Waajeed – From The Dirt
Paweł Gzyl:

Cała tradycja „czarnej” muzyki w formie klubowych killerów.

Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.



Archive for Listopad, 2018

Africa Hitech – 93 Million Miles


Oczywiście o podobieństwach nie może być mowy, ale pewnym jest, że „93 Million Miles” to pierwszy od czasu debiutu Stevena Ellisona w barwach Warp Records w pełni satysfakcjonujący mnie album. Tak więc wytwórnia przeżywa renesans czy tylko na chwilę wychyliła nos z przeciętności?

Proszę mi wierzyć, nie jestem ultrasem działań duetu. Przed ich najnowszym albumem szanowałem i rozpoznawałem w ich twórczości naprawdę niewiele. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy dałem Africa Hitech ostatnią szansę, a w zamian otrzymałem 11 całkiem równych utworów.
Czytaj dalej »

Miks do załadowania – Echocord

W tym tygodniu mamy dla naszych Czytelników trzygodzinny set szefa duńskiej wytwórni Echocord do bezpłatnego ściągnięcia. Kenneth Christiansen założył własną wytwórnię płytową na początku minionej dekady. W ciągu tego czasu wyrosła ona na najsilniejszy bastion dub-techno w Europie. Nagrywają dla niej m.in. Mikkel Metal, Fluxion, Luke Hess, Quantec, Resoe, Onmutu Mechanics, Vladislav Delay, Brandon Moeller i Rod Modell.

Podsumowaniem dziesięciu lat działalności wytwórni był wydany wiosną tego roku składankowy album „Jubilee Compilation”. Podobnie można potraktować trzygodzinny miks zaserwowany przez Christiansena podczas jego występu w londyńskim klubie Public Life.

Set można ściągnąć bezpłatnie pod adresem:

www.soundcloud.com/slash-dot-dash/slash-dot-dash-podcast-006

bvdub & Ian Hawgood – The Truth Hurts

Mimo zniszczeń, jakie tsunami spowodowało w japońskim studio Iana Hawgooda, ten niestrudzony promotor muzyki ambient uruchomił właśnie nowy sub-label swej wytwórni Home Normal o wdzięcznej nazwie Nomadic Kids Republic. Pierwszą płytą w katalogu firmy jest wspólne dzieło – jego i Brocka Van Weya – gromadzące nagrania powstałe w latach 1999 – 2011 w różnych lokalizacjach – od Anglii przez Chiny po Japonię.

„The Truth Hurts” nie przynosi więc większych nowinek w charakterystycznym brzmieniu dla płyt firmowanych szyldem bvdub. Dominuje tutaj majestatyczny ambient o minimalistycznym sznycie, który spodoba się tym, którzy polubili twórczość amerykańskiego producenta, a znudzi tych, którzy nie potrafią się do niej przekonać.

Otwierający krążek „Nothing You Want Will Ever Come Truth” mimo swego pesymistycznego tytułu nie tworzy aż tak depresyjnego klimatu, jak mogłoby się wydawać. Z zarejestrowanego w jakimś wielkim mieście monotonnego szumu wypływa strumień drżących syntezatorów o onirycznym brzmieniu. Spokojne tony cyfrowych dźwięków zagłuszają momentami odgłosy życia metropolii. Nad tym wszystkim rozlega się eteryczna wokaliza – podobna do tych, które znamy z wcześniejszych płyt Van Weya, choćby „White Clouds Drifts On And On”. Przypominając charakterystyczny głos Elisabeth Fraser z Cocteau Twins, nadaje nagraniu lekko dream-popowy charakter.

Podobnego śpiewu nie brakuje również w „Beauty Is In The Eye Of The Pretender”. Tym razem jednak zamiast fragmentarycznego loopu, Van Wey i Hawgood wpisują w powracające fale sążnistych klawiszy cały pasaż wokalny.

Mimo, iż kobiecy głos otaczają szumiące kaskady lodowatego dźwięku, to niesiona przezeń szczątkowa melodia przybliża kompozycję do piosenkowego shoegaze`u, łączącego w zaskakujący sposób przejmujący liryzm z beznamiętnym hałasem.

„Lie In Lone” zaczyna się niecodziennie – od akustycznej ballady wymruczanej męskim barytonem. Dopiero w miarę jej trwania z dna utworu wypływają wijące się drony, które zalewają wszystko swymi monochromatycznymi tonami. Piętrzące się fale syntezatorowych brzmień i tu również przynoszą dziewczęcy śpiew – wiodący jednak do typowo ambientowego finału.

„Your Grand Finale (A Theater Of One)” to chyba najbardziej monumentalna kompozycja w dorobku Van Weya. Wspólnie z Hawgoodem modeluje on w niej oszczędnie dozowane pasaże zaszumionych klawiszy w epicki hymn na cześć świadomie wybranej samotności. Płynąc najpierw rwącym, a potem spokojnym strumieniem piętrzące się drony tworzą mistyczny całun elegijnych dźwięków porażających swą emocjonalną intensywnością.

