Neville Watson – The Midnight Orchard
Paweł Gzyl:

Soundtrackowe wspomnienie pierwotnego rave’u.

The Good, The Bad & The Queen – Merrie Land: Dwugłos
Redakcja:

Anglia tonie. Anglia odpływa.

Unknown Landscapes Vol. 6 – Mixed & Selected By Lewis Fautzi
Paweł Gzyl:

Mocno, hipnotycznie i… przewidywalnie.

Teo Olter – Mirów
Jarek Szczęsny:

Strefa komfortu.

John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.



Archive for Listopad, 2018

Miks do załadowania – Perc

Dla tych, którym spodobał się debiutancki album brytyjskiego producenta ukrywającego się pod pseudonimem Perc, mamy jego darmowy podcast zamieszczony dopiero co w sieci. „Wicker & Steel” na pewno znajdzie się w podsumowaniach większości obserwatorów współczesnej sceny elektronicznej.

Podobną muzykę zawiera podcast zrealizowany przez Perca na rzecz projektu Play To Pray, mającego na celu pomoc ofiarom tsunami w Japonii. Można go załadować pod adresem:

www.soundcloud.com/sustainphilipp/perc-play-to-pray-podcast

Access To Arasaka – Orbitus EP


„Moja muzyka wypływa z licznych inspiracji, przeszłych i obecnych, zaś jej ideą jest opis przyszłości, na którą czekam” – twierdzi Rob Lioy, który pod szyldem Access To Arasaka zrealizował już trzy longplaye i pół tuzina epek dla wytwórni Illphabetik, Spectraliquid i Tympanik Audio.

Pseudonim artysty został zapożyczony z karcianej gry „Netrunner”, należącej do nurtu cyberpunkowego. Fascynacje amerykańskiego producenta w wyraźny sposób przekładają się na dźwięki: spowite futurystycznym nastrojem, pełne niepokoju, stechnicyzowane i zarazem niepozbawione ludzkiego pierwiastka. To właśnie ten pierwiastek decyduje o wyjątkowości ATA, o czym przekonuje najnowszy wypust Amerykanina – „Orbitus” (do ściągnięcia za darmo tutaj).

Formalnie jest to epka, jednak w erze przedcyfrowej zostałaby uznana za album, jako że liczący blisko 40 minut materiał spokojnie zmieściłby się na obu stronach winyla. Dziewięć utworów przenosi słuchacza w rejony bliskie literaturze Philipa K. Dicka, z jego samoreprodukującymi się fabrykami militarnymi, maszynami podającymi się za ludzi i atmosferą podszytej melancholią paranoi. Lioy z chirurgiczną precyzją tnie, klei i łamie idm-owe beaty, otaczając je zewsząd ambientowymi podkładami, szklistymi syntezatorami, cyfrowymi odpryskami i odgłosami niczym z odległej stacji kosmicznej.

Na pierwszy rzut ucha epka nie odbiega od standardów ATA – twórca jest bowiem wierny brzmieniom znanym choćby ze znakomitej płyty „Oppidan” (2009) – jednak sposób, w jaki rozkłada akcenty i kreuje klimat godny najlepszych dzieł kina s-f, stawia go na równi z mistrzami pokroju Gridlock (pamiętny album „Formless”).

Lioy nie ogląda się na panujące mody i tym bardziej nie pretenduje do miana pioniera, ale jest kimś znacznie więcej niż rzemieślnikiem. ATA dysponuje własnym charakterem pisma, zaś „Orbitus” to kolejny rozdział tej niezwykłej opowieści. Mroczna, majestatyczna elektronika z najwyższej półki.
Tympanik Audio, 2011

The Loveliers

Tajemnicze trio. The Loveliers to powstały w 2006 roku tajemniczy projekt w którego skład wchodzą Revisq, Tuner i Trash. Tak naprawdę wiadomo o nich tylko tyle, że robią bardzo dobrą muzykę, bo informacji w mediach jest „jak na lekarstwo”. Szerszej publice zostali zaprezentowani przez dziennikarza radiowej Trójki Piotra Stelmacha w audycji „Offensywa”.

Trio założyło pokaźną ilość stron internetowych: Oficjalną oraz profile Facebook, Youtube, Myspace, Vimeo, Blogspot, Soundcloud, itd. z których nie dowiemy się praktycznie niczego, podstawowym celem tych profili jest prezentacja muzyki jaką tworzą i właśnie to jest główna siła formacji, stuprocentowe skupienie się na pracy twórczej. Ta tajemniczość, która zawisła nad The Loveliers automatycznie przywodzi na myśl postać Buriala, któremu także nie zależy na medialnym szumie, liczy się tylko muzyka.

Jak podają na profilu Lastfm.pl gatunek w jaki można ich zaszufladkować to dark space pop – cokolwiek miałoby to oznaczać. Na ich twórczość wpływ miały takie gatunki jak oldskool techno, ambient, acid, detroit techo, chicago house czy garage. Jednak nie szufladki są tu najważniejsze, posłuchajcie co sobą reprezentuje The Loveliers:

Co ciekawe The Loveliers dali się poznać szerszej publiczności na zachodzie, kawałek „Sugarfree” znalazł się na składance „Mercedes-Benz Mixed Tape 36: White Waves” – mixtapey mają za zadanie promowanie nowych niezależnych artystów (więcej na mixed-tape.com/).

Helado Negro – Canta Lechuza


Pod szyldem Helado Negro ukrywa się Roberto Carlos Lange, rocznik ’80, z krwi Ekwadorczyk, wychowany na Florydzie, obecnie zamieszkały na Brooklynie. Mikstura wyprodukowana z takiej mieszanki klimatów i kultur musi posiadać nieprzeciętne właściwości. Do tej pory można było jej skosztować słuchając nagranej w domowym studio, wydanej w 2009 roku płyty „Awe Owe”. Gatunkowo określono ją mianem latynoskiego psycho-funk-folku. W maju, pod postacią albumu „Canta Lechuza”, Helado Negro ukazał swoje nowe oblicze.

