Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Archive for Październik, 2018

Cosmin TRG – Simulat

Czas płynie nieubłaganie – do bram sławy dobijają się dzisiaj producenci, którzy są równolatkami takich gatunków, jak house czy techno. Jednym z nich jest pochodzący z Bukaresztu Cosmin Nicolae, który przeżył muzyczne objawienie, kiedy w wieku dwunastu lat dzięki starszej koleżance usłyszał „Snivilization” duetu Orbital. Chociaż wcześniej matka wychowywała go na diecie złożonej z płyt Kraftwerk, Tangerine Dream czy Freda Ventury, to dopiero kontakt z nowoczesną elektroniką sprawił, że zaczął coraz poważniej myśleć o samodzielnym tworzeniu muzyki.

Ponieważ w domu się nie przelewało, najpierw próbował na sprzęcie bogatszych kolegów. W wieku dziewiętnastu lat trafił na pierwszą rave-party, gdzie Laurent Garnier miksował nagrania z trzech gramofonów. To z kolei skłoniło go do zainteresowania się didżejowaniem. Suma tych wszystkich inspiracji zaowocowała w końcu pierwszymi autorskimi nagraniami Nicolae, które przesłał londyńskiemu producentowi Ramadanmanowi – i chwyciło: w 2007 roku Hessle Audio opublikowało debiutancką dwunastocalówkę rumuńskiego producenta – „Put You Down” – która ulokowała go w kręgu twórców zdobywającego dopiero popularność dubstepu.

Młody artysta nie chciał się jednak zamykać w jednej stylistyce – szybko zaczął eksperymentować z bardziej klasyczną rytmiką rodem z house`u i techno. Szczególnie ważna okazał się dla jego twórczości przeprowadzka z Bukaresztu do Berlina – po wizycie w Berghain jego muzyka miała już zupełnie inne brzmienie. Dowodem na to dwa single opublikowane w tym roku nakładem „butikowej” wytwórni Modeselectora – 50 Weapons – „Seperat/Izolat” i „Fizic/De Dans” – oraz debiutancki album – „Simulat”.

Już pierwsze dźwięki z płyty sprawiają wrażenie, że trafiliśmy do Berghain – tektoniczny bit wtopiony w zaszumione tło niesie szeleszczące efekty perkusyjne, które zalewają regularnie zapętlone fale onirycznych syntezatorów („Amor Y Otros”). Kiedy rozbrzmiewa sprężysty bit rodem z hard techno przenosimy się w czasie do wcześniejszej świątyni klubowego Berlina – Tresora. Szorstką fakturę „Ritmat” wygładzają jednak sążniste pasaże organicznych klawiszy. A potem znów powrót do Berghain – tym razem jednak na imprezę łączącą elementy nowoczesnego techno i przesterowanego dubstepu – tak bowiem brzmi utwór „Infinite Helsinki”, który na pewno trafi do słynnych setów Scuby w berlińskim imperium tańca.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/432688-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=432688-01″ allowscriptaccess=”always”]

Sporo w ostatnich wywiadach Nicolau mówił o powrocie do klasyki współczesnej elektroniki rodem z Detroit i Chicago. Słychać to na jego debiutanckim albumie. „Fizic” i „Lillasyster” to wysmakowane produkcje stylizowane na wczesne dokonania Derricka Maya czy Carla Craiga. Zdecydowane bity, kumkające basy, popiskujące klawisze, rwane akordy, organiczne tła – wszystko to sprawia, iż przenosimy się w czasie do Motor City pod koniec lat 80. A stamtąd już tylko krok do Wietrznego Miasta – house`owe brzmienia rodem z Chicago odnajdujemy przede wszystkim w surowym „Less Of Me, More Of You”, gdzie melodyjny pochód basu oplata kakofoniczne kaskady oldskulowych klawiszy.

Rumuński producent potrafi jednak bawić się elementami poszczególnych gatunków – bez dbałości o czystość formy typowej dla purystów. Oto w „Osu Xen” osadza na mocnym pulsie techno zawodząca partię basu rodem z brytyjskiego garage`u, uzupełniając ją jednocześnie ćwierkającymi dźwiękami detroitowych syntezatorów. Inaczej w finałowym „Form Over Function” – tutaj chicagowski podkład rytmiczny o grzechoczącym brzmieniu staje podstawą dla skorodowanych akordów w stylu dub techno. Efekty są znakomite – takie połączenia wpływają ożywczo na postrzeganie każdej z wykorzystanych stylistyk.

Co ciekawe, rumuński producent wpisuje swe dokonania w formułę krótkich kompozycji – niemal każdy utwór na płycie trwa nie dłużej niż cztery minuty. Momentami chciałoby się, aby jakieś nagranie trwało dłużej – ale nie ma zmiłuj. Nicolae zaprasza nas do swojego świata na własnych warunkach. I bardzo dobrze – bo w ten sposób powstaje mocno zindywidualizowane brzmienie, którego nie pomylimy z żadnym innym.

50 Weapons 2011

www.monkeytownrecords.com

www.myspace.com/monkeytownrecords

www.cosmintrg.com

Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 – nasza relacja

Tradycyjnie koncertowe lato zakończył Tauron Festiwal. Jego szósta edycja przeszła do historii. Teraz szkoła, studia, praca i oczekiwanie na jesienne muzyczne atrakcje. Póki co jednak – sprawdźcie naszą relację z Taurona i dzielcie się własnymi opiniami.
Czytaj dalej »

Dale Cooper Quartet and the Dictaphones jesienią w Polsce

Kto pamięta świetną płytę „Parole de Navarre” sprzed paru lat?