„The Truth Hurts” pokazuje, że pozornie nieatrakcyjna formuła statycznego ambientu wybrana przez Brocka Van Weya i Iana Hawgooda ma potężną siłę – tkwi ona w głębokiej emocjonalności tworzonej przez obu artystów muzyce. A że nie wszyscy potrafią ją wychwycić – to już inna sprawa.

Nomadic Kids Republic 2011

www.nomadickids.com

www.myspace.com/nomadickids

 

Daisuke Tanabe, Teebs, Jeremiah Jae na Tauronie


To kolejni wykonawcy, których zobaczymy pod koniec sierpnia w Katowicach. Organizatorzy informują jednocześnie, że Gold Panda musiał odwołać swój występ podczas festiwalu. Artysta wystosował pismo do polskich fanów. Daisuke Tanabe

[social type=”tweet” float=”right”]Japończyk, który w świadomości słuchaczy zaistniał jako autor gorąco przyjętego w 2010 roku albumu „Before I Forget”. Tworząc muzykę ukierunkowaną przede wszystkim na podbicie klubowych parkietów, pełną potężnych uderzeń basu i hip-hopowych rytmów, zdołał połączyć ją z brzmieniami kojarzącymi się dotychczas z ambientem czy rozwiązaniami stosowanymi przez prekursorów muzyki elektronicznej.

Teebs

Mtendere Mandowy pod nazwą Teebs zadebiutował w zeszłym roku w wytwórni Brainfeeder, publikującej najciekawszych artystów tworzących muzykę z pogranicza instrumentalnego, abstrakcyjnego hip-hopu. Tym, co najmocniej charakteryzuje dźwięki tworzone przez Teebs jest połączenie prawdziwie malarskiej wrażliwości na niuanse z bezkompromisowym podejściem do klasycznych, hip-hopowych rozwiązań.

Jeremiah Jae

W zupełnie innym kierunku podąża natomiast kolejny przedstawiciel wytwórni Brainfeeder, który pojawi się w ostatni weekend sierpnia by zagrać na terenie Nowego Muzeum Śląskiego. Jeremiah Jae, o którym mowa, to jeden z najnowszych nabytków wytwórni prowadzonej i założonej przez cieszącego się olbrzymim uznaniem Flying Lotusa.

Jego muzyka to setki sampli wygrzebanych zarówno z klasyki hip-hopu spod znaku J Dilla czy Madliba, jak i z kompletnie zapomnianych funkowych nagrań sprzed kilkudziesięciu lat, poddanych niezliczonej ilości przeróbek i modyfikacji, zniekształconych do tego stopnia, że powstaje całkiem nowa jakość i brzmienie, którego nie sposób przypisać innemu twórcy.

Gold Panda odwołuje

Organizatorzy poinformowali nas, że na festiwalu nie wystąpi Gold Panda. Artysta napisał:

[box bg=”#faf4d6″ color=”black”]Z przykrością zawiadamiam moich wszystkich, polskich funów, że nie będę mógł wystąpić 26 sierpnia na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka, z bardzo poważnych powodów rodzinnych. Mam nadzieję, że podając to na tyle wcześnie, mogę liczyć na Waszą wyrozumiałość. Najmocniej przepraszam i mam nadzieję, że będziecie się świetnie bawić na doskonałym evencie. Do zobaczenia wkrótce.[/box]

[button size=”big” link=”http://www.festiwalnowamuzyka.pl”
target=”blank”]Strona festiwalu[/button]

Miles – Facets EP


Zasuń zasłony, rozpal czarne świece, narysuj na podłodze pentagram i wrzuć do odtwarzacza najnowszy materiał Milesa Whittakera. Mimo że to tylko solowe wydawnictwo połowy duetu Demdike Stare, to wciąż mamy tu do czynienia z tym samym klimatem dziwnej, nadprzyrodzonej energii, będącej efektem fascynacji śmiercią, rozkładem czy ogólnie rzecz biorąc – ciemniejszą stroną ludzkiej psychiki.
Czytaj dalej »

Steven Wilson w Polsce


Lider grupy Porcupine Tree krakowskim koncertem rozpocznie europejską trasę promującą najnowszą solową płytę – „Grace For Drowning”. Steven Wilson znany jest ze swobody, z jaką porusza się po różnych gatunkach muzyki – od pop-rocka (Blackfield), przez ambient (Bass Communion), aż po rock progresywny (Porcupine Tree), odnosząc pasmo sukcesów artystycznych oraz komercyjnych.

Jego pierwszy album solowy, „Insurgentes”, choć w głównej mierze prezentował mieszankę różnych odcieni rocka eksperymentalnego, to przede wszystkim był odbiciem większości inspiracji oraz fascynacji muzycznych, jakie wpłynęły na jego twórczość.

Premiera Grace For Drowning przewidziana jest na wrzesień.

Koncert odbędzie się 21 października w Hali TS Wisła.

