The New Law – A Bull in the Woods
Mateusz Piżyński:

Trip hop Anno Domini 2018 po raz pierwszy!

Radius – Obsolete Machine
Paweł Gzyl:

Echospace – punkt zero.

Cari Lekebusch & Nima Khak – Lost Prophet
Krystian Zakrzewski:

Kosmici w piramidzie.

Boston 168 – Phenomena Part 2 EP
Krystian Zakrzewski:

Boston? Zawsze bon ton.

Various Artists – ePM Selected Vol. 5
Paweł Gzyl:

Gotowy zestaw na karnawałową imprezę.

Vito Gatto – Wood And Meat EP
Ania Pietrzak:

Instrumentalno – elektroniczne DNA eksperymentu.

Alessandro Cortini – Avanti
Jarek Szczęsny:

Włoska nostalgia.

Fisherboyz – Riverside EP
Paweł Gzyl:

Nieoczywiste kontrasty.

Erlend Apneseth Trio – Åra
Łukasz Komła:

Przyszłość w tradycji.

Intrusion – Among The Stars
Paweł Gzyl:

Medytacyjne ćwiczenie z percepcją.

Buck – Altra Forma EP
Krystian Zakrzewski:

Podwodne historie.

Robert Logan – Sculptor Galaxy
Maciej Kaczmarski:

Kosmiczny rzeźbiarz.

RX-101 – Transmission
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalne wspomnienia z przeszłości.

Obsequies – Organn EP
Krystian Zakrzewski:

Migotanie.

Destroyer – Kaputt


Czy jest coś złego w określeniu piosenka? Raczej tak. Niektórym od razu kojarzy się z czymś masowym, niższego rzędu, przeznaczonym do minstreamowych stacji radiowych. Tyle się mówiło o piosenkowym trip-hopie, śledząc jego ewolucję. Można więc scharakteryzować zjawisko piosenkowości jako odchodzenia od ideału, twórczości nastawionej, aby schlebiać pospolitym gustom. Przecież Noto tworzy tak rozbudowane utwory, Hecker „kolaż barwnych ambientowych plam”, a jego „przyspieszone, z wyczuwalnym podskórnym pulsem arpeggia rozkładają na łopatki”!

Korzysta z charyzmy barda, jak i autentyczności ulicznego grajka Na pewno? Daniel Bejar, czyli Destroyer, kanadyjski artysta, zaangażowany w kilka projektów, tworzy po prostu piosenki i niczym sobie głowy nie zajmuje. Chociaż określenie „po prostu” jest krzywdzące – najtrudniej jest zagrać najprościej, nieskomplikowaną metodą ukazać złożoność i głębię, za pomocą chilloutowych środków wyrazu. Robi to nieznośnie melodyjnie, używając marzycielskich instrumentów – gitar, dęciaków, słodkich chórków, podsycając elektronicznym zabarwieniem dla wypełnienia odsłuchu, szeroko omijając określenia jak „wtórność”, „banał”, „powtarzalność”. Skupia się w nim najlepsze, co płynie z modnego określenia „singer-songwritter”.

Kluczem do odbioru tej płyty jest tytułowy utwór, – gdzie jego wokal w magiczny sposób współgra z chóralnie brzmiącą trąbką i lekkimi, gitarowymi riffami – a właściwie teledysk do niego:

Taka właśnie ona jest – kapryśna, humorzasta, ironiczna. Destroyer robi z ciebie raz nerda, pragnącego młodych ciał, starego pustelnika, tęskniącego za czymkolwiek – cywilizacją, a nawet dubstepem i…latającego wieloryba. Zaspokaja Twoje pragnienie, by za chwilę wpędzić w obsesyjny głód czegoś równie świeżego. Na próżno. Miesza w głowie, przypomina wyparte marzenia, nieprzeczytane książki, poprzez liryczne utwory, z jazzowym lub soft-rockowym odcieniem – „Blue Eyes”, „Savage Night at the Opera”, czarujące instrumentalną czułością „Suicide Demo for Kara Walker” czy „Bay of Pigs”, avant-popowe „Downtown”, śpiewając przy tym kwieciście i ekscentrycznie, na wpół recytując, tworząc wrażenie jakby wcale mu nie zależało. Kicz miesza się z pięknem, tragizm z naiwnymi uczuciami. Zgodnie ze swoim pseudonimem, w urokliwy sposób coś wewnątrz kruszy, biorąc w nawias cały świat.

Perfekcyjnie skonstruowana i dopełniona płyta – muzycznie umiejscawia go gdzieś między Bonobo a Davidem Sylvianem, ale i uśmiechniętym Leonardem Cohenem – zbudowana prostotą, która rzadko komu wychodzi. Destroyer ociera się o geniusz, korzystając z charyzmy barda i autentyczności ulicznego grajka.
Merge, 2011

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.