ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.

cv313 – Analogue Oceans
Paweł Gzyl:

Mistyka oceanu dźwięków.

Mika Vainio & Franck Vigroux – Ignis
Paweł Gzyl:

Tibi et igni.

Wczasy / Wolne pokoje
Jarek Szczęsny:

Na wakacje jak znalazł.

Shy Layers – Midnight Marker
Paweł Gzyl:

Wspomnienia sprzed trzech dekad.

Toxe – Blinks
Kasia Jaroch:

Oblicze najbardziej nieprzystępnego brzmienia Bala-Core złagodniało.

Sroczyński – Ajulella
Jarek Szczęsny:

Bajkowy koktajl.

Driftmachine – Shunter
Paweł Gzyl:

W sercu elektrowni.



Archive for Lipiec, 2018

Kayo Dot we Wrocławiu – relacja i zdjęcia

Po występie Kayo Dot spodziewałem się wiele dobrego. Zespół powstał przecież na gruzach, uważanego w pewnych kręgach za kultowy, Maudlin Of The Well. Sam lider i wokalista Dotsów – Toby Driver nie kryje zresztą, że oba te projekty łączy bardzo wiele, i znakomicie się one uzupełniają. Czy tak jest w rzeczywistości? Chyba jednak nie do końca. Kayo Dot jest zdecydowanie mniej wyrazistym tworem od swego poprzednika. Driver pokazał nam swoje bardziej subtelne i ugrzecznione oblicze, gdzie nie ma zbytnio miejsca na ekstremalne dźwięki, daleko idące eksperymenty z formą i melodią.

Nadal w jego twórczości występują te wszystkie gitarowe i jazzowe „krzywizny”, „połamańce”, swoista psychodela przenika każdą pojedynczą piosenkę, ale siła oddziaływania jest niestety nie tak wielka jak kiedyś. Przynajmniej tak wygląda sytuacja, kiedy słucha się Kayo Dot na płytach. Na żywo może to wyglądać diametralnie inaczej. Stąd też moja ciekawość i pozytywne nastawienie do ich koncertu we wrocławskim Firleju.

Może słów kilka o suportach…właściwie sam nie wiem czy można w tym przypadku mówić o jakimś supportowaniu, bowiem członkowie KD „przywieźli” ze sobą swoje poboczne projekty. Jeremiah Cymerman zaprezentował swoją solową twórczość, w której wykorzystywany jest jedynie jego przetworzony klarnet oraz szczypta elektroniki. Siedział sobie grzecznie na krześle i wygrywał pełne zadumy i melancholii melodie. Przypominało to muzykę filmową do jakiegoś dramatu obyczajowego, którego akcja toczy się w dalekich, egzotycznych krainach.

Dość ciekawa próba, chociaż momentami nużąca. Następnie na scenie zameldował się Toby Driver wraz z Jeremiahem, tworząc w ten sposób duet Tartar Lamb 2. Ich muzyka oscylowała w rejonach sennej psychodeli (znów te słowa, ale nie wiem jak to inaczej opisać), oszczędności środków wyrazu, gdzie znalazło się miejsce dla muzyki poważnej czy ambientowych pejzażyy, Wrażenia? Podobne jak w przypadku Cymermana.

No i w końcu nadszedł czas na „gwiazdę wieczoru”. Na deski Firleja wyszli wszyscy pozostali muzycy z KD i zrobiło się naprawdę tłoczno. Uczta się rozpoczęła. Zespół zaprezentował przede wszystkich utwory ze swojej najnowszej płyty „Coyote”. Można było usłyszeć „Calonyction Girl”, „Whisper Ineffable” czy „Abyss Hinge”. Oprócz tego „Blue Lambency Downward”, „The Antique” i „On Limpid Form”, czyli kawałki znane z poprzednich krążków Amerykanów.

Już po kilku minutach grania poczułem, że muzycy dosłownie przykleili publiczność do swojej dźwiękowej pajęczyny. Każdy siedział na swoim miejscu jak zaczarowany, nie było słychać żadnych rozmów ani szmerów. Uwaga ludzi maksymalnie skoncentrowała się na tym, co dzieje się na scenie. A trochę się działo… dotarło do mnie, że kompozycje KD są naprawdę niesamowicie i inteligentnie rozbudowane. Nie ma tu miejsca na popisy czy zbędne efekciarstwo.

Ni stąd ni zowąd pojawiają się intrygujące partie gitary solowej, klimatyczne dęciaki, perkusja raz chodzi spokojnie, raz dominuje nad całą resztą. Ta mnogość tematów niesamowicie wciąga ale niestety bywa i męcząca. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. Zwłaszcza kiedy milknie łagodny głos Toby’ego i sekcja rytmiczna może pozwolic sobie na jazdę bez trzymanki. Najbardziej podobały mi się momenty, gdzie kojący nastrój był przerywany nagłymi atakami agresji.

Wielkie brawa za fenomenalne wykonanie „The Antiqe”, za te wbijające w ziemię uderzenia dronowe i bis, na którym wszyscy członkowie KD zamieniali swoje instrumenty na dzwonki, metalowe wiaderka i inne brzęczące rzeczy, by niemiłosiernie i w sposób fascynujący napierdzielać w nie. Po muzykach spływały siódmy poty, ale nawalali dalej, przez kilka dobrych minut. Takie rzeczy ogląda się i słyszy się naprawdę rzadko.

Duo505 – Walzer Oder Nicht

Grupa Duo505 zapożyczyła swoją nazwę od syntezatora MC-505, który końcem lat dziewięćdziesiątych wypuściła na rynek firma Roland. Nie trudno więc przewidzieć, iż większość podkładów rytmicznych i melodii wygenerowana została właśnie przy jego użyciu. Dodając do tego ścieżki gitary album ‘Walzer Oder Nicht’ stara się wpisać w nurt lekkostrawnej elektroniki. Z jakim skutkiem?

Pierwsze, co atakuje podczas słuchania ‘Walzer Oder Nicht’ to uprawiany dość nagminnie kalejdoskop nastrojów zmieniających się w obrębie jednego utworu. Kompozycje nasycone są sporym ładunkiem melancholii, która często nie ma szans przy gwałtownym zderzeniu z komercyjnym zacięciem, jakie przejawiają momentami Bernhard i Herbert. W ‘Taxi nach Leipzig’ przyciężkawa, rockowa gitara nieoczekiwanie rozwija się w melodie rodem z melodramatu, którego finał z pewnością ma miejsce na skąpanym w deszczu moście. ‘Haps’ również dostarcza pewną dozę rozczarowania – podszyty z początku industrialnym szumem w połowie zamienia się w wesoły gitarowy pochód wsparty robotycznymi w brzmieniu, klawiszowymi przeplatankami. Dopiero świetnie napędzający się ‘3sids’ wyrastający z indie-rockowych korzeni najszybciej spełni oczekiwania słuchaczy związane z muzyką elektroniczną o zabarwieniu rozrywkowym. Najmocniejszym fragmentem ‘Walzer Oder Nicht’ jest z pewnością dynamicznie sunący na gęstych syntezatorach ‘Einbass’, na końcu którego gitara klasyczna wycisza rozpędzone partie przewodnie. Post-rockowy ‘No Mail’ oraz najbardziej złożona produkcja na albumie – ‘Whirligig Beetle Party’, także pokazują Duo505 z tej lepszej strony – lekkostrawnie, kreatywnie i bez dłużyzn.