Bilety już wkrótce do kupienia na http://rockserwis.pl/

Lazersonic & Zak Frost – Adventures In Stereo

 

 

 

Tak czasem bywa – ci dwaj brytyjscy producenci mijali się ze sobą na różnych imprezach przez piętnaście lat. Pierwszy specjalizował się w urban music, współpracując z Riz MC czy Busta Rhymesem, a drugi – w klubowym graniu, realizując płyty dla Dirt Crew, Turbo, Gommy czy Get Physical. Dopiero spotkanie na szkockim festiwalu T In The Park dwa lata temu sprawiło, że zaczęli działać razem. Pierwszym tego efektem była audycja radiowa, transmitowana na dwadzieścia krajów, w której serwowali wspólnie zrealizowane miksy. Stąd był już tylko krok do zamknięcia się w studiu i wyprodukowania pierwszych nagrań. Sukcesy singla „Aquaplane” i remiksu „Regenerate” duetu Booka Shade sprawiły, że Lasersonic i Frost przygotowali materiał na debiutancki album – „Adventures In Stereo”.

Angielscy producenci koncentrują się na nim głównie na kosmicznym disco. Już otwierający krążek „Kaleidoscope” uwodzi motorycznym pulsem, na który nakładają się rozwibrowane pasaże perlistych syntezatorów, unoszące zmysłowe westchnienia tajemniczej dziewczyny. Podobne brzmienia znajdujemy w „Thermonic”. Tym razem Lazersonic i Frost szybują jednak w stronę najlepszych dokonań Georgio Morodera – uzupełnionych jednak zdubowanym pochodem basu i przetworzoną wokalizą. Bliżej twórczości włoskich pionierów gatunku z Hipnosis czy Digital Emotion lokuje się „Narcotic” – atakując mrocznymi akordami zbasowanych klawiszy, wspartymi przestrzennymi arpeggiami.

W dwóch nagraniach brytyjscy producenci koncentrują się na dubowych podkładach. W mniej udanym „Strange” dostajemy rwane partie kumkających klawiszy, zza których dochodzi pikający loop niosący prościutką melodyjkę. „Levels” to już bardziej pomysłowy dub-house, w którym Lazersonic i Frost zestawiają ze sobą zaskakujące elementy – psychodeliczne efekty rodem z elektronicznego kraut-rocka i hipnotyczną nawijkę o chicagowskim rodowodzie. Największy przebój duetu – „Aquaplane” – to soczysty electro-house wiedziony przez nieskomplikowany, ale niesamowicie chwytliwy pasaż brzęczących syntezatorów, podbity transowo drgającym basem.

Całość kończy mocno epicka kompozycja – „Stars”. Soundtrackowa partia podniosłego fortepianu spotyka się tu z kosmicznymi smugami klawiszy i wyrazistym wokalem gościnnie śpiewającej wokalistki – a w tle słychać zdecydowanie nietaneczne uderzenia rockowej perkusji.

Wszystkie utwory na płycie są długie, producenci pozwalają im się rozwinąć i w pełni wybrzmieć, mają niespieszne tempo i wciągają nie tylko hipnotycznym pulsem, ale również ewidentnie zmysłowym klimatem. W sumie – udany debiut.

www.adventuresinstereo.com

www.myspace.com/lazersoniczakfrost

Adventures In Stereo 2011

Junior Boys – Its All True


Najlepszy zespół do między słowami, do wyznań i niedopowiedzeń, dla kochanków z klatek schodowych. Najlepszy do „kochanie, leci nasza piosenka!”. Junior Boys.
Czytaj dalej »

No Surrender – Medicine Babies


„The female version of me” – tak nazwał ją niegdyś Tricky. I rzeczywiście coś w tym jest: w swojej muzyce penetruje mroczne obszary elektroniki, ocierając się o bristolski trip-hop. Costanza Francavilla urodziła się i wychowała w Rzymie, ale później świadomie wybrała na swe środowisko artystyczne Nowy Jork. I właśnie tam powołała do życia wytwórnię ZerOKilled Music, której nakładem publikuje nagrania własne i innych artystów. Jej najnowsze odkrycie to czarnoskóre trio No Surrender, którego debiutancki album jest pierwszą premierą firmy Francavilli o szerokim zasięgu.

Seraphim, Steeples i Gnomad zaczynali w latach 90. organizując cykl imprez pod hasłem „Revenge Of The Muse” w takich klubach, jak Brownies, CBGB`s Gallery czy Baby Jupiter. Z czasem skupili się jednak na tworzeniu własnej muzyki i graniu koncertów, co zaowocowało wydaniem płyty demo – „White Power Black Magic”. Dobre recenzje krążka sprawiły, że na nowych reprezentantów nowojorskiego undergroundu zwróciła uwagę Costanza Francovilla. Kolejny materiał No Surrender powstał już we współpracy z włoską producentką. Mało tego – na jej prośbę nagraniami tria zajął się również brytyjsko-szwedzki team Radioclit, mający na swym koncie współpracę z Santigold, M.I.A. czy The Very Best. Efektem tej szeroko zakrojonej kooperacji jest album „Medicine Babies”.