Debiutancka płyta przygotowywana była wraz z zespołem, do pracy nad kolejną Roberto zabrał się sam. Chcąc uchwycić na niej intymny klimat, zamienił brooklyński chaos na okolice Connecticut i leśną chatkę. Noce spędzał na werandzie, gdzie opatulony w ciepły koc popijał gorącą herbatę i wsłuchiwał się w pohukiwanie sów. To tylko moja wyobraźnia ale nie wykluczone, że tak było – hiszpański tytuł albumu nawiązuje właśnie do śpiewu tych ptaków. Jednak mi, bardziej niż z lasem, „Canta Lechuza” kojarzy się ze spędzoną na plażowych wydmach leniwą niedzielą. Hiszpański wokal Roberto, który momentami brzmi jak szept, hipnotyzuje już od samego początku. W kawałku „Globitos” wynurza się spod delikatnej fali dźwięków i niesie hen hen poza horyzont morza świadomości. Tak właśnie dryfuję sobie przez całe 39 minut trwania albumu. Gdy go zapętlę, mogę dryfować dłużej – wcale nie chce mi się wracać na brzeg. W błogi klimat, oprócz zmysłowego głosu Roberto, wprowadzają także delikatne, zupełnie nienachalne elektroniczne dźwięki. Mimo tego, że są dość jednostajne – nie nudzą. Spośród wszystkich jedenastu piosenek najbardziej energetyczną jest promująca album „Regresa”. Wesołą i zadziorną jest natomiast „Lechuguilla”. Poziom rozleniwienia wzrasta wraz z kolejnymi kawałkami tak, by przy końcowym „Alcanzar” osiągnąć maksimum.

Helado Negro zrealizował swoje założenie – udało mu się wciągnąć mnie, słuchacza, w intymną relację ze sobą i jego muzyką. Może być z siebie dumny. „Canta Lechuza” jest dokładnie tym, czego potrzebuję na czas letnich wakacji – niezobowiązująca, lekką, hiszpańsko brzmiącą przygodą. Ciekawe, czy Wy też dacie się jej uwieść.

asthmatickitty.com/helado-negro
heladonegro.virb.com
heladonegro.bandcamp.com

Asthmatic Kitty, 2011

John Tejada – Parabolas


Obecny na elektronicznej scenie od ponad piętnastu lat John Tejada wyrobił sobie opinię jednego z najbardziej utalentowanych twórców inteligentnego techno i house`u. Potwierdziły ją zarówno jego przebojowe single, jak i intrygujące albumy, których ma na swym koncie aż osiem. Płyty amerykańskiego producenta wydawała przede wszystkim jego własna wytwórnia Palette, ale również tak zasłużone tłocznie, jak Plug Research, Phthalo, Immigrant czy nieistniejące już A13 i deFocus. Teraz dołącza do nich koloński Kompakt, publikując najnowszy album Tejady – „Parabolas”.

Tym razem działający w Los Angeles producent powraca do swych najwcześniejszych dokonań rodem z płyty „Little Green Lights And Four Inch Faders”. Jej wydawcą była trzynaście lat temu niezwykle ceniona w tamtym czasie firma A13 z angielskiego Essex, która specjalizowała się w publikowaniu inteligentno techno wyrastającego w prostej linii z dokonań Aphex Twina, B12 czy The Black Doga.

Sztandarowym albumem w jej katalogu była jedyna płyta projektu Repeats – tworzonego przez Marka Brooma i całą załogę tej ostatniej formacji. Tejada ze swoim „Little Green Lights And Four Inch Faders” przerzucił most łączący amerykańskie techno o detroitowym rodowodzie z brytyjskim IDM-em o bardziej ilustracyjnym charakterze. I teraz powraca do tej formuły, nadając jej jeszcze bardziej finezyjny charakter.

Rytmika nagrań zamieszczonych na „Parabolas” jest na wskroś taneczna. Początkowo amerykański producent sięga po lekkie i zmysłowe bity w stylu minimalowego techno („Farther And Fainter”), by potem skierować się w stronę klasycznego tech-house`u z Kolonii („A Flexible Plan”) i zakończyć na tradycyjnym techno w stylu lat 90. („Unstable Condition”).

To jednak nie wszystko. Wyrastając z kultury hip-hopowej Tejada nie zapomina na połamanych rytmach. Serwuje więc różne odmiany mechanicznego electro (zwiewne „Subdivided” i masywne „The Mess And The Magic”), jak również oldskulowy breakbeat o rapowej proweniencji („Timeless Space”).

Jest tu również miejsce na pozbawiony klubowej rytmiki niezobowiązujący ambient – w fortepianowym „The Dream” i syntetycznym „The Honest Man”.

Wszystko to łączy się w kompozycjach Tejady z soczystymi brzmieniami wywiedzionymi z klasyki IDM. Stąd trafiamy w poszczególnych nagraniach na subtelne pasaże dyskretnie kumkających syntezatorów („Mechanized World”), które mijają się z delikatnie pobrzękującymi akordami bajkowych klawiszy („Timeless Space”) i metalicznymi odgłosami kanalizacyjnych efektów („The Mess And The Magic”).

Czasem melodyka danego utworu przywołuje wspomnienie klasycznych soundtracków z filmów sci-fi („A Flexible Plan”), a kiedy indziej – historyczne już dokonania duetu Orbital („Unstable Condition”). Nawet kiedy rozbrzmiewają dubowe akordy, ze względu na kontekst w jakim zostały umieszczone, przypominają one raczej charakterystyczne dokonania Basic Channel z lat 90. niż podobne brzmienia DeepChord z późniejszej dekady.