Indie elektronika w wykonaniu Duo505 jest dziwnie niezdecydowana – duet nie czując się swobodnie w meandrach muzyki rozrywkowej wzbogacił swoje kompozycje o kontrastowo dobrane zmiany nastrojów towarzyszące refrenom i retardacjom melodii przewodniej. W efekcie nijakość produkcji momentami wręcz przytłacza słuchacza. Pewniej obierając kierunek swoich działań oraz częściej decydując się na bardziej wyraziste rozwiązania kompozycyjne Duo505 mogłoby nagrać naprawdę ciekawy materiał, biorąc pod uwagę z góry założoną prostotę warstwy brzmieniowej utkanej jedynie z dźwięków gitary oraz syntezatora MC-505. A tak, każde kolejne przesłuchanie ‘Walzer Oder Nicht’ pozostawia po sobie uczucie niedosytu. I niczego więcej.

Morr Music | 21.01.2011

2/5

Demdike Stare – Tryptych


Jesteśmy obecnie świadkami trzeciej fali zainteresowania okultyzmem w popkulturze. Zaczęło się oczywiście ponad cztery dekady temu, kiedy hipisowska brać odkryła pozwalające jej na folgowanie wszelkim zachciankom nauki Aleistera Crowleya i Antona La Veya. I to właśnie z psychodelicznej kontrkultury lat 60. wyrosły dokonania Genesisa P-Orridge`a, który kilkanaście lat później postanowił uczynić narzędzie osobistego wyzwolenia z wszelkich norm obowiązujących w zachodniej cywilizacji właśnie z okultyzmu wpisanego w industrialne brzmienia. Jak to skończyło – dobrze wiemy. Nie na darmo David Tibet w jednym wywiadów powiedział: „Magia może cię zniszczyć”. Mimo tego koło historii znów zatoczyło kolejny krąg i oto ponownie okultyzm jest ważnym źródłem inspiracji w muzycznym undergroundzie. Tym razem mamy jednak do czynienia z raczej powierzchownym podejściem do tematu – wykonawcy hypnagogic popu czy hauntology fascynują się głównie okultystyczną ikonografią w stylu pop, w tym przede wszystkim wszelkiej maści horrorami.

Jednym z najważniejszych wykonawców tego nurtu jest brytyjski duet Demdike Stare. W ciągu ubiegłego roku opublikował on trzy winylowe płyty – „Forest Of Evil”, „Liberation Through Hearing” i „Voices Of Dust” – które uzupełnione specjalnymi dodatkami, ukazują się obecnie jako trzypłytowy album „Tryptych”.

Część pierwsza to dwa długie nagrania – „Forest Of Evil (Dusk)” i „Forest Of Evil (Down)”. W pierwszym z nich mroczny nastrój buduje podszyty dudniącym basem podziemny dron Początkowo uzupełniają go jedynie dubowe akordy i metaliczne smagnięcia klawiszy wywiedzione z ambientowych nagrań Basic Channel. Dopiero potem pojawia się plemienna rytmika rodem z produkcji Shackletona i kosmiczne pasaże krautowych syntezatorów odbijające echo dawnych płyt Klausa Schulze.

Druga kompozycja ma jeszcze bardziej złowieszczy klimat – to zasługa rytualnych bębnów wysamplowanych zapewne z jakiejś płyty z muzyką obrzędową bliskiego wschodu. Pewne uspokojenie wnosi dopiero tchnienie onirycznego ambientu – jakby wspomnienie minimalistycznych nagrań Aphex Twina z drugiej części „Selected Ambient Works”. A jako bonus – króciutka miniatura „Quiet Sky”, zamykająca całość nieco jaśniejszymi tonami.

Muzyka z „Liberation Through Hearing” nie jest już tak niepokojąca. To dlatego, że inspiracją do jej stworzenia była dla brytyjskiego duetu „Tybetańska księga umarłych”. Najwyraźniej słychać to w „Bardo Thodol”, składającym się z buddyjskich śpiewów i rytualnych rytmów, uzupełnionych jednak w finale kraut-rockową partią perkusji. Echa tybetańskich gongów i trąb pojawiają się natomiast w „Regolith”, gdzie wpisane zostają w zaszumiony podkład rytmiczny o minimalowym sznycie. Dubowy puls znajdujemy z kolei w „Gaged In Stammheim” – skontrastowany jest on jednak z majestatycznymi chórami, podszytymi tektonicznymi tąpnięciami studyjnych pogłosów. Nie brak tu również ambientu – najpierw w wersji dark, przywołującej na myśl twórczość Thomasa Könera („The Stars Are Moving”), a później w wersji light – niczym ze składanek wydawanych co roku przez koloński Kompakt („Matilda`s Dream”).

W charakterze bonusów dostajemy trzy nagrania, z których największe wrażenie robi dwuczęściowy „Library Of Solomon – Book 1 & 2”. To wielowątkowa podróż od preparowanego industrialu, przez mroczny ambient, po głębokie techno, zamknięta zaskakującym zwrotem w stronę etno w finale, rozpisanym na hipnotyczne bębny i ekstatyczną melodię.

Trzecia płyta ma najbardziej niejednolity charakter – to jakby zbiór osobnych kompozycji, niepodporządkowanych wspólnej idei. Choć zaczyna się od analogowego dronu poddanego studyjnym modulacjom („Black Sun”), to już za chwilę rozbrzmiewa ekstatyczny „Hashshishin Chant” spinający spowolnionym bitem techno afrykańskie śpiewy, tybetańskie trąby i rave`owy bas. Kiedy w muzykę Demdike Stare wpadnie nieco światła w rozwibrowanym niemal jazzowymi syntezatorami „Repistory Of Light”, tuż po nim rozlega się wypełniony industrialnymi przesterami „Of Decay And Shadows”, przypominający bardziej psychodeliczne dokonania Throbbing Gristle. Mamy tu również łączący dron z noise`m i techno „Rain And Shame” oraz ponury niczym grobowe nagrania Lustmorda „A Tale Of Sand”.

Najciekawiej wypadają jednak dwie inne kompozycje. Pierwsza z nich to „Desert Ascetic” – karkołomne połączenie sampli bliskowschodnich instrumentów perkusyjnych z morderczym pochodem dubstepowego basu w oceanie bulgoczących efektów rodem z „library sounds”. „Leptonic Matter” eksploduje natomiast tribalowym rytmem wygranym jakby na… ludzkich kościach (czyżby to sample z niesławnego „The Secret Eye Of Laylah” projektu Zero Kama?). Jest tu również miejsce na zawodzącą wokalizę i arabskie perkusjonalia, zza których dochodzą dalekie dźwięki majestatycznych trąb – jakby zwołujących siły Światła i Ciemności na ostateczną bitwę.

