Akito – Gone Again
Paweł Gzyl:

Tak się bawią w Londynie.

Waajeed – From The Dirt
Paweł Gzyl:

Cała tradycja „czarnej” muzyki w formie klubowych killerów.

Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!



Archive for Listopad, 2018

Więcej dubstepu i synth-popu na OFF-ie

Do obsady katowickiego festiwalu dołączyli Kode9 & The Spaceape i Twin Shadow. Steve Goodman ma doktorat z filozofii, ale znany jest za sprawą swojej wytwórni Hyperdub, matecznika nowych klubowych brzmień oraz twórczości własnej, doskonałych remiksów i porywających setów, wykonywanych pod szyldem Kode9. Dubstep, jungle, drum and bass, 2-step, dancehall – żadna odmiana współczesnej połamanych rytmów nie jest mu obca. Na OFF przybywa w towarzystwie swojego kompana Spaceape’a, którego głos doskonale dopełnia dzieła zniszczenia dokonywanego przez basy generowane przez Kode9.

Fanów ejtisowych brzmień ucieszy bardziej wiadomość, że na OFF-ie wystąpi Twin Shadow. Ukrywający się pod tym pseudonimem George Lewis Jr. urodził się na Dominikanie, wychowywał na Florydzie, a muzyczne ostrogi zdobył w Nowym Jorku pod czujnym okiem Chrisa Taylora z Grizzly Bear w roli producenta. Nie każdy ma to szczęście, że debiutuje w tak kultowej wytwórni jak 4AD, ale Twin Shadow i jego album „Forget” w pełni zasłużyli na takie wyróżnienie. Wbrew tytułowi płyty, jeśli raz usłyszało się te dźwięki, trudno o nich zapomnieć – to jedyny w swoim rodzaju miks nowej fali lat 80. z współczesnym, eksperymentalnym indie-popem.

Frivolous – Meteorology


Dramatyczne przeżycie zakończenia związku z ukochaną osobą stało się w historii popkultury impulsem do powstania wielu wspaniałych płyt. Do grona tych najwybitniejszych zalicza się chociażby „Closer” Joy Division czy „Grace” Jeffa Buckleya. Teraz dołączy do tej długiej listy „heartbreak albums” nowe wydawnictwo – „Meteorology” kanadyjskiego producenta Daniela Gardnera ukrywającego się pod szyldem Frivolous.

Okoliczności powstania tego materiału są dosyć niezwykłe. Wiosną 2009 roku rezydujący od dłuższego czasu w Berlinie artysta otrzymał propozycję zamieszkania na egzotycznej wyspie na Pacyfiku. Nie zastanawiając się długo, spakował cały swój studyjny ekwipunek i wyjechał do nieznanego mu kompletnie miejsca. Tam zatrzymał się w małym domku na szczycie wzniesienia, z którego roztaczał się wspaniały widok na okolicę – góry, las i zatokę. Co więcej – wyspę zamieszkiwali tubylcy żyjący zgodnie z rytmem natury, niemal całkowicie pozbawieni kontaktu z zachodnią cywilizacją. W tym środowisku Gardner zaczął tworzyć materiał na nowy album. Miesiąc przed opuszczeniem wyspy, miała go odwiedzić dziewczyna, z którą był w ponad dwuletnim związku. Na dzień przed jej przybyciem otrzymał od niej e-maila z wiadomością o zerwaniu. Załamany, dokończył w samotności prace nad płytą i wrócił do Berlina.

Pamiętając o okolicznościach, w jakich powstały utwory na „Meteorlogy”, nie zaskakuje fakt, iż mają one słodko-gorzki ton, łączący radość ze smutkiem. Gardner oczywiście nie rezygnuje z tanecznego charakteru swej muzyki – a wręcz przeciwnie, podkręca go do maksimum! Ponieważ specjalizuje się w graniu live actów, nadaje swym utworom mocno energetyczny charakter, tak, aby bez problemów sprawdzały się one na parkiecie. Na płycie dominują więc ekstatyczne rytmy łączące funkowy puls z house`owym brzmieniem („Red Tide”), choć trafia się tu również bardziej zmysłowy deep house („Allen Town Jail”), a nawet motoryczne electro („One Final Solstice”).

Tym dynamicznym podkładom towarzyszy dosyć zróżnicowana melodyka. W pierwszej części krążka dominują egzotyczne wspomnienia z wyspy – plemienne conga („One Final Solstice”), sample latynoskich śpiewów („Allen Town Jail”) czy zdubowane dęciaki o karaibskim brzmieniu („Cryin`”). Wszystko to uzupełnione jest oczywiście nowoczesną elektroniką, balansująca od trzeszczących efektów o glitchowym rodowodzie („Lunar Phaser”) po zawodzące pasaże klawiszy o minimalowej proweniencji („Back Into The Deep”). Nic dziwnego, że takie granie spodobało się Luciano – wszak blisko tej muzyce do tego, co zazwyczaj kryje się pod szyldem jego Cadenzy.

Druga część album jest jeszcze bardziej imponująca. Jakby na przekór naszym oczekiwaniom, Gardner jeszcze bardziej wzmacnia taneczny groove tworzących ją nagrań, wpisując go jednak w kontekst nostalgicznych melodii. Oto bowiem w energetycznym „Cinemascopique” rozbrzmiewają tęskne dźwięki jamajskiej melodiki, podstawą rozbuchanej „Ostalgii” jest wygrany na wibrafonie opętańczy motyw cyrkowego walczyka, a w zdubowanym „Wasting Time” – trafiamy na zgrabnie wyśpiewany duet rozstających się kochanków.

Wokale są zresztą mocną stroną tego albumu. Gardner z upodobaniem przekształca swój głos przez komputerowe efekty (na koncertach śpiewa najczęściej przez telefoniczną słuchawkę), próbując w ten sposób zgoła odmiennych sposobów wokalnej interpretacji – od radosnego swingu („Red Tide”) po smutną balladę („Serenade Des Excentriques”). Za każdym razem jego śpiew niesie jednak głębokie emocje, którymi zresztą przesycone są wszystkie dźwięki na tym albumie.

„Tańczmy po miłości kres” – wydaje się wołać do nas Gardner słowami z piosenki Cohena. I pewnie nie raz przyjdzie mu śpiewać te utwory w klubach ze łzami w oczach. Być może dzięki temu łatwiej pozbiera się po uczuciowej porażce. A my mamy z tego tylko korzyść – radosny album na smutne okazje.

www.cadenzarecords.com

www.myspace.com/cadenzarecords

www.frivolouslive.com

www.myspace.com/frivolouslive
Cadenza 2011

Darmowy singiel Baaby Kulki do ściągnięcia

Pierwszym singlem promującym projekt Baaba Kulka jest utwór „Aces High”. Zespół poprzez profil bandcamp udostępnił darmowy odsłuch z możliwością ściągnięcia singla. „Aces High” jest również zapowiedzią płyty Baaba Kulka, która pojawi się już 21 marca 2011r.