„Pierwsze skojarzenia są oczywiste, ostatecznie nazwa zobowiązuje. Muzyka kwartetu Coopera i Dyktafonów spełnia wszystkie warunki ścieżki dźwiękowej Davida Lyncha (również klasycznego kina noir): jest gęsta, dostojna, oniryczna, spowita całunem papierosowego dymu, a chwilami całkiem przerażająca. Szeleszczące bębny, psychodeliczne gitary, miarowy kontrabas, na przemian dyskretne i rozkrzyczane dęciaki, eteryczne wokalizy i upiorne wrzaski kobiety…” – pisał o niej na naszych łamach Maciek Kaczmarski.

Fakt, iż od tamtej pory pojawiła się w ubiegłym roku tylko nowa edycja albumu w wersji CD oraz winylowej w niemieckiej wytworni Denovali, nie umniejsza entuzjazmu, bo kto wpadł w czarną otchłań „Parole de Navarre”, ten wie, że zobaczyć ten zespół na żywo musi być nie lada doznaniem i emocjonalnym wyzwaniem. Listopadowy wieczór wydaje się być na to rewelacyjną porą.

5 listopada 2011 r., Poznań, Klub Pod Minogą
6 listopada 2011 r., Kraków, Forty Kleparz

Maria Minerva – Cabaret Cixous

Estetyka amatorskich teledysków z YouTube to tylko jeden z przykładów utrzymującego się ostatnio trendu lo-fi. Zadziwiające są rozmiary popularności niepozornych klipów, stworzonych powszechnie dostępnymi narzędziami przy minimalnym nakładzie finansowym. Miliony widzów obejrzało „Numa Numa Dance” – filmik nakręcony kamerą internetową, w którym piksele czynią obraz ledwo widocznym, a dźwięk jest marnej jakości.

Z jednej strony fenomen gwiazd YouTube jest zjawiskiem pozytywnym – internetowe transmisje z prywatnych przestrzeni (sypialni, ogrodu, domowego studia) pozwalają odzyskiwać terytorium zawłaszczone przez profesjonalnych producentów muzycznych. Treści proponowane oddolnie, przez konsumentów, stają się konkurencyjne dla komercyjnych produktów (vide wczesny Soulja Boy). Z drugiej strony – dominująca na portalu śmieciowa estetyka wydaje się dla wielu nie do przyjęcia.

Tego rodzaju trashową poetykę w nowej elektronice stosuje konsekwentnie duet Hype Williams, zarówno w muzyce (winamp sound), jak i prostych teledyskach nakręconych telefonem komórkowym. Podobną drogą podąża pochodząca z Estonii Maria Minerva (właściwie Maria Juur), której utwory brzmią, jakby ich jakość była niższa niż 192 kb/s; natomiast klipy powstają wskutek skopiowania cyfrówką obrazu z ekranu laptopa. Przy wsparciu Not Not Fun Records – labelu z LA ceniącego nieszablonowość i dryg do eksperymentu – realizuje swoje najbardziej ekstrawaganckie pomysły.

„Cabaret Cixous” to wariacja na temat muzyki pop – zasłuchana w radiowych przebojach Maria odczytuje w nich ukryte przekazy. Z niewinnej piosenki ABBY wybiera najbardziej pikantne momenty; autorskie teksty nasącza erotycznym przekazem. Jej głos, mimo że przepuszczony przez efekty, nie traci zmysłowości – Estonka raz brzmi niczym zadziorna Debbie Harry, innym razem jak słodka Kate Bush.

W jej bibliotece sampli (być może pobranych z YouTube?) sporo miejsca zajmują popowe piosenki z lat 90., disco i dance. Z nich tworzy niewyraźnie terkoczące podkłady okraszone radośnie niedopracowanym bitem. Odprężająca muzyka zbliża się do ambientu – doskonale służy do zasypiania, wytwarza w zmęczonym umyśle zmysłowe fantazje. Pomiędzy majaczącymi ambient-piosenkami ukryta została prawdziwa perła – „Ruff Trade” to utwór, od którego trudno się oderwać, zwłaszcza po obejrzeniu teledysku z czarującą Marią.

Autorka „Cabaret Cixous” używa dyskotekowej kuli niczym dreamachine. Odblaski docierające pod przymknięte powieki wywołują hipnagogiczne omamy. Nie dla wszystkich będzie to przyjemne doznanie, wiele osób poczuje znużenie albo wręcz mdłości. Taki już urok eksperymentalnego glo-fi, przeznaczonego dla grona wtajemniczonych.

Not Not Fun | 2011

Submotion Orchestra cztery razy w Polsce

Nie wiem, czy lansowane określenie „następcy Bonobo i Cinematic Orchestra” jest w stu procentach trafione. Nie ulega jednak wątpliwości, że Submotion Orchestra błyskawicznie wdarli się do pierwszej ligi lekkiego nu-jazzu. W październiku zobaczymy ich w Polsce.
Czytaj dalej »

Marcel Fengler – Berghain 05

Ci, którzy bywają w berlińskim klubie Berghain wiedzą, że każdy z jego DJ-rezydentów ma swój własny styl grania. André Galuzzi był specjalistą od minimalowego tech-house`u, Ben Klock łączy Detroit z Chicago, Len Faki miksuje techno z house`m i breakbeatem, a Marcel Dettmann – penetruje najmroczniejsze brzmienia. Tym, który słynie z wyjątkowo urozmaiconych setów jest natomiast Marcel Fengler.

