Nie brak na płycie nagrań w ogóle pozbawione rytmu lub takich, w których rytm nie odgrywa swej tradycyjnej roli. To „You`re In My Shoes” i „Introduction”. W pierwszym z nich dochodzi do głosu fascynacja Małgosi nowoczesnym jazzem – pojawia się w nim partia delikatnie tkanej gitary w stylu George`a Bensona wpisana w obrobione w glitchowej manierze odgłosy otoczenia. Drugi z utworów pulsuje nieregularnym rytmem – rwanym, mocno zbasowanym, podszywając nerwowe partie piano niepokojącym dronem. Więcej jazzowych zagrywek znajdziemy natomiast w „Maybe May Be” (organy w stylu fusion) czy „pg21” (melodyczne wariacje na fortepianie). Jeszcze ciekawsze brzmienia spotykamy w „Baton Signals”. Polska producentka splata w nim nastrojowy dron z odgłosów bijących dzwonów – jakoś dziwnie kojarzących się z rozlegającymi się w mroku pamiętnej nocy dźwiękami Zygmunta, obwieszczającego śmierć Jana Pawła II.

Album kończy wyraźny układ Polki w stronę latynoskiego minimalu. Plemienne bity w „Veering Intention” i swingowy groove w „Hidden From View” uzupełnione są jednak w nowatorski sposób – sonicznymi akordami w pierwszym przypadku i kosmicznym pasażem syntezatorów w drugim. Minimalowa produkcja zbliża je jednak do brzmienia typowego dla Perlona – gęstego i poszatkowanego.

Inspiracją do napisania „How Do You Do” była dla naszej rodaczki książka zoologa Desmonda Morrisa pod takim samym tytułem. Opowiada ona o podobieństwach i odmiennościach w zachowaniu człowieka. Małgosia czytała ją tuż po przeprowadzce z Londynu do Berlina. I podobno to właśnie ona pomogła jej przetrwać ciemne noce podczas pierwszej zimy w stolicy Niemiec. Może podobnie będzie z tymi, którzy będą słuchać jej płyty podczas nadchodzących miesięcy?

www.powershovelaudio.jp

www.margaretdygas.com

www.myspace.com/margaretdygas
Power Shovel Audio 2010

Peter Christopherson nie żyje

Legendarny muzyk, producent i współzałożyciel m.in. Throbbing Gristle, Coil i Psychic TV zmarł w środę w swoim domu w Bangkoku.

Peter „Sleazy” Christopherson urodził się 27 lutego 1955 roku. Był uznanym grafikiem, fotografem, artystą video i przede wszystkim muzykiem i producentem. W latach 70. założył wraz z Genesisem P-Orridgem słynną industrialną formację Throbbing Gristle.

W 1981 roku powołał do życia Psychic TV, jednak największe uznanie przyniosła mu współpraca z Johnem Balancem w projekcie Coil, który dziś ma status absolutnie kultowego zespołu. Po śmierci Balancea w listopadzie 2004 r. i rozwiązaniu Coil, Christopherson przeprowadził się do Tajlandii, gdzie nagrywał jako Threshold HouseBoys Choir.

Przedstawiciele artysty nie podali jeszcze przyczyny śmierci. Wiadomo tylko, że 55-letni Christopherson odszedł we śnie.

W środę wieczorem Chris Carter, wieloletni współpracownik Christophersona, napisał na Twitterze: „Nasz najdroższy, piękny Sleazy wczoraj wieczorem opuścił ten padół łez we śnie i spokoju. Słowa nie są w stanie oddać naszego bólu.”

Kristen i Etamski na wspólnej trasie

Po pięciu latach od Night Store, Kristen powraca ze znakomitą płytą Western Lands (LADO ABC), zrealizowaną we współpracy z elektronicznym laborantem Etamem Etamskim. To najbardziej bezkompromisowa i najgęstsza brzmieniowo płyta Kristen, która już uzyskuje świetne recenzje.

Przez ostatnie pięć lat muzycy Kristen grali tylko sporadyczne koncerty (np. z Deerhoofem na Off Clubie) i zajmowali się również swoimi innymi projektami: Łukasz i Mateusz Rychliccy grali jako Salto, a Michał Biela nagrał płytę z Kings Of Caramel oraz grał na basie w Ściance.

Wg muzyków Kristen, Western Lands to „niepoznane, tajemnicze terytorium, po którym poruszają się jak pierwsi osadnicy”. W tej przygodzie pomagało im wiele znakomitości polskiego undergroundu z Ziem Zachodnich i Niemiec: Kuba Suchar (Mikrokolektyw), Marcin Ciupidro (ex-Robotobibok), Gerard Lebik (Slug Duo), Michał Kupicz (również realizacja), Fabian Fenk (Bodi Bill). Swój abstrakcyjny sznyt płyta zawdzięcza elektronicznemu laborantowi Etamowi Etamskiemu, autorowi jednej z najciekawszych polskich płyt 2010, EP Kosmos.

Płytę fantastycznie zmiksował Todd Carter we współpracy z producentem Rayem Salvatorem Harmonem (producentem płyt Roba Mazurka, Chicago Underground Trio, Andrew Birda, Jima Bakera, Josha Abramsa, czy Mikrokolektywu).

W grudniu Kristen wraz z Etamem Etamskim udaje się na trasę promocyjną po Polsce. Należy spodziewać się erupcji noise-rockowej energii przełamanej charakterystyczną kristenową melancholią.

Machina (Marek Fall)
[…]Kristen powracają z niebytu „Ziemiami Zachodnimi” i jest to powrót w wielkim stylu […], prezentują tu wspaniałą umiejętność nadawania swoim równie kruchym, co monumentalnym niby-improwizacjom wyjątkowo skondensowanej (muzycznie i emocjonalnie) formy.

Uwolnij Muzykę (Krzysztof Kowalczyk)
[…] Muzykę Kristen należy filtrować przez samego siebie, pozwolić jej przelecieć przez nas jak przez sito, na którym osiadają nasze własne odczucia. Mimo, że „Western Lands” trwa niespełna pół godziny, domaga się dużej ilości czasu i skupienia, aby wyłapać wszystkie emocje w nim zawarte. Warto je poświęcić, ponieważ ta płyta odwdzięcza się za to z nawiązką.