I jeszcze trzy dodatkowe nagrania. Najpierw minimalistyczne, w którym przez szum trzeszczącej płyty przebija się nerwowy akord fortepianu („A Tale Of Sand”). Potem – jakby druga część „Rain And Shame”, czyli surowe manipulacje gitarowymi przesterami i studyjnymi echami („Filtered Through Prejudis”). I już na sam koniec – bliski wczesnym dokonaniom Current 93 rytualny ambient, wypełniony tajemniczymi chórami płynącymi na smolistym dronie („Past Is Past”).

W porównaniu ze skromnym „Symbiosis”, „Tryptych” to dzieło monumentalne. Te ponad dwie i pół godziny mrocznej muzyki może się jednak okazać porcją nie do strawienia dla wielu słuchaczy. Jeśliby pokusić się o rekomendację jednej części albumu, to wydaje się, że najciekawszą jest ta środkowa – „Liberation Through Hearing” – ze względu na różnorodność brzmień i klimatów. Co odważniejsi powinni jednak podejść do „Tryptychu” jako całości – w końcu takie było zamierzenie jego twórców.

www.modern-love.co.uk

www.myspace.com/pookawig
Modern Love 2011

Few Quiet People wraca do gry

Few Quiet People powraca po dłuższej przerwie związanej z roszadami w składzie tego niewielkiego labelu. „Promo Sampler 2011” to najnowsze dziecko tej katowickiej oficyny, za sterami której stoją Wojciech Krasowski oraz Maciej Nejman (aka Nejmano). Dziesięć utworów, które wypełniają „PS2011”, to zapowiedź tego, czego możemy się spodziewać od FQP w najbliższym czasie. Na krążku pojawiają się m.in. Tomasz Bednarczyk, odpowiedzialny za smyczki na albumie „Treny” Michała Jacaszka, Stefan Wesołowski oraz włoski muzyk Con_Cetta znany z labelu Zymogen.

39 minut jakie wypełnia ten krążek, to mieszanka wielu stylów muzycznych. Od współczesnej elektroniki przez glitch, drone, aż po modern classical. Założyciele już informują o kolejnych wydawnictwach spod znaku FQP, a będą to Yu Miyashita, Strangelet oraz stawiający coraz to śmielsze kroki na alternatywnej scenie, Szymon Kaliski.

Filmy promocyjne przygotowali Magdalena Bujak oraz grupa PussyKrew.

fewquietpeople.com

Quantic w Krakowie

26 marca o godzinie 22:00 w krakowskim Muzeum Manggha wystąpi Will Holland. Jeden z czołowych artystów wytwórni Tru Thoughts tworzący muzykę pełną tropikalnych rytmów wywodzących się z Kuby, Puerto Rico i Kolumbii przyjeżdża do Polski w ramach promocji swojego ostatniego albumu – Quantic Presenta: Flowering Inferno, Dog With A Rope. Jego występ będzie częścią Festiwalu Muzyka i Świat, na którym usłyszeć będzie można także Woima Collective, The Skywalkers oraz Raphael Roginski Quintet.

Wyniki konkursu – Weekend z Dis/Cord

Dziękujemy za wszystkie maile – pięć pierwszych osób wygrało bilety na Jana Jelinka, a pięć następnych na Isolee. Oto nazwiska zwycięzców – piątkowa impreza: Jarosław Joachim Sługocki, Piotr Gronkiewicz, Olga Szczechowska, Pan Sok i Staszek Tarczyński.

Na sobotni koncert zaproszenia otrzymują: Krzysztof Szporer, Wojtek X, Maj Ranek, Wiktoria Frydrych i Agnieszka Naplocha.

Wasze nazwiska (pseudonimy) zostaną przekazane organizatorom z agencji Dis/Cord i wpisane na listę gości. Zaproszenia są jednoosobowe.
Uwaga na następny raz: proszę podawać w konkursach imiona i nazwiska, a nie pseudonimy!

Sprawdźcie netlabel Minicromusic Rec.

Kilka miesięcy temu swoją działalność rozpoczął ciekawy polski netlabel Minicromusic Rec. To projekt, który zakłada dzielenie się brzmieniami techno, deep techno, minimal techno czy tech house. Dotychczasowe wydawnictwa oficyny trzymają bardzo wysoki poziom. Czytajcie więcej i sprawdźcie sami! Artyści związani z Minicromusic Rec. to Michał Wolski, Mathias Nova, Michał Jabłoński oraz Menes. Do tej pory ukazało się pięć wydawnictw dostępnych do pobrania za darmo (Creative Commons) na stronach wydawnictwa oraz na Archive.org.

Sprawdźcie więcej na stronach:

Ambientność jubileuszowo

Eksperymentalny kolektyw Terennowy już 21 lutego podsumuje dwa lata działalności cyklu Ambientność, czyli imprez z udziałem zaproszonych gości. Impreza jubileuszowa – połączona z premierą specjalnego albumu – odbędzie się w warszawskim Nowym Wspaniałym Świecie. Sprawdźcie szczegóły!

  • Digital Dub Machine + terenNowy.live
  • 21.02.2011, godzina 20.00
  • Nowy Wspaniały Świat
  • Warszawa, Nowy Świat 63
  • Wstęp wolny
  • więcej informacji: www.terennowy.info »

Kolektyw od dwóch lat podczas cyklu Ambientność promuje muzykę przestrzeni w całej swojej różnorodności – na każdym koncercie prezentowane są dwie odsłony muzyki kolektywu, przeplecione koncertem zaproszonego gościa. Przez cały ten czas kolektyw prezentuje projekty z pogranicza ambientu, ethno, folku, eksperymentu.

W lutym gościem specjalnym będzie Digital Dub Machine jest to nowy projekt autorstwa Wojciecha Bogdańskiego (Mechanoid, Radio Error). Projekt narodził się dość niespodziewanie i spontanicznie na skutek zaproszenia przez kolektyw terenNowy do udziału w obchodach dwulecia cyklu „Ambientność”.

Singiel „digital promo release 2011” zapowiadający, co można będzie usłyszeć 21 lutego w Nowym Wspaniałym Świecie, dostępny jest pod adresem www.myspace.com/terennowyinfo.

Bionulor – Sacred Mushroom Chant


Co ma wspólnego Marcel Duchamp z Neilem Armstrongiem? I co łączy szamańskie pieśni z Japonią i przywódcą nizarytów? Odpowiedź jest równie intrygująca – Częstochowa, w której od 5 lat działa producent i aktor teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, Sebastian Banaszczyk. Jego najnowszy album „Sacred Mushroom Chant” zaznacza religijną stolicę Polski na mapie rodzimej muzyki eksperymentalnej wyraźnym, czarnym krzyżykiem. Sam autor płyty, również zaczyna być coraz wyraźniej słyszany, co napawa optymizmem, bo choć potrafi czasem zaliczyć solidnego dzwona, to jego muzyka nosi w sobie spory potencjał, choć jest nieoszlifowana i jeszcze nieco zagubiona. Produkując dźwięki według autorskiej receptury zwanej „100% recycling”, opartej na poddawaniu obróbce krótkich materiałów dźwiękowych, Bionulor tworzy swój własny świat, posklejany z ludzkich głosów, specjalnie dobranych i nierozerwalnie ze sobą złączonych.

