John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 – nasza relacja

Tradycyjnie koncertowe lato zakończył Tauron Festiwal. Jego szósta edycja przeszła do historii. Teraz szkoła, studia, praca i oczekiwanie na jesienne muzyczne atrakcje. Póki co jednak – sprawdźcie naszą relację z Taurona i dzielcie się własnymi opiniami.

Na skróty:

Wstęp
Podsumowanie


Wojtek Mazolewski Quintet
Bonaparte Circus Show
Seefeel
Modeselektor
Eltron John
Amon Tobin
Ford & Lopatin
When Saints Go Machine
Machinedrum


Little Dragon
Instra:Mental
Bodi Bill
Apparat Live Band
C. H. District
Darkstar
Matias Aguayo
Lunice
Spoek Mathambo
Jamie Woon

Budynki z czerwonej cegły, nierówności terenu, pordzewiałe hangary, piasek chrzęszczący pod nogami i schrony przeciwodłamkowe – Tauron Nowa Muzyka powinien zostać europejskim wzorcem festiwali muzyki niezależnej serwując melomanom muzykę w warunkach iście alternatywnych. Bo skoro twórczość artystów takich, jak Amon Tobin, Modeselektor, czy Seefeel do najlżejszych nie należy, to może i okoliczności, w jakich występują na żywo, powinny być przynajmniej odrobinę nieprzystępne.

Malkontenci z pewnością wytkną organizatorom zaniedbanie sektorów gastronomicznego oraz sanitarnego ponad inne strefy logistycznego planowania festiwalu, jednak trzeba pamiętać, iż w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko Muzyka, która w tym roku była znakomita. Ponad 40 artystów, ponad 30 stopni Celsjusza – czy można wyobrazić sobie lepsze zakończenie lata? [Daniel Barnaś]

Piątek

Występ kwintetu Wojtka Mazolewskiego na festiwalowej scenie głównej był doskonałym preludium do tego, co miało wydarzyć się upalnej, piątkowej nocy na terenie KWK Katowice. Wesołe, jazzowe melodie z albumu „Smells Like Tape Spirit” w połączeniu z elektroniką przygotowaną specjalnie na tę okazję przez Envee’go i Maceo Wyro powoli, acz skutecznie pobudzały do życia spaloną słońcem publiczność. Sami muzycy zdawali się być w pełni odporni na tropikalne temperatury, energia nie opuszczała ich przez cały czas trwania koncertu.

Na koniec dali czadu wariacją na temat dubstepowego klasyku Bengi „Night” połączonego z reagg’owym „Chase the Devil” Maxa Romero (motyw znany z „Out of Space” The Prodigy). Nie zabrakło także tego, na co czekałam – zaczarowana wersja „Wojtka w Czechosłowacji” na bis dała radę! [Kamila Szeniawska]

Ci, którzy przekroczyli teren festiwalu dopiero ok. 20.00, dostali na wejściu z buta w otumanione upałem oblicza. Co prawda spodziewane pranie mózgu nie odbyło się może z najwyższymi obrotami wirowania, ale dawka wstrząsów (także elektro) pozostała na zapowiadanym poziomie. Począwszy od Bonaparte w masce upiornego misia, przez białą psycho-barokową damę, gargantuicznego królika, dziewczę w monstrualnej kokardzie rozrzutnie częstujące publiczność pieczywem (ciasto francuskie? ja nie złapałam, więc mogę tylko domniemywać), kobietę kota, cudowny taniec kosmicznego żużlowca, aż po człowieka konia w „My Horse Like You”, wielkiego penisa w barwach Samoobrony i dwa monitory na głowach tancerzy przy „Computer In Love”.

Mało? Znalazło się miejsce na porywający vocoder, electro, a nawet syntetyczne ska. Nowomuzyczna publika szalała. W końcu to koń został dyrygentem, a finalnie poddano nas próbie fanowskiej interakcji: zawtórować do nawoływań było nietrudno, powtórzyć odgłosy, których nie wydaje się przy stole (i nie chodzi o te ustne), już nie. Szkoda, że z bisu „Do You Wanna Party” połowa ludzi już wyszła. Bo to nie był żaden dance-punk, tylko prawdziwe wejście smoka. [Ania