Zmiany u pionierów industrialnego rocka

W zespole Agressiva 69 nastąpił rozłam – z kolegami rozstali się dwaj muzycy: Bodek Pezda i Sławek Leniart. Poszło oczywiście o nową muzykę. Wokalista Tomek Grochola i obecny gitarzysta Robert Tuta chcieli wrócić do industrialnego brzmienia, jak w początkach działalności zespołu, a wspomniani Pezda i Leniart – ciągnęli w stronę elektronicznego popu.

Zespół pod wodzą Grocholi pracuje obecnie nad nowym materiałem, który ukaże się w 2011 roku. Jeszcze w grudniu pojawi się natomiast album projektu Agressiva Live Act – „Ummet” – zawierający muzykę ambient, zarejestrowaną podczas krakowskiego wernisażu „Miejsce naznaczone”, w ramach którego wystawiali swe prace niemieccy i polscy artyści.
Grochola wraz Jackiem Tokarczykiem z Agressivy 69 pracuje również nad projektem Sudenes, w którym wspomagają ich Krzysztof Mandrela i Iza Chembrzynska. Również w grudniu pojawi się debiutancki singiel zespołu – „Deszcz”.
Pezda i Leniart nadal będą działać będą jako duet producencki 2.47 Production Team. Rok 2011 ma przynieść ich płytowy debiut.

Aux 88 – Black Tokyo


Po wydaniu rok temu albumu „Mad Scientist”, Keith Tucker i Tommy Hamilton skupili się na pracy nad nowym projektem. Zafascynowani japońską kulturą, postanowili wpisać w swoją muzykę orientalne brzmienia, niesione przez głosy dwóch azjatyckich wokalistek – Ice Truck i Eriki. Efektem ich współpracy jest wydany właśnie przez Puzzlebox album „Aux 88 Presents Black Tokyo”, zawierający siedemnaście premierowych nagrań formacji.

Pierwsza część płyty należy do Tuckera i Hamiltona. W ich wykonaniu dostajemy solidną porcję sprężystego techno o typowo detroitowym brzmieniu. Wibrujące loopy oplecione kosmicznymi efektami („Groove Theory”) mieszają się tu z sonicznymi akordami skreczujących na hiphopową modłę klawiszy („Reel To Real – Club Mix”), tworząc mocno energetyczną całość, zgrabnie osadzoną w tradycji tanecznej elektroniki z Motor City.

Nie brak tu również klasycznego electro – mechaniczne bity uzupełniają jednak orientalne melodie („Tokyo Drive”) lub pejzażowe pasaże syntezatorów („Electronic Cinema – Soho Studio Mix”), wpisując utrzymane w tym stylu nagrania w niemal soundtrackowy kontekst.

Wraz z „Electric Underground” na pierwszy plan wchodzą Erika i Ice Truck. Rozpoczynający ich część setu utwór to wysmakowane elektro, brzmiące tak sugestywnie, jakby pochodziło z sesji Kraftwerku do „Electric Cafe”. Masywny podkład rytmiczny niesie w nim perlistą sekwencję klawiszy, nad którą góruje japońska wokaliza – najpierw rytmiczna melodeklamacja, a potem regularny śpiew. Efekt jest powalający. Dawno nie słyszeliśmy tak przebojowego nagrania z Motor City.

Egzotyczny śpiew pojawia się potem jeszcze w trzech kompozycjach – „Soul Of Black”, „Stance” i „Winter In Japan”. To soczyste techno o ciepłym brzmieniu, do którego idealnie pasują zmysłowe głosy obu dziewczyn. Nagrania te wypadają tak ciekawie, że właściwie żal, iż producenci nie pozwolili im na bardziej wyrazistą obecność w większej części materiału.

Pod koniec płyty Tucker i Hamilton wracają bowiem na swoje. Utwór za utworem, rozbrzmiewa dynamiczne techno, w którym świdrujące wejścia syntezatorów spotykają się z przestrzennymi tłami i wymodelowanymi na głos robota męskimi melodeklamacjami („Kyoto Station” czy „Smoke Screen”). Są jednak wyjątki od tej reguły – choćby „Dragon Fly”, czyli surowy house o twardym i brudnym tonie, czy „Tokyo Telacom”, niemal brytyjski garage, zatopiony w futurystycznych dźwiękach.

Całość wieńczy epicka kompozycja – „Shadow Dancing” – skrojona na miarę „Strings Of Life” Rhythim Is Rhythim czy „Death Of Love” Subterfudge. Tucker i Hamilton popuszczają w niej wodze wyobraźni, tworząc bogate brzmienie przypominające, że muzykę z Detroit nazywano kiedyś „elektroniczną poezją”.

„Black Tokyo” to zdecydowanie bardziej przebojowy materiał niż „Mad Scientist”. Obok energetycznych rytmów i przebojowych melodii, szczypta japońskiej egzotyki dodaje muzyce duetu niespotykanej wcześniej w jego twórczości nutki futurystycznego erotyzmu. W efekcie płyta działa piorunująco – jak zastrzyk z feromonów.

www.puzzleboxrecords.com

www.myspace.com/puzzleboxrecords

www.aux88.com

www.myspace.com/aux88
Puzzlebox 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Braindance Edition

Najbliższe wydanie „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – upłynie pod znakiem brzmień rodem z wytwórni Rephlex. Wśród Wielkich Elektroników, którzy zagrają pod neuronowy taniec, pojawią się m.in. Aphex Twin, Squarepusher, mu-ziq i DMX Krew.

Wtorek (23.11), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.







* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Steve Reich i Jonny Greenwood na Sacrum Profanum

Przyszłoroczna edycja festiwalu Sacrum Profanum, która rozpocznie się 11 września w 10. rocznicę zamachu na nowojorskie WTC, będzie świętem amerykańskiego minimalizmu. Na festiwal w 2011 roku złożą się cztery projekty: Modern Classic, prezentujący muzykę Steve’a Reicha i jego przyjaciół (Johna Adamsa, Terry’ego Riley’a, Davida Langa, Julii Wolfe i Michaela Gordona), Made in Poland – Miłosz Sounds, przedstawiający nowe utwory sześciu wybitnych kompozytorów polskich młodego pokolenia (Pawła Mykietyna, Agaty Zubel, Jagody Szmytki, Dobromiły Jaskot, Aleksandry Gryki i Wojciecha Ziemowita Zycha ) w mistrzowskich wykonaniach czołowych zespołów specjalizujących się w wykonawstwie muzyki współczesnej (m.in. Ensemble Modern, London Sinfonietta, Alarm Will Sound i Bang on a Can All-Stars), Debiuts, dedykowany młodym zespołom wchodzącym na rynek (Amadrums), oraz Freak, który od przyszłego roku wytyczy nowy rozdział w rozwoju festiwalu.

