SCSI-9 – Squares & Circles
Paweł Gzyl:

Pierwszy nowy album projektu od siedmiu lat.

Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…



Implodes – Black Earth

Anonimowy chicagowski zespół podpisuje kontrakt płytowy z miejscową wytwórnią. Fakt ten mógłby zostać przemilczany, gdyby wytwórnią tą nie było Kranky Records odpowiadające za popularyzację takich artystów, jak Goodspeed You! Black Emperror, Tim Hecker, Stars Of The Lid, czy też Atlas Sound. Warto więc przyjrzeć się temu benjaminkowi, gdyż istnieje niemałe prawdopodobieństwo, iż to właśnie Implodes będą w przyszłości flagowym zespołem reprezentującym ten słynny label.

Pierwsze wrażenie po kontakcie z ‘Black Earth’ było piorunujące. Wracając późnym wieczorem do domu przez oczekujące nadejścia burzy miasto muzyka Implodes zdawała się ingerować w rzeczywistość tak bardzo, iż ruch przydrożnej roślinności nie wydawał się być powodowany tylko wiatrem, a reklamówka dostrzeżona kątem oka w ciemnościach nie do końca wydawała się być zwykłą celofanową meduzą. Wszystko poruszało się i żyło w sposób nienaturalny, odrealniony. A to naprawdę wiele, kiedy muzyka przekracza próg świadomości wpływając na nasze emocje oraz sposób postrzegania przez nas otoczenia.

Otwierający album ‘Open The Door’ nadaje kierunek całej produkcji – lejący się ze wzmacniaczy gitarowych brudny przester, śpiew ginący w głębokim eterze i rytm nabijany miarowo na kotłach. To także cenna wskazówka – zawartość tej płyty nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Dosłownie. Jej mistyczna aura jest tak ulotna, iż prawo bytu ma jedynie w ciszy dominującej nocą. Wtedy właśnie można w pełni docenić jej walory, skacząc w tę dźwiękową otchłań.

Ciężarem gitarowego brzmienia Implodes śmiało dorównuje dokonaniom grupy Black Sabbath. Mimo tego wszystko na tej płycie zdaje się, wbrew tak przytłaczającej masie, unosić. Z chmury szumu na zmianę wyłania się wsparty ołowianymi riffami głos wokalisty stopiony z własnym echem oraz instrumentalne kompozycje o rodowodzie sięgającym twórczości Tima Heckera i Sunn O))). Te ostatnie miały zapewne pełnić rolę przerywników między utworami wokalnymi. Tymczasem to właśnie one stanowią o rzeczywistej sile ‘Black Earth’ – dźwigając ogromny ładunek niewytłumaczalnej dramaturgii nadają produkcji depresyjnego kolorytu, tak przecież pożądanego przez tę chicagowską grupę.

Implodes czarują także gitarą akustyczną – proste partie przewijające się przez ‘Oxblood’ oraz ‘Experiental Report’, wraz z cichym nuceniem przebijającym się przez tło generowane mocą syntezatorów, odciążają na moment sąsiednie kompozycje nie pomniejszając nieustannie pielęgnowanego poczucia uczestnictwa w bankiecie u Alistaira Crowleya.

Zastanawia okładka albumu. Postać zastygła w bezruchu z uniesionym wysoko nożem wywołuje mimowolny uśmieszek na mojej twarzy. Toż to poza ograna do bólu, sięgająca swymi popkulturowymi korzeniami do hitchcockowskiego mordu pod prysznicem w ‘Psycho’. Czyżby protekcjonalny nawias mający uchronić ‘Black Earth’ przed nadmierną krytyką? A może Implodes chcą udowodnić, iż nawet tak kiczowate zdjęcie pod wpływem ich muzyki może budzić niepokój i ciekawość? Bo w kogo tak naprawdę wycelowany jest ten nóż?

‘Black Earth’ prezentuje zespół u progu kariery, który na debiutanckim albumie poprzestać nie powinien. Witch-house przeżywa już swoje pięć minut. Witch-rock natomiast, będący obecnie w fazie embrionalnej, pod przewodnictwem Implodes może zapewnić sobie żywot znacznie dłuższy.

Kranky Records | 20.04.2011

4/5

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. danny moore

    Doprawdy świetny jest ten album. Z pewnością na dark ambientowej półce godnie zajmie miejsce między The Soft Moon a Suuns. Gratuluję recenzji.

Kto linkował?

  1. 2011: Popisali się | Ziemia Niczyja | Mariusz Herma