Zaczynał już na początku lat 90., kręcąc winylami tuż obok swojego przyszłego kolegi z Berghain – Marcela Dettmana. Z czasem o jego występy zaczęły się upominać coraz słynniejsze kluby w Berlinie. W ten sposób trafił do E-Werk, potem do Tresora i wreszcie do Berghain. Pod koniec minionej dekady zadebiutował jako producent – jego dwunastocalówki wypełnione siarczystym techno i masywnym electro opublikowała oczywiście Ostgut Ton oraz Mote-Evolver. Teraz przyszedł czas na autorski miks w ramach serii prezentującej didżejów grających w Berghain.

Po włączeniu krążka wita nas zmysłowy głos Emiki – ulubienicy producentów skupionych wokół berlińskiego klubu („Count Backwards – Marcel Dettmann Vocal Edit”). Jej pogłębione studyjnymi pogłosami szepty wiodą słuchacza od razu do głębokiego techno wypełnionego zgrzytliwymi klawiszami („Axis Mundi” Petera Van Hoesena).

Kiedy spodziewamy się dalszego spustu surówki, Fengler robi zaskakujący zwrot i sięga po dynamiczne electro – mechanicznym rytmom towarzyszą jednak przemysłowe efekty: bezlitosne smagnięcia giętymi blachami („Tranquility – Octagon Remix” Terrence`a Dixona) i industrialne zgrzyty („Plastic Star – Dr. Walker Remix” Byetone) podbite dudniącymi pochodami morderczych basów.

Połamane rytmy tak pasują niemieckiemu didżejowi, że po chwili skręca w stronę mrocznego techno o niekonwencjonalnej rytmice. Najpierw rozbrzmiewa wypełniony świdrującymi strumieniami przetworzonego głosu Emiki utwór Tommy`ego Four Seven („G – Regis Remix”), potem podrasowane szeleszczącymi perkusjonaliami nagranie samego Fenglera („Thwack – L.B. Dub Corp Remix”) i wreszcie niosąca kanalizacyjne efekty o metalicznym tonie rozpędzona kompozycja Secret Cinema („Timeless Altitude – Minneapolis Mix”). Ten pomysłowo syntetyzujący techno z dubstepem segment puentuje oldskulowy numer w wykonaniu Ratio – „Double Feature”.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/432657-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=432657-01″ allowscriptaccess=”always”]

Kiedy zdawałoby się, że przejście do klasycznego techno jest już nieuniknione, berliński didżej zwraca się w stronę… house`u i garage`u. Ten krótki, ale wyrazisty fragment miksu tworzą dwa kawałki – „Time & Space – Duplex Southside Mix” Gerda i „More Of You” Seijiego. Soniczne akordy surowych klawiszy spotykają się tu z mroczną nawijką w chicagowskim stylu, a falujące basy spod znaku klasycznego rave`u – z melodyjnymi loopami.

I właściwie dopiero wtedy Fengler dociska pedał gazu do dechy. Na talerzach gramofonów lądują winylowe krążki reprezentujące różne odmiany techno. Zaczyna się od ciepłych klimatów rodem z Detroit („Think Twice” duetu Claude Young & Takasi Nakijama), potem pojawiają się utwory zrealizowane według zasad brytyjskiej szkoły gatunku („001A” Puresque i „Slow Motion” Bena Simsa), skorodowane dubowymi pogłosami reminiscencje wczesnych dokonań Basic Channel („UV” Vrila) i industrialna jazda spod znaku Sandwell District („Sphinx” samego Fenglera), a na koniec znów rozbrzmiewa klasyczne wcielenie stylu w modnej obecnie minimalowej konwencji („Man On Wire” duetu Skudge).

Powolne uspokojenie przychodzi wraz z dub-house`owa psychodelią w wykonaniu Raegenz („The Labirynth”). Łagodny klimat swobodnych pląsów podtrzymuje 20:20 Vision ze swoim „Future Remembrance (20:20 Livestyle Mix)” o niemal dyskotekowej aranżacji. Na koniec setu Fengler znów niespodziewanie uderza w mocniejszy akord – serwując electro-house`ową petardę o zbasowanym brzmieniu („Vapor Pressure” Convection aka E.R.P.).

„Berghain 05” to wyjątkowo indywidualny miks – Marcel Fengler wodzi słuchacza (i tancerza) za nos przez prawie półtorej godziny, zaskakując go licznymi zmianami napięcia i tempa. Efekt jest piorunujący – już dawno didżejski miks nie brzmiał tak ciekawie i ekscytująco.

Ostgut Ton 2011

www.ostgut.de/label

www.myspace.cm/berghainPanoramabar

www.myspace.com/marcelfengler

Dla tych, co nie na Nowej Muzyce II

Dzisiaj na festiwalu Tauron Nowa Muzyka wystąpi Superpitcher – dla tych, którzy nie mogli wybrać się do Katowic, mamy didżejski miks Aksela Schauflera do bezpłatnego ściągnięcia. Czytaj dalej »

Dla tych, co nie na Nowej Muzyce I

Mamy dla naszych Czytelników odsłuch fragmentów nowego albumu duetu Modeselektor – to dla tych, którzy nie będą mogli obejrzeć dzisiejszego koncertu niemieckiego projektu na festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach. Czytaj dalej »

Aoki Takamasa – Monad IX

Chyba nikt się nie spodziewał, że nagrania tego japońskiego producenta pojawią się w katalogu Stroboscopic Artefacts. Aoki Takamasa penetrował co prawda różne obszary współczesnej elektroniki, ale jego muzyka zawsze była osadzona w glitchowym kontekście. Teraz jest podobnie – jednak stale poszukujący artysta wypuszcza się tym razem na terytorium zarezerwowane dla młodych twórców eksperymentujących z możliwościami współczesnego techno.