Imprezę zainauguruje wspólny koncert Steve`a Reicha z gitarzystą Radiohead, Jonny`m Greenwoodem. – To wydarzenie bez precedensu, pogłębienie bliskiej nam od lat idei zacierania granic pomiędzy współczesną muzyką klasyczną a rozrywkową. Sacrum Profanum staje się teraz miejscem gdzie artyści reprezentujący kulturę masową sięgną po dzieła „klasyków”. To na inaugurację. A co na finał? Spadniecie z krzeseł – twierdzi Filip Berkowicz, dyrektora artystyczny Sacrum Profanum.

Steve Reich – Fot. Jeffrey Harmann

Zobacz, gdzie w grudniu zagrają Swans

Znamy już miejsca grudniowych koncertów Swans. Reaktywowana grupa Michaela Giry zagra w Polsce dwukrotnie.

  • 9 grudnia – Wrocław, Firlej
  • 10 grudnia – Warszawa, Stodoła

Występy w Polsce będą elementem światowej trasy formacji, która rozpoczęła się we wrześniu tego roku. Grupa Swans reaktywowała się na początku 2010 ku radości wielu oddanych fanów na całym świecie. Formacja Giry powstała w roku 1982 stając się jednym z pionierów ruchu no wave. Istniała do 1997 roku, kiedy to rozpad związku Giry i wokalistki Jarboe, drugiej podpory Swans, doprowadził także do zawieszenia działalności zespołu.

Swans wywodzą się z tych samych kręgów nowojorskiej awangardy, której filarami są Sonic Youth czy Lydia Lunch. Niezwykle mroczne, skomplikowane nagrania Swans od początku budziły uznanie tak krytyków, jak i spragnionych ambitnych dźwięków fanów muzycznej alternatywy. Najważniejsze albumy Swans to bez wątpienia krążki „Children Of God” (1987) oraz „Feel Good Now” (1988) będący zapisem koncertów i oddający w niezwykle wierny sposób niesamowite występy Swans na żywo. Krytycy wyróżniają także album „White Light from the Mouth of Infinity” wydany w 1991 roku.

Po rozpadzie Swans w 1997 roku zarówno Jarboe, jak i Gira poświęcili się własnym projektom. Gira założył formację The Angels Of Light, a także kontynuował kierowanie wytwórnią Young God Records, którą założył w 1990 roku. Jej nakładem wydawali tak uznani artyści jak Devendra Banhart, Akron/Family, Lisa Germano czy Calla.

Reaktywacja Swans została ogłoszona w styczniu 2010 roku na profilu myspace formacji.

HOSH – Connecting The Dots


Hamburg słynął do tej pory z jednej wytwórni płytowej – Dial. Właściwie dopiero niedawno pojawiła się konkurencja. Cztery lata temu miejscowy didżej i producent Solomun założył Diynamic Music, której wydawnictwa szybko trafiły do europejskich klubów. Bo o ile Dial stawia na wyjątkowo wyrafinowane produkcje, tak jej młodszy rywal – na zdecydowanie bardziej komercyjne brzmienia. Przykładem tego najnowsza płyta w katalogu Diynamic Music – debiutancki album Holgera Behna występującego pod szyldem HOSH.

Solomun i HOSH znają się już od dawna – kiedyś nawet byli współlokatorami w jednym mieszkaniu. Nic dziwnego, że często razem współpracują, a ich muzyka jest do siebie bardzo podobna. To funkcjonalny tech-house – stąd nagrania i remiksy tego drugiego publikowały tak zasłużone dla tej estetyki wytwórnie, jak Stil Vor Talent, Get Physical, Freerange czy Dessous. Najwięcej z nich Behn wydał oczywiście w firmie przyjaciela, podobnie zresztą, jak i swój pierwszy album – „Connecting The Dots”.

Płyta pokazuje, że HOSH potrafi kokietować zarówno mainstreamową, jak również undergroundową publiczność. Dwa najbardziej komercyjne utwory z zestawu – „Hamburg Night” i „Finally Mine” rozbrzmiewają ciepłymi dźwiękami, nad którymi unoszą się wyraziste wokalizy – duetu Ost & Kjex w pierwszym przypadku i Misstress Barbary – w drugim. W efekcie obie kompozycje lokują się w formule przebojowej piosenki, atrakcyjnej zarówno dla klubowego, jak i radiowego odbiorcy.

Kontrapunktem dla tych chwytliwych kawałków są dwa inne – „Cash The Chord” i „All Alone”. Pierwszy z nich ma minimalową konstrukcję – Behn łączy w nim pobrzękujący akord o acidowej barwie z samplami orkiestrowych partii fortepianu i smyczków. Pomysłowe zestawienie rodzi napięcie, które nadaje całości mocno energetyczny charakter. Jeszcze lepiej wypada drugi utwór. To właściwie soczyste techno o precyzyjnie rozplanowanym brzmieniu, w którym jest miejsce zarówno na przetworzoną wokalizę, jak i zamaszystą partię żrących syntezatorów. W efekcie „All Alone” przypomina słynny remiks „Do Da Doo” Robot Mana w wykonaniu Plastikmana z 1994 roku.

Pomiędzy tymi skrajnie odmiennymi produkcjami, „Connecting The Dots” przynosi sporo przeciętnych utworów. Spośród nich wyróżnia się ciekawie wykorzystujący chicagowskie wątki wokalne „Body Jack”, gdzie ekstatyczna tyrada („Let There Be House!”) spotyka się z samplem latynoskiego chórku oraz przywołujący wspomnienie melancholijnych nagrań z BPitch Control „Souled Out” z gitarowym motywem podszytym chmurnym pochodem basu.

Debiutancki album HOSH-a pokazuje go jako producenta stojącego w rozkroku – próbującego zachować undergroundową reputację, ale wyraźnie bardziej zainteresowanego komercyjnymi sukcesami. To dosyć niewygodna pozycja, nic więc dziwnego, że płyta wyszła mało wiarygodna.

www.diynamic.com

www.myspace.com/diynamicmusic

www.myspace.com/hoshme
Diynamic Music 2010

L.U.C – PyyKyCyKyTyPff

Twórczości Łukasza Rostkowskiego już od dawna nie wypada nazywać hip-hopem. Na poziomie mistrzowskim opanował on słowotwórstwo, które znajduje ujście w eksperymentalnym sylabowaniu kolejnych wersów. Album ‘PyyKyCyKyTyPff’, którego tytuł onomatopeicznie naśladuje raperski beatbox, świadczy o totalnym resecie, jaki potrzebny był artyście po zrealizowaniu projektu ‘39/89 – Zrozumieć Polskę’, pragnącemu jednocześnie ziścić swoje marzenia tyczące się nagrania bardzo, jak na polskie standardy, awangardowego. Rezultat?

