Nowamuzyka.pl
Dobrej muzyki jest więcej. Nowe brzmienia od 2003 roku.


Junior Boys – Its All True


Najlepszy zespół do między słowami, do wyznań i niedopowiedzeń, dla kochanków z klatek schodowych. Najlepszy do „kochanie, leci nasza piosenka!”. Junior Boys.

Po raz czwarty Matt Didemus i Jeremy Greenspan (tym razem w większości na odległość – Matt zamieszkał w Berlinie, Jeremy został w Kanadzie) wyprodukowali swój synth-popowy towar. Spójny, przemyślany, unikatowy. Przytulający elegancją R&B, zagadkami post-punku, nastrojem disco i Balearów. Najlepszy w mieście, mimo coraz większej konkurencji ze wszystkich stron świata. Gatunek niewątpliwie przeżywający którąś (2,3,4?) młodość, rozmiękczający twarde głowy poważnych brytyjskich producentów i dziennikarzy, czy niemiecką scenę techno. Nie postarzeli się, dalej są beztroscy, śpiewają o miłości, wręcz się jeszcze odmłodzili – ma być bardzo piosenkowo, przy produkcji przyświecało im zadanie zapewnienia największej jej ilości, a mniej eksperymentu.

Inspiracją po raz kolejny był obraz – tym razem niedokończony film Orsona Wellesa. Wracają poczciwe melodie i ujmujące kompozycje, z romantycznym i dekadenckim sznytem, jednocześnie wraz z koszmarem szufladkowania i niezrozumienia ich muzyki. W opisach powtarzają się jak zdarta płyta frazesy – od spłycania i zgubienia istoty w „prostych, chwytliwych melodyjkach”, po oskarżenie o sezonowość i zniżanie do poziomu truskawek – „nowa płyta JB to najlepszy produkt na lato”. To bynajmniej nie pitu pitu do pobujania, zdatne do spożycia w pewnym okresie. Fakt – lekkość i prostota to znak rozpoznawczy, można włączyć na podwieczorku u babci, można włączyć o 5:40 dla ukochanej i zabrać się do rzeczy. Balonowych recenzentów z blogspotów nokautuje miauczący w popstepie Blake, a nie doceniają czystej treści w czystej formie, dźwiękowego drugiego dna.

A w nim prym wiodą mozaiki syntezatorów, ich głębia i złożoność jest aurą niepowtarzalną. Drgają i igrają te dwa światy – elektronika Didemusa i liryczne, pełne spokoju ciepło wokalu Jeremyego. Ta płyta wciąga i zaprasza na długotrwałe delektowanie się echami i pobrzmiewaniami tła. „The Reservoir” w rozmytych echach głosów brzmi jak Jarreowski „Zoolook”, podobnie majestatycznie zamykający „Youll Improve Me” strumień synthu. Inspirowani echami Orientu, które przywiózł Greenspan ze swojej podróży, przemycają je od początku, ale tylko w harfowej migawce, w przerwie mechanicznego bitu, który rządzi w „Itchy Fingers”. Potem zapędzają się aż do klubu, gdzieś w Berline – quasi-minimalowe brzmienie ma premierę w „Kick The Can”. Jeremy sprawdza się w nastrojowych balladach – „Playtime” – jak i przebojowych, electropopowych songach, pełnych rytmu i frywolności – „Banana Riple”, „Truly Happy Ending”. Prawdziwy nokaut następuje dopiero w szóstej rundzie – w „Second Chance” można się zakochać od pierwszego przesłuchu, umrzeć przy magnetycznie świdrującym syntezatorze załamującym się w harmonii z wokalem, który mistrzowsko zapętla się przy końcu. Reszta przyciąga przy kolejnych odsłuchach, może stąd bierze się duża polaryzacja opinii o nowym albumie JB – przyzwoitego następcy poprzedniej, genialnej i cudownej trójki – który potrzebuje czasu, mimo zapewnianej, ale jakoś mało przekonującej piosenkowości.

Jak odebrać więc najnowsze dzieło duetu, jak i całą twórczość? Można zwyczajnie, jako muzykę tła, lekkie melodyjki i słodki głos. Można wniknąć, w fascynujący węzeł dźwięków i poetyki tekstów: republiki Rolandów, Akaiów i mechanicznej perkusji. Można docenić, po raz kolejny, wizjonerskie wzniesienie elektronicznego popu. Przecież to wszystko prawda.

Domino, 2011


Dodaj komentarz

Wpisz swoje imię

Twoje imię jest wymagane!

Wpisz poprawny adres email

Adres email jest wymagany!

Wpisz komentarz



Nowamuzyka.pl © 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.

Design: WPSHOWER

Silnik dostarcza WordPress