Na dziewięć wypełniających go kompozycji, właściwie niemal każda jest utrzymana w innym stylu. Zaczyna się od nowofalowego electro, w którym słychać zarówno wibrujące syntezatory w stylu Yazoo, jak również przesterowane partie gitar niczym u Alien Sex Fiend – to przebojowy „Young World”, który doskonale wprowadza w eklektyczne brzmienie całości. Tuż po nim pojawia się nastrojowy synth-pop podszyty zimnymi partiami post-punkowej gitary i basu. Prawdziwą ozdobą „Falling Into You” jest jednak wokalny duet Seraphima i Costanzy – przywołujący wspomnienie złotych czasów electroclashu. W stronę radosnego disco uderza natomiast „You`Re Star”. Wpisana w tło nagrania syntezatorowa zagrywka brzmi niczym cytat z pamiętnego hitu Laury Braningan – „Self Control”. I pomysł ten jest jak najbardziej na miejscu – wszak mamy do czynienia z postmodernistyczną wizją popu.

„Give It Up” i „Godda Get It” odsłaniają hip-hopowe korzenie No Surrender. Sięgając po elektroniczne podkłady rytmiczne rodem z utworów Antipop Consortium, trzech nowojorskich producentów skręca jednak bardziej w stronę tanecznego crunku, koncentrując się na sążnistych pasażach syntezatorów podszytych dudniącymi basami. Wszystko to uzupełniają oczywiście soczyste rymy – w pierwszym przypadku wsparte zmysłową wokalizą Niki Darling.

Poszukując idealnego brzmienia No Surrender sięgają potem po brytyjskie formy ulicznej muzyki – najpierw pojawia się dubstepowy „Silver Hall”, w którym gościnnie śpiewa Tunde Adebimpe z TV On The Radio, a potem grime`owy „Heart” z ponownym udziałem wokalnym Constanzy. Ciężkie konstrukcje rytmiczne kontrastują tu ze zwiewnymi melodiami, które czarnoskóre trio wprowadza dosyć niekonwencjonalnie – najpierw przez folkowe tony akordeonu, a potem – ostry pasaż świdrującej gitary.

Kontynuacją tego wątku jest ostatnie nagranie z płyty – „Carousel”. To zaśpiewany wspólnie z Monicą Sharp smolisty dub, w którym jest miejsce zarówno na ciężką pulsację basu i bitu, jak również zgrabny duet wokalny.

O tym, że Seraphim dysponuje świetnym głosem świadczy jednak najdobitniej „Mountain”. Kompozycja ta przypomina bowiem ostatnie dokonania Jamiego Woona i Jamesa Blake`a – łącząc soulowy śpiew w tradycyjnej manierze z nowoczesnym podkładem w stylu spowolnionego electro. I trzeba przyznać, że No Surrender nie ustępują tutaj miejsca swym głośniejszym rywalom.

Mimo tego rozrzutu stylistycznego, „Medicine Babies” brzmi zaskakująco spójnie – to zasługa selektywnej produkcji Costancy Francovilli i Radioclit, ale też kompozytorskich zdolności tria, które owocują zestawem naprawdę świetnych piosenek. Gdyby płyta została wydana przez wielki koncern i została wsparta światową promocją – byłby bestseller. Tak jednak nie będzie. Dlatego No Surrender pozostaną atrakcją dla nielicznych fanów elektronicznego popu – choćby tych, którzy mieli okazję obejrzeć koncert zespołu na ostatnim festiwalu Sónar w Barcelonie.

www.zerokilledmusic.com

www.nosurrendermusic.net

www.myspace.com/nosurrender

ZerOKilled Music 2011

John Maus – We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves


John Maus pochodzi z Austin w Minnessocie, krainy geograficznej, którą więdnąca dziś młodzież, a rozkwitająca w latach 90-tych, skojarzyć musi z Brendą i Brandonem. To się dzieje trochę niechcący i wbrew Mausowskim przekonaniom, bowiem definiuje on tę dekadę jako marnotrawiąca wszelki muzyczny potencjał pomyłkę XX wieku i okres wylęgu przedziwnej rasy klownów poprzebieranych za muzyków. I dodaje to swoje „you know”. I know, Maus, I know.

Poszukać odniesień trzeba trochę głębiej, najlepiej cofnąć się wstecz w natapirowane lata 80. Był taki serial „Zagubiony w czasie” („Quantum Leap”), jedna z produkcji powstałych na fali popularności karminowej kamizelki Marty’ego McFly’a. Każdy chciał taką mieć, i jeszcze te monstrualne najki, deskolotkę i De Loreana do kompletu. Maus musiał zarwać parę nocy, żeby przejść przez wszystkie 5 sezonów „Zagubionego …”, o trzech częściach „Powrotu do przyszłości” nie wspominając. Te długotrwałe seanse zaowocowały nie tylko chronicznym niewyspaniem i zbolałym odcinkiem lędźwiowo – krzyżowym kręgosłupa – powstał utwór nr 2 na jego trzecim albumie, zatytułowany właśnie „Quantum Leap”. „Quantum Leap” to zmyślnie zaprojektowana wizytówka krążka „We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves”, choć brzmi trochę jak podkład słowno – muzyczny pod seans w toruńskim planetarium.

Tytuł albumu sporo mówi o wykonawcy. W trakcie studiów filozoficznych Maus szczególnie upodobał sobie teorie Alaina Badiou i jego pracę „Fifteen Thesis on Contemporary Art”, która mówi o konieczności przyjęcia stanowiska bezlitosnego cenzora dla wytworów naszej wyobraźni. Muzyk, rozczarowany bylejakością produktów współczesnej kultury, powszechnym epigoństwem i bezmyślnym mash-upowaniem czego tylko się da, nawołuje do zaopatrzenia się w gęste sito by bezwzględnie eliminować nijakość, nim ta zdąży nabrudzić w naszych głowach do reszty. A wtedy to już na pewno pochłonie nas ciemność.