Brzmienie albumu w całości zbudowane zostało w oparciu o szeroką gamę dźwięków, jakie generuje aparat mowy Łukasza – śpiew i melorecytacje wsparte beatboxem przemielonym przez elektroniczno-analogowy kombajn znakomicie się uzupełniają i, co ważne, nie zlewają się w jednowymiarową breję. Rozbudowane podkłady rytmiczne stworzone zostały z polotem i finezją. Przypominają bardziej trip-hopowe produkcje, niż przewidywalne, ograne do bólu blokerskie bity. Momentami można po prostu zapomnieć, iż nie słyszymy kroczącej, elektronicznej perkusji tylko wokalne impresje Eluce. Szmery, przydźwięki i płynące nad nimi partie ‘basu’ tworzą wyjątkowo depresyjny klimat, którego w tak wysokich stężeniach nie uświadczyłem nawet na ‘Homoxymoronomaturze’. Co prawda znajdziemy tu tragikomiczne przypowieści (‘Oratorium Rubikochomikorium’, ‘Kto Jest Ostatni?’) pasujące swą wymową do ‘Planet L.U.C’, lecz są one tylko ciut weselszymi przerywnikami od krucjaty rozliczającej rzeczywistość z obietnic składanych przez wielkich tego świata.
Duże wrażenie robi też utwór ‘L.U.C. Jak Dziadek W Kiosku (Całe Życie W Ruchu)’ wypełniony zwierzeniami Łukasza na temat życia, które składa się właściwie jedynie z podróży od koncertu do koncertu przerywanego sesjami w studiu nagraniowym i weekendowymi wizytami w domu. Kolejny dowód na to, iż żywot zawodowego muzyka nie jest wcale różami usłany.

Treść ‘PyyKyCyKyTyPff’ skupia się na obserwacjach szarego oblicza naszego kraju, którego dawno być już nie powinno, a z którym przyszło nam toczyć nieustanne, donkiszotowskie walki. A tematów do poruszenia nie brakuje – dostaje się wszystkim po równo, między innymi post-peerelowskiej poczcie polskiej, Morzu Bałtyckiemu, polskim autostradom, a na deser wtórnej kinematografii światowej (przezabawny monolog o ostatnim remake’u Robin Hooda Ridleya Scotta). Do tego sporych rozmiarów streszczenie ostatnich, nie do końca chlubnych wydarzeń, w tym walk o krzyż i zachowań społeczeństwa podczas pogrzebu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego sygnalizuje, iż Łukaszowi przyszłość Polski obojętna nie jest.

‘PyyKyCyKyTyPff’ sprawia wrażenie dopracowanej produkcji, będącej zręcznie dopisanym epilogiem do albumu ‘Planet L.U.C’. Nie podziela w pełni optymistycznego rozwoju przyszłych wydarzeń każąc zastanowić się zarówno nad sobą, jak i nad światem, w którym przyszło nam żyć. L.U.C jako jeden z niewielu polskich artystów nie boi się eksperymentować i tworzyć muzyki po swojemu. Chwała mu za to.

EMI Music Poland | 22.10.2010

4/5

Nieznośna lekkość niezależności – rozmowa z Grzegorzem Bojankiem

O muzyce, filozofii życia, podróżach do Azji i o ciężkim, ale satysfakcjonującym życiu muzycznego społecznika, rozmawiamy z twórcą projektu China-Poland, świeżo po powrocie z Biennale w Szanghaju. Czy podróże kształcą muzycznie?
To, że podróże kształcą wie każde dziecko. Tylko co z tego wynika, skoro tak niewiele osób w naszym kraju podróżuje i nie mówię o podróżach zagranicznych, ale choćby do innego miasta. Dla mnie poznawanie świata jest celem na drodze do rozwoju. Kiedyś czytałem książkę Jacka Pałasińskiego “Kaczor po pekińsku”, w której głównie opisuje rozwój azjatyckich tygrysów. Szczególnie zapadł mi w pamięci fragment o Singapurze, gdzie większość młodych ludzi wysyłana jest na zagraniczne uczelnie po to by poznali inny świat, by go zrozumieli, a to co z niego najlepsze, przywozili do ojczyzny. I w tym kontekście była też mowa o patriotyzmie. To, co tłucze się nam Polakom do głów, to po prostu łatwizna. Bo jeśli człowiek całe życie siedzi w jednej wsi czy miasteczku i chodzi do jednego kościoła, to łatwo mu być patriotą. Niech wyjedzie, pozna inne miasta, państwa, kultury, religie, a potem wróci i zdecyduje co jest dla niego dobre. Oczywiście, podróże kształcą również muzycznie, ale u nas większość nigdy nie pozna świata poza najbliższym otoczeniem, nie spróbuje go zrozumieć. W kontekście muzyki wydaje mi się, że takie lenistwo intelektualne naszego narodu owocuje tym, że większość w tym kraju nie zdaje sobie sprawy, że może istnieć coś poza tym co codziennie spływa do ich głów z głośników wiodących stacji radiowych. Ludzie są waleni po głowie od małego tymi samymi przebojami, wmawia się im, że to jest najlepsza muzyka pod słońcem, a potem dziwimy się dlaczego muzycznie w naszym kraju jest odtwórczo i wtórnie.

Azja to istny raj – tygiel kultur, egzotyka, połączenie wielowiekowej cywilizacji z dynamicznym rozwojem. Inspiracji co nie miara. Kiedy i jak zostaną one przekute na muzyczną materię?
Dla mnie Azja, a szczególnie Chiny były zawsze inspiracją. Chyba po raz pierwszy pomyślałem, że byłoby pięknie zobaczyć ten kraj gdy usłyszałem koncerty chińskie Jarre. Od tamtej pory Chiny wracały do mnie bez przerwy pod różnymi postaciami, a przez ostatnie 20 lat od przemian, szczególnie pod postacią metek Made in China. Gdy pierwszy raz miałem udać się do Chin miałem przed oczami obraz ulic pełnych rowerów, jakże się zdziwiłem gdy zobaczyłem morze samochodów i to wcale nie tych najtańszych. W swoich wędrówkach po Chinach spotkało mnie wiele zadziwień. Na szczęście staram się mieć przy sobie rejestrator audio, który pozwala mi zachować dźwięki przynajmniej niektórych z nich. Potem dźwięki te po przetworzeniu wracają do do odbiorców mojej muzyki i tej którą tworzę z Zen Lu. Nigdy nie zapomnę przejazdu pociągiem z Chansha do Wuhan. Siedzimy sobie spokojnie, aż tu nagle do wagonu wchodzi młoda kobieta i zaczyna coś krzyczeć. Okazuje się, że była to oficjalna, ubrana w mundur, kolejowa handlarka. Udało mi się nagrać to co mówiła. Myślałem, że skończy się na jednym razie, ale w czasie tej trzygodzinnej podróży takich handlarzy było jeszcze kilku.