„Mnd-sng01” uderza od razu rwanym bitem o tektonicznej mocy – Takamasa uzupełnia go jednak przesterowanym basem o funkowym pulsie. Motyw ten otaczają dubowe pogłosy podszyte buczącym loopem dobiegającym z dalekiego tła. Ku zaskoczeniu słuchacza w połowie utworu rozlega się… śpiew. To fragment wokalu ulubionej artystki japońskiego producenta – Tujiko Noriko.

Kolejny utwór – „mnd-sng02” – rozpoczyna się od noise`owego strumienia toksycznego szumu – wprowadza on połamaną strukturę rytmiczną oplecioną smolistym pochodem pogłębionego studyjnym pogłosem potężnego basu. Wszystko to zostaje zanurzone w industrialnych hałasach – zapętlonych jednak w hipnotyczne konstrukcje rytmiczne. I tu również pojawia się melodyjny śpiew Noriko – rozbijając mroczny klimat nagrania, przypominającego swą galopującą rytmiką pamiętnego „Warm Leatherette” w wykonaniu The Normal.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1804734-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1804734-02″ allowscriptaccess=”always”]

Wymodelowany na dubstepową modłę twardy bit techno wiedzie z kolei trzecią kompozycję – „mnd-sng03”. Pod nim rozbrzmiewa hucząca partia syntetycznego basu upstrzonego perkusyjnymi cmoknięciami. Konstrukcję tę przewierca przesterowany loop o żrącym brzmieniu – tonąc w wyłaniającym się powoli z tła ambientowym strumieniu chmurnych dźwięków.

I na zakończenie coś z Wysp Brytyjskich – „mnd-sng04” to garażowy funk o klaskanym pulsie i pohukującym pochodzie giętego basu. Takamasa uzupełnia jednak tę taneczną konstrukcję o mocno zdeformowane efekty – warczący loop i jazgotliwe hałasy. Dodatkowym wątkiem utworu jest oczywiście zabawny głos Noriko – niby szept, niby śpiew, nadający całości lekko groteskowy ton.

Nagrania z „Monad IX” potwierdzają, że mimo upływu lat Aoki Takamasa nadal jest w świetnej formie – jego glitchowe wariacje na temat techno, dubstepu i UK garage`u wypadają nadzwyczaj świeżo i pomysłowo. Dobrze, że Lucy przypomniał sobie o weteranie eksperymentalnej elektroniki – może te cztery nagrania otworzą nowy rozdział w jego ostatnio nieco przygasłej karierze?

Stroboscopic Artefacts 2011

www.stroboscopicartefacts.com

www.aokitakamasa.com

www.myspace.com/aokitakamasa

Ghostpoet

Kiedy w 2010 roku nieznany nikomu producent i raper zrealizował własnym sumptem epkę „The Sound Of Strangers”, w muzycznym świecie zawrzało. Wieść o czterech utworach (w jednym gościnnie pojawiła się Micachu) podpisanych przez niejakiego Ghostpoeta z prędkością światła rozprzestrzeniła się po internecie, redakcjach największych magazynów muzycznych i rozgłośniach radiowych.
Czytaj dalej »

Lukid – Spitting Bile EP

Na wstępie obiecałem sobie, że ani razu w tej recenzji nie padnie słowo Actress. Bo mimo, że muzyka Lukida nie wymyka się jednoznacznym skojarzeniom, to poprzez drogę, którą wybrał należy mu się indywidualne i bezprzykładne potraktowanie jego muzyki.

Odnoszenie się do przeszłości jest pozbawione sensu, co związane jest nie tyle z niesłychanym tempem rozwoju młodego Brytyjczyka, co ze stylistyką, która zmienia się szybciej niż pogoda w górach. Zaczęło się od IDM-owego „Onandon”, poprzez hip-hopowe „Foma” i wonky sałatkę „Chords”. Oczywiście wspominam tylko o albumach, bo to co się działo na dwunastocalówkach to już kompletne pomieszanie z poplątaniem. Choć na przekór, wydaje mi się, że brzmienie Lukida ukształtowały właśnie single, a szczególnie pierwszy w katalogu labetu Thriller „BBQ/Genie”, którego tech/house’owe echa słychać po dzień dzisiejszy.

Dyskusje na temat wyższości poszczególnych albumów bywają równie zaciekłe, jak te dotyczące wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. I na dodatek już teraz wiem, że „Spitting Bile” to tylko kolejny kamyczek wrzucony do tego ogródka. Bo dopiero ten materiał ostatecznie przekonał mnie, że po mało docenionym, ostatnim długogrającym materiale Luke Blair wcale już nie chce nikomu nic udowadniać. Z jednej strony perspektywiczny i rozwijający się, a z drugiej nieczuły na modne inspiracje artysta, który doskonale bawi się swoim brzmieniem, nieustannie poszukując i znajdując dlań adekwatne ramy. I o to właśnie chodziło!

Drugie wydawnictwo dla enigmatycznej oficyny Glum to najbardziej wciągające i przykuwające do głośnika minuty od czasu debiutu duetu Sepalcure. Co mi się najbardziej podoba? Konkretność. Muzyka Lukida to sam słodki miąższ. Nie trzeba nic odkrajać, wypluwać czy wyrzucać do kosza. Żadnych resztek, wszystko zjedzone w kilka sekund. Doskonałym przykładem jest otwierające „My Teeth in Your Neck” kiedy to już w pierwszej sekundzie numer zaczyna grać na pełnych obrotach, bez żadnych początkowych techno zwolnień (czyniąc na pewno większą trudność dj’owi we wkomponowani numeru w swoje sety, bo chyba musiałby zagrać go od tyłu). I dobrze zrobił. Dopiero teraz widać jak zdolnym jest kompozytorem.