Wyjątkowo urokliwa ta wycieczka Johna Tejady w pionierskie czasy nowej elektroniki. Piękne melodie, ujmujący klimat i wyrafinowane aranże. Wszystko to sprawia, że „Parabolas” można uznać za jeden z najlepszych albumów w obszernej dyskografii amerykańskiego producenta.

www.kompakt-net.de

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/johntejadasounds
Kompakt 2011

Darmowa muzyka od DJ Vadima

Z okazji występu podczas tegorocznej odsłony festiwalu Glastonbury w ubiegłą sobotę, DJ Vadim przygotował dla swoich fanów nie lada gratkę – zbiór nagrań, które udostępnił bezpłatnie. Ta chodząca instytucja brytyjskiej sceny hip hop i trip hop, przygotowała zbiór kompozycji pochodzące z jej czterech albumów. I tak w tej darmowej paczce można znaleźć kompozycje z “Heads Aint Ready” oraz “USSR Life from the other side” – longplayów nagranych przez Peare’a dla wytwórni Ninja Tune (której z czasem stał się filarem). To w tych wydawnictwach ujawnił on twarz producenta stawiającego na mroczny, instrumentalny hip hop.




Jednakże DJ Vadim to także historia One Self – soul-hiphopowego zespołu, który stworzył razem z Yarah Bravo i Blu Rum 13. Z ich jedynego (wydanego w 2005 roku nakładem Ninja Tune) albumu “Children of Possibility” pochodzą dwa nagrania (“Fear The Labour” i “Hollow Human Beings”), które znalazły się w tym darmowym zestawie.




Zamykają go dwie kompozycje The Electric – najnowszego zespołu DJ Vadima oscylującego wokół brzmień nu soul i funk. Na dwa utwory z ich debiutanckiego albumu “Life is Moving” (“Let’s Celebrate” i dubstepowa przeróbka “Toot Toot”) można również natrafić w tym darmowym zestawie.



Ten darmowy zestaw można ściągnąć tutaj.

Samego DJ Vadima będzie można usłyszeć w tym roku na żywo w Polsce. W lipcu wraz z zespołem The Electric będzie gościem 4. edycji festiwalu “Boogie Brain” w Szczecinie.



Trickski – Unreality


Działająca w Berlinie wytwórnia Suol zadebiutowała na rynku albumów w minionym roku pierwszą płytą Fritza Kalkbrennera. „Here Today Gone Tomorrow” nie dość, że stała się komercyjnym bestsellerem, to została również nominowana do nagrody niemieckiego przemysłu muzycznego „Echo” w kategorii „Critics Choice”. Nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec kolejnych wydawnictw Suol gwałtownie podskoczyły do góry. I wszystko wskazuje na to, że jej szefom uda się podtrzymać wysoki poziom. Tym razem prezentują oni również wyjątkowo udany album – „Unreality” berlińskiego duetu Trickski.

Yannick Labbé i Daniel Becker działają już ponad sześć lat na niemieckiej scenie elektronicznej. Dorobili się w tym czasie kilku wielce obiecujących dwunastocalówek, które opublikowały tak renomowane tłocznie, jak Compost, Sonar Kollektiv czy Defected. Już ich nazwy wskazują, że berlińskich producentów interesował do tej pory korzenny house z silnymi elementami nu-jazzu. Debiutancki album duetu zaskakuje jednak zupełnym nowym brzmieniem – lokującym „Unreality” w kategorii sensacji roku.

Na czym polega nowatorstwo premierowych nagrań projektu? Niemieccy producenci radykalnie zwalniają tempo swych utworów – już otwierające krążek „Slowstens” i „Beginning” idealnie definiują ich pomysł na taneczną elektronikę. Masywne i ciężkie bity o spowolnionym metrum niosą tu lekko przesterowane partie fortepianu i rwane akordy klawiszy, którym „brudny” ton nadają szorstkie sample murzyńskich wokaliz i jazzowych dęciaków.

W dalszej części płyty znajdujemy podobne produkcje. Monumentalny „Love Song” wspiera się na sprężystych uderzeniach łupanego bitu, zanurzając się w onirycznych falach wibrujących syntezatorów, zza których dobiega melancholijny wokal. Całość kończy tytułowy „Unreal” – powoli kroczący w rytmie techno dźwiękowy kolos, w którym dalekim echem pobrzękują monotonnie kumkające syntezatory wpisane w przestrzenne tło uplecione z metalicznych pogłosów.

Są na płycie momenty, kiedy berlińscy producenci wpisują tę spowolnioną rytmikę w bardziej wyraziste konstrukcje gatunkowe. „Wilderness” i „Point O” to bez wątpienia masywny deep house – ale skręcony z surowych i szorstkich dźwięków, dalekich od modnego obecnie w tym stylu rozmarzonego tonu. Nic dziwnego, że blisko tym kompozycjom do chicagowskiego house`u, który otrzymujemy z kolei w „Can`t Get Through” i „Love`s A Beat”. Tutaj dominują garażowe brzmienia podszyte perkusyjnymi efektami – uzupełnione jednak wyrazistym śpiewem francuskiego wokalisty Irfane Khan-Acito z Paryża.

Nie brak tu również dubowych wycieczek, czego świadectwem „Good Time To Pray” i „Without You”. Choć niemieccy producenci sięgają po jamajskie efekty i rytmy, nie definiują one jednoznacznie obu kompozycji. W pierwszej pojawiają się bowiem również wiolonczelowe sample z klasyki, a w drugiej – zgrabnie wtopione w tło pasaże trance`owych klawiszy. Zresztą oba nagrania będą na pewno największymi przebojami z albumu – w pierwszym zaśpiewał bowiem szwedzki wokalista Ernesto, a w drugim – sam Fritz Kalkbrenner.