Jego muzyka nosi w sobie spory potencjał, choć jest nieoszlifowana i jeszcze nieco zagubiona.

Pierwszą z pięciu zawartych na albumie kompozycji jest „SCRD. MSHRM. CHNT.”, która, jak wynika z opisu dołączonego do krążka, podejmuje próbę zmierzenia się z kulturą szamańską. Fundamentem utworu jest archiwalne nagranie pieśni związanej z ceremonią zażywania halucynogennych grzybów. Można by więc pomyśleć, że mamy do czynienia z muzyką etniczną lub choćby niewiele ocierającą się o tribal ambient i temu podobne genres. Nic bardziej mylnego, bowiem od pierwszych sekund najnowszego albumu Bionulor, obcujemy z czysto cyfrowym glitchem i dronem, którym bliżej do laboratorium Raster Noton, niż plemiennych rytmów Third Ear Records. Obraz tego numeru jest ziarnisty i nerwowy, tępe krawędzie dźwięków przeszywają ciało, a my zastanawiamy się czy wszystkie te sygnały, paranoidalne piski i trzaski, to jeszcze muzyka. Błądząc nerwowo wzrokiem, zastanawiamy się również, jak daleko jest ona w stanie dotrzeć, by po drodze nie zgubić samej siebie i czy Banaszczyk nie natrafi na betonowy mur przy okazji popełnienia kolejnego albumu. Dalej nie ma już czego szukać.

„NHN-B.” poddaje modyfikacjom japońską pieśń wyszperaną z regałów wypełnionych zakurzonymi winylami. Obraz zaczyna się rozmywać, tylko szarobure plamy wirują bezwolnie, poruszając się w rytm podmuchów wiatru. Numer magnetyzuje gęstym ghost ambientem, przypominającym twórczość amerykańskiego projektu True Colour Of Blood, przyciąga posępnym wołaniem o pomoc rozciągniętym w przestrzeni, w której zatrzymał się czas. Gdzieś w oddali słyszymy majestatyczne chóry, a wirujące okręgi wibrującego droneu krążą jak sepy nad zmarzniętą ziemią. Dla takich nagrań warto zatrzymać się na moment, zamknąć oczy i pozwolić sobie odpłynąć, kierując się w głąb księżycowego kanionu, o którym traktuje „NL.” To elektroakustyczna wędrówka w stylu Franka Bretschneidera, pośród kraterów i jaskiń, która w barwny i obrazowy sposób ilustruje „mały krok dla człowieka, a wielki dla ludzkości”. Ciężki, huczący bas wybija miarowe tempo, a drobno poszatkowane perkusjonalia trzęsą się nerwowo, cykając niczym świerszcze w trawie o zmroku. Kolejny i zarazem ostatni plus na koncie Banaszczyka.

Na szlaku jego muzyki stawia liczne przeszkody, które w większości przypadków przynoszą wyłącznie satysfakcję.

Utwór „DCHMP.” nawiązujący do ready-made, być może spełnia swe zadanie jako dźwiękowy opis owego pojęcia, wewnątrz jednak nie kryje wystarczająco wiele, by nie poczuć się zwyczajnie znużonym i tak ciężkostrawnym materiałem projektu Bionulor. Jest monotematycznie i nadmiernie radykalnie, formuła nagrania ogranicza się do przedstawienia sposobów modyfikacji sampla, krzycząc każdym Fxem, z umiłowaniem trzymając Caps Lock pod wskazującym palcem. Epilogiem albumu jest hiper-minimalistyczna kompozycja, której równie dobrze mogłaby na nim nie być. Ja rozumiem, że mamy do czynienia z muzyką eksperymentalną, ale słuchając „NIC NIE JEST PRAWDZIWE” odnoszę wrażenie, że słucham tutorialu przedstawiającego możliwości pluginu do Fruity Loops. Pominę fakt, iż sam wokal autora stanowiący kanwę numeru nie wypada przekonująco, to na domiar złego, efekty jakimi go traktuje do cna pozbawiają album tajemnicy i niedopowiedzeń. Minimalizm to słowo-klucz opisujący „Sacred Mushroom Chant”, szkoda, że w tym przypadku zastosowany był w sposób tak nachalny i rachityczny. Dobre wrażenie po płycie trafił szlag, a pozostał przykry niesmak.

Przebrnąć przez najnowsze dzieło Banaszczyka na jednym oddechu to zadanie karkołomne. Na szlaku jego muzyki stawia liczne przeszkody, które w większości przypadków przynoszą wyłącznie satysfakcję. Wielka szkoda, że ostatecznie on i jego eksperyment osiadł na mieliźnie, z której z łatwością może się wyciągnąć, jeśli tylko zacznie szukać czegoś więcej, niż tylko przejaskrawionej ascezy, tak w formie jak i treści. Coś jednak każe mi podejrzewać, że w przypadku częstochowskiego producenta będzie tylko lepiej.

wrotycz.com

myspace.com/bionulor
Wrotycz Records, 2011

Various Artists – Pop Ambient 2011


Pierwsza płyta z cyklu „Pop Ambient” ukazała się równo dekadę temu. Od najnowszej wypadałoby więc oczekiwać podsumowania minionego dziesięciolecia. A tu nic z tego – Wolfgang Voigt wybrał na kolejną kompilację same nowe nagrania, układające się w intrygującą mozaikę ambientowych brzmień. Bo jest tu miejsce zarówno na typowe brzmienia dla tej serii, ale również na zupełnie nowe dźwięki, pojawiające się w tym cyklu po raz pierwszy.

Już początek przynosi sporą niespodziankę. Album otwiera bowiem kompozycja duetu ANBB, tworzonego przez Alva Noto i Blixę Bargelda. Kto zna ich ubiegłoroczny album, wie czego się spodziewać – pomysłowej syntezy sterylnego minimalu w stylu Raster Noton i awangardowego podejścia do piosenki w klimacie ostatnich dokonań Einsturzende Neubauten. Tak, piosenki, bo „Berstenzimmer” w bardziej tradycyjnej aranżacji, z powodzeniem można by postawić w jednym rzędzie z tęsknymi balladami Nicka Cave`a.

Zupełnie inny nastrój tworzą trzy następne nagrania. „Once In A Moment” Marsena Julesa to typowa dla tego producenta neoklasyka, oparta o powtarzające się loopy akustycznych dźwięków fortepianu i skrzypiec. W podobnym tonie utrzymany jest „Dunkelraum” Trioli. Kompozycję wypełnia mieniący się pastelowymi barwami majestatyczny dron spleciony z szeleszczących dźwięków o orkiestrowym rozmachu. I wreszcie „Rückverzauberung” samego Wolfganga Voigta. To właściwie mała symfonia – zanikający i powracający strumień sampli klasycznych instrumentów, chociażby fletu, dęciaków i smyczków. Wszystkie te trzy nagrania tworzą wyjątkowo jesienny nastrój, przywołując pamiętne strofy Rilkego: „Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie/ Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam/ i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie pisał/ i niespokojnie tu i tam/ Błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi”.