Przerwanie współpracy z Arielem Pinkiem, z którym znają się od czasów studiów w California Institute of the Arts, okazało się rozważnym posunięciem. Maus rozdrabniał się wtedy na projekty innych artystów aż do momentu przeprowadzki na Hawaje, gdzie zaproponowano mu wykładanie filozofii politycznej na tamtejszym uniwersytecie. Poza pracą na uczelni czas spędzał wyłącznie sam ze sobą. I z szaroburą meblościanką, która wkrótce zaczęła do niego przemawiać.

Z tej upiornej samotności zrodził się w 2006 roku pierwszy solowy krążek zatytułowany „Songs”; kolejny „Love is Real” zjawił się zaledwie rok później. „Do Your Best” z wybitnego sofomora (który namierzyłam w zwiastunie filmu „Lying” M Blasha), ma się do niego jak „Cop Killer” do „We Must Become…”. Istnieją między nimi wyraźne paralele w sterowaniu wokalem, w nastroju zbudowanym na niespiesznej grze klawiszy, w upodobaniu do slow-motion. Każdy z nich stanowi gęstą, smolistą esencję wyciszonej części albumu.

Maus ugrzązł na dobre w stylistyce lat 80. W epoce aparatów ortodontycznych, rudych włosów Molly Ringwald, złotych myśli przemycanych na lekcjach. Maus tkwi głęboko w dziesięcioleciu pyskówek między Greasersami i Socksami, dziewczyn wyskakujących z komputera. W dekadzie Johna Hughesa i jego najlepszych pomysłów na teenagerską dramę. Odbiciem tych fascynacji jest rytmiczny motywator zaprawiony mętnym wokalem („Keep Pushing On”) czy syntezatorowe disco pożenione z czołówkami amerykańskich teleturniejów („Head for the Country”).

John Maus to artysta autonomiczny – wszystko sam sam sam. Od swojej zasady odstąpił tylko raz i to w wyjątkowy sposób. Szwedzka wokalistka, Molly Nilsson (Formerly Known as White Bread), pożyczyła mu utwór, który napisała w 2009 r. Maus dograł swój wokal, delikatnie podrasował całość i tak powstała albumowa wersja „Hey Moon”, rozbrajająco romantycznej ballady odcinającej się grubą kreską od reszty kompozycji.

Tego rodzaju emocji nie znajdziemy już w “Matter of Fact”. Oto dowód na to, Maus wziął sobie do serca słowa Samuela Becketta przekonanego, że tekst to najgorsze, co mogło się przydarzyć muzyce („Words and Music” z 1961 roku). W wielce oszczędnej formie („Pussy is not a Master of Fact”) wyraził gorzkie żale feministek; zdołał też napomknąć o swoim seksualnym sfrustrowaniu. Wszystko to w 137 – sekundowej fantazji postrzelonego organisty, której ślad znajdziemy także w ultrakrótkim „The Crucifix”.

„We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves” kręci się wokół reminiscencji z dzieciństwa Johna Mausa. O ile klucz do tego albumu jest prosty jak drut, jego podmiot liryczny jest postacią najbardziej nieoczywistą z możliwych. Maus nie zaprząta sobie głowy dostosowywaniem pulpitu do swojego aktualnego nastroju i pozostawia wersję defaultową – porośnięte trawą windowsowe wzgórze. Ponad chaos aglomeracji ceni skromne Austin ze swoim odpustowym SPAM Museum, powstałym ku czci wędliniarskiego giganta Ameryki. Na jego winampowej playliście temat z „He -Mana i władców wszechświata” czy muzyka filmowa z „Lotu nawigatora” Alana Silvestriego sąsiadują z motetami Despreza.
Ten człowiek jest dla mnie rozsadzającą mózg zagadką, przy której krzyżówka w „Przekroju” to kpina z mojej inteligencji.

Ribbon Music 2011

Baby Dee w Warszawie

BABY DEE wystąpi w Warszawskiej Królikarni, 5 sierpnia 2011 o godz. 19.00. Urodzona w Cleveland (Ohio) performerka, songwriterka, piosenkarka, klasycznie wykształcona harfistka, pianistka i akordeonistka.

W jej trudnych do jednoznacznej klasyfikacji piosenkach przejmujący smutek miesza się z groteską i prześmiewczością a muzyka popularna z kameralistyką.

Na swym pierwszym występie w Warszawie, w ramach programu muzycznego towarzyszącego wystawie „Damy z pieskiem i małpką” zagra solo – z akompaniamentem harfy i fortepianu.