Jak przyjmie się spowolniona wersja brudnego house`u na parkietach? Trudno powiedzieć. Trzeba bowiem przyznać, że muzyka projektu trąci momentami nadmierną monotonią. Faktem jednak jest, że niemieccy producenci wypracowali na swym debiucie bardzo oryginalną wersję klubowej rytmiki. I trzeba ich za to docenić.

www.suol.hk

www.trickski.org

www.myspace.com/trickski
Suol 2011

Loscil – Coast/ Range/ Arc


Scott Morgan vel Loscil nie zwalnia tempa. Po zeszłorocznej, znakomicie przyjętej płycie „Endless Falls”, kanadyjski artysta powraca z nowym materiałem – tym razem w barwach wytwórni Glacial Movement Records.

Pochodzący z Vancouver producent jest dobrze znany miłośnikom ambientu – zabłysnął przed laty takimi albumami jak „Submers”, czy „First Narrows”, dzięki którym zdobył spore uznanie i doczekał się porównań do klasyków z Biosphere na czele. Porównań nobilitujących i zarazem krzywdzących, atoli Morgan nie raz udowadniał, że jest twórcą oryginalnym. Najnowszy longplay niestety tego nie potwierdza.




„Coast/ Range/ Arc” to kolejny album konceptualny w karierze Loscil. Po serii płyt poruszających tematy subatomowego poziomu rzeczywistości („Triple Point”), morskich głębin („Submers”), powierzchni („First Narrows”) i przestworzy („Plume”), przyszedł czas na chłód bezkresnych arktycznych krajobrazów. Rzut oka na okładkę i już wiadomo, że będzie zimno, mrocznie i samotnie. Być może dlatego zawartość dźwiękowa niczym nie zaskakuje. Na to można jeszcze przymknąć oko; niestety, Loscil zaczął nie tylko nudzić, ale i zatracać swój styl – album przypomina bowiem wariację na temat sławetnej „Substraty” (do której od 1997 roku nawiązywano już setki tysięcy razy) i „Nuuk” Thomasa Konera (która dużo lepiej poradziła sobie z obranym przez Morgana konceptem). Skonstruowane na pojedynczych, rozciągniętych w czasie dronach, utwory wyłaniają się z niebytu i trwają w bezruchu. Z rzadka ewoluują, prawie nigdy nie angażują. Minimalistyczne podejście można oczywiście rozumieć na poziomie intelektualnym, ale emocji ta muzyka nie wzbudza niemal żadnych.

Obojętność podszyta uczuciem wszechogarniającej nudy jest największym wrogiem muzyki, z którym Loscil tym razem przegrał. „Coast/ Range/ Arc” to ambient niezobowiązujący i nieabsorbujący, w gruncie rzeczy – muzyka tła, która mocno ociera się o banał. Dlaczego ten kreatywny artysta skorzystał z najbardziej oczywistych szablonów, pozostanie tajemnicą.
Glacial Movement Records, 2011

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 10: Dr. Strangeloop

W nadchodzącym wydaniu „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – godzinny set didżejski amerykańskiego artysty audiowizualnego.
Pod nawiązującym do kapitalnego filmu Kubricka pseudonimem Dr. Strangeloop (także Strangeloop), kryje się David Wexler – amerykański twórca filmowy i kompozytor. Sławę zyskał jako doskonały VJ towarzyszący takim artystom jak Flying Lotus, Kode9, The Gaslamp Killer i Samiyam. Strangeloop jest zresztą członkiem i nadwornym autorem wizualizacji kolektywu/labelu Brainfeeder, ale na równie dużą – jeśli nie większą – uwagę zasługują jego dokonania muzyczne. We wtorkowy wieczór Dr. Strangeloop przejmie stery Fabryki i wypełni jej wnętrza godzinnym miksem z pogranicza ambientu, idm i eksperymentu.

Wtorek (28.06), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.

  • Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)



Powiew świeżości od The Rapture.

W roku 2003 świat usłyszał o nich dzięki jednemu z najbardziej wrzaskliwych i hałaśliwych numerów wszechczasów, czyli osławionym House of Jealous Lovers. Potem cała wrzawa wokół zespołu ucichła, mimo że nie przestali nagrywać, ale tej jesieni, miejmy nadzieję znów będzie o nich głośno. Zanim ukaże się In the Grace of Your Love, trzeci już album The Rapture (premiera we wrześniu), spragnieni nowości fani mogą posłuchać pierwszego singla. Jeśli kiedyś The Rapture grali dance punk to teraz słowo punk najwyraźniej wyparowało pozostawiając tylko zamiłowanie do tanecznych rytmów. How Deep Is Your Love? zaczyna się dosyć ascetycznie, tylko klawisze i delikatny beat, ale jak już się rozkręci to nie ma sobie równych. Pod koniec robi się naprawdę gęsto od różnego rodzaju dźwięków, mamy tu porywający rytm, głeboki bas, wibrujący saksofon a ten zawsze trochę nerwowy, krzykliwy wokal Lukea Jennera dopełnia dzieła.
Piosenka brzmi świeżo i zaspokoja pierwszy głód, ale jednocześnie wzmaga apetyt w oczekiwaniu na nowy krążek, teraz tylko byle do września.

Nowy utwór od Björk

Zapowiedź nowej płyty islandzkiej wokalistki. Piosenka „Crystalline” będzie pierwszym singlem promującym nadchodzący album „Biophilia”. Utwór został udostępniony dzięki portalowi Disco Naivete. Singiel w wersji fizycznej wydany zostanie najprawdopodobniej 30 czerwca.
Siódmy studyjny album artystki z Islandii ukaże się w formie tradycyjnej płyty CD oraz jako zbiór dziesięciu aplikacji na iPada. Premiera wszystkich utworów z „Biophili” nastąpi podczas Manchester International Festival, gdzie Björk da serię siedmiu koncertów związanych koncepcyjnie z nowym projektem.