Cała ta zaduma pryska, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Begginer`s Waltz” Bhutan Tiger Rescue. To świąteczne dzwonki, wpisane w strzeliste tło wygrane na podniosłych syntezatorach. Ten zimowy klimat rozbija jednak inny element utworu – powoli narastający przester, który w finale pochłania wszystko w noise`owym jazgocie. Tu też przypomina się pewien wiersz, tym razem Eliota: „Mroźna to była wyprawa/ Najgorsza pora roku/ Na podróż, zwłaszcza tak długą/ Drogi tonące w śniegu i lodowaty wiatr/ Najokrutniejsza zima”.

Echa dawnych imperiów powracają także w „Ein Schöner Land”. Utwór, oparty na powtarzalnym akordzie gitary akustycznej, naznaczają bowiem majestatyczne dźwięki trąb – jakby wzywające rycerzy na kolejną krucjatę. W klimacie tym świetnie odnajduje się także Bvdub ze swoim „Make The Pain Go Away”. To jakby modlitwa z głębi mroku – niesiona monotonną recytacją zatopioną w typowym dla tego artysty lodowatym pasażu syntezatorowym.

Finał płyty stanowią kompozycje trzech kolońskich producentów tworzących nową wytwórnię płytową – Magazine. Zaczyna John Harten ukrywający się pod pseudonimem Crato. Czy jego kompozycja „30.6.1881” to przywołanie lata? Raczej nie –ponure nagranie przypominające wczesne preparacje Laibacha sprawia, że serce zamiera w trwodze. Industrialne szumy i stuki wypełniają tu niepokojące jęki i westchnienia. Co stało się 30 czerwca 1881 roku? Jakby odpowiedź na to pytanie przynosi następne nagranie – „Libretto” Daniela Ansorge vel Barnta. To potężne dźwięki kościelnych dzwonów zbite w mroczny dron, podszyty metalicznymi fragmentami gitarowego pasażu w stylu Joy Divison. Zestaw ten kończy „Volax” Jensa-Uwe Beyera przynosząc rozedrgane dźwięki elektroakustycznych sampli. Tu na pewno nie chodzi o lato. Może o wiosnę? Ale nie taką, jakiej czekamy, tylko być może taką, jak ta u Eliota (znów): „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień/ Wywodzi z nieżywej ziemi łodygi bzu/ Miesza pamięć i pożądanie/ Podnieca gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz”.

Ściśnięty żołądek powoli rozluźnia się dopiero przy „The Other Side Of You” Mikkela Metala. Tym razem duński producent sięgnął po shoegaze – choć elektroniczny w brzmieniu, to bajkowo łagodny, jak u Cocteau Twins. A na koniec szczypta przyjaznej psychodelii – nowe nagranie Thomasa Fehlmanna, „Titan”, wpisujące dubowy puls bębnów w krautowe fale kosmicznych klawiszy. Właściwie dopiero te dwie kompozycje przynoszą upragnione tchnienie spokoju. To lato – ale jakby po drugiej stronie. Jak u Blake`a: „Dobro mnie ciepłem grzeje/ Pan smutno do mnie śmieje…/…trwa edeńska miłości/ uczta – ja jednym z gości…”

Już ubiegłoroczny składak wskazywał, że „Pop Ambient” wkracza na nieco inne tory. Diagnozę tę potwierdza najnowsza edycja cyklu. Więcej na niej nostalgii i melancholii, niepokoju i lęku, ale też i kojącej nadziei. Tak mógłby brzmieć soundtrack na koniec czasów.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt
Kompakt 2011

Portishead na Malta Festival w Poznaniu

Punktualnie o godz. 9.00 w piątek, 28 stycznia, rozpocznie się sprzedaż biletów na poznański koncert Portishead – gwiazdy tegorocznego festiwalu Malta. Występ Portishead zaplanowany został na 6 lipca 2011. Odbędzie się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich – na placu Marka – miejscu w którym do tej pory występowali m.in. Sinead O’Connor, Janes Addiction, Nine Inch Nails oraz Roger Waters wystawił swoją rock operę Ca-Ira. Wejście na teren koncertu będzie możliwe od strony ul. Bukowskiej, a bramki otwarte zostaną o godz. 18.00

Bilety na ten koncert kosztują 180 zł w pierwszym sektorze i 120 zł w drugim sektorze. Można je kupić od godz. 9.00 w piątek, 28 stycznia, na malta-festival.pl i eventim.pl

Tych polskich twórców warto zobaczyć!

29 lutego we wrocławskim klubie Krakowska 180 odbędzie się kolejna impreza z cyklu Made in Poland. Chodzi o promocję artystów w nieodłączny sposób związanych z Polską – naszego „towaru eksportowego”, którym możemy się pochwalić w kraju i za granicą. Zobaczcie, kogo będzie można zobaczyć i posłuchać już 29 lutego. Made in Poland: Animations poświęcony jest polskiej animacji, powstałej w tradycyjnych jak i współczesnych technikach, realizowanej przez początkujących twórców oraz doświadczonych animatorów. Event podzielony jest na dwie części: kreatywną oraz muzyczną.

  • Sobota, 29 lutego 2011, ul. Krakowska 180
  • Dawna Pralnia Wrocław
  • www.krakowska180.pl
  • Start: 20:00
  • Bilety: 0 pln B4 22:00h / 10 pln Guest List / 15pln Normal

Muzyka

Vitalis Popoff

Vitalis Popoff to producent muzyczny aktywny na polskiej scenie elektronicznej od początku lat 2000-nych. Znany ze współpracy z takimi kolektywami, jak Smutni Elektronicy (S!TE Rec.), Minimalna Prawda, Fundacja Plateaux, czy Warsaw Electronic Festival, a także z występów w ramach legendarnego, warszawskiego cyklu „Time Is Passing Slowly”, gdzie grał u boku takich tuzów, jak Anders Ilar, Tomas Brinkmann, Move D, Rhythm & Sound i Jan Jelinek. myspace.com/vitalispopoff

Meaning Beyond The Senses by vitalispopoff

2Much

2 MUCH to młody projekt, który składa się z 3 doświadczonych muzycznie osób, bardzo silnie związanych z Wrocławską sceną muzyczną. Spectribe, Spaso , Twardy to trio, które można widywać na scenie tylko podczas specjalnych wydarzeń. Dorobek artystyczny tych panów jest już dosyć spory. Występowali na imprezach i koncertach w całej Polsce. myspace.com/2muchmuch

Kreacje

Oszibarak – Liquid Song (video clip + making off + spotkanie z twórcami)

Projekt, nad którym praca trwała dwa lata, w tym około pół roku pracy zespołowej, podczas której powstało większość scen 3D oraz postprodukcja. Cała historia dzieje się w świecie okładki albumu „Plim Plum Plam” z 2008 roku, wokół której została nadbudowana przestrzeń i akcja. Całość jest niejako pastiszem wschodnich animacji, osadzonych w architekturze inspirowanej wrocławską. Ciekawostką jest fakt, że część postaci występujących w teledysku jest wzorowana na prawdziwych osobach, również tych widzianych od tyłu.