Wystawa poświęcona jest barokowi i nawiązaniom do niego w twórczości artystów współczesnych. obecności wątków. Muzycznie późny barok często widziany jest z perspektywy klasycyzmu: jako sztuka zdegenerowana i dekadencka. Za jeden z jej przejawów uważano twórczość kastratów. Głosy niemieszczące się w sztywnym podziale na żeńskie (wysokie) i męskie (niskie). Artystką dziś zacierającą granice między ustalonymi tożsamościami płciowymi i muzycznymi jest Baby Dee. Sytuując się poza podziałem na muzykę poważną i rozrywkową, często wykonuje ona swoje piosenki z akompaniamentem harfy – ukochanego instrumentu Marii Antoniny, której w dużej mierze zawdzięcza on popularność w XVIII wieku.

Więcej na:

http://www.babydee.org/
http://patakaind.blogspot.com/

Bilety na Audioriver

Nasza maszyna losująca wskazała, kto może się pakować i wyruszać w piątek do Płocka. Dziękujemy za całą masę maili. Niestety, ilość biletów była ograniczona. Dwa karnety trafią do Agaty Migurskiej i Piotra Szerszyńskiego. Gratulujemy i życzymy miłej zabawy!

A pytaniu chodziło nam o Dereka Vincenta Smitha, znanego jako Pretty Lights. Jego pierwszy koncert w Polsce już w sobotę na Płockiej plaży. Oto przedsmak tego co się będzie działo:

Jacaszek w Ghostly International

16 października w ramach festiwalu Unsound będzie miała premierę nowa płyta Jacaszka – „Glimmer” – którą opublikuje amerykańska wytwórnia Ghostly International (w Polsce – Gusstaff). „Glimmer” to kontynuacja poszukiwań nowej, kameralnej, elektroakustycznej formy muzycznej. Subtelne, niedopowiedziane, zanikające partie elektroniki dopełnia brzmienie klawesynu (Małgorzata Skotnicka), klarnetu basowego (Andrzej Wojciechowski) i metalofonu (Jacaszek).

„Glimmer” poprzez barwy i harmonie przywołuje skojarzenia z barokową kameralistyką, ale obecność klarnetu, metalofonu i charakterystyczne frazy elektroniczne nadają muzyce Jacaszka nową, unikalną formę, przybliżając go do takich współczesnych twórców jak Ben Frost, Colleen czy Tim Hecker.

Koncertom Jacaszka towarzyszyć będą wizualizacje przygotowane przez artystę wideo z Portugalii – Pedro Maia. Na festiwalu Unsound Jacaszek wystąpi z Andrzejem Wojciechowskim (klarnet) i Ignacym Wiśniewskim (klawesyn).

22 września Jacaszek zagra na londyńskim festiwalu Alphaville. Z tej okazji przygotował specjalny miks, który można bezpłatnie ściągnąć ze strony:

www.soundcloud.com/alphaville/alpha-podcast-presents

Chodzisz do biblioteki? Masz tańsze bilety!

Oryginalna inicjatywa we Wrocławiu – wszyscy posiadacze elektronicznej karty Miejskiej Biblioteki Publicznej dostaną zniżki na wybrane jesienne wrocławskie koncerty – w tym na występ Erykah Badu. Jak to działa? Warunkiem jest posiadanie na karcie naklejonego znaczka Programu OK – otrzymasz go odwiedzając bibliotekę. Nie masz karty? Przyjdź do najbliższej filii bibliotecznej we Wrocławiu i zapisz się. Otrzymasz elektroniczną kartę biblioteczną ze znaczkiem projektu. Szczegółowe informacje o zapisach znajdziesz na stronie www.biblioteka.wroc.pl.

Erykah Badu zagra we Wrocławiu 7 sierpnia na Wyspie Słodowej. Normalnie bilety kosztują 130 PLN. Posiadacze karty ze znaczkiem OK będą mogli kupić wejściówki jż za 95 PLN! Dla tych osób, które przyłączą się do Programu OK, dostępne będą również zniżkowe bilety na inne koncerty organizowane w ramach jesiennej edycji Ethno Jazz Festival.

Little Dragon – nowa płyta


Po dwóch doskonale przyjętych albumach szwedzki Little Dragon wraca z kolejnym materiałem – „Ritual Union”. Czytaj dalej »

Margaret Dygas – Margaret Dygas


Debiutancki album Małgorzaty Dygasiewicz z zeszłego roku był sporym zaskoczeniem dla tych, którzy znali ją z energetycznych setów w Panorama Barze czy Watergate. Polska producentka zrealizowała na „How Do You Do?” awangardową wizję mrocznego minimalu, udowadniając iż jest jedną z najbardziej kreatywnych artystek współczesnej elektroniki. Nie minęło pół roku a dostajemy od niej nową płytę – tym razem opublikowaną przez berliński Perlon.

Mini-album bez tytułu odsłania bardziej taneczną stronę twórczości Dygasiewicz. Otwierający całość „Missing You Less” wiedzie minimalowy bit opleciony dubowymi pogłosami. Na matowym tle kompozycji rozbrzmiewają glitchowe pohukiwania przeplecione zapętlonym akordem pianina. Wszystko to podkreśla soniczny akord puentujący całość szeleszczącym loopem.

„Soon” skłania się bardziej w kierunku eksperymentalnych dokonań producentki. Tworzy ona tutaj ciekawy podkład rytmiczny – wysamplowany z jakiegoś jazzowego winyla. Swingujący groove nabiera jednak z czasem charakteru house`owego bitu, niosąc organiczne tchnienie ciepłych syntezatorów.