Jak brzmi nowa Björk? Sami posłuchajcie:

Zobacz trailer Boogie Brain

W przedostatni weekend lipca w Szczecinie królować będą nowe brzmienia. Zobaczcie trailer najciekawszego festiwalu tej części Polski! Czwarta odsłona festiwalu Boogie Brain to edycja klubowa. Jak piszą organizatorzy: „21, 22 i 23 lipca to trzy dni nieustającej imprezy, podczas których zawłaszczamy tylko dla siebie kilka wymiarów miejskiej przestrzeni. Jeśli bierzemy kluby – to te najlepsze. W piątek i sobotę bawimy się w słynących z dobrego gustu City Hall i P1erwszym miejscu oraz niezłomnym w swoim „niepopularnym” stylu Alter Ego. Jeśli plener – to Zamek Książąt Pomorskich, wieczór filmowy w czwartek i wielkie party w piątek na dużym dziedzińcu”.

Wśród gwiazd Boogie Brain zobaczymy i usłyszymy m.in. DJ Vadim & The Electric, Scuba, Breakage & Stamina MC, Buraka Som Sistema, Ghostpoet i Electric Wire Hustle.



DeepChord – Hash-Bar Loops


Rod Modell zaczynał swą muzyczną działalność na początku lat 80., grając w mało znanych formacjach industrialnych. Poznał wtedy prekursora ambientowych preparacji Kima Cascone`a, tworzącego pod szyldem PGR. Ich drogi zeszły się w następnej dekadzie, kiedy to nakładem wytwórni Silent, prowadzonej przez Cascone`a, ukazała się płyta wspólnego projektu Modella z Chrisem Troyem – Waveform Transmission. Rozpoczęła ona nowy rozdział w działalności tego pierwszego – już wkrótce firmował on swym nazwiskiem kolejne albumy, penetrujące niezbadane wówczas obszary izolacjonistycznego ambientu. Kiedy Modell zdał na studia fotograficzne, przeniósł się do Detroit. Los chciał, że zamieszkał w pobliżu „Techno Boulevard”, gdzie działali Derrick May, Juan Atkins i Kevin Saunderson. To z kolei pchnęło go w kierunku eksperymentów z klubową rytmiką. Spotkanie z producentem o podobnych zainteresowaniach, Mike`em Von Schommerem, zaowocowało narodzinami duetu i wytwórni DeepChord. Jej nagrania, wyraźnie zainspirowane dokonaniami Basic Channel, szybko zyskały popularność i wywołały prawdziwą falę mody na dub-techno w minionym dziesięcioleciu. Początkiem kolejnego etapu rozwoju muzyki Modella stało się spotkanie ze Stephenem Hitchellem z Intrusion. Jego owoce – w postaci albumów „The Coldest Season” i „Liumin” firmowanych nazwą Echospace – okazały się jednymi z najwybitniejszych dzieł w historii nowoczesnej elektroniki. Mimo tych sukcesów, Rodell nie zaprzestał kontynuowania swych wcześniejszych poszukiwań dźwiękowych. W efekcie otrzymujemy dzisiaj nowy album firmowany szyldem DeepChord (choć naqrany już bez Von Schommera) – „Hash-Bar Loops”.

Tytuł płyty idealnie oddaje jej zawartość – znajduje się bowiem na niej muzyka tworzona w oparciu o repetycje, a zatem daleka od klimatycznych dokonań Echocord, a znacznie bliższa minimalistycznemu pojmowaniu dubu i techno w rozumieniu Basic Channel.

Początek może być mylący. „Spirits” niesie bowiem tchnienie zaszumionego ambientu, przywołując wspomnienie wczesnych dokonań Modella, choćby tych publikowanych przez Silent. W „Stars” z monotonnie płynącego strumienia studyjnych defektów wyłania się jednak powoli głęboko tętniący w dalekim tle masywny bit. Towarzyszy mu oczywiście feeria skorodowanych akordów wibrujących wokół przeciągle buczącego dronu. Charakterystyczny rytm dub-techno pojawia się dopiero w kolejnych utworach – „Sofitel” i „Merlot”. Modell otacza go kanalizacyjnymi partiami klawiszy, zatapiając całość w jednostajnie pulsującym tle. Jeśli ktoś pamięta winylowe dwunastocalówki DeepChord, zebrane potem na pierwszej płycie kompaktowej duetu, to wie o co chodzi – wszak właśnie to charakterystyczne brzmienie projektu krytyka ochrzciła wówczas terminem „sewer sound”.

Centrum płyty to prawdziwe wyzwanie dla słuchacza. Modell schodzi bowiem do podziemnego bunkra i emituje stamtąd nadzwyczaj oszczędne dźwięki. Morderczy „Tangier” mógłby swoją hipnotyczną monotonią obdzielić co najmniej tuzin innych produkcji w tym stylu. Amerykański producent nie zna jednak litości. „Electromagnetic” brzmi tak, jakbyśmy przechodzili obok jakiegoś undergroundowego klubu, w którym nawiedzony didżej serwuje zabójcze hard techno – stłumiony podkład rytmiczny wpompowuje w nasze uszy ćwierkające dźwięki przerdzewiałych syntezatorów, zalewając to w finale wysoką falą białego szumu.

Wraz z „Balm” z dna muzyki Modella wyłania się wolno płynący strumień onirycznego ambientu. Te monochromatyczne dźwięki koją skołatany umysł po przejściu minimalowego huraganu. W ten odrealniony nastrój wpisują się również następne kompozycje – „Oude Kerk”, „City Centre” i „Crimson”. Łagodnie falujące tło stanowi tu wsparcie dla dudniących uderzeń bitu i masywnych pochodów sub-basu. Kwintesencją syntezy tych elementów okazuje się najciekawsze nagarnie w tym segmencie – „Black Cavenish”. Modell znów umieszcza automat perkusyjny za grubymi murami podziemnego bunkra i zamienia jego miarowe uderzenia w stłumiony galop w stylu tresorowego techno. Towarzyszą temu industrialne ozdobniki – buchające chmury toksycznych gazów czy metaliczne stuki i zgrzyty. Podobnie, jak w poprzednich przypadkach, rozmarzone tło utrzymuje jednak utwór w stonowanym nastroju.