Jednak na tym nie koniec. Dalej jest równie ciekawie, a uwagę przykuwa ostatni na krążku utwór „Dragon Stout” będący dojrzałym spojrzeniem na meskalinowy dorobek Zomby’ego. Trzeźwe tempo, identyfikowalne zagmatwanie i ponury klimat, które razem stanowią już znak rozpoznawczy Lukida. I wierzcie mi, wcale nie trzeba słuchać kilka razy by to zauważyć.

5/5

Glum / 2011

Tauron Nowa Muzyka – nasze rekomendacje

Już w czwartek, koncertem duetu Lamb rozpocznie się tegoroczna edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Zobaczcie, na kogo szczególnie liczymy. Rekomendujemy koncerty, które koniecznie trzeba zobaczyć.
Czytaj dalej »

The Bug zagra we Wrocławiu

8 października, podczas tegorocznej edycji Avant Art Festival we Wrocławiu wystąpi The Bug – jeden z głównych projektów londyńskiego producenta Kevina Martina.
Czytaj dalej »

Nowi artyści Unsound Festivalu

Kolejne gwiazdy tegorocznego Unsoundu zaprezentują szeroką paletę dźwięków – od dronów po juke (czy footwork, jak kto woli). Czytaj dalej »

Blue Angels – Isidora

Wraz z kilkoma innymi wydanymi niedawno kasetami króciutka, limitowana do 75 egzemplarzy, taśma Blue Angels kodyfikuje interesujący prąd drone popu, którego delikatna, elektryzująca energia przywołuje na myśl rozpraszające się w falującym od gorąca powietrzu barwne sukienki plażowiczek, miłość lepideptorologów. Dziewczyny przechadzają się z rakietami do tenisa, wiążą sznurówki tenisówek, przeczesują włosy i rozbawione czymś, śmieją się sprężyście cofając o krok, by na powrót zbliżyć się po upływie momentu do żartującej przyjaciółki. Jak w „Cieniu zakwitających dziewcząt” Prousta lub w nienapisanej jeszcze powieści o kokainowych nocach na Hawajach, gdzie, wśród rozchwianych cieni palmowych liści, których niematerialną ciemność wiatr do spółki z podzwrotnikowym miesiącem usiłuje skojarzyć z białym piaskiem, odgłos przyboju rozrywa na sztuczki niesioną skądś melodię pożółkłych klawiszy toczonych z porcelany lub kości słoniowej.

Otwierające kasetę „Crisp” zapowiada atmosferę całości, mieszając 12 sekund ciszy z odległym wspomnieniem leniwie płożącej się, jękliwej gitary z „When” Vincenta Gallo i z brokatowymi fakturami glitch ambientu Causeyoufair. Pasuje do „Isidory” to, co pisałem w zeszłym roku, w czwartej odsłonie nieistniejącej już (idealny status w kontekście pisania o Blue Angels!) rubryki Out of Print serwisu Screenagers, o kasecie „Dreamersss” Secret Colours:

[box bg=”#faf4d6″ color=”black”]

Dziwi, że ta muzyka leci z normalnego nośnika, a nie mechanizmu umieszczonego wewnątrz ozdobnego szkaplerzyka. „Dreamersss” wpisuje się w nurt spełniania marzeń o muzycznych bibelotach: nieprzydatnych, kiczowatych, ale na swój sposób pięknych lub/bo dokumentujących niuanse epoki. Mało co nadaje się na takie muzyczne fifimuszki lepiej niż shoegaze z co chwila niknącym gdzieś tanim keyboardem i slo-mo bitami zanurzonymi w kompresji sugerującej identyfikację z chillwavem albo projektami typu Lay Bac czy Dolphins Into the Future.

[/box]

Filigranowej transowości Isidory blisko także do „Your Girl Smells Chung When She Wears Dior” Hype Williams lub do „if u cAn dR3Am – pRinc3ss3s” GR†LLGR†LL. Mimo tych skojarzeń Rob Kusterer pozostaje poza zasięgiem witch house’u czy chillwave’u. Materiał zgromadzony na taśmie powstawał na przestrzeni kilku lat (2007-2009) i zdążył zapewne przejść wiele metamorfoz, w trakcie których autor dotarł do własnej formy wyrazu. Równie trafne, co drone pop, wydaje się określenie jego muzyki twee-ambientem – muzyką tła wyposażoną w elementy dziewczęcego shoegaze’u poznaczonego pestkami szkicowych hooków, rozpościerających się drobnymi przestrzeniami paznokci pomalowanych frenchem, resztek gumy balonowej przyklejonej do podbródka, wachlarzy sypkiego pyłu (porównać ze zmierzwionym „They Spent Their Youthful Years in the Glittering World of Salons” Swirlies).

I w taki to sposób, ewokując raczej, niż brzmiąc, toczy się ta muzyka – kolejny przykład dziełka pięknego, lecz zaprojektowanego do peryferyjnej egzystencji, bez szans na wzmiankę w podsumowaniach rocznych. To odosobnienie jest już elementem składowym genre grupującego muzykę z innego czasu – nie przeszłości czy przyszłości, ale z czasu, którego wątłe, widmowe spektry planują się równolegle do naszej teraźniejszości, sprowadzając nasze mody – do formy kompulsywnych drgnień nerwów, nasze wspomnienia – do spoglądając przez ramię cieniów. I ów sentymentalizm sprawia, że drone, muzyka identyfikowana najczęściej jako trudna, nużąca i monotonna, zostaje owocnie zaadaptowany do polifonicznego horyzontu współczesnej muzyki popularnej, niezobowiązująco zauroczonej światami możliwymi.