Warto przyjść na koncerty polskich artystów, a nie czekać aż piętnasty raz przyleci Fennesz albo Biosphere – mimo, że sam ich uwielbiam

Jak wyglądał wasz pierwszy tour po Chinach z Zen Lu?
Pierwszy raz projekt ChoP w swej wielonarodowej formie zagościł w Chinach, w czerwcu roku 2009. Odwiedziliśmy wtedy sześć wielkich miast południowych i centralnych Chin: Shenzhen, Foshan, Changsha, Wuhan, Guangzhou (Kanton) i Hong Kong. W każdym z tych miast zagraliśmy koncerty solo i w różnych duetowych układach. Nie ma co kryć – niektóre koncerty były lepsze, inne gorsze, ale nigdy nie zapomnę ostatniego grania w miejscu, które zwie się Videotage (Hong Kong), które było kiedyś stajnią w środku miasta, a dziś zostało przerobione na miejsce wystawiania sztuki nowoczesnej. To było nasze ostatnie granie, a dzień później mieliśmy już odjeżdżać do domu. Siedzieliśmy z Zen Lu i wypuszczaliśmy takie senne dźwięki, dużo reverbu, dużo przestrzeni. Rozmawialiśmy sobie po cichu, śmiejąc się i wiem, że padło pytanie – „Co dalej? Kończymy?” I tak jakoś skończyliśmy puszczając nasze dźwięki w przestrzeń. Okazało się, że jednak było „dalej”. Właśnie ten fragment naszego koncertu brytyjski reżyser i artysta video Isaac Julien wykorzystał jako część ścieżki dźwiękowej swojej dziewięcioekranowej instalacji video „Ten Thousand Waves”, a następnie filmu „Better Life”, zrobionego na podstawie wspomnianej instalacji. Nie bez satysfakcji powiem, że spotkaliśmy się z wieloma opiniami, że fragment z naszą muzyką jest jednym z lepszych momentów filmu.

No więc właśnie, dochodzimy do clou – jak to było z Julienem?
Na początku tego roku dostałem maila z zapytaniem, czy istniałaby możliwość wykorzystania naszej muzyki w projekcie, który aktualnie tworzy Isaac Julien. Właściwie bez zastanowienia odpisałem, że oczywiście nie ma problemu. Okazało się, że Isaac przeszukując sieć w poszukiwaniu ciekawych dźwięków trafił na fragment, który zamieściliśmy na myspace projektu ChoP. Przyznam się, że nie zgłębiałem zbytnio tematu filmu niezależnego na świecie, ale po otrzymaniu tego maila poszperałem w sieci i okazało się, że to uznany na świecie twórca, który pokazuje filmy na prestiżowych festiwalach jak Sundance czy Festiwal Filmów w Wenecji. Nie spodziewałem się też, że sprawa zostanie załatwiona tak profesjonalnie, do tego stopnia, że udało się pozyskać środki, które przeznaczyliśmy na przyjazd Zen Lu do Polski w czerwcu tego roku. Wydawało mi się, że to koniec naszej współpracy. Jednak w połowie lipca odezwała się do mnie szefowa managmentu Isaac’a z pytaniem, czy chcielibyśmy zagrać ścieżkę dźwiękową na żywo podczas Biennale Sztuki w Szanghaju. Już później, gdy rozmawialiśmy z Julienem okazało się, że idea wielonarodowej współpracy azjatycko-europejskiej bardzo mu pasuje do tego, co pokazuje jego „Better Life”.

Na zdjęciu: Grzegorz, Tom Cullen, Isaac Julien, Zen Lu

To wprost niesamowite… Zgłasza się sam reżyser, wykorzystuje Waszą muzykę w filmie, a później zaprasza, żeby odegrać ją na żywo podczas otwarcie Biennale. Nie towarzyszyły Wam myśli, że to zbyt piękne, aby było prawdziwe?
Podszedłem do tego zupełnie spokojnie. Po tym jak Isaac poprosił o wykorzystanie naszej muzyki w swoim projekcie, myślałem, że to koniec współpracy i na nic wielkiego się nie nastawiałem. Dzięki temu Zen Lu mógł po raz kolejny przyjechać do Polski. I to już była dla nas obu wielka nagroda. Fajnie było znowu razem zagrać i wypić zieloną herbatę. Potem gdy dostaliśmy propozycję zagrania na Biennale Sztuki Współczesnej w Szanghaju, też nie było jakiegoś wielkiego napięcia. Myślę, że to dlatego, że gdy się daje od siebie tak wiele i angażuje się w całą machinę promowania innych artystów zupełnie altruistycznie, co uwielbiam robić zarówno w swoim labelu, poprzez projekt ChoP, kończąc na działaniach producenta artystycznego WEF. Gdzieś u podstaw, w głębokich zakamarkach mózgu drzemie taka myśl, że może kiedyś ta energia wróci. I do mnie wróciła już wielokrotnie, a w przypadku współpracy z Julienem, wróciła wręcz spotęgowana.