Marcin Karolewski

Ukończył studia we wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych w Katedrze Projektowania Graficznego. Specjalizuje się w rysunku, ilustracji, concept art i animacji. Jego najnowszym autorskim projektem, zrealizowanym we współpracy z Box Postproduction, jest klip do utworu „Liquid Song” zespołu Oszibarack. www.myspace.com/firkoski

Juice

Kolektyw kreatywny założony w 2006 roku przez Pawła Janczarka, Wojtka Piotrowskiego i Adama Tunikowskiego. Skupia się na projektowaniu marek, tworzeniu wizerunków firm głownie za granicą, jak i w kraju. Żadna z osób pracujących w Juice nie jest przypadkowa – wybrano trzydzieści bardzo kreatywnych osób z Dolnego Śląska i okolic. W 2009 roku otwarto nowy dział animacji we Wrocławiu. Po wejściu w spółkę z warszawską firmą produkcyjną, dział animacji przerodził się w studio postprodukcyjne BOX, które tworzy animacje na potrzeby projektów własnych oraz komercyjnych. BOX i Juice współpracując, tworzy projekty dla klientów w Polsce i poza granicami kraju. www.juice.pl

Spaso

Zajmuje się produkcją i post produkcją filmową. Jego praca to głównie: myślenie, tworzenie kreacji i strategii, organizacja planów zdjęciowych jako kierownik planu oraz supervising podczas produkcji form animowanych. Montaż filmowy, animacja 2d, kolor korekcja, kompozyting, kluczowanie i rotoskopia należą też do jego obowiązków. Spaso jest również producentem muzycznym. Wydał trzy płyty pod szyldem Kanał Audytywny. Jest autorem wielu remiksów m.in.: Liquid Song. Zajmuje się udźwiękawianiem form wizualnych, takich jak spektakle teatralne, strony internetowe, reklamy telewizyjne, filmy. Spirytus movens projektu audiowizualnego Dom. www.spaso.net

Pracownia Działań Intermedialnych

Przegląd animacji studenckich pracowni prowadzonej przez prof. Ireneusza Olszewskiego oraz as. Agę Jarząbkową. Tradycją Katedry jest postawa poznawcza w zakresie analizy wizualnej obrazu, poznawania i racjonalizowania przekazu wizualnego i audiowizualnego. www.spaso.net

Paweł Sawa

Student V roku projektowania szkła we Wrocławiu. Laureat konkursu z dziedziny „Sztuki Plastyczne” V edycji projektu „Dolina Kreatywna” . Pierwsza nagroda za animację pt.”Komunikat ASP”. Posiada na swoim koncie kilka udanych prac i kilka, których jeszcze nie zrobił.

Martina Mokošinová

Trzy lata temu rozpoczęła studia na wrocławskiej ASP , będące kontynuacją swoich wcześniejszych artystycznych zainteresowań. Najbardziej ciekawi ją sztuka szkła i grafika. Na ASP zapoznała się również ze światem animacji ,dzięki któremu powstał projekt „Tabula Rasa”. www.fler.cz/martimi

DJ Shadow w Palladium i Rotundzie

Po świetnie przyjętym, zeszłorocznym koncercie w Centrum Stocznia Gdańska, DJ Shadow ponownie przyjedzie do Polski. 16 maja zagra w warszawskim klubie Palladium oraz 17 maja w krakowskim klubie Rotunda. Koncerty odbędą się w ramach światowej trasy, promującej najnowszy album DJ Shadowa, który pojawi się najprawdopodobniej w maju. Na występach należy spodziewać się więc premierowych utworów, klasyki w starych i nowych aranżacjach oraz tak jak w Gdańsku, gdzie muzyk gościł w lipcu 2010 roku, dopasowanych do każdego dźwięku wizualizacji.

16 maj 2011
klub Palladium/ Warszawa
wejście od godz. 19:00
DJ SHADOW LIVE

17 maj 2011
klub Rotunda / Kraków
wejście od godz. 19:00
DJ SHADOW LIVE

Cena biletu: 79zł (I pula), 89zł (II pula), 99zł (III pula lub w dniu imprezy)

Punkty sprzedaży: salony Empik , MediaMarkt, Saturn i inne punkty Ticketpro w całej Polsce oraz kluby w dniu koncertu.

Sprzedaż internetowa: Ticketpro.pl

Rozdajemy bilety na Jelinka i Isolée

W ramach weekendu z Dis/Cord w dniach 4 i 5 lutego w Cafe Kulturalna i Obiekcie Znalezionym w Warszawie zagrają dwie gwiazdy nowej elektroniki – Jan Jelinek i Isolée. Pierwszy z nich zasłynął jako pionier brzmień spod znaku click techno. Taką właśnie odświeżoną formułę gatunku przyniósł wydany przezeń w 2002 roku pod szyldem Farben album „Texture”. Po sześciu latach przerwy Jelinek powrócił niedawno do tego pseudonimu, publikując nakładem własnej firmy Faitiche EP-kę, zawierającą bardziej glitchowe brzmienia.

Pod własnym nazwiskiem niemiecki producent wyspecjalizował się w eksperymentach z samplingowanym jazzem. Rozpoczęła je słynna płyta nagrana dla Scape – „Loop-Finding-Jazz-Records” – z 2001 roku. Potem Jelinek skręcił bardziej w stronę elektronicznego kraut-rocka („Kosmischer Pitch” z 2005 roku), by obecnie znów powrócić do jazzu – o bardziej improwizowanym charakterze („Birds, Lake, Objects” z Masayoshi Fujitą z 2010 roku).

Isolée to autorski projekt hamburskiego producenta Rajko Muellera. Jego debiutancki album – „Rest” – stworzył podwaliny pod estetykę micro house, łącząc głęboką pulsację bitu i basu z finezyjną ekwilibrystyką krótko ciętymi samplami oraz wpływami rytmicznymi z electro i IDM. Po sześciu latach milczenia Isolée powraca z nowym albumem „Well Spent Youth” dla Pampa Records prowadzonej przez samego DJ-a Koze. Ukazująca się w lutym płyta potwierdza wyjątkowość tego skromnego artysty na klubowej scenie tanecznej w 2011 roku. To muzyka, której nie sposób zaszufladkować, o wielu barwach i odcieniach, pełna wyrafinowanej subtelności, lecz zawsze energetyczna i niosąca prawdziwie emocje.

Podczas imprezy w Cafe Kulturalna Jana Jelinka wspierać będą: Piotr Bejnar, 600 sto 900, Kubeq Nightclub oraz grający na trąbce Kamil Szuszkiewicz. Każdy z artystów przygotuje specjalny materiał na ten wieczór. W Obiekcie Znalezionym zagrają natomiast: Rado Bogash, Gathaspar i Alan Moore.

Więcej informacji:
www.discord.pl

Dla naszych Czytelników mamy po 5 zaproszeń na każdą z imprez. Otrzymają je Ci, którzy jako pierwsi wyślą maila w niedzielę 30 stycznia o godz. 20 na adres pagzyl@dziennik.krakow.pl i poprawnie odpowiedzą na pytanie: jacy artyści wystąpili na poprzednim evencie organizowanym przez Dis/Cord w ramach Warsaw Music Weeku w 2010 roku?