Digitalis Limited | 2011

Up To Date Festival – rozwiązanie konkursu

Znamy zwycięzców konkursu, który ogłosiliśmy w środę. Pytanie raczej nie należało do trudnych, przy 100 przysłanych mailach tylko 6 zawierało błędną odpowiedź. Poprawna odpowiedź na pytanie „Jedna z tegorocznych gwiazd festiwalu Up To Date udostępniła swego czasu utwór do reklamy jeansów Levi’s. Proszę podać jaki to artysta, jaki utwór został wykorzystany w tej reklamie, a także kto jest jej reżyserem?” to:

Artysta: Biosphere
Utwór: Novelty Waves
Reżyser: Michel Gondry

Wejściówki na Białystok Up To Date Festival wygrywają:

Małgorzata Dębowska
Marek Łubek
Julia Banaszkiewicz-Włazińska
Ewelina Malesa
Maciej Bednarczyk

Bilety będą do odbioru przy wejściu na teren festiwalu za okazaniem ważnego dowodu tożsamości ze zdjęciem.

[button size=”big” link=”http://www.up2d8.pl/” target=”blank”]Strona festiwalu[/button]

R/S – USA

Granie głośnej muzyki wbrew pozorom nie jest prostą sprawą. Wśród setek artystów i grup parających się noisem, tylko niewielki ułamek potrafi twórczo wykorzystać hałas. Do grona wirtuozów od lat eksplorujących cyfrową kakofonię należą Peter Rehberg (znany też jako Pita) i Marcus Schmickler. Powiązani ze sceną EAI, jednak przekraczający jej ramy, proponują autorską wizję syntetycznej muzyki – niekoniecznie głośnej, ale zawsze bardzo wyrazistej.

Album „USA” to drugie wydawnictwo nagrane w duecie, choć twórcy spotykają się na scenie i w studio dużo częściej – między innymi w składzie zjawiskowej „orkiestry elektronicznej” MIMEO. Podczas sesji zarejestrowanej w trakcie amerykańskiej trasy, Rehberg obsługiwał komputer a Schmickler zasiadał za syntezatorem. Obydwu zaś nie szczędziło środków wyrazu, wydobywając z instrumentów maksimum możliwości. Trzy tracki, trwające od dziesięciu do szesnastu minut, składają się na porcję hiper-chaotycznej cyfrowej muzyki. Abstrakcyjne struktury pozostawiają pełną swobodę interpretacji: mogą ilustrować zarówno Wielki Wybuch, proces rozmnażania się bakterii, jak i moment wkraczania w pustkę.

Aby usytuować brzmienie R/S należy sięgnąć po nagrania tuzów awangardy – wiejące kosmicznym chłodem kompozycje Xenakisa, bądź glitchowe palimpsesty usterkującego kompakty Yasunao Tone. Za punkt odniesienia mogą również służyć dokonania Floriana Heckera (nie mylić z Timem). Jego wydany dwa lata temu album „Acid In The Style Of David Tudor” był śmiałą próbą przedefiniowania acid techno. Fascynacje szybkim tempem i specyficznym tripem pobrzmiewają także na „USA”, szczególnie w utworze „Chicago I”. Wersja techno proponowana przez duet – podobnie jak u Heckera – jest jednak mocno zdegenerowana, doprowadzona do ekstremum.

„Sztuka tłuczenia szkła” to nazwa artystycznego performance’u, który mi się kiedyś przyśnił. Działanie polegało na umiejętnym rozbijaniu butelek, szyb, naczyń i innych szklanych obiektów. Efektem pracy artysty, możliwym tylko we śnie, były fantazyjne wzory, układające się z rozbitych drobin na posadzce. Rehberg i Schmickler tworzą w podobnej materii – stosowane przez nich częstotliwości są ostre i kłujące niczym odłamki rozpryskujące się na wszystkie strony. Muzycy potrafią kontrolować chaos destrukcji, kreując przy tym zadziwiające struktury. To, co niewykonalne w świecie fizycznym dokonuje się w sferze akustycznej – oto w sposób niespodziewany objawia się magia cyfrowej elektroniki.

PAN | 2011

When Saints Go Machine – Konkylie

Niby nic takiego: połączenie lśniącego mirażu chłodnych syntezatorów z aranżacyjnym ciepłem to określenie pasujące do kilku bandów, a na widok tagu synth-pop niejeden się skrzywi „znowu?”. Błąd. O When Saints Go Machine nie bez przyczyny szepczą blogosfery, a niepodważalny (choć nie jedyny) atut, dzięki któremu nie sposób przejść obok nich obojętnie to Nikolaj Manuel Vonsild, dokładniej – jego głos. W najbliższy piątek na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka będzie w końcu okazja, by przekonać się na żywo, o co chodzi z tym hypem i czy słusznie uznano ich w Danii za jeden z najciekawszych zespołów koncertowych.

Od początku „Konkylie”, gdy słuchamy Nikolaja, przed oczyma przewija się gęba Antony’ego, gdzieś z tyłu głowy majaczy wokalista Talk Talk lub Arthur Russell. Porzucamy te puzzle zadowalając się stwierdzeniem, że właścicielem tak potężnego (sic!) falsetu musi być zapewne wielki, czarnoskóry facet. I znowu pudło: trudno uwierzyć, oglądając wątłego Nikolaja, że generuje on taką moc i wprost fruwając po melodiach, zręcznie przebiera w tonacjach i nastrojach.