Na zakończenie tej wycieczki przez podejrzane kafejki Amsterdamu, Rodell serwuje majestatyczny ambient – „Neon And Rain”. Jego centrum stanowi mroczny dron upleciony z odgłosów kościelnych dzwonów. Wpisany w kontekst dubowych akordów, z jednej strony niepokoi, a z drugiej – niesie jakieś nieziemskie ukojenie.

„Hash-Bar Loops” daleko do onirycznego piękna „The Coldest Season” czy „Liumin”. Bo to nie dzieło Echocord, tylko DeepSpace. Jego autor kontynuuje na nim wcześniej rozpoczęte wątki swej twórczości, nadając im jednak charakter nie zawsze przyjemnego tripu o psychodelicznej proweniencji. Mimo wielu trudnych momentów „Hash-Bar Loops” ma swój niebezpieczny urok – i to on sprawia, że będzie się do tej płyty wracać jeszcze nie raz.

www.somarecords.com

www.myspace.com/somarecords

Soma Quality Recordings 2011

Digitalism – I Love You, Dude


Wrócili. Długo kazali na siebie czekać. Apetyt rósł w miarę oczekiwania. Digitalism, to zespół, który dla wielu od zawsze był godnym następcą mistrzów z Daft Punk. Teraz wydali album. Czy nie zawiedli oczekiwań starych wyjadaczy? I czy zaskarbili sobie sympatię nowej generacji? Można by rzec – odwrócili się od pierwszych, przytulili drugich.

„I Love You, Dude” to album trwający zaledwie niecałe 40 minut, w całości wypełniony przebojowym french housem, miękkim niczym skórzana sofa w Le Knight Club. Hola, hola! Czy na pewno mowa o nowym, tak wyczekiwanym dziecku niemieckiego duetu? A gdzie podział się ten agresywny, niemal punkowy styl znany z debiutanckiego „Idealism”? Brudne, charczące syntezatory wymienione zostały na nowe zabawki. Lśnią teraz w wakacyjnym słońcu, wypuszczając w powietrze wypolerowane pop-dźwięki. Jest spokojnie, by nie powiedzieć sielsko. Tak, oto najnowszy krążek Digitalism. Chłopakom stępił się pazur, choć nie można powiedzieć, że jest biednie. Ba, jak na projekt zmagający się z syndromem drugiej płyty, jest zadziwiająco dobrze.

Pierwsze myśli przychodzące mi do głowy po sprawdzeniu najnowszego materiału Isi i Jencea? Dziś Digitalsi grają na stałych, sprawdzonych patentach, jednak w sposób na tyle błyskotliwy, że połkniesz haczyk, nim zdążysz się na nich wkurzyć. Bo „Stratosphere” i reszta numerów z „ILYD” to twarde weto w sprawie dubstepowego monopolu szalejącego na Wyspach. Otwierający kawałek nie ma w sobie wobbli i dymu, wręcz przeciwnie, „Stratosphere” wodzi na pokuszenie gęsto plecionym, niemalże gitarowym leadem, pulsującym wzdłuż miarowo wybijanej stopy, przywołując tym samym nostalgiczne wspomnienie o dwóch czarodziejach w kolorowych kaskach.

Chwilę później mamy już do czynienia z rasowym electropopem, który zaspokoi nawet najbardziej wymagające gusta wielbicieli indie – singlowy „2 Hearts” ma go aż w nadmiarze, przez co, choć początkowo mocno wciąga, to długotrwałe słuchanie może nas w pędzić w stan ciężkiego przesłodzenia. Lepiej więc od razu przesiąść się do tanecznego „Circles” i zostawić opcję zapętlania na inne numery, których na „I Love You, Dude” jest parę. Wspomniany kawałek skręca w stronę nowoczesnego electroclashu, opartego na wijących się po parkiecie przesterowanych riffach.


I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie irytujący Jence, z uporem maniaka powtarzający „again and again”, marudnym, zupełnie nieprzekonującym głosem. Jego śpiew stracił dawny blask, od spartolenia nim całkiem nośnej piosenki był jeden krok, może więc warto odpuścić i zapraszać do śpiewania gości. Dobrym tego potwierdzeniem jest utwór „Forrest Gump” z gościnnym udziałem Juliana Casablancas z The Strokes. Facet doskonale się sprawdził, a gospodarze dodali od siebie gitarowe smaczki, kręcące się wokoło sympatyczniej linii basowej – rewelacyjny efekt.

Gdyby Daft Punk mieli nagrać numer z szaleńcami z The Bloody Beetroots, z pewnością byłby to „Blitz”, będący drugim singlem z świeżutkiego krążka Digitalism. Całkiem słusznie, bowiem numer uzależnia od pierwszej chwili i jest absolutnie najlepszym z całej tracklisty. Skrzące się kolorami arpeggia, szatkowany na drobne kawałeczki beat i nie potrzeba już niczego więcej, banger jak się patrzy. Czasem najprostsze najprostsze rozwiązania są najlepsze. W kontekście całej płyty „Reeperbahn”, to numer zagrany trochę na przekór. Surowy, bardzo oszczędny w środkach, w konwencji wulgarnego screamo. Jednym słowem, całkiem kaloryczna ciekawostka.

W „Antibiotics” jest już zgoła inaczej. To ukłon w stronę niepokojących dźwięków, właściwych dla The Chemical Brothers. To track z potencjałem, jednak skutecznie zduszonym w zarodku – muzyka nie rozwija się w żadnym kierunku, kręcąc się w kółko bez celu. Inaczej ma się sprawa z chilloutowym „Just Gazin”. To idealny przykład na to jak pięknie, dosłownie i w przenośni, zmajstrować plagiat, który wchodzi do głowy z taką siłą, że potrafiłbyś sobie wmówić, że mogłoby już być tak do końca. Air, Air i Air raz jeszcze – Dunckel i Godin mogą być z nich dumni.