U Know Me Night

Okazja do posłuchania na żywo katalogu labela odpowiedzialnego za promowanie w Polsce najnowszych brzmień z kręgów dubstepu, nu-beats i okolic 5. lutego podczas imprezy U Know Me Night będzie można posłuchać na żywo katalogu warszawskiego labela odpowiedzialnego za promowanie w Polsce najnowszych brzmień w elektronicznej rozrywce. Wydarzeniem wieczoru będzie premiera projektu Basalias, w którego skład wchodzą Teielte, Sonar Soul i Wojtek Urbański. Zaprezentują eklektyczny live-act, kładący mocne akcenty na dubstepie i nu-beats – flagowych brzmieniach U Know Me. Mocnymi punktami imprezy mogą okazać się także sety didżejskie w wykonaniu Kixnarea i Daniela Drumza – pierwszy zbiera komplementy za niedawno wydany album, drugi rozgrzewa się przed wydaniem debiutanckiej EPki.

Jak podaje label „dziesięsiocalowa EPka Daniela swoją oficjalną premierę będzie miała w najbliższy poniedziałek, a zamówienia z największych sklepów z winylami na świcie (Anglia, Japonia, Niemcy) poświadczają wartość materiału. Podwójny winyl Kixnarea >>Digital Garden<<, którego premiera miała miejsce pod koniec grudnia sprzedał się w trzycyfrowej ilości sztuk w Polsce, co biorąc pod uwagę specyfikę analogowego nośnika jest bardzo dobrym wynikiem. Jego amerykańska premiera wyznaczona jest na 8. lutego, a współpracujące z wytwórnią sklepy z Europy wciąż przysyłają nowe zamówienia”.

.

O „Digital Garden” wspominaliśmy krótko tutaj. Album zebrał pozytywne recenzje nie tylko w polskim Internecie omuzycznym. Podobną reakcję wywołał debiut Teielte. Wiele wskazuje na to, że nadchodząca EPka Drumza potwierdzi status U Know Me jako jednego z bardziej interesujących polskich labeli. Zweryfikujcie to osobiście 5 lutego, w warszawskiej Cafe Kulturalna. Start: 22.00, wstęp: 10 PLN.

Strona labelu

Wydarzenie na facebooku

Juj – Slack


Niedawno pojawiła się tu recenzja nowego krążka Matta Cutlera (Lone), który był bądź co bądź, ciekawym odejściem od beatowej formuły jaką prezentował wcześniej, na rzecz „tanecznego revievalu”. Dlaczego o tym wspominam? Kalifornijczyk chowający się za pseudonimem Juj, podobnie jak Lone zajmuje się tworzeniem muzyki „ciężkotagowalnej”.
Za etykietowaniem artystów nie przepadam, wciskania muzyki w jakiś schemat również. Z doświadczenia wiem, iż takie zabiegi nie przynoszą nic dobrego.
Rzecz jasna nie wypada być też totalnym „genre” ignorantem, zwłaszcza w przypadku muzyki elektronicznej, gdzie wielość gatunkowego nazewnictwa może przyprawić o zawrót głowy. Trzy nazwy w nagłówku, to na pierwszy rzut oka(ucha?) okolice jakie penetruje Juj. Czym one się charakteryzują?
Cóż potrzebny będzie tu rozkład na czynniki pierwsze.

Slack to album w konwencji beat-tapeu, jest więc spójnie, jednak daleko od monotonii. Spektrum brzmieniowe beatów rozciągnięte jest pomiędzy „Motownowym” samplingiem w stylu Dilli, a głębokim basem charakterystycznym min. dla Teebsa.
Argumentem przemawiającym za tym aby sprawdzić longplay – nawet przez słuchaczy nie obracających się na co dzień w podobnych klimatach – może być nośny funkowy groove, dzięki któremu Slack słucha się niezwykle przyjemnie.
Mnogość sampli, zwykle jazzowych bądź soulowych („Manners”, „My Room”, czy brzmiące niemalże jak donut J Dilli – „Overcast”) to największa zaleta tego wydawnictwa. Jednak to nie wszystko co ma do zaoferowania Juj. „Space Gold” brzmi podejrzanie G-Funkowo, ale już takie Sunday Bouncer umiejscowione zaraz obok, to dźwięki zgoła inne – taneczny beat, gdzieś pod koniec fantastycznie połamany, działa jak impuls do tupania nóżką.

Kontrasty pojawiają się tu dosyć często, na przestrzeni całej płyty ciekawie wypada „Dont Hate on Tech Decks 1.2″ – zabawa w 8bit i glitch, klimaty bliższe devonwho i tworom z pogranicza wonky.

Słuchanie debiutu Juja, jest po części wycieczką w przeszłość – odkurzanie starych winyli, o których już dawno zapomniała fonografia, w poszukiwaniu sampli z których można by stworzyć coś naprawdę wartościowego. Z drugiej strony mamy jednak współczesne brzmienie w które „ubrano” tę hip hopowa lekcję historii. Dajmy jako przykład kawałek „Gravel”, zbudowany najprawdopodobniej na wzór basowego downtempo, spod znaku wspominanego wcześniej Teebsa, który przecież prezentując „podwodny” sound, święci teraz nie małe triumfy. Głębokie brzmienie to zdecydowanie największa zaleta Slack.
Niezwykle interesująco wypada oniryczne, niemalże dubstepowe Pomegranate Limeade, z gościnnym udziałem wokalistki o pseudonimie Bee, to jeden z najlepszych momentów albumu, kawałek ten mógłby z sukcesami prezentować Slack w radiu (panie Peterson warto zwrócić uwagę).
Wnioski? Decydując się na sprawdzenie Slack, otrzymamy eklektyzm wypełniający 16, przeważnie krótkich kompozycji. Utwory tu zawarte, choć zróżnicowane, razem brzmią jak twór wyjadacza, a nie dopiero co raczkującego producenta. Dlatego też trafne wpisanie tego wydawnictwa w konkretny gatunek, nie jest łatwe. Niewątpliwie jest to muzyka która wykiełkowała w hip hopie, ale tez wykracza daleko poza jego ramy.

Debiut Juja to kolejny dowód na to, że w eksperymentalnej scenie „Miasta aniołów” drzemie ogromny potencjał, ten materiał sprawdzić się może w różnych okolicznościach, nadaje się bowiem równie dobrze do bujania, jak i chillowania w domowym zaciszu.
Slack można ściągnąć za kompletną darmochę, tak więc nie ma się nad czym zastanawiać tylko czym prędzej sprawdzić ten wyjątkowo udany album, najlepiej na dobrej jakości sprzęcie grającym.

HW&W Recordings & Wedidit, 2010

Space Dimension Controller w Warszawie!