When Saints Go Machine to na oko mroczne, na ucho dojrzałe chłopaki z kopenhaskiego sąsiedztwa. W 2008 roku wygrali konkurs talentów w duńskim radio, dwa lata później otwierali Festiwal Roskilde. Choć na scenie istnieją od kilku lat, pierwszy materiał wydany na rynek skandynawski miał siłą rzeczy węższy zasięg rażenia. Rzeczywiście na rynku europejskim (i światowym) szerzej zaistnieli wydaną w styczniu w !K7 EPką „Fail Forever”. Podczas gdy numer z poprzedniej płyty cały czas zbiera żniwo (pod koniec czerwca ukazał się m.in. remiks Nicolasa Jaara), od kilku miesięcy żwawo śmiga już nowy materiał. Potencjalnie mniej dyskotekowy, ale równie przebojowy, nie tak eklektyczny, lecz nadal zróżnicowany, a artystycznie bardziej spójny.

Mając za punkt wyjścia przeciwstawną do popu brzmieniową alternatywę, WSGM sprytnie przetykają surowość syntezatorów z żywym instrumentarium kreśląc z rozmachem wizję romantycznego modern-popu. Wszak to wszystko piosenki, tyle, że niezwykłe. Bogate, organiczne dźwięki i utwory w średnim tempie to oś „Konkylie”. Pozorna nieprzystępność ciemnej materii, dzięki unoszącym się finezyjnie melodiom, zyskuje na komunikatywności. Etnicznym tłom wtórują ciekawe, z reguły filozoficzne, senne, tęskne, niepewne i niewesołe teksty (choć czasem jest zabawnie – „Kelly”), inspiracją których jest twórczość takich artystów, jak Nick Cave czy Morrisey. Nie ma mowy o banale.

Nad wszystkim unosi się mgiełka wykrzywionej nieoczywistości.

Tytułowe „Konkylie” w połowie nagrane w lesie letnią nocą, a w połowie w tunelu to eteryczna ballada na dęciaki i świerszcze. Dalej przeważa etniczny, perkusyjny background, przywołujący niekiedy skojarzenie z Fever Ray. Być może to echa niegdysiejszej współpracy z Christofferem Bergiem, co najbardziej słychać w „Church And Law” i „The Same Scissors”. Pierwszy rozpoczynają amorficzne smugi śpiewu, pianino i chóralne urywki, nie zapowiadające energii czającej się w niskich elektronicznych akordach, a która ścina krew zimną syntezatorową lawą. Hit! W drugim zaś przestrzenne synthy przemykają niczym srebrne pociągi, na które Nikolaj patrzył tworząc tekst utworu; podobno też można dosłuchać się sampli głosów turystów, których narzekanie na rachunek w knajpie nagrał Simon Muschinsky z zespołu. „Jets” promiennie transuje w plemiennym stylu (do akompaniamentu kuchennych naczyń, co jest sprawką brata Nikolaja), a „Kelly” buja w rytmie disco spod znaku Scissor Sisters i Hercules And Love Affair.

Mroczna – na pierwszy rzut oka – czwórka, zyskuje przy bliższym poznaniu.

„On the Move” to nieoczywista melancholia pod ciepłą elektroniką, „Whoever Made You Stand So Still” – miniaturowa podróż w dwóch tempach po onirycznej psychodelii w stylu retro z lat 70. wzbogaconej o klarnet i wiolonczelę. Harmonie wokalne „Konkylie” doprawiają większość materiału nutą folku; już przy poprzedniej płycie When Saints Go Machine dorobili się przydomku „Fleet Foxes bez gitar”. Choć te akurat powinny się pojawić obok paru innych instrumentów na występie live. O tym, że zespół uczynił z wokaliz Vonsilda kolejny instrument dobitnie świadczy „Add Ends”, pogodna piosenka rozpisana na harmonię wokalną i smyki.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w inkarnacji gęsto użytych na płycie maszyn wziął udział pierwiastek naprawdę święty.

Finalnie pałamy już tak olbrzymią sympatią, że na końcu języka mamy żarliwe wyznanie dozgonnej przyjaźni, co najwłaściwiej byłoby przypieczętować wspólną imprezą.

EMI / !K7 | 2011

Fennesz – Seven Stars

Jeden z najbardziej popularnych graczy na ambientowej scenie powraca z nowym wydawnictwem. Epka „Seven Stars” jest logiczną kontynuacją dotychczasowej twórczości Austriaka. Po raz kolejny Fennesz tworzy swoje kontrastowe, muzyczne plamy, używając ciepłych, optymistycznych, pastelowych farb, innym razem zimnych, przygaszonych akwareli.

Pierwszy na płycie kawałek „Liminal” przywodzi na myśl, uważany za jeden z najlepszych albumów artysty, „Endless Summer”. Delikatna, ulotna melodia przenika się z odrealnionymi, powykrzywianymi dźwiękami. Leżymy z zamkniętymi oczami na łące, słońce przebija się przez powieki, tworząc dziwne, drgające kształty, w które wpatrujemy się, zafascynowani, naszym umysłem. Czujemy się bezpiecznie i radośnie. Nagle niebo zmienia kolor, rośliny ożywają, trawa staje się coraz wyższa, sięgając prawie nieba. Kolejny na trackliście „July”, wbrew tytułowi, ochładza trochę klimat. Pojawiają się niepokojące szmery, psychodeliczne szepty elektronicznych obwodów, sięgające wprost do głębi świadomości. Z groźnych, czarnych chmur zaczyna kapać deszcz. Wystraszeni próbujemy znaleźć schronienie i uciekamy do pobliskiego lasu. Ukryci, w ponurych konturach drzew dostrzegamy dziwne istoty, w oddali przebiega jakieś zwierzę. Jak tylko przestanie padać, chcemy jak najszybciej powrócić na słoneczną łąkę. Jednak „Shift” niezbyt nam na to pozwala. Metaliczny szum wwierca się w głowę, możemy prawie, że zobaczyć jego srebrny kolor. Pulsują tajemnicze i nieznane dźwięki, w dalekim tle słyszymy futurystyczną, oderwaną od rzeczywistości melodię. A może tylko nam się wydaje? W zamykającym płytę, tytułowym utworze, słońce w końcu wychodzi zza chmur. Mokra trawa lśni tak, że mamy ochotę całemu się w niej wytarzać. Powoli nastaje przyjemny, leniwy wieczór. Zaczynają migotać pierwsze gwiazdy. Teraz widzimy, że jest ich na niebie dokładnie siedem. Konstelacja spokoju i kontemplacji. Zaczynamy zapadać w sen. W tym śnie także śnimy kolejny sen i tak w nieskończoność.