Autorskie covery Iron Maiden, wykonane przez zespół Baaba Kulka, zostaną wydane w czterech formatach. Dla lubiących tradycyjne wydawnictwa, grupa przygotowała standardowe CD wzbogacone o DVD koncertowe, natomiast dla kolekcjonerów vinyli – wysokiej jakości LP. Wszystkich lubiących połączenie retro z nową technologią, ucieszy trzeci format, który zostanie wydany w limitowanej edycji. Każdy, kto słuchał Iron Maiden na kasetach, będzie miał możliwość usłyszenia niestandardowych coverów na starych, dobrych MC do których dołączone zostaną jednorazowe kody, umożliwiające ściągnięcie płyty w formie plików.

Największym zaskoczeniem dla wszystkich fanów Baaby Kulki, będzie super – specjalna – edycja czyli zestaw składający się z kasety Baaba Kulka oraz odtwarzacza typu walkman wyposażonego w funkcję przewijania do przodu, automatycznego zatrzymywania na końcu strony oraz przełącznika bass – boost, zwiększającego ilość niskich częstotliwości. Zestaw jest wzbogacony o słuchawki stereofoniczne. Super – specjalna – edycja zostanie wyemitowana w niewielkiej ilości i dostępna będzie początkowo na koncertach a następnie poprzez zamówienie internetowe.

baabakulka.bandcamp.com

Long Arm – The Branches


Międzynarodowy label Project Mooncircle ma w swoich szeregach muzyków z wielu krajów, głównie europejskich. Dotychczasowe dokonania artystów związanych z tą wytwórnią, to w głównej mierze eksperymenty z muzyką opartą na bitach (40 Winks, Dela, czy The Q4), ale też dubstep – świetnie przyjęty ubiegłoroczny krążek Robot Kocha. Project Mooncircle zrzesza niemalże same zdolniachy, mnie jawi się jako europejski odpowiednik Brainfeedera, a tajemniczy artysta ukrywający się pod pseudonimem Long Arm, tylko tę tezę potwierdza. Rosyjski beatmaker, debiutujący w tym roku długogrającym albumem, zatytułowanym „The Branches”, pokazuje pełnię swojego talentu.
Dla kogoś niezorientowanego w aktualnych poczynaniach, artystów wpisujących się w nowomodną szufladkę „new beats”, może to być zaskoczenie. Artyści tacy jak Nosaj Thing, Lorn, Teebs, Knxwledge (beat tape i jeden LP), czy prezentowany tu wcześniej Juj, mający na koncie po jednym długograju, zdążyli dobitnie zaznaczyć swoją obecność, w świecie nowych, futurystycznych dźwięków. Long Arm poniekąd wpisuje się w ten schemat. Począwszy od produkcji, poprzez same kompozycje słychać, że to artysta niezwykle utalentowany i muzykalny. „The Branches” brzmi niemalże jak brat przyrodni debiutanckiego albumu – „Transitions”, Holendra Arts The Beatdoctor, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę obecność Artsa w projekcie Q4, wydającym w tym samym labelu co Long Arm. Podobnie jak na tamtym wydawnictwie, mamy tu bogaty w jazzowe wstawki, instrumentalny hip hop. Jednak beaty to tylko wypadkowa do dalszych dźwiękowych eskapad, Long Arm to wykształcony pianista i to słychać. Szkielet każdego z utworów oparty jest na mniej, lub bardziej skomplikowanych podkładach rytmicznych, na których na pierwszy plan wysuwają się instrumentalne wariacje. Partie żywych instrumentów dętych, to najczęściej skrupulatnie utkana sieć sampli, przy czym wyprodukowane jest to w taki sposób, iż ciężko wyłapać, czy mamy do czynienia z samplem trąbki, czy jej żywym odzwierciedleniem. Niewątpliwie jest to zaleta albumu, wszelakie niuanse techniczne sprawiają, że ma się ochotę odpalić album raz za razem, dla samego faktu, penetracji tych organiczno-technicznych mozaik.

Latest tracks by Long Arm

Zaczyna się hip hopowo („Power of Rain”) i im dalej, tym jego (hip hopu) struktury rytmiczne się komplikują. „The Waterfall Inside Me” to na przykład połamany Nujabes – sporo tu zabawy nastrojem (zmiany tempa). Bliskie dokonaniom Cinematic Orchestra – „Double Bass in Love”, to spokojny, chyba najbardziej jazzowy kawałek w zestawieniu, idealny na popołudnia ze słuchawkami na uszach (sprawdzone na samym sobie). Niezwykle świeże jest „After 4AM”, gdzie mnogość sampli, oraz pokomplikowana rytmika (to beaty, jednak bardzo atonalne) absorbują ucho słuchacza. Podobnie jak w „The Waterfall Inside Me”, tu również następuje przełamanie i zmiana nastroju, taki zabieg jawi się jako znak rozpoznawczy Long Arm. W „When Children Sleep” Rosjanin brzmi niemalże jak Flying Lotus z „Cosmogrammy”, wszelakie ozdobniki jak harfa, klarnet, wciśnięte w subtelny aranż, mają piękny wydźwięk.
Z recenzji można wywnioskować, iż mało tu oryginalności (wszystkie te inspiracje i podobieństwa), jednak tak nie jest. Odwołania to raczej wyraz szacunku, bądź sympatii do tych artystów, słychać to w rozbuchanym „Key Door” – najbardziej tanecznym utworze na „The Branches”. Tu z kolei echa Xploding Plastix mieszają się z soundtrackowym Davidem Holmesem, ta niemalże breakbeatowa torpeda oferuje rozrywkę na wysokim poziomie, są tu elementy muzyki filmowej, parkietowy power, oraz melodyjne akordy grane na pianinie. Osobistym faworytem jest jednak „Dummy”, kawałek wypchany po brzegi przeszkadzajkami, prawdziwe dźwiękowe bogactwo. Beat to połamany idm, który mógłby wyjść równie dobrze, z laptopa Amerykanina Flashbulba. Plus wszelakie zagrywki turntablerskie (D-Styles?) sprawiają, że jestem kupiony.
Tytułem końca, mamy tu świetnie zapowiadającego się producenta, który ma szansę wypełnić, wydawać by się mogło – nadal pustą – niszę po Nujabesie. Dla kogoś szukającego grania, w którym zacierają się granice pomiędzy brzmieniem organicznym, a laptopową elektroniką, „The Branches” będzie jak znalazł.

Project Mooncirlce, 11 luty 2011 roku

Oscar dla Reznora i Rossa

Lider Nine Inch Nails i jego wieloletni współpracownik zdobyli statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej. W wyścigu o Oscara Trent Reznor i Atticus Ross pokonali czterech innych kompozytorów. Muzyka do filmu „The Social Network” Davida Finchera, opowiadającego o twórcach Facebooka, została wcześniej nagrodzona Złotym Globem i była właściwie oscarowym pewniakiem.

Reznor ma już na koncie ścieżkę dźwiękową do kultowej gry „Quake”, miał też znaczący wpływ na kształt soundtracków do takich filmów jak „Urodzeni mordercy” Olivera Stonea, „Zagubiona autostrada” Davida Lyncha i „Człowiek w ogniu” Tonyego Scotta. Obecnie frontman NIN, wraz z Atticusem Rossem, pracuje nad oprawą muzyczną do kolejnego filmu Finchera – „The Girl with the Dragon Tattoo”, którego premierę przewidziano na 2011 rok.