Nieśmiałe przebłyski lat osiemdziesiątych widać w dusznym i ospałym „Miami Showdown”, jednak dopiero finalny „Encore” potrafi przykuć uwagę na dłużej. To takie małe deja vu, mieści się tu wszystko za co tak kochaliśmy „Idealism”. Majestatyczne chóry, ciepły bas, danceowy beat i elektronika najwyższego sortu. Bez udziwnień, bez kompromisów, bez błędów… przez całe 4 minuty i 14 sekund. Czas zejść na ziemię.

Z „I Love You, Dude” wiąże się pewna smutna refleksja. Niektórzy w pogoni za niewybrednym uchem, z wielkich, stają się ledwie jednymi z wielu. I choć najczęściej wciąż wstydu nie ma, to mniej już serca w tym, a i wracać nie ma specjalnie do czego. Dzisiejszy Daft Punk, The Prodigy, Basement Jaxx, Moby – daleko nie szukać, to przecież bardzo głośne nazwy. Nowy Digitalism to również solidne, elektroniczne rzemiosło. Jeżeli jesteś nieopierzonym żółtodziobem, da Ci wiele satysfakcji, jeśli jednak tęsknisz za starymi longplayami, przecierającymi szlaki, odpuść sobie ten krążek i wyciągnij je z szuflady.
Kitsuné, 2011

Marian – Only Our Hearts To Lose


Już od zarania nowej elektroniki pojawiały się mniej lub bardziej śmiałe próby łączenia mechanicznej rytmiki z ludzkim głosem. Szczególnie mało podatna na te eksperymenty wydawała się muzyka techno. Właściwie dopiero dekadę temu pojawiły się udane przykłady takiej syntezy – głównie w kręgu wykonawców współpracujących z kolońskim Kompaktem. Wątek ten kontynuowany jest jednak do dziś – a przykładem tego debiutancki album duetu Marian.

Pod tym bliskim nam szyldem ukrywa się dwóch niemieckich artystów – producent Marek Hemmann i wokalista Fabian Reichelt. Pierwszy z nich dał się poznać jako twórca eleganckiej muzyki klubowej o melodyjnym brzmieniu, której kwintesencją był wydany w 2009 roku album „In-Between”. Drugi – to jeden z tych wokalistów, którzy szybko przylgnęli do muzyki tanecznej, współpracując z różnymi didżejami w ramach klubowych występów. Pierwszym efektem kooperacji Hemmanna i Reichelta była wydana w ubiegłym roku EP-ka „Left/Right”. Ponieważ spotkała się ona z ciepłym przyjęciem na elektronicznej scenie, artyści poszli za ciosem i przygotowali materiał na pełnometrażowy album – „Only Our Hearts To Lose”.

Hemmann spisał się ze swych obowiązków na medal – przygotował zestaw świetnych podkładów rytmicznych, które z powodzeniem mogłyby funkcjonować bez wokalnych nakładek. Zaczynając od lekkiego breakbeatu („For You”), skoncentrował się na energetycznym tech-house`ie („Letter”, „Passengers”), nie rezygnując jednak z drobnych wycieczek stylistycznych w stronę minimalu („Forever”), techno („Picture”) czy nawet klasycznego trance`u („Clouds”).

I wszystko tu chodzi jak we szwajcarskim zegarku – sprężyste bity niosą głębokie pochody basu, na które nakładają się ciepłe pasaże klawiszy i napędzając całość loopy, tworząc porywającą do tańca, ale i przyjemną do słuchania całość. W roli ozdobników Hemmann wykorzystuje sprawdzone, ale nadal bezbłędnie działające patenty – choćby przestrzenne partie fortepianu („Passengers”), hipnotycznie wystukujące dodatkowy rytm perkusjonalia („Left”) czy subtelnie tkane pasaże gitary („Someone”).

Jest też tutaj miejsce na odrobinę finezji – czego przykładem beatlesowskich motyw puszczonego od tyłu dźwięku w „Letter” czy nowofalowy bas i noworomantyczne syntezatory w „You & Me”.

Mając tak zgrabne kompozycje, Reichelt poradził sobie ze swoim zadaniem bez trudu. Jego wokal dodaje im przede wszystkim melodii, zamieniając klubowe utwory w piosenki pop. Barwa głosu niemieckiego wokalisty przypomina nieco barwę głosu Erlenda Øye z Kings Of Convenience.

Reichelt śpiewa bowiem w nienachlany, wyciszony sposób, momentami niemal zbliżając się do intymnego szeptu („Clouds”), choć zdarza mu się też uderzyć w bardziej zmysłowy falset („You & Me”) czy wtopić się ze swym śpiewem w przestrzenny charakter nagrania („Nothing”). Taki ton wokalu sprawia, że energetyczne nagrania wytracają swój jednoznacznie hedonistyczny charakter i nabierają piosenkowej melancholii. W efekcie powstaje nowa jakość – elektroniczny pop zanurzony w przyjemnej nostalgii.

„Only Our Hearts To Lose” to bardzo udany album: z jednej strony oswajający techno z melodią i klimatem, a z drugiej – nadający formule piosenki futurystyczny sznyt. W zeszłym roku wielkim przebojem była utrzymana w podobnej tonacji płyta Fritza Kalbrennera. Czy w tym sezonie sukces ten powtórzy Marian?

www.freude-am-tanzen.com

www.myspace.com/freudeamtanzen

www.myspace.com/marekhemmann

www.myspace.com/stromeralone
Freude-Am-Tanzen 2011

Poznaj Squarepushera

Krótki dokument z Tomem Jenkinsonem w roli głównej. Obejrzyj wyprodukowany przez The Creators Project dziesięciominutowy mini-dokument o Squarepusherze. Filmik przedstawia wywiad z artystą, urywki teledysków, koncertów, a także sprzęt, którego Brytyjczyk używa w studio.