Fennesz nie głosi na „Seven Stars” żadnej rewolucji. Gra po prostu swoje. Nie jest to wybitny materiał, ale trzeba przyznać, że na pewno wystaje ponad przeciętność. Jeżeli macie ochotę na 20 minutową podróż do innego świata, włączcie „Seven Stars” i pozwólcie Christianowi być waszym przewodnikiem.

 

Popol Vuh – Revisited And Remixed 1970 – 1999

Działający przez niemal trzy dekady niemiecki zespół Popol Vuh uznawany był za najbardziej „uduchowiony” ze wszystkich wykonawców zaliczanych do nurtu kraut-rocka. Być może dlatego, że jego lider, klawiszowiec Florian Fricke, inspirował się religią chrześcijańską oraz mistycznymi tradycjami Afryki, Azji i Ameryki, ale być może również dlatego, że będąc pierwszym niemieckim muzykiem używającym syntezatora Mooga, tworzył na nim muzykę elektroniczną, utrzymaną w głęboko kontemplacyjnym nastroju. Nie bez znaczenia był oczywiście fakt, że to właśnie Popol Vuh zaprosił Werner Herzog do zilustrowania swych najwybitniejszych filmów z Klausem Kinskim – „Aguirre”, „Nosferatu”, „Serce ze szkła” i „Cobra Verde”. Dzisiaj – w dziesiątą rocznicę śmierci Frickego – wytwórnia SPV serwuje dwupłytowy album, z którego pierwszy krążek zawiera wybrane nagrania z dyskografii Popol Vuh, a drugi – ich remiksy w wykonaniu gwiazd współczesnej elektroniki.

„Planet Side” odsłania przede wszystkim ilustracyjną stronę twórczości niemieckiej formacji. Mamy tu psychodeliczne wariacje na Moogu („Aguirre I Lacrima Di Rei”), eksperymenty z wpisywaniem egzotycznej melodyki w kosmiczną elektronikę („Affenstunde”), próby wykorzystywania muzyki klasycznej („In Der Garten Pharaos”) czy mierzenie się z eterycznym new age („In Your Eyes”). Klasyczne brzmienia o ambientowym tonie reprezentują tu głównie kompozycje z „Cobra Verde” – „Eine Andere Welt” i „Nachts – Schnee”. Z kolei bardziej gitarowe granie z późniejszej fazy działalności grupy, znajdujemy w soundtracku z „Nosferatu” – choćby w „Through Pain To Heaven”. Wszystko to układa się w fascynującą całość, dokumentującą w skrótowy sposób niezwykle bogatą dyskografię Popol Vuh.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1769977-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1769977-02″ allowscriptaccess=”always”]

„Cosmic Side”, która przynosi kolekcję remiksów, ma bardziej różnorodny charakter. Współcześni producenci, żonglując cytatami z nagrań Popol Vuh, tworzą nagrania typowe dla swej twórczości, zabarwiając je jednak na modłę oryginałów. I tak duet Kruder & Dorfmeister serwuje masywne deep techno, ale ozdabia je dźwiękami w stylu zwiewnego new age („Aguirre I & II”). Podobnie Thomas Fehlmann i Moritz Von Oswald – oni również sięgają do techno, zanurzają je w dubowych pogłosach, lecz podszywają etnicznymi i klasycznymi samplami („Schnee” i „Garten Pharos”). Nawet Mika Vainio oraz duet Haswell & Hecker, którzy zamieniają „Nacht Schnee” i „Aguirre I & II” w glitchowy ambient i świdrujący noise, pozostawiają wyraźnie rozpoznawalne partie niebiańskich chórów, aby zachować łączność z remisowanym kontekstem.

Są jednak artyści, którzy próbują wejść w formułę muzyki Popol Vuh zatracając własną tożsamość – tak dzieje się w przypadku „Heart Of Glass” i „Haram Dei Haram Dei” zremiksowanych przez trio Schwarz/Dixon/Amé i Alexa Barcka. W efekcie powstaje wielobarwny kraut-rock, podszyty etnicznymi wtrętami, ale zrealizowany przy pomocy współczesnej technologii. Podobny przypadek stanowi „Hosianna Mantra” w wersji Stereolab – to żaden avant-pop, lecz ekwilibrystyczna sampledelia o wokalnym charakterze.

„Revisited And Remixed 1970 – 1999” trafia doskonale w swój czas – wszak niemal cała dyskografia (szczególnie wczesne płyty i soundtracki dla Herzoga) Popol Vuh może stać się bogatym źródłem inspiracji dla twórców wszelkiej maści arp-core`a, hypnagogic popu czy neo-psychodelii.

www.spv.de