Naszą recenzję „The Social Network” znajdziecie tutaj.


Desolate – The Invisible Insurrection


Pomimo młodego wieku, Sven Weisemann może się pochwalić niemałymi osiągnięciami. Po pierwsze, to instrumentalista z krwi i kości: sam nauczył się gry na fortepianie, gitarze i perkusji. Po drugie, od 1997 roku jest aktywnym DJem, o którym mówi się, że za każdym razem selekcjonuje tak, jakby był to ostatni występ w jego życiu. Po trzecie, wydaje dla cenionych wytwórni takich jak Meanwhile, Styrax Leaves, Mojuba, Apple Pips i wiele innych, przy czym jego dorobek jest doprawdy imponujący (zarówno ilościowo, jak i jakościowo). Wreszcie po czwarte – jako Desolate wydał właśnie znakomity album, mający spore szanse na wysokie miejsca w rocznych podsumowaniach.

Pod własnym nazwiskiem Weisemann produkuje głównie Detroit techno, Chicago house i pochodne, nie stroni też od downtempo, a nawet modern classical, jednak pod szyldem Desolate upodobał sobie zgoła inny rodzaj muzyki. Jest to melancholijna twórczość ufundowana na szeroko pojętym UK garage z domieszką ambientu, dubu i muzyki filmowej. Brzmi znajomo? Powinno, bo podczas odsłuchu „The Invisible Insurrection” skojarzenia z Burialem nasuwają się same. Niemiec nie jest jednak ślepym naśladowcą – pomimo licznych podobieństw z gwiazdą oficyny Hyperdub, ma swój własny styl.





„Na tym świecie człowiek jest niczym, a innego świata nie ma.” – słowa wypowiadane przez Seana Penna w genialnym filmie „Cienka czerwona linia” otwierają album w wielkim stylu. Utwór „Imagination”, bo o nim mowa, zbudowano na rytmicznym szkielecie 2stepu, minorowych smyczkach, gęstym ambientowym tle i licznych dźwiękowych niuansach. Dalej jest równie ciekawie: „Follow Suit” uwodzi nostalgiczną atmosferą, kreowaną przy pomocy szczątkowego beatu, głosów „zza grobu” i fortepianu. Ten instrument należy zresztą do ulubionych środków wyrazu Desolate, jako że przewija się przez niemal wszystkie kompozycje.

Innym stałym elementem są pocięte strzępy kobiecych wokaliz (lub męskich stylizowanych na kobiece poprzez zabawę z pitchem, bo i to jest możliwe). Wszystko jest tu idealnie spójne, niezależnie od obranej konwencji. Niemiecki artysta bezbłędnie radzi sobie zarówno z dłuższymi formami (ponad sześciominutowe „Cathartic” i „Divinus”), jak i z dźwiękowymi miniaturami (zachwycające „Farewell #1” i „Farewell #2”). Weisemann maluje muzyczne płótno to subtelnymi, to wyrazistymi pociągnięciami pędzla, ale tonacje barw są zawsze dość mroczne. Nieco bardziej pogodne kolory pojawiają się w wieńczącym płytę „In Secret”, ale i tutaj wyczuwa się smutek.

Jest w tym wszystkim jakiś jazzowy feeling – nie w sensie dosłownego pokrewieństwa brzmieniowego, lecz pod względem dbałości o detal i łatwości w radzeniu sobie z niełatwą przecież materią dźwiękową. Desolate osiąga rzadko spotykany stopień wyciszenia, które nadaje jego muzyce szczególnego charakteru. „The Invisible Insurrection” to album subtelny, pełen liryzmu i tęsknego nastroju. Przede wszystkim jednak jest to album pierwszorzędny.
Fauxpas Musik, 2011

Kangding Ray – zapowiedź

Za sprawą reżysera Nicolasa Lelievre’a pojawił się na portalu vimeo klip stanowiący pierwszy zwiastun nowego wydawnictwa Kangding Raya, które ukaże się w kwietniu tego roku. Pierwszy krążek Davida Letelliera w barwach niemieckiej wytwórni Raster Noton pojawił się w roku 2006. „Stabil” utrzymane było w stylistyce, która do dziś stanowi znak rozpoznawczy ekipy RN. Jednak album ten był tylko jednym z rozdziałów w historii oficyny. W tym samym roku ukazały się nieśmiertelne zapiski współpracy miedzy Alva Noto a Ryuichi Sakamoto oraz wydawnictwa Pixela, Senking czy CoH. I chyba właśnie dlatego debiut Kangding Raya nie doczekał się należytej chwały.


Na szczęście drugie podejście okazało się skuteczniejsze i to głównie za sprawą zjawiskowych koncertów, które dzięki rozbudowanemu instrumentarium były okazją do obcowania z czymś naprawdę niezwykłym. „Automne Fold” doklejono łatkę wydawnictwa przełomowego, na którym dokonała się naturalna wręcz fuzja komputerowej obróbki dźwięku z organiczną, ludzką tkanką w postaci gitary i perkusji. Kto miał okazję zobaczyć pierwszy występ Kangding Raya na festiwalu Plateaux w Bydgoszczy wie o czym mówię.

Nowe wydawnictwo to wciąż wielka niewiadoma, gdyż ostatnia EPka „Pruitt Igoe”, a tym bardziej poniższy trailer nowego materiału stawiają więcej pytań niż dają odpowiedzi.

Or from Nicolas Lelievre on Vimeo.

Alton Miller – Light Years Away


Moda na deep house sprawiła, że młodzi fani gatunku sięgają po klasyków tego brzmienia rodem z Detroit. Dzięki temu wielu z nich przeżywa dziś swą drugą młodość. Niedawno ponownie odkryty został Rick Wilhite, a teraz przyszedł czas na Altona Millera.

Ten pochodzący z Motor City didżej i producent dorastał w latach 70., słuchając soulu z Motown, filadelfijskiego disco, nowoczesnego funku i jazzowego fusion. Naładowany tymi dźwiękami wkroczył w dorosłość, kiedy do Detroit dotarły echa pierwszych house`owych imprez organizowanych w Chicago. Przyjaźniąc się z Derrickiem Mayem, odwiedził wraz z nim Wietrzne Miasto, aby posłuchać legendarnych już dzisiaj setów Frankiego Knucklesa czy Rona Hardy`ego. I to właśnie nowe brzmienie z Chicago zainspirowało Millera, Maya i Cheza Damiera do otwarcia w Detroit słynnego klubu Music Institute, gdzie pierwsze kroki stawiali „ojcowie” techno – od Juana Atkinsa przez Kevina Saundersona po Carla Craiga.

Kiedy didżejska działalność przestała wystarczać, każdy z artystów rozpoczął tworzenie własnej muzyki. Miller zaanektował na własne potrzeby chicagowski house, uzupełniając go elementami jazzu, soulu i funku. Pierwsze nagrania publikował pod szyldem Aphrodisiac dla wytwórni swoich przyjaciół – Transmatu, KMS i Serious Grooves. Na albumy przyszedł czas dopiero w kolejnej dekadzie. Do dziś ma ich na swoim koncie cztery, z których ostatni, nagrany dla kalifornijskiej firmy Mixed Signals Music, ukazał się pod koniec minionego roku.