Zupełnie inaczej wypada „Pressed For Time”. Kompozycję rozpoczyna tribalowy pochód basu, który z czasem wprowadza połamany rytm, bliski dubstepowej abstrakcji. Plemienny charakter kompozycji podkreślają subtelnie wklejone w całość sample afrykańskich perkusjonaliów.

„Country Way Of Life” rezonuje z kolei hipnotycznym pulsem o dubowym metrum. Umieszczone w tle strzeliste pasaże klawiszy przeplatają ledwo słyszalne głosy rozmawiających kobiet. To one tworzą odrealniony klimat nagrania – niczym z onirycznego snu amerykańskiej gospodyni domowej po zażyciu prozacu.

W opartym o zbasowane loopy „41” powraca znów minimalowa rytmika – Dygasiewicz wykorzystuje ją, aby stworzyć hipnotyczny killer podrasowany dubowymi efektami o metalicznym brzmieniu.

Całość kończy w fenomenalnym stylu „Ocbinh`s Groove”. Polska producentka wpisuje tutaj niepokojące głosy wycięte z jakiejś radiowej audycji w wibrujący bas podszyty dochodzącym z dalekiego tła zawodzącym loopem. Wszystko to kreuje zmysłowy klimat pełen podskórnego napięcia.

Niby to tylko sześć nagrań – ale składają się one na wyjątkowo przekonującą całość. Ich autorce udało się bowiem w perfekcyjny sposób połączyć klubową funkcjonalność z unikalną tendencją do brzmieniowych eksperymentów. 5 sierpnia polska producentka zagra w Berghain w ramach imprezy „Perlonize”. Warto się wybrać!

www.perlon.net

www.myspace.com/margaretdygas

Perlon 2011

Miks do załadowania – Peter Van Hoesen

Na pochmurną pogodę mamy dla naszych Czytelników czterogodzinny set Petera Van Hoesena zarejestrowany podczas jego występu w klubie Berghain – oczywiście za darmo. Ceniony holenderski didżej i producent zagrał w berlińskiej „świątyni techno” w dniu 6 lutego między godziną 20 a 24. Jego set miał miejsce w ramach imprezy zorganizowanej przez jedną z najlepszych obecnie wytwórni techno na świecie – Stroboscopic Artefacts – prowadzonej przez włoskiego producenta ukrywającego się pod pseudonimem Lucy.

Czterogodzinny miks można ściągnąć bezpłatnie pod adresem:
www.soundcloud.com/petervanhoesen/peter-van-hoesen-at-berghain

Lee Curtiss – Watergate 08


To znowu ta sama bajka. Kiedy młody Lee Curtiss przeprowadził się z jakiegoś zapyziałego miasteczka w Michigan do centrum Detroit, natychmiast rzucił w kąt gitarę i kupił zestaw dwóch gramofonów z mikserem. Zachowując sympatię dla soulu i funku, zapałał bezgraniczną miłością do house`u i techno, czego wyrazem stały się jego pierwsze didżejskie sety i własne produkcje. Tłumy, jakie zaczęły gromadzić się podczas imprez Curtissa sprawiły, że jego renoma dotarła szybko do Europy. Nie namyślając się długo, przeprowadził się więc do Berlina, wynajmując wspólne mieszkanie z kolegami po fachu – Sethem Troxlerem, Ryanem Crossonem i Shaunem Reevesem. W efekcie o jego nagrania upomniały się renomowane wytwórnie – Dumb-Unit, Spectral Sounds i Get Physical Music. Wydawane przez nie dwunastocalówki Curtissa przynosiły utwory reprezentujące coraz to inne gatunki: od house`u przez tech-house po minimal. Łączyła je jednak specyficzna zmysłowość – znak rozpoznawczy zarówno didżejskich setów, jak i własnych produkcji młodego artysty z Detroit.

Podobnie jest z jego miksem zamieszczonym na ósmej części z serii płyt publikowanych przez berliński klub Watergate. Już otwierający krążek głęboki męski baryton wprowadza nas w gąszcz mocno erotycznych brzmień („Drivin” Curtissa). Twarde bity uzupełnione pobrzękującymi akordami klawiszy i subtelnymi samplami akustycznej gitary („Beth & The Gamma Ray`s Fields” Jazzlera), wiodą przez energetyczne rytmy stylizowane na wczesne disco wsparte zdubowanymi dęciakami („Fallin” Maceo Plexa) oraz indie-popowe wokalizy podrasowane house`owym groovem („The Thing That Last Forever” Footprintz) wprost do centrum setu, który eksploduje seksualną energią niesioną przez ekstatyczne loopy („After Party” tria dOP) i pulsujące ukłucia żrącego acidu, wyciskane ze słynnego syntezatora TB303 („The Favourite Game” Footprintz).