Pierwszy tegoroczny koncert, który bez zastanowienia można wpisać do kalendarza z adnotacją must-see. Nieudana walentynkowa randka? Sesja ciągnie się jak krew z nosa? 19 lutego pomieszczenia klubu 1500m2 będą oazą funku i nieskrępowanej szablonami muzyki house. Ale czy naprawdę trzeba w ogóle kogokolwiek specjalnie namawiać?
Ciężko powiedzieć, by muzyka tego młodego obywatela Irlandii Północnej przebojem wdarła się do świadomości ambitnych klubowiczów. Tylko naprawdę wnikliwi obserwatorzy sceny mogli zwrócić uwagę na wydawnictwo Jacka Hamilla dla mało znanej Acroplane Recordnings. Kto już wtedy odkrył jego talent cieszy się moim dozgonnym szacunkiem, ale ja natknąłem się na produkcje tego skromnego Irlandczyka dopiero w roku ubiegłym. Potężna EP’ka Temporary Thrillz była jednym z lepszych wydawnictw a.d 2010 i to nie tylko według mnie, ale i również według możnych (RA, Boomkat czy XLR8R) którzy przecież dyktują nam co fajne a co nie.


Jest to niewątpliwie pierwszy ‘koncert tego roku’ na którym po prostu trzeba być!

Na zachętę:

Nowości od Jacaszka

Podczas minionego roku polski artysta rozpoczął nowe projekty, które zaowocują niebawem wydaniem dwóch jego kolejnych albumów. Współpraca Jacaszka z muzykami zespołu barokowego Silva Rerum – Małgorzatą Skotnicką (klawesyn) i Mają Mirochą (flet traverso) oraz Andrzejem Wojciechowskim (klarnet) i Wojciechem Jachną (trąbka) zaowocowała powstaniem materiału na nową płytę, która ukaże się w 2011 roku.

Kilka miesięcy temu Jacaszek napisał również muzykę do pełnometrażowego filmu Jana Komasy – „Sala samobójców”. Obraz będzie miał premierę na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Berlinie, a ścieżka dźwiękowa zostanie wydana na płycie.

Jacaszek rozpoczął także współpracę z portugalskim artystą wizualnym Pedro Maia. W październiku miał miejsce ich wspólny koncert w byłym klasztorze Bento da Vitória w Porto. Występ był reinterpretacją muzyki z płyty „Pentral”. Jacaszkowi towarzyszyła również śpiewaczka Magna Ferrera oraz Pedro Silva, flecista z barokowego zespołu The Bad Tempered Consort. Fragmenty koncertu można obejrzeć w Internecie pod adresem: www.vimeo.com/16409350.

Wolf+Lamb dołuje

Każda seria dobiega kiedyś końca, ale prawdę mówiąc nie sądziłem, że stanie się to tak nagle. Nieustannie poklepywana po plecach brooklyńska wytwórnia Wolf + Lamb doczekała się swojego negatywnego, białego kruka, co (biorąc pod uwagę najnowszą historię wytwórni) jest wydarzeniem naprawdę niezwykłym.. Długo można by rozwodzić się nad pozycjami, które zapisały się złotymi głoskami w dyskografii oficyny. Chociażby biorąc pod uwagę ‘tylko’ minione 24 miesiące jest ich naprawdę mnóstwo: „Mi Mujer” Nicolasa Jarra, „Love Light” Soul Clap czy „Aphrika” nieśmiertelnie zwariowanego Setha Troxlera.


Jednak najnowsze wydawnictwo to naprawdę bardzo zła zapowiedź nadchodzącego roku. Voices of Black – Plastic Dolls to kolejna z nieudanych elektronicznych koncept-podróży, tym razem po świecie opanowanym przez modelki. Wszystko super, tyle tylko, że inspiracja ta okazała się na tyle płytka, że Babatunde Doherty i Julian Randolph musieli włączyć E!Channel kliknąć na pilocie MUTE i kreować brzmienie w oparciu o ruchy modelek na wybiegu. Jak bardzo desperacki był to pomysł przekona się każdy kto odważy się poświęcić temu albumowi choćby kilkanaście minut swojego skondensowanego planu dnia.

A mogło być tak;

Resoe – The Black Void Of Space…


Duński muzyk Dennis Bøg debiutował na początku minionej dekady w nader popularnej w swej ojczyźnie hip-hopowej grupie Nobody Beats The Beats. Po jej rozwiązaniu postawił na solową karierę didżeja i producenta, koncentrując się na łączeniu dubowych brzmień z rytmami techno. Początkowo swe minimalowe produkcje publikował nakładem własnej wytworni Baum, by potem związać się z miejscowym potentatem w tym gatunku – kopenhaską firmą Echocord. I to właśnie ona firmuje debiutancki album Bøga ukrywającego się pod szyldem Resoe – „The Black Void Of Space…”.

Duński producent, podobnie jak jego koledzy po fachu, doskonale zdaje sobie sprawę z ograniczeń wybranej estetyki, dlatego decyduje się na ciekawe wycieczki stylistyczne, aby ją ożywić. Najważniejszą z nich jest dubstep. Najpierw dostajemy mroczniejszą odmianę gatunku – łączącą połamaną rytmikę ze skorodowanymi brzmieniami („Lakeviews”). Dosyć szybko Bøg sięga jednak po jaśniejszą wersję stylu. Oto już w „Dubcuttin`” pojawiają się ciepłe akordy klawiszy i przestrzenne tło, a zaraz potem „Apart From Moonpark” przynosi „żywe” dźwięki tęsknej melodiki i miarowo drgającej gitary. Wątek ten ma swoją wyraźną kontynuację w dalszej części albumu. „Polarized” o rozlanych szeroko partiach syntezatorów to prawie downtempo, a „Demoon” i „Radikal Alterations” – niemal korzenny dub, oczywiście rozpisany na elektroniczne instrumentarium.

W przeciwną stronę idzie Bøg w utworach wpisujących dubowe efekty w formułę techno. Mroczne „Mutation” rezonuje kaskadą falujących blach podszytych onirycznym tłem, brzmiąc jak zaskakujące spotkanie Porter Ricks i Carla Craiga. „Ventura” objawia z kolei swój dług wobec wczesnych dokonań Deep Chord. Znajdujemy tu bowiem typowy dla detroitowego duetu „sewer sound” – metaliczne smagnięcia żrącymi klawiszami zanurzone w monotonnie syczącym szumie.

Podobnie zresztą wypada „Syntax Error” – konstytuujące utwór nerwowo grzechoczące wariacje syntezatorów przywodzą na myśl nagrania mniej znanej połowy Deep Chord – Von Schommera. Najbardziej tanecznym utworem z zestawu jest „Nachhall”. To solidne techno o mocno podkreślonym rytmie, łączącym zgrzytliwe efekty z kosmicznym tłem.

Całość kończy się w wyjątkowo udany sposób – duński producent żegna się ze słuchaczami szeroko płynącym ambientem o perlistym brzmieniu, tworzącym elegijny nastrój nieuchronnego finału („Edith`s Serenade (R.I.P.)”.

„The Black Void Of Space…” nie zmieni biegu dub-techno, ale pokazuje, jak pomysłowo można ten gatunek urozmaicić. Być może tym tropem pójdzie też kolejny projekt Dennisa Bøga – Pattern Repeat – w którym wspiera go sam właściciel Echocord – Kenneth Christiansen. Tak czy siak, solowy debiut artysty udowadnia, że dub-techno nadal inspiruje artystów i nic nie wskazuje zmierzchu tej estetyki.

www.echocord.com

www.myspace.com/echocord

www.baumrecords.de
Echocord 2011