„Light Years Away” trafia idealnie w swój czas. Miller prezentuje na nim bowiem dwa rożne oblicza deep house`u – to klasyczne, wywiedzione z Chicago, tkwiące korzeniami w końcówce lat 80. oraz to bardziej nowoczesne, wpisane w tribalowy kontekst, zainicjowane nagraniami Moodymana. Pierwsza część albumu odpowiada starszym brzmieniom – to szurające bity podrasowane głębokimi pochodami basu, w które producent wplata ciepłe brzmienia Hammonda i organicznie naturalne loopy. Tak dzieje się w otwierającym płytę „Ever Wonder” czy w późniejszych „Next Time” i „Together”. Reprezentują one zwarte i energiczne granie, stawiające na surowość aranżacji i jednoznaczną rytmikę.

Z powodzeniem Miller sięga również po bardziej rozbudowane konstrukcje. Wtedy masywne bity zostają uzupełnione afrykańskimi perkusjonaliami, pojawiają się splecione ze sobą syntezatorowe nakładki i szerzej odmalowane tła. Tego typu deep house spotykamy w „Beautiful”, „Late Night Fantasy” czy kończącym płytę „I Can Feel You All Around”. Miller nie popada jednak w typową dla Moodymana transową manierę i nie rozciąga swych utworów w nieskończoność. To nadal skoncentrowane granie, momentami bardzo bliskie piosenkowej formule.

Tak się bowiem składa, że wszystkie utwory na płycie mają wokalny charakter. Śpiewa zarówno sam Miller, jak i kilku zaproszonych przez niego gości – wokalistki Angelique (w funkowej wersji kompozycji Herbiego Hancocka „Stars In Your Eyes”) i Angel-A (we wspomnianym „I Can Feel You Around”) oraz wokaliści Abacus („Ever Wonder”) i Lotus („Twilight Moments”). Ich głosy niosą oczywiście czytelne nawiązania do soulu, funku czy jazzu, osadzając muzykę detroitowego producenta w szerokim kontekście współczesnej muzyki czarnej Ameryki.

Wszystkie to składa się na taneczną całość o wyjątkowo zmysłowym charakterze. Bo zarówno głosy wokalistów, jak i dźwięki instrumentów są tutaj miękkie, tchną pozytywną energią i tworzą intymny nastrój. Jeśli Barry White robiłby muzykę house, to byłaby ona dokładnie taka, jak ta z „Light Years Away” Altona Millera.

www.mixedsignals.ca

www.myspace.com/mixed_signals_music

www.myspace.com/altohit
Mixed Signal Music 2010

Millionyoung – Replicants


Trochę czasu minęło, odkąd minął mój zachwyt nad krótkim, lecz jakże smakowitym krótkograjem „Sunndreamm EP” amerykańskiego Millionyoung. Następujące po nim „Be So True EP”, przyzwoliło natomiast na mimowolne wrzucenie zespołu do worka z napisem „zmarnowane”. I kiedy już postawiłem krzyżyk na tej rozleniwionej formacji, na horyzoncie zamajaczył pełnoprawny i tak wyczekiwany przeze mnie krążek z trzynastoma, gorącymi numerami, w sam raz na mroźne, zimowe wieczory. I choć ekscytacja już nie ta, co kiedyś, to fun pozostał ten sam. „Replicants” rzuca rękawicę nowemu Toro Y Moi, a wynik bitwy wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby Ci się wydawać.

Dźwiękowe miniatury w postaci otwierającego „Obelisk” czy „Tokyo 3”, bez wątpienia można zaliczyć do zbioru najlepszych momentów nowego Millionyoung. Pierwsza z nich, to zwięzłe intro w postaci psychodelicznej melodyjki, niby to akordeonu, niby waltorni, której beztrosko akompaniuje skąpana w letnim słońcu gitara. Diaz zaczyna śpiewać rozmarzonym głosem, a my przywołujemy w pamięci zamglone wspomnienia gorących, plażowych nocy. Małe, a cieszy. Na tym samym biegunie leży „Tokyo 3”, będący jednym, wielkim niedopowiedzeniem. Mike Diaz puszcza w ruch szybki reverse i owijają go w smętny akord chłodnego jak wieczorny wiatr wiosła, zatrzymując się dokładnie w momencie kiedy numery tego pokroju, właśnie żegnają wstęp i zabierają się za konkrety. Skojarzenia z Washed Out? Bingo. Tak w formie, jak i treści.

Ospale skaczący „Cosmonaut” i absolutny nr 1 tego albumu – „Sentimental”, to jedne z tych utworów, które można określić mianem rasowego zapętlacza. Hipnoza tych kawałków polega na magnetycznej atmosferze, żywcem wyciągniętej ze starych nagrań Toro Y Moi. Jest sunshine, jest dreamy, jest dobrze. Rozpromieniony chillout, przywołujący kompozycje z pierwszego mini-krążka „Sunndreamm EP”, prezentuje beztroski „Calrissian” z przyjemnie melancholijnymi partiami Diaza oraz „Easy Now” w której gitarowy chorus miesza się z seksownym retro basem, a kosmiczne klawisze tworzą harmonijną strukturę z dream popowym głosem Mikea.

Na dancefloor lat siedemdziesiątych wyciąga nas „On & On” o drinkowym smaku, kuszący staroszkolnymi efektami oraz tłustym, syntezatorowym leadem w stylu dinozaurów z Daft Punk. Myślę, że całemu genre w jakim mieści się Millionyoung, przydałoby się więcej takich nagrań – glo-fi relaksuje i buja, ale czasem można się poczuć jak zagłaskany kot, smażący się na gorącym dachu. Równie ożywczym kawałkiem jest „001”, gdzie riffy nareszcie są czytelne, a reszta dźwięków staje się przez moment oczywista i frywolna, jak na lata osiemdziesiąte przystało. Ciekawym trackiem jest tytułowy „Replicants”, który porusza tematykę późnego new romantic, połączonego z podchwytliwym synthpopem Heaven 17 i echem brytyjskiego new wave w postaci niesamowicie wkręcającego basiwa.

Roztrzęsiony „Forerunner” przypomina gwiezdną przeprawę z paroma wspomagaczami na stoliku. Synthy migoczą i trzęsą się, downtempowy beat łamie się w takcie, tło majaczy, a miła dziewczyna z okładki tańczy przed nami, uśmiechając się kusząco. „Perfect Eyes” to zaskakujący, niczym nieskrępowaną psychodelią monument, przez którą przedzierają się elementy… post-punka! Doprawdy, smakowite połączenie, rozwinięte w nieco stonowanej formie w utworze „Gravity Feels”, szczególnie przy samej jego końcówce. Końcowy „Synanthropic” wieńczy krążek szczyptą muzyki etnicznej połączonej z energetycznymi szarpnięciami za struny nadającymi rytm i z wbijającymi się do głowy sennymi melodiami – nierealnymi i przykuwającymi uwagę słuchacza. I tylko Diaz zawiódł, jego śpiew przypomina raczej wycie do księżyca, niż nastrojowe śpiewanie, a mam wrażenie, że taki cel przyświecał mu od początku albumu. Szkoda, że poległ przy samym jego końcu.