Były jakieś momenty zwątpienia?
Gdy dostaliśmy propozycję zagrania w Szanghaju rozmawiałem z Jarkiem Grzesicą, szefem WEFu, który wspiera projekt ChoP od początku jego istnienia. Powiedział coś takiego, że skoro czujemy to co robimy i chcemy zrobić to z pełnym zaangażowaniem, to na pewno się uda. I mimo, że były chwile mocnego załamania projektu, to udawało nam się całość tej misternie zbudowanej konstrukcji postawić na nowo. Kurator naszego przedsięwzięcia nie zrobił praktycznie nic by nam pomóc. W pewnym momencie okazało się, że muzeum nie zapewni ani projektora, ani odtwarzacza blu-ray ani systemu nagłośnienia 5.1. Projektor załatwił managment Isaac’a a ja wpadłem na pomysł by poprosić kumpla Zen Lu o załatwienie nagłośnienie. I tak w końcu się stało, że to artysta znany jako B6 zorganizował nam soundsystem. Był też moment niepewności z moją wizą do Chin, bo akurat pierwszy października to w Chinach święto, które obchodzone jest przez cały tydzień i ambasada była nieczynna. Wizę dostałem na cztery dni przed odlotem! Ale udało się. Właściwie to cały ten wyjazd był trochę zwariowany, bo na miejscu okazało się, że mamy grać w pomieszczeniu innym, niż to które wybrał Isaac. Wszystkie przygody, które przeżyliśmy wspólnie z Julien’em i Tomem Cullen’em – naszym nagłośnieniowcem, który nagłaśniał m.in: w latach osiemdziesiątych trasy The Cure, a niedawno koncerty Biosphere i Fennesza oraz wszelkich innych gwiazd nowej elektroniki – i podróże po okolicznych miejscowościach, będę wspominał naprawdę ciepło i z wielkim uśmiechem na ustach.

I jak wypadł końcowy efekt life actu? Jak ocena reżysera? Wszak powierzył Wam całą muzyczna stronę filmu na tak ważnej imprezie.
Na początku Isaac chciał zostawić jakieś fragmenty oryginalnej ścieżki dźwiękowej. Przeprowadziłem z nim kilka konferencji na Skype i wyjaśniłem, że postaramy się to zrobić tak, że będzie zadowolony. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy już w Szanghaju byliśmy z Zenem po dokładnej analizie filmu, którą wcześniej każdy z nas przeprowadził osobiście, a potem zebraliśmy nasze pomysły w jedną ideę. Gdy po raz pierwszy zagraliśmy muzykę do całego filmu, Isaac był niezwykle zadowolony. Poczuł naszą energię, zobaczył, że włożyliśmy sporo pracy w końcowy efekt. Ciekawostką jest, że każdy z live-actów był przecież inny. Wszystkie zostały nagrane, a Isaac wybrał jeden, który razem uznaliśmy za najlepszy i powstała wersja Better Life tylko i wyłącznie z muzyką ChoP. Nie bez satysfakcji mogę zacytować słowa Isaac’a – “…gdybyśmy zrobili tą “próbę” (próba czyli rehearsal w j. ang. to nazwa tegorocznego Biennale) wcześniej użyłbym do mojego filmu tylko i wyłącznie muzyki ChoP zamiast oryginalnej ścieżki dźwiękowej”. Mam to nawet na piśmie! Do 23 stycznia 2011 właśnie taką wersje filmu można oglądać w Shanghai Art Museum.

Zdjęcia – ChoP podczas Biennale. Dzień pokazów prasowych.
Można pokusić się o stwierdzenie, że dzięki internetowi i muzyce pokonaliście granicę, nie tylko tą geograficzną, polsko-chińską?
Internet z definicji nie posiada ograniczeń. Takie spotkania jak moje z Zen Lu w 2006 roku, na początku w sieci a potem w realu, nie są aż takie rzadkie. Wszystko zależy od tego jak bardzo nam się chce znaleźć w sieci kogoś interesującego, rozpocząć znajomość, a potem ją pielęgnować. Nam udało się naszą znajomość zamienić w przyjaźń. Jak spotykamy się to bawimy się niezwykle dobrze, ciągle żartujemy i ciężko się potem rozstać. Chciałbym wszystkich zachęcić do grzebania w necie, odkrywania ciekawych ludzi. Wiem, że kilku polskich artystów bez kompleksów dokładnie tak robi, co owocuje niebanalnymi nagraniami i płytami wydanymi poza Polską – dobry przykład to Krzysiek Orluk, który wydał płytę w Holandii, albo Kim_Nasung, twórca labelu MindTwistingRecords. Kim nagrywa z ludźmi z Hong Kongu, współpracuje z Rosjanami, a w zeszłym roku zagrał z nimi trasę w Rosji a potem w Polsce, teraz tworzy coś z wiolonczelistką z Japonii. To niezwykle twórczy artysta! Takich ludzi chętnie zapraszam do projektu ChoP.

Co dalej z ChoP? Są jakieś kolejne pomysły, plany, nowi artyści?
Do udziału w projekcie ChoP zaprosiliśmy do dzisiaj już dość sporą liczbę osób. Swoje płyty wydali Tomasz Pauszek (znany jako RND) z Dicksonem Dee, Minoo z Sin:Ned’em, Nejmano z KLC_NIR’em. Mamy zupełną świeżynkę, czyli płytę Krzyśka Orluka i Bai Tian’a. Już niebawem będzie dostępna, może nawet do końca roku. Oprócz tego jest jeszcze kolejnych sześciu artystów z Polski i Chin, którzy pracują nad swoimi projektami, ale nie chcę zdradzać kto to jest. Jeśli piąty ChoP wyjdzie jeszcze w tym roku, to sądzę, że w przyszłym roku pojawią się kolejne dwie produkcje.

Skala projektu robi się imponująca. To ewenement. Poza głównym nurtem mainstreamu, tworzycie sieć zależności polsko-chińskich, promujecie niezależną kulturę. To chyba bardziej przemawia niż suche dyplomatyczne spotkania i lepiej trafia do wyobraźni pewnej grupy odbiorców.
Nie jest łatwo przebić się do szerszej świadomości, ale co jakiś czas ChoP pojawia się to tu, to tam. Dziś jesteśmy to my, a jutro może będzie to inna grupa artystów związanych z naszym projektem. Wspominasz o suchych dyplomatycznych spotkaniach. Muszę ostro zaprotestować! Nasze spotkanie z dyplomatami z British Council na pewno nie było sztywne i smutne. To również dzięki ich wsparciu ChoP mógł zagrać w Szanghaju. Ciekawe, że attaché kulturalny przy British Council w Szanghaju rozmawiał ze mną przez większość wieczoru. Mimo, że gość był spokojnie przed pięćdziesiątką, to dokładnie wiedział co się dzieje na światowej i lokalnej scenie nowej elektroniki. Po takim spotkaniu zawsze trochę ze smutkiem zastanawiam się, co nasz kraj robi w tym kierunku, aby gdzieś w świat wysyłać ludzi o tak otwartym podejściu do sztuki nowoczesnej. Może gdyby tacy ludzie się pojawiali, to artyści nie musieliby tak często walić głową w twardy beton niezrozumienia.

