Nowamuzyka.pl
Dobrej muzyki jest więcej. Nowe brzmienia od 2003 roku.


Podsumowanie 2010 – Patryk Zalasiński

Bez zbędnej kokieterii, która lubi pojawiać się w rankingach, dywagacji czy był to dobry rok, czy nie, czy dubstep zjadł swój ogon, czy FlyLo się skończył… Muzyczny przekrój roku, z uwzględnieniem najbardziej innowacyjnych, brzmieniowo zaawansowanych pozycji. Jego naturalność i brak ingerencji może potwierdzać nieokrągła, mało rankingowa liczba wyselekcjonowanych albumów.

11,5. Andreas Tilliander – Showtime (Adrian Recordings)

Pozycja licząca się tylko jako połówka, bo to skromna EPka, raczej bonus do zeszłorocznego albumu Tilliandera Show. Dwa nowe utwory szewdzkiego ubermenschena i dwa remiksy – ale jakie! – błądzące po ścieżkach dubu, tech-houseu, jamajskich wokali, klasowo zremiksowane prez Erase i Minilogue. Najwyższej jakości elektronika, oby zwiastowała kolejny album.

11. Masayoshi Fujita & Jan Jelinek – Bird, Lake, Objects (Faitiche)
Inżynier dźwięku Jelinek, tworzy kolejny rozdział swoich muzyczynych eksploracji. Tym razem jego soniczne eksperymenty wsparł japoński wibrafonista, który swoim dźwiękiem, nadaje trzaskom, szumom, zgrzytom cieplejszą nutkę, oczywiście w granicach minimalistycznego ambientu, glitchu, i fascynacji jazzową swobodą improwizacji.

10. Prins Thomas – Prins Thomas (Full Pupp)/diskJokke – En Fin Tid (Smalltown Supersound)

Norwescy producenci na wspólnym, dziesiątym miejscu, bo tyle ich łączy, że nie ma sensu ich rozdzielać. Obie płyty w ramach zwiększenia doznań należy próbować jedna po drugiej. Albumami wydanymi w 2010 roku, stworzyli esencjonalną kontynuację space disco, uprzestrzenionego, leniwego grania, ujmującego swoim niespiesznym tempem, pętlami, melodiami.

W tym roku formalnie, swoją pierwszą płytę wydał Prins Thomas, mimo że od kilku lat koncertuje, remiksuje, zbiera pochwały za działalność wespół z Lindstromem. Tym trudniejsze zadanie go czekało – debiut z takiej pozycji. Mimo dużej skali podobieństwa ze starszymi produkcjami, to jego nieinwazyjna, lekka muzyka z odczuwalną i postępującą inspiracją krautrockiem chwyta i oczarowuje.

diskJokke również ochoczo czerpie z przeszłości, tworząc przyszłość – urzekają niepowtarzalne, rozciągnięte, kosmicznie brzmiące analogowe syntezatory, niczym ojców założycieli nowoczesnej elektroniki (utwór Nattesid – współczesny Jarre!) – i równie ciężkie miał zadanie. Musiał udowodnić że pierwszy longplay to nie był przypadek. Stworzył dojrzalszy i pękający od zawartości album. Tłumacząc jego nazwę (En Fin Tid – dobry czas) można tylko przytaknąć.

9. Grum – Heartbeats (Heartbeats)

Wcześniej nieznany facet, wydając swoją pierwszą płytę eksplodował jako osobowość – muzyk, producent, właściciel labelu, prezentujący swój sposób na muzykę, jako syntezę lat 80, 90, punku, raveu, całego tego kolorowego kiczu disco i popu. Heartbeats, płyta rytmiczna niczym bicie serca, poplątana od wpływów, rozpoczętych ścieżek wydaje się nie do skopiowania, mimo że wielu próbuje ją naśladować. Warto smakować po trochu i cmokać z zachwytu.

8. Holy Fuck – Latin (Young Turks)

Ci faceci tak ujmują swoim szelmowskim stylem bycia i muzyczną bezczelnością, że wydają się idealnymi kompanami do picia wódki i przegadania całej nocy o muzyce i kobietach. Album którzy stworzyli – Latin – mimo, że czuć w nim zapach oleju i stęchlizny z garażu ojca, to nie amatorszczyzna. Pełna nieprzewidywalności elektronika, potrzaskane instrumenty, rockowa fantazja, shoegaze, z wielką siłą oddziaływania.