Po parokrotnym przesłuchaniu „Replicants”, można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej niedocenionych projektów z działu chillwave, jakie pozwoliły sobie na wydanie swych słonecznych uniesień, nie tylko na kasecie czy wypalonej w Nero kompaktowej płycie. Millionyoung stoi w jednym szeregu z Toro Y Moi, Neon Indian i Washed Out, nie odstając od reszty grupy, co w jednej kwestii z powodzeniem może być odebrane jako akt oskarżenia. No bo dlaczego ten chill jest tak do bólu przewidywalny? Rok – jeszcze świeży, zaskoczenie – bardzo mile widziane.

oldflamerecords.com

millionyoung.com

myspace.com/millionyoungmusic

Old Flame Records, 2011

Toro Y Moi trzy razy w Polsce

Chaz Bundick zgodził się zacząć swoją europejską trasę dzień wcześniej – dzięki temu Toro Y Moi wystąpi w Krakowie 6 maja w klubie Forty Kleparz, a potem 7 maja w warszawskim Powiększeniu i 8 maja w poznańskim Pod Minogą. Urodzony i wychowany w Columbii w Południowej Karolinie 24-letni dziś Chaz Bundick (aka Toro Y Moi) dojrzewał udzielając się w zespołach punkowych i indie. Studiując design graficzny na miejscowym uniwersytecie, coraz bardziej skupiał się na swoim solowym projekcie, gdzie poza elektroniką znalazło się również miejsce dla szerszych wpływów muzycznych jak francuski house, pop w stylu Briana Wilsona, R&B lat 80. czy hip-hop z wytwórni Stones Throw. Gdy wiosną 2009 roku kończył studia, miał już wypracowany swój unikalny styl, a dziennikarze muzyczni okrzyknęli jego przykryte lekką mgiełką pierwsze nagrania terminem „chillwave”.

Przełomowym rokiem był rok 2010, kiedy to ukazał się album „Causers of This”. Poszerzając skład o basistę i perkusistę, Chaz ruszył w trasę, w trakcie której zjednywał sobie coraz więcej fanów i uznania krytyki. Kiedy podpisywał kontrakt z wytwórnią Carpark, plan zakładał wydanie dwóch płyt w jeden rok – jednej elektronicznej, drugiej nagranej z użyciem żywych instrumentów. I choć nie udało się tego dokonać w jeden rok kalendarzowy, to dokładnie po roku od debiutu ukazuje się album „Underneath the Pine”, który pokazuje jak ta sama siła twórcza potrafi doprowadzić do zupełnie innego końca.

Po roku spędzonym w trasach koncertowych i słuchaniu soundtracków takich kompozytorów, jak Ennio Morricone czy François de Roubaix, Chaz powrócił w rodzinne strony, żeby przełożyć na muzykę to, czym zdążył w tym czasie nasiąknąć. Rezultatem jest płyta nasuwająca skojarzenia z chałupniczą twórczością R. Stevie Moorea, dźwiękową wszechstronnością Davida Axelroda, reichowskim frazowaniem i dominującym funkiem z pierwszej płyty Bundicka. To nowy rozdział w trudnej do sklasyfikowania twórczości tego utalentowanego artysty.

Bilety: 35 zł przed koncertem (w klubach) i 45 zł w dniu koncertu.

Destroyer – Kaputt


Czy jest coś złego w określeniu piosenka? Raczej tak. Niektórym od razu kojarzy się z czymś masowym, niższego rzędu, przeznaczonym do minstreamowych stacji radiowych. Tyle się mówiło o piosenkowym trip-hopie, śledząc jego ewolucję. Można więc scharakteryzować zjawisko piosenkowości jako odchodzenia od ideału, twórczości nastawionej, aby schlebiać pospolitym gustom. Przecież Noto tworzy tak rozbudowane utwory, Hecker „kolaż barwnych ambientowych plam”, a jego „przyspieszone, z wyczuwalnym podskórnym pulsem arpeggia rozkładają na łopatki”!

Korzysta z charyzmy barda, jak i autentyczności ulicznego grajka Na pewno? Daniel Bejar, czyli Destroyer, kanadyjski artysta, zaangażowany w kilka projektów, tworzy po prostu piosenki i niczym sobie głowy nie zajmuje. Chociaż określenie „po prostu” jest krzywdzące – najtrudniej jest zagrać najprościej, nieskomplikowaną metodą ukazać złożoność i głębię, za pomocą chilloutowych środków wyrazu. Robi to nieznośnie melodyjnie, używając marzycielskich instrumentów – gitar, dęciaków, słodkich chórków, podsycając elektronicznym zabarwieniem dla wypełnienia odsłuchu, szeroko omijając określenia jak „wtórność”, „banał”, „powtarzalność”. Skupia się w nim najlepsze, co płynie z modnego określenia „singer-songwritter”.

Kluczem do odbioru tej płyty jest tytułowy utwór, – gdzie jego wokal w magiczny sposób współgra z chóralnie brzmiącą trąbką i lekkimi, gitarowymi riffami – a właściwie teledysk do niego:

Taka właśnie ona jest – kapryśna, humorzasta, ironiczna. Destroyer robi z ciebie raz nerda, pragnącego młodych ciał, starego pustelnika, tęskniącego za czymkolwiek – cywilizacją, a nawet dubstepem i…latającego wieloryba. Zaspokaja Twoje pragnienie, by za chwilę wpędzić w obsesyjny głód czegoś równie świeżego. Na próżno. Miesza w głowie, przypomina wyparte marzenia, nieprzeczytane książki, poprzez liryczne utwory, z jazzowym lub soft-rockowym odcieniem – „Blue Eyes”, „Savage Night at the Opera”, czarujące instrumentalną czułością „Suicide Demo for Kara Walker” czy „Bay of Pigs”, avant-popowe „Downtown”, śpiewając przy tym kwieciście i ekscentrycznie, na wpół recytując, tworząc wrażenie jakby wcale mu nie zależało. Kicz miesza się z pięknem, tragizm z naiwnymi uczuciami. Zgodnie ze swoim pseudonimem, w urokliwy sposób coś wewnątrz kruszy, biorąc w nawias cały świat.

Perfekcyjnie skonstruowana i dopełniona płyta – muzycznie umiejscawia go gdzieś między Bonobo a Davidem Sylvianem, ale i uśmiechniętym Leonardem Cohenem – zbudowana prostotą, która rzadko komu wychodzi. Destroyer ociera się o geniusz, korzystając z charyzmy barda i autentyczności ulicznego grajka.
Merge, 2011

Hooverphonic – The Night Before

Konkurencja dla radiowego mainstreamu. Zaledwie.

Według Aleksa Calliera „The Night Before” miał być powrotem do korzeni. Nie wiem czyje korzenie autor miał na myśli, bo próżno szukać tu echa (nomen omen) „A New Stereophonic Sounds Spectacular”. Im dalej w las, tym bardziej w pop i do pewnego momentu nie było w tym nic zdrożnego. Zdrowy rozsądek podpowiada, że przecież zespół zawsze ozdabiał melodyjnym popem swą wizję trip-hopu i downtempo. Ale nawet „Jackie Cane” mieszała słodycz z zadziorem, a na ostatnim wydawnictwie „The President of the LSD Golf Club” (wydanym zresztą po veto Sony co do tytułu w legendarnym PIASie) mąciła znamienna zmysłowość.