Wbrew temu, czego można by się spodziewać po fazie odprężenia, temperatura miksu wcale nie spada po tym euforycznym wybuchu. W drugiej części płyty, nie rezygnując z wokalnego house`u („Make My Day” Alexa Smoke`a czy „Your Sex” dOP), amerykański didżej sięga również po mniej oczywiste utwory – chociażby flirtujący z rockową energią „Every Minute Alone” tria WhoMadeWho. Dopiero właściwie sam finał zestawu przynosi upragnione uspokojenie – w postaci detroitowych utworów „Forward Motion” Hot Natured feat. Ali Love i „What You Need” Kim Ann Foxman (to ta drobna dziewczyna z Hercules & Love Affair), które w zgrabny sposób przywołują klasykę tanecznego techno-soulu w rodzaju prekursorskiego dla tego gatunku „Your Time Is Up” Yolandy Reynolds z udziałem Underground Resistance z 1990 roku.

Pod palcami kręcącego winylami Lee Curtissa muszą przeskakiwać iskry – taką naładowaną elektrycznością atmosferę kreuje jego didżejski miks zaserwowany przez klub Watergate. Jeśli trafilibyście kiedyś na jego imprezę, pilnujcie bacznie swe partnerki – sety amerykańskiego didżeja muszą działać obezwładniająco na kobiety.

www.water-gate.de

Watergate Records 2011

Wygraj bilety na Audioriver Festival

Już w przyszły weekend rozpocznie się szósta edycja płockiego festiwalu. Kto nie posiada jeszcze karnetu, ma niepowtarzalną szanse wygrać jeden z dwóch w naszym konkursie. Zasady konkursu są następujące – wystarczy odpowiedzieć na proste pytanie dotyczące jednego z headlinerów festiwalu i przesłać odpowiedź do niedzieli, do 18:00 pod adres patryk.zalasinski@gmail.com

Pytanie brzmi:

Podczas festiwalu zadebiutuje w Polsce pewien charyzmatyczny wykonawca – bardzo znany w swoim kraju, mniej w świecie. Autor sześciu albumów, które chętnie udostępnia na swojej stronie internetowej i korzystają z tego miliony słuchaczy. O kim mowa?

Prosimy o podanie imienia i nazwiska oraz adresu, gdyż nagrody prześlemy pocztą – zgłoszenie bez danych jest nieważne.

  • Audioriver Festival

  • 29 – 31 lipca, Płock

Audion

Nadeszły czasy, gdy o techno trzeba przypominać. Berghain ratuje sprawę. Paweł Gzyl też. Ktoś oprócz nich? Między innymi Audion i jego muzyka. To najciemniejsze alter ego Matthewa Deara, którego historia zaczyna się w 2004 roku, od EPki „Pong”. Kiedy je ujawnił, nie przypominał już zafascynowanego brzmieniem Detroit chłopaka, który przybył na Uniwersytet Michigan i zaczął romans z elektroniką. Był już znanym producentem ze sporym dorobkiem – wydał album dla Ghostly International jako Matthew Dear, ortodoksyjny minimal dla M_nus i Plus 8, wytwórni Richie Hawtina pod szyldem False, oraz EPki i single dla Perlon jako Jabberjaw.

Mimo że najbardziej słynie ze swojego avantpopowego wcielenia, które serwuje pod własnym nazwiskiem, skala i jakość jego produkcji jest unikalna. Kiedy na sierpniowym OFF Festivalu wszyscy będą odpływać przy dźwiękach jego wokalu i Big Hands Bandu z którym przyjeżdża, kiedy będą im parowały okulary-zerówki i grzęzły w błocie markowe trampki, niech sobie przypomną, niech potraktują ten tekst jako memento – to jeden człowiek w czterech osobach, potrafi zagrać techno, pop, ambient, minimal, ponadto śpiewa, pisze, aranżuje, obsługuje instrumenty i software, a jego ojciec to muzyk folk. Jak mało kto żongluje swoimi wcieleniami bez schizofrenii, w każdym zadziwiając charakterystycznym brzmieniem i mnogością patentów. Nawet kiedy dla laika, na pierwszy rzut ucha, oznacza to trochę basu i techniawkowych ozdobników.

Audion to właśnie surowe i krwiste techno, pełne pierwotnej, totemicznej rytmiki, fantazyjnie podbite i pełne eksperymentu, niczym okładki jego wydawnictw wywołujące optyczne złudzenia, poczucie nierealności i odosobnienia. W każdym utworze słychać echa gatunków muzycznych które tworzył i które podziwiał. Stąd pełnia minimalowych odjazdów, cięć rodem z glitchu i rozpływającego microhouseu, brutalnej siły kontynentalnego techno, wpływów adic houseu Roman Flügela czy bohaterów młodości – killerów z Detroit, zawartych w ascetycznych i szorstkich dźwiękach. Czerpie z nich, tworząc własną całość.

W dyskografii zebrało się ponad 10 EPek i singli, jeden długogrający album „Suckfish” z 2005 roku, kompilacja Fabric 27. Ostatnie wydawnictwa („Push”, „I Am The Car”) pokazują coraz większą fascynacje abstrakcyjnym techno i dubtechno.

Dear należy do artystów nieustannie poszukujących, z otwartym umysłem i głodnych kontaktu z publiką – rok 2011 to przede wszystkim promocja rewelacyjnego albumu Black City, wydanego pod własnym imieniem i nazwiskiem. Co przyniesie kolejny rok? Może powrót do korzeni i długogrającą reaktywację Audiona?