Zdjęcie: ChoP w Guangzhou
Nie chciałem generalizować, ale to ONI biorą pieniądze i mają obowiązek w naszym imieniu działać nie tylko na polu gospodarczym, a współpracę kulturalną nie tylko ograniczać do eksportu Chopina. Skoro jesteśmy przy pieniądzach, to one same z nieba nie spadają. A to wszystko kosztuje i zajmuje masę czasu.
To prawda, ale nie chcę rozmawiać o pieniądzach, bo dobra sztuka bywa dobrze opłacana i to rozumie prawie cały cywilizowany świat. Oczywiście bez pieniędzy nie da się nic zrobić, dlatego jeszcze raz podziękuję Jakowi Grzesicy, który jako kurator wspierał i nadal wspiera ChoP. Poza tym pracujemy też nad dofinansowaniem we własnym zakresie. Podziękowania należą się Minoo, który swoimi działaniami mocno wsparł przyjazd Zen Lu do Polski. Oczywiście obaj z Zen Lu dokładamy też swoje trzy grosze do naszego projektu. A jeśli chodzi o czas, to przy takim przedsięwzięciu dobrze jest sobie wygospodarować kilkadziesiąt minut dziennie, aby móc się nim zająć. Od lipca pracowaliśmy nad projektem praktycznie każdego dnia – oczywiście nie tylko nad muzyką.
Większość nie zdaje sobie sprawy, że może istnieć coś poza tym, co spływa do ich głów z głośników stacji radiowych
Co z Twoim net-labelem?
Ostatnie wydawnictwo w etalabel.com to Bionulor. Niezwykły to twórca. Cieszę się, że to u mnie wydał swoją pierwszą płytę i zaraz potem mógł zagrać kilka świetnych koncertów. Sebastian ma niesamowitą wrażliwość muzyczną. Czekam na jego kolejny materiał i jestem niezwykle zadowolony, że wydaje go na większą skalę. Na pewno w roku 2011 będziecie mogli posłuchać Bionulora na żywo. Od tamtej pory nie dostałem żadnego ciekawego materiału, a jeśli był ciekawy to nie leżał w profilu labelu. Jeśli ktoś z Was robi ambient czy eksperyment i chce pojawić się na scenie – zapraszam serdecznie.

Czyli da się tworzyć poza głównym nurtem, bez ograniczeń tworzonych przez wydawców?
Oczywiście. Wszystko zależy od tego, co artysta chce osiągnąć. Jeśli sławę, pieniądze i dziewczyny zrywające staniki pod sceną, to można iść taką drogą, którą poszedł np. Kamp! Uważam, że to zajebista muza, a Radka uznaję za producenta o ogromnej wiedzy technicznej. To co osiągnęli jest dla mnie niezwykle inspirujące. Mam wielki szacunek do ich osiągnięć i lubię włączać ich nagrania! Ale jeśli artysta chce zagrać kilka koncertów w roku, na mniejszych festiwalach i w klubach i lubi pracę w domowym studio, to czemu nie, istnieją różne drogi, też może się odnaleźć, nawet na polskiej scenie.

No właśnie – polska scena. Jakie doświadczenia, z całą tą otoczką producentów, twórców, dziennikarzy? Można ją jakoś ogólnie scharakteryzować? Zawiść miesza się z pozytywnymi emocjami?
A co Ty zaobserwowałeś? Byłeś na pewno na kilku koncertach lokalnych gwiazd, wiem, że widziałeś też zeszłoroczny WEF Main Event. Jak to wszystko oceniasz?

Owszem, byłem. I to co zobaczyłem to jak pokrzepienie serca. Piękna strona niezależnej kultury. Może niektórych to przekona, że jeszcze nie jest tak źle z naszą nową muzyką, a brak osobowości na który narzekają, to tylko kwestia czasu. Mnie – malkontenta i sceptyka – przekonało.
Myślę, że nie ma jakiś większych spięć w środowisku. Ale wiadomo też, że im większa grupa tym trudniej ze wszystkimi ludźmi znaleźć wspólny język. Myślę, że scena ma się nie najgorzej, ale też chyba zbyt często gotuje się we własnym sosie. Tutaj chyba sporą rolę powinni odegrać dziennikarze zajmujący się elektroniką. Powinni przekazać szerszej widowni, że warto również od czasu do czasu przyjść na koncerty polskich artystów, a nie czekać aż piętnasty raz przyleci Fennesz albo jedenasty raz Biosphere. Sam ich uwielbiam, ale wiem też, że bez problemu można znaleźć na polskiej scenie artystów grających na podobnym poziomie. Z racji tego, że zajmuję się i ChoPem, i organizacją koncertów WEF oraz koncertów w Częstochowie, poznałem wielu ludzi zajmujących się tworzeniem i graniem elektroniki. Z niektórymi dogaduję się świetnie, a za to Ci, z którymi straciłem dobry kontakt według mnie nadal robią świetną muzę. Bardzo się cieszę, że odnajdują własną drogę.

Z Twoich okładek i niektórych utworów uderza obecność przyrody. To jakiś szczególny stosunek, życiowa filozofia?
Siedzi we mnie fascynacja taką zwykłą przyrodą. Drzewa jesienią, łąki latem, zaśnieżone pole – staram się widzieć piękno w tym wszystkim co mnie otacza na co dzień. Mieszkam pod Częstochową i mogłoby się wydawać, że życie na wsi to dzika rzeka i czyste powietrze. Niestety czyste powietrze na wsi jest mocno przereklamowane, szczególnie zimą, gdy bieda dotyka mieszkańców i palą w piecach wszelkie plastiki i cały ten syf. Nie da się oddychać. Dlatego czasem uciekam na łąki, bliżej tej dzikiej rzeki – Warty, a dalej od domów. To też są fajne miejsca do nagrywania terenowego. Czasem trafić można na niezwykłe dźwięki. Potem to wszystko przeradza się gdzieś w nowe utwory. Aktualnie mam prawie skończony materiał na nową płytę, ale nie ma jakiegoś ciśnienia by ją wydawać. Są ludzie, którzy wydają po dziesięć płyt rocznie – nie oceniam czy to dobrze, czy źle – ja od czasu do czasu zagoszczę na jakiejś składance, czasem wrzucam coś nowego na myspace, ostatnio współpracuję z artystą, ze Szwajcarii na zasadzie ja coś zaczynam, on kończy. Może będzie z tego EPka, może płyta. Zobaczymy. Czasem po prostu siadam i improwizuję w domu rejestrując materiał. Efektów takiej improwizacji, bez jakiejkolwiek obróbki, można posłuchać na moim soundcloudzie. Lubię od czasu do czasu zagrać koncert. Czasem mam tak, że przygotowuję wszystko dość dokładnie, a czasem nie mam nic i improwizuję. Zaczynam od czystej kartki. Uwielbiam takie granie, bo nigdy nie wiadomo od czego się zacznie, a na czym się skończy. Wtedy wcale nie wykorzystuję materiału zgranego wcześniej.