Tym razem proporcje wywrócono do góry nogami.

Nie ma już ciemnych zaułków, mętnych głębin i psycho-przestrzeni z najlepszego okresu twórczości. Ich droga jest jasna, mimo całego zastępu muzyków – prosta i najczęściej niestety nudna. Dzielenie piosenek w poprzek w poszukiwaniu ciekawszych kawałków to zły znak: niby zapowiadają się ciekawie, zachęcają sympatyczną werwą („Norwegian Stars”), mamią oszczędnym aranżem („More”), lub uwodzą magnetyzmem (najbardziej hooverphonicowe „Sunday Afternoon”), ale tylko do refrenów, które często toną w mdłym banale. Z pewnością też niełatwo nowej wokalistce, Noémie Wolfs, zmierzyć się z legendą Geike Arnaert czy Liesje Sadonius. Co z tego, że zachęcająca barwa i ładne interpretacje, skoro kojarzy mi się ona co najwyżej z rezolutną piosenkarką z Ginger Ale.

Jakieś plusy? Jak najbardziej (w Belgii mają już platynę…). Porywający szlagier jak z przewodnika po amerykańskich bezdrożach – „Encoded Love” oraz kilka filmowych fascynacji przemykających niczym tajny agent. Oszczędne trąbki, pojedyncze riffy, migotliwa elektronika, romantyczne smyki stanowią o świetnym aranżu „Georges Cafe”. Zniewalająca melodia, płynące klawisze, powiew wyższej klasy i szyk „Heartbroken” przywołują skojarzenie z podbojami Jamesa Bonda. I ta finałowa smuga dymu z Walthera PPK w „Danger Zone”. Brawo. To wystarczyłoby z pewnością na Epkę, którą Hooverphonic mogliby przypieczętować swą pozycję w ekskluzywnej rozrywce.

Podobno myślą przewodnią, która przyświecała im przy tworzeniu „The Night Before”, było wydanie mnóstwa piosenek konkurencyjnych dla radiowej papy. No cóż… jeśli tak spojrzeć na siódmy studyjny album, to osiągnęli, co zamierzali. Powinni mierzyć wyżej.
Sony Music | 2011

Tauron Festiwal Nowa Muzyka – Gold Panda i Falty DL

Niedawno informowaliśmy Was o nowej płycie Faldy DL, która ukaże się w marcu. Nowego materiału tego artysty posłuchacie na żywo w sierpniu, podczas szóstej edycji Tauron Festiwalu Nowa Muzyka. Kolejną gwiazdą imprezy będzie również Gold Panda. Debiutancki album Gold Pandy „Lucky Shirner” to bez wątpienia jedno z ciekawszych wydawnictw ubiegłego roku. Pochodzący z Wielkiej Brytanii artysta, związany z wytwórnią Ghostly International, zaproponował słuchaczom doskonałą mieszankę sprawdzonych hip-hopowych patentów z eksperymentalnymi rozwiązaniami kojarzącymi się z nagraniami Four Tet oraz mocno zaakcentowanymi orientalnymi wpływami.

Kolejnego wykonawcy, który w ostatni sierpniowy weekend pojawi się na scenach Tauron Nowa Muzyka Festiwal nie trzeba przedstawiać żadnemu miłośnikowi nowoczesnych tanecznych brzmień, ponieważ jego wydany w 2009 roku album Love Is A Liability wywołał niemałe zamieszanie wśród fanów niekonwencjonalnego podejścia do muzyki. Falty DL, bo o nim właśnie mowa, dokonał rzeczy praktycznie niemożliwej i stworzył płytę, która zachwyciła zarówno miłośników hip-hopu, jak i wiernych fanów mrocznych IDMowych kompozycji, śmiało przekraczając wszelkie stylistyczne ograniczenia.

Wśród jego nagrań znajdziemy kawałki inspirowane klasycznym funkiem, czy disco, nie boi się również wycieczek w stronę soulu czy ragga, a w ciągu zaledwie kilkuletniej obecności na scenie zapracował sobie na tytuł jednego z najciekawszych producentów muzycznych, remiksując miedzy innymi takie sławy Vladislav Delay czy Mount Kimbie.

Najnowsze informacje dotyczące festiwalu znajdziecie na stronie FestiwalNowaMuzyka.pl – zapraszamy również na nasz Fan Page na Facebooku – Facebook.com/NowaMuzyka

Radiohead – The King Of Limbs


Minęły cztery lata od ukazania się ostatniej płyty Radiohead. Zespół wydając „In Rainbows” postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę i jak to zwykle bywa fani spodziewali się tym razem czegoś równie dobrego. „Radiogłowi” zaskakiwali już słuchaczy wiele razy i tym razem również postanowili zadziwić i to raczej formą niż treścią. Fani byli trzymani w niepewności niemal aż do ostatniej chwili, bo oficjalną zapowiedź płyty ogłoszono zaledwie tydzień przed premierą.

Po mocno gitarowym „In Rainbows”, Radiohead odkurzyli stojące na strychu syntezatory i sekwencery. Płyta rozpoczyna się od Bloom, które od razu narzuca skojarzenia z Kid A i Amnesiac. Wrażenie to utrzymuje się przez cały album. Zapętlone akordy klawiszy, wibrująca linia basu i monotonny werbel. Jedyne urozmaicenie w tym utworze to smyczki i sekcja dęta co jakiś czas wychylająca się na bliższy plan. Jednostajność może wręcz zacząć doskwierać do tego stopnia, że niespełna czterdzieści minut, które trwa płyta przeciąga się w wieczność.

Pełno tu znanych schematów i niemal jawnych nawiązań do Kid A i Amnesiac. Choćby takie Little by Little, które brzmi jak gitarowa wariacja na temat paru ostatnich taktów Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box. Każdy utwór brzmi jakby już kiedyś go słyszano, na którymś z wcześniejszych albumów. Radiohead przez ćwierć wieku przypadające na swoją działalność wykazali się płodnością artystyczną godną podziwu, lecz nie da się ukryć, że przy tworzeniu The King of Limbs opuściła ich w końcu wena. Nawet singlowy Lotus Flower po kilku przesłuchaniach nuży się nie do zniesienia.