7. Caribou – Swim (City Slang)

Nie odnotowanie Swim w podsumowaniu to strzał samobójczy. Snaith wciąż uwodzi, nieco innymi środkami (bardziej elektronicznymi), ale tworząc wciąż ten sam, niezwykły psychodeliczny sen. On i jego twórczość może służyć jako wyjście do badania muzycznych wpływów dekady, jej sukcesów, porażek, rezultatów. Album, ze względu na swoją strukturę, powinien dostać oddzielną półkę w każdym, szanującym się muzycznym sklepie – kipi od eklektyzmu, eksperymentu, fantazji. Co ciekawe, odbierany i doceniany przez szerokie grono odbiorców. Być może przeciera pewne szlaki…

6. Sistol – On The Bright Side (Halo Cyan)

Skoro uznane muzyczne magazyny piszą o Sasu Ripattim – który jest jedną z największych osobowości współczesnej elektroniki, ma wiele alter ego i żongluje nimi bez schizofrenii – per Luomo, nic dziwnego że postanowił przypomnieć światu swoją mroczną przeszłość. Odnalazł stare pliki i presety, wrócił do kokainowego techno. Mimo, że tytuł niesie inne przesłanie, nie dałem się nabrać, ale dałem wciągnąć. Dźwiękowo niszczy, z masochistyczną satysfakcją, jest ciężko, szorstko, masywnie. Dzieła zniszczenia dopełnia reedycja pierwszej płyty Sistola z remixami czołówki sceny elektronicznej.

5. Efdemin – Chicago (Dial)

Mini, micro, deep i cała masa innych przedrostków. Czy są one potrzebne? Muzyka obroni się sama. Z tego stylistycznego mariażu wychodzi po prostu techniczne i brzmieniowe arcydziełko, które niesie soczyste, klubowe przyjemności. A takich produkcji – nie tylko ze względu na brzmienie, ale i jakość – w mijającym roku brakło. Dlatego Sollmann i jego album to pozycja obowiązkowa dla wymagających nocnych marków, którzy czują się osieroceni w erze dudniącego basu.

4. Apparat – Dj Kicks (!K7)

W tym roku świetnych kompilacji było pod dostatkiem – Boogybytes vol. 5, Berghain 04, Tensnake In The House – jednak to jest objawienie. Ostatnie miesiące roku przyniosły wysmakowany mix, urzekający nienachalną i melodyjną elektroniką. Podręcznikowy wykład trendów muzycznych, zaserwowany przez zasłużonego Berlińczyka. Dla nowomuzycznych żółtodziobów i koneserów.

3. Kasper Bjørke – Standing on top of Utopia (Rough Trade)

Z wielką swobodą i niewyraźnym uśmieszkiem, młody Duńczyk tworzy klimat, którego zazdrościmy i nieustannie o nim marzymy – słodki, naiwny, przesycony witalnością, erotyzmem, bawiąc się przy tym i sięgając po house, techno, synthpop, nu-disco. Pewne muzyczne doznanie, satysfakcja gwarantowana. Ostatnio dużo koncertuje i współpracuje z Trentemoellerem. Wszystko wskazuje na to, że wyrasta nowa gwiazda. „Standing on top…” już ten wysoki poziom osiągnęło.

2. The Black Dog – Music For Real Airports (Soma)

Więcej niż album. Potrzeba niemałej odwagi aby zmierzyć się z pomnikiem. Albo jest się szaleńcem, albo wierzy się swoje umiejętności. Jeszcze zarzut, że to jest muzyka dla „prawdziwych” lotnisk! Świetna, sugestywna płyta, inspirowana „życiem” lotniska, będąca uświęceniem codzienności, przemieszaniem sacrum i profanum. Wartością dodatnią, wpływającą na odbiór jest pewne skłonienie do refleksji – właśnie nad ową codziennością, a co za tym idzie jej sensem. Zamiast Eno, na pomniku stawiają muzykę w czystej formie.

1. Matthew Dear – Black City (Ghostly)
Numer jeden, przede wszystkim za niepowtarzalność, niespójność, niesprowadzalność do jednego mianownika. Porównywalny do Davida Bowiego genialny Matthew Dear i jego kapryśny głos w patchworku, na który składa się techno, synth, avant pop i różne używki, to źródło wyjątkowej przyjemności. Najbardziej oryginalna i zajmująca płyta roku – kilkanaście przesłuchań pozwala na poczucie pełni jej złożoności i wielkości, choć nie jest to przesądzone.

1 KomentarzDodaj komentarz
  1. Świetne zestawienie! Okazuje się, że mam trochę do nadrobienia w temacie :) Dzięki!


Dodaj komentarz

Wpisz swoje imię

Twoje imię jest wymagane!

Wpisz poprawny adres email

Adres email jest wymagany!

Wpisz komentarz



Nowamuzyka.pl © 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.

Design: WPSHOWER

Silnik dostarcza WordPress