Wprost nieznośna lekkość niezależności! Spokój, harmonia. Czy to wpływy azjatyckie? Budda, Konfucjusz, Zen Lu?
Gdy człowiek raz skosztuje chińskiego luzu, to potem on gdzieś w człowieku zostaje. Mimo, że to kraj pędzący, to są momenty, szczególnie przy jedzeniu, kiedy można bez napięcia odciąć się od tego biegu. To zupełnie inaczej niż u nas, gdy nawet małym dzieciom powtarzają by jadły grzecznie i by nic im nie upadło. Tam może upaść na stół i sobie leżeć. W końcu nie każdy jest mistrzem posługiwania się pałeczkami, nie każdy też ćwiczy kung fu. <śmiech> W kwestiach artystycznych mam też takie podejście, że nie sprężam się na siłę, nie wyznaczam sobie terminów – jak coś ma się zdarzyć, to się zdarzy wtedy kiedy przyjdzie pora. Do tej chwili taka filozofia się sprawdzała i pozwoliła ubarwić moje życie. Fajnie jest mieć dzieci, rodzinę, dobrze jest żyć spokojnie, realizując swoje marzenia – wszystko powoli i w swoim czasie. I choć życie czasem daje kopa, to dobrze jest umieć wracać do spokoju ducha i harmonii.

Oby ta dobra passa trwała. Dziękuję za rozmowę!
Bardzo dziękuję.

www.soundcloud.com/bojanix

www.myspace.com/ecmyspace

www.wef.pl/choptour – Blog z podróży do Szanghaju

www.myspace.com/chopart

Bitchee Bitchee Ya Ya Ya

Gdy po raz pierwszy, wertując strony internetowe zobaczyłam nazwę Bitchee Bitchee Ya Ya Ya, w przestrzeni moich myśli zawisły trzy literki, W, T i…H czyli what the hell?! I rzeczywiście, niewiele się myliłam. Ten elektroniczny projekt jest diabelsko dobry. Bitchee Bitche Ya Ya Ya to nie tylko dziwaczna nazwa, ale też cudowne energetyczne brzmienia i pikantnie-ironiczne teksty. Miłośników Crystal Castles, Boys Noize czy Chew Lips może zainteresować już to, że grupa wydaje w tym samym labelu – Kitsuné, znanym z zamiłowania do wysokojakościowych elektronicznych brzmień i promującym świetnych muzyków, o jakich często możecie czytać na naszej stronie. Bitchee Bitchee Ya Ya Ya pozostaje jednak jednym z jego najbardziej tajemniczych dzieci.
W sieci o zespole nie znajdziecie prawie ani słowa. Możecie się za to rozkoszować jego kawałkami.

Nagrania remiksowane przez Bitchee Bitchee Ya Ya Ya pojawiły się nagle na różnych serwisach z muzyką i natychmiast z wielką radością powitał je francuski świat melomańskich blogów, a stamtąd informacje rozniosły się szybko poza Paryż. Nadal jednak nie wiadomo, kto dokładnie tworzy te brudne elektroniczne brzmienia.

Nie wiadomo jak wygląda. Nie wiadomo czy śpiewa dokładnie to, co słyszymy, bo tekstów też nie można nigdzie znaleźć, w związku z tym jesteśmy zmuszeni do śpiewania ich po swojemu. Ciężko jest nadążyć za wokalistką, która po angielsku i francusku szaleje przyćmiona przez przesterowane dźwięki. Bitchee Bitchee Ya Ya Ya grają ostro. Gdybym miała ich jakoś klasyfikować wybrałabym mieszankę Crystal Castles z Gossip i Bad Brains. Nie wiadomo wreszcie, czy zespół wyda pierwszy album, na który czekają fani przekazujący sobie linki do nowych nagrań, co jakiś czas udostępnianych w sieci.

Bitchee Bitchee Ya Ya Ya stało się znane 3 lata temu, dzięki pierwszym remiksom Au Revoir Simone (Moshi Moshi), Bonde Do Role (Domino), czy Poney Poney ( teraz Jamaica). Jednak pomimo dobrej passy i możliwości supportowania świetnych zespołów, jak The Bloody Beetroots, Crystal Castles, Justice, The Whip, Calvin Harris, Primary One, Joe (z Hot Chip), czy Bonde Do Role, zespół wypuszcza utwory rzadko i ciągle zachowuje wokół siebie nimb tajemniczości.

To, co ostatnio udało mi się znaleźć to enigmatyczna zapowiedź, że wkrótce pojawią się 3 nowe kawałki. Wyszperać można też zdjęcia muzyków z namalowanymi na twarzach czarnymi paskami i nagrane telefonem komórkowym występy z paryskich klubów, dzięki czemu wiemy, że jest ich troje. Wokalistka, Brytyjka – czyli Bitchee, która jak głosi jedna z wielu niesprawdzonych informacji na temat zespołu, w swoim rodzinnym kraju poznała Ya Ya Ya 1, znowu najprawdopodobniej francuza. Jest też a Ya Ya Ya 2. Chyba.

Oczywiście trio poza remiksowaniem tworzy też własne smakowite kawałki. Długo jedynym dostępnym był „Fuck Friend”, wpuszczony przez Kitsuné, którego remiksy zrobili CSS (ta wersja znalazła się na kitsunéowskiej kompilacji „Kitsuné Maison” kompilacja # 5), Yuksek & Brodinski czy Mixhell, ale moim zdaniem ich własna ostra post-punkowa produkcja jest najlepsza. Jest też „Tu connais le chanson”, zaśpiewane po francusku, po odsłuchanu którego, słuchając nowych piosenek, już dokładnie będziecie wiedzieli, w których Bitchee Bitchee Ya Ya Ya maczali tajemnicze palce. A sam zespół zacznie wam się kojarzyć z bardzo zuchwałymi tekstami (trochę jak „Its not Fair” Lilly Allen, ale lepsze). Ostatnio w sieci pojawił się teledysk do nowego utworu „Jackie” z niespodzianką na końcu:

Niektóre z utworów są możliwe do znalezienia na MySpace, Facebook oraz Twitterze