Jedynym utworem, który naprawdę dobrze się broni jest Codex. Ponure akordy pianina uzupełnione delikatnym miarowym beatem i falsetem Thoma. Do tego co chwila dające się słyszeć smyczki zaaranżowane przez Jonny’ego Greenwooda dodają patosu, niestety i w tym przypadku brzmią podobnie do tych, które można było słyszeć w How to Disappear Completely.
Nie można za to w przypadku tego albumu powiedzieć złego słowa o jakości samej produkcji. Nadworny producent Radiohead- Nigel Goodrich jak zwykle dał popis swojego kunsztu i podziw dla jego pracy to najlepszy powód, żeby zaznajomić się z tym albumem.
Jak na longplay, który powstawał cztery lata, jest to płyta za krótka, za mało urozmaicona i nie wnosząca właściwie nic do dorobku zespołu. Thom Yorke, który jest ekologicznym fanatykiem i tym razem dał znać o swoich poglądach i fizyczna wersja albumu ma być w pełni biodegradowalna i stworzona z materiałów z recyklingu. Niestety osiem zawartych na płycie utworów również wydaje się pochodzić z odzysków z sesji nagraniowej do Kid A i Amnesiaca. Da się tej płyty słuchać, ale od Radiohead wymaga się o wiele więcej niż pseudo EP-ki złożonej z odpadów. Zespół, który przez lata zaskakiwał słuchaczy zrobił to po raz kolejny, tym razem dzięki słabej jakości nagranego materiału.
XL Recordings 2011

Frank Bretschneider – Komet


Jest obok Thomasa Fehlmanna i Moritza Von Oswalda jednym z najstarszych twórców nowej elektroniki w Niemczech. Urodzony i wychowany po wschodniej stronie granicy w Karl-Marx-Stadt (obecnie Chemnitz), zaczynał eksperymentować z dźwiękami w połowie lat 80. Zainspirowany dokonaniami The Residents i Der Plan, powołał do życia grupę AG Geige, której debiutancki album „Trickbeat” zdążyła jeszcze w 1989 roku wydać socjalistyczna Amiga (wcześniej samodzielnie opublikował kasety „Yachtclub” i „Buchteln”). Po upadku muru berlińskiego dał się porwać nowym brzmieniom z Berlina – ambientowi i techno. Aby wydawać realizowane już autorsko nagrania powołał do życia wytwórnię Rastermusic, która po połączeniu w 1999 roku z firmą Carstena Nikolaia – Noton – przekształciła się w powszechnie dziś szanowany Raster-Noton.

Autorskie produkcje Bretschneidera, firmowane własnym nazwiskiem lub pseudonimem Komet, szybko wytyczyły nowe kierunku rozwoju eksperymentalnej elektroniki. Wydane przez Mille Plateaux w 1999 i 2001 roku albumy „Rand” i „Curve” przyczyniły się do definicji stylu glitch, stając się siłą napędową do rozwoju estetyki click`n`cuts. W przeciwieństwie do swych kolegów z Raster-Noton, niemiecki weteran nie zrezygnował jednak nigdy ze swych fascynacji z okresu młodości. Echa muzyki techno zawsze były obecne w jego produkcjach. Szczególnie wyraźnie słychać to na najnowszym albumie producenta – „Komet”.

Siedem opublikowanych na nim utworów połączonych jest w jedną całość. Podstawę większości z nich stanowi charakterystyczny rytm techno poddany glitchowej obróbce – trafiamy nań w otwierającym płytę „Subharchorded Waves” czy kończącym ją „Twisted In The Wind”. Ważną rolę w konstruowaniu podkładu ma również bas – tutaj tworzący wyjątkowo głęboki puls poszczególnych utworów. W „Flight 09” niemiecki producent tak synchronizuje ze sobą uderzenia bitu i basu, że składają się one razem na masywny taran – uzupełniony jednak charakterystycznym dla estetyki glitch cykaniem cyfrowych hi-hatów.

„Like A Little Lizard In The Sun” i „Echotron” wprowadzają do muzyki Bretschneidera dubowe efekty. W pierwszym z nagrań owocują one powstaniem wytłumionego bitu o mechanicznym metrum, a w drugim – gęstej sieci studyjnych pogłosów, otaczających miarowo dudniący rytm. Wszystko to zrealizowane jest w wyjątkowo oszczędny sposób – jakby Bretschneiderowi wystarczyły jedynie śladowe dźwięki powstałe w wyniku komputerowej obróbki cyfrowych szumów.

Ważnym elementem składowym nagrań z płyty są majestatyczne drony. Tak dzieje się choćby we wspomnianych „Subharchorded Waves” i „Flight 09”. W każdej z tych kompozycji motoryczna struktura rytmiczna zostaje podszyta gęstym strumieniem chmurnych dźwięków, nadających całości niepokojący klimat. Mało tego – przemysłowe tło „Flutter Fitter” wypełniają niemal wyłącznie industrialne hałasy podbite poszatkowanym bitem o mechanicznym metrum. To jakby wspomnienie niemieckiej elektroniki sprzed ćwierć wieku, której Bretschneider był przecież współtwórcą w ramach działalności projektu AG Geige.

„Komet” to idealne wpisanie zasad funkcjonalnego techno w formułę minimalistycznego glitchu. Dawno nie słyszeliśmy tak gęstego i zawiesistego brzmienia, jakie udało się stworzyć niemieckiemu producentowi na swym najnowszym krążku. Mimo to – ani śladu w tej muzyce jakiegokolwiek wysiłku. Bretschneider nagrał ją bowiem na żywo, podczas krótkiej sesji we własnym studiu. I właśnie ta niewymuszona swoboda sprawia, że mimo awangardowego charakteru, nagrania z „Komet” to zdecydowanie muzyka taneczna.

www.shitkatapult.com

www.myspace.com/shitkatapult

www.frankbretschneider.com

www.myspace.com/frankbretschneider
Shitkatapult 2011

Fleet Foxes w Poznaniu

6 lipca 2011 r. będzie dniem koncertowym na tegorocznym maltafestival
poznań! Oprócz
zapowiadanego wcześniej Portishead, wystąpi wtedy
jeden z najciekawszych zespołów nu-folkowych, Fleet Foxes.

Dobrą wiadomością dla publiczności jest to, że chociaż oba koncerty są od siebie niezależne, to obowiązuje na nie jeden bilet (180/120 zł odpowiednio w I i II sektorze). Zatem ci wszyscy, którzy kupili już bilet na występ Portishead, będą mogli na jego podstawie wejść również na koncert Fleet Foxes.

Na maltańskim koncercie, po raz pierwszy w Polsce, będzie można usłyszeć na żywo utwory z niecierpliwie wyczekiwanego drugiego albumu Fleet Foxes „Helplessness Blues”, który ukaże się 3 maja 2011 r. Płyta, na której znajdzie się 12 utworów, jest efektem rocznej pracy zespołu w kilku różnych studiach. Nad produkcją czuwali sami muzycy oraz Phil Ek. W oczekiwaniu na płytę, fani grupy mogą pobrać tytułowy utwór za darmo z sieci fleetfoxes.com

Dla przypomnienia, wyjątkowo optymistyczna piosenka na cześć – proszę wybaczyć – zimy. Utwór pochodzi z poprzedniego krążka, którego okładkę – „Świat do góry nogami” Bruegela (starszego) uznano za jedną z najciekawszych w roku 2008.

Fleet Foxes – White Winter Hymnal
Załadowane przez: subpoprecords. – Odkryj inne klipy wideo.

Poznań, 6 lipca 2011, teren MPT, wejście od ul. Bukowskiej. Otwarcie bram od godz. 16.00

Informacja o biletach na www.malta-festival.pl

Three Trapped Tigers

Nierzeczywisty, quasi-rockowy fast-forward

Wystąpili na zeszłorocznej odsłonie festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Ich półgodzinny set w zupełności wystarczył, by wzbudzić zainteresowanie swoją twórczością i to całkiem słusznie, gdyż muzyka Three Trapped Tigers brzmi jak kolizja dwóch lokomotyw, z których jedną pędzi Autechre i Aphex Twin, a drugą kilkuosobowy skład The Mars Volta.

Grupa ma na swoim koncie trzy EPki oraz jednego singla. Wszystkie tchną świeżością i energią wynikającą z udanej fuzji breakcore’owych rytmów z melodiami gęsto utkanymi przy użyciu gitary i instrumentów klawiszowych. Utwory Three Trapped Tigers to istna karuzela nastrojów – tornado powykręcanych rockowych riffów nierzadko zlewa się z ciepłem syntezatorowych akordów, a zasiadający za bębnami Adam Betts często zaskakuje iście bohnamowskimi zagrywkami na kotłach, jakie wplata w połamane elektroakustyczne bity. Co brzmi jak misternie skonstruowane kompozycje DJskie kipiące od manipulacji post-produkcyjnych jest w rzeczywistości dziełem trzech muzyków, którzy w warunkach koncertowych bez problemów potrafią odtworzyć żywioł zamknięty uprzednio w formacie cyfrowym. Nie mając zbyt wielkiej konkurencji na polu tak pokrętnych dźwiękowych syntez grupa zdaje się czekać na przełom w postaci kontraktu, który pozwoli udokumentować swoją twórczość na płycie długogrającej. A to z pewnością będzie niemałym wydarzeniem.

http://www.myspace.com/threetrappedtigers

Three Trapped Tigers na Discogs.com

Nowy Amon Tobin wiosną

Genialny Brazylijczyk powraca z premierowym materiałem. Długo oczekiwany następca płyty „Foley Room” sprzed czterech lat ukaże się 23 maja. „ISAM”, bo tak będzie nazywał się siódmy longplay wydany pod własnym nazwiskiem, już teraz reklamowany jest jako najbardziej dojrzałe i zarazem intensywne dzieło w karierze Amona Tobina. Album ma w założeniu „zacierać granice pomiędzy psychodelią i science fiction, sztuką i rozrywką, eksperymentem i melodią”.

Limitowana edycja „ISAM” będzie dodatkowo zawierać jedną płytę CD, dwa winyle, koszulkę oraz książkę z fotografiami instalacji przygotowanej przez Tobina i artystkę Tessę Farmer, a także wywiady z obojgiem twórców.

Amon Tobin jest uważany za jednego z największych wizjonerów nowej muzyki. Zadebiutował w 1996 roku albumem „Adventures In Foam”, wydanym pod pseudonimem Cujo. W ciągu następnych lat zrealizował albumy, które stały się wizytówką i wyznacznikiem jakości wytwórni Ninja Tune.

Na płytach „Bricolage”, „Permutations”, „Supermodified” i „Out From Out Where” wyznaczył zupełnie nowe standardy w elektronice i samplingu – do tego stopnia, że często określa się go jako przedstawiciela niejako własnego, zupełnie odrębnego gatunku muzyki z pogranicza hip-hopu, jazzu, breakbeatu, drum’n’bassu, field recordingu i dźwięków latynoamerykańskich.

Więcej informacji na AmonTobin.com




Nowi wykonawcy na OFF-ie

Mogwai, Deerhoof, Factory Floor i Oneohtrix Point Never dołączyli do obsady katowickiego festiwalu. Nie bez powodu od lat uważa za pionierów postrockowego zamętu i jeden z najwybitniejszych zespołów tej sceny grupę Mogwai. Gościliśmy już ją na OFF Festivalu – podobało się nam, podobało się zespołowi, więc wracają. Szkoci balansują na granicy pomiędzy muzyką a hałasem już od 1995 roku. Uwielbiają kontrasty, zastawienie liryzmu z brutalnością, nie lubią za to, kiedy słowa piosenek odwracają uwagę słuchaczy od dźwięków, więc ich nie piszą. Wyżywają się za to w tytułach, czego dowodem najnowszy album „Hardcore Will Never Die, But You Will”.

Deerhoof to już weterani alternatywnej sceny. Do czerpania inspiracji z ich twórczości przyznają się m.in. Sleigh Bells, The Flaming Lips czy Sufjan Stevens, a cała reszta choć się nie przyznaje, też czerpie. Tym trudniej w to uwierzyć, że wydany właśnie album „Deerhoof vs. Evil” jest tak naładowany energią i dopakowany pomysłami, że starczyłoby na dziesięć debiutów roku. Niewiele jest zespołów, które z równym powodzeniem łączą odwagę eksperymentatorów czy wręcz awangardzistów z zamiłowaniem – i co ważne zdolnością – do pisania zgrabnych, wpadających w ucho piosenek.

Angielskie trio Factory Floor nijak nie jest podobne do większości młodych grup z ze swojego kraju. Są głośni, raczej odstręczają niż kuszą, raczej przeszkadzają niż koją zmysły. Zafascynowani gitarowym jazgotem Sonic Youth, eksperymentami Throbbing Gristle i konkretem oldskulowego techno, zgięli już kolana i karki publiczności niejednego z londyńskich klubów. Nic dziwnego, że Stephen Morris, były bębniarz Joy Division zgłosił się do produkcji ich nagrań.

Daniel Lopatin tworzący pod szyldem Oneohtrix Point Never dał się poznać w zeszłym roku jako jeden z czołowych twórców odwołujących się do kiczowatego new age sprzed ćwierć wieku. Wpisanie jej w kontekst nowej wersji niemieckiej kosmische musik zaowocowało jednak zupełnie nową wartością, którą idealnie zdefiniował album „Returnal”. Ci, którzy ciepło wspominają jego udany występ na Unsound Festivalu, będą mogli w Katowicach znów zanurzyć się w przestrzennych arpeggiach Lopatina.

Fot. Factory Floor – czekamy na ich koncert!

Wejściówki na iLLBiLY HiTEC

W najbliższą niedzielę 27 lutego o godz. 20 w krakowskim klubie Żaczek wystąpi niemiecki kolektyw iLLBiLLY HiTEC. Mamy dla Was zaproszenia na ten koncert. iLLBiLLY HiTEC to nowy berliński duet łączący to, co najlepsze w takich gatunkach, jak dubstep, jungle, breakbeat, hip-hop i dub. W składzie grupy jest „żywa” perkusja, elektronika i gościnnie młody energetyczny raper – Longfingah. Ich debiutancka EP-ka „BadBoyBass” wydana w czerwcu 2010 roku z gościnnym udziałem m.in. Marlene Johnson oraz coverem „Skylarkin” Horace Andyego, utorowała im szybko ścieżkę do europejskich klubów i festiwali.

Największy przebój kolektywu – „East To West” – trafił na playlisty wielu rozgłośni radiowych. Obecnie muzycy pracują nad debiutanckim albumem i rozpoczęli współpracę ze znanym londyńskim MC – Brotherem Culture. Jak do tej pory zagrali w Polsce jedynie na Reggae Dub Festival w Bielawie w 2010 roku.
Bilety: 15 (studenci) i 20 zł. w klubie przed imprezą. Cztery pierwsze osoby, które przyjdą na koncert i powiedzą na bramce hasło „Nowa Muzyka”, będą mogły wejść za darmo.