Dr. Strangeloop

Czyli jak przestałem się martwić i pokochałem technologiczną osobliwość. Pod nawiązującym do kapitalnego filmu Kubricka pseudonimem Dr. Strangeloop (także Strangeloop), kryje się David Wexler – amerykański twórca filmowy i kompozytor. Sławę zyskał jako doskonały VJ towarzyszący takim artystom jak Flying Lotus (stary znajomy z czasów studiów na Akademii Sztuki w San Fransisco), Kode9, The Gaslamp Killer i Samiyam. Strangeloop jest zresztą członkiem i nadwornym autorem wizualizacji kolektywu/labelu Brainfeeder, ale na równie dużą – jeśli nie większą – uwagę zasługują jego dokonania muzyczne. W przypadku Wexlera trudno zresztą o rozgraniczenie pomiędzy tymi dwoma mediami, obraz i dźwięk stanowią bowiem dwa równoważne składniki tej niepowtarzalnej twórczości.

Strangeloop oficjalnie zadebiutował przed dwoma laty, ale cóż to był za debiut! Wydany tylko w wersji cyfrowej utwór „Are We Lost Mammals Of An Approaching Transcendental Epoch?” trwa ponad 17 minut i jest świetnym przykładem ekwilibrystyki Amerykanina. Kompozycja wciąga od pierwszych do ostatnich sekund, nie pozwalając nawet na chwilę wytchnienia: nerwowy tętent przeplata się z zapętlonymi dźwiękami fortepianu, gdzieś w tle rozbrzmiewa niepokojąca wokaliza, nagle pojawia się ustawiona w poprzek ośmiobitowa melodia, przesterowana do granic słyszalności. I kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w dość przewidywalnym kierunku, następuje nagły zwrot akcji w postaci monumentalnej suity z pogranicza rocka i elektroniki, coś w rodzaju wspólnej sesji nagraniowej Fuck Buttons i Clarka z okresu płyty „Totems Flare”. Miriady sampli sprawiłyby zapewne, że Józef II Habsburg zarzuciłby Strangeloopowi, to samo co Mozartowi w słynnym filmie Formana: „za dużo nut”, ale i w tym wypadku nie miałby racji. „Are We Lost Mammals Of An Approaching Transcendental Epoch?” to rzecz wielka, nawet jeśli chwilami bliska przerostu formy nad treścią.


Równie niesamowity jest tegoroczny „Breaking Open The Head” – kolejny muzyczny kolos, tym razem 13-minutowy. Zaczyna się jak plemienny rave a la Future Sound Of London, by po chwili przemienić się w połamanego parkieciarza upstrzonego dęciakami rodem ze spaghetti westernów. Na tym oczywiście nie koniec, ale najlepiej przekonać się o tym samemu, słuchając tej breakcore’owej mini-symfonii.

Centralnym wydawnictwem w dyskografii Strangeloop pozostaje „2010 [or] How I Learned To Stop Worrying And Love The Technological Singularity” – perfekcyjny miks obrazu i muzyki. Album został wydany w formie trzech DVD ograniczonych do 300 numerowanych egzemplarzy z autografem autora. Są tu grafiki, tapety i zdjęcia, ale najważniejszy jest 20-minutowy film i towarzyszący mu soundtrack.

Cyberpunkowa fabuła została przyobleczona w futurystycznie brzmiącą ścieżkę dźwiękową, na którą składa się wychodzący poza wszelkie gatunkowe ramy porywający zestaw. Breakcore, idm, hip-hop, glitch, ambient, sample z kultowego filmu „Zardoz” (Sean Connery z warkoczem i w czerwonych szelkach, to trzeba zobaczyć: trailer) – wszystko podane logicznym ciągiem i w zrównoważonych proporcjach. To zapewne siła sugestii i skojarzeń, ale przed oczami staje krajobraz metropolii z lasem atomowych grzybów na horyzoncie, zasianych przez zbuntowaną sztuczną inteligencję. Post-apokaliptyczna atmosfera „2010…” powinna zadowolić wszystkich miłośników kina/literatury/gier z obszernej szufladki s-f.

Polecamy śledzić dokonania Dr. Strangeloop, bo wygląda na to, że narodził się przyszły król.



Dantom Records

Dantom Records is a new label founded by two polish manufacturers of club music.
Roman Korbut (Danny Legatto) and Thomas Elzanowski (Tomio)
Founding the label aims to promote young producers of very well known to everybody, club music.
From the style of trance music, to all variety of music house.Label wants to reveal to the daylight all the young and talented artists who have so far created their music in their own homes. For our producers we may offer professional promotions of their own work on the internet online radio and also on the websites. In the near future we planned to promote our artists also on beatport. We also offer any assistance in matters of music production, which means mastering, vocal processing, and the appropriate tag the song. Strona: http://www.wix.com/asault1/dantom-records

OSA: Alva Noto, Jelinek i inni w Sopocie

Zaproszenie na kolejny letni minifestiwal. W pierwsze dni lipca warto wpaść do Sopotu: Alva Noto, Jan Jelinek, Trupwzsypie, Patryk Zakrocki i inni zagrają za darmo w nadmorskiej przestrzeni miejskiej
Czytaj dalej »

Posłuchaj SBTRKT przed premierą

Enigmatyczny remikser kompozycji Nicole Willis (żony Jimi’ego Tenora), Basement Jaxx czy M.I.A. uraczył swoich fanów nie lada gratką. Tydzień przed oficjalną premierą debiutanckiego albumu tego producenta z Londynu, można zapoznać się z całą jego zawartością.
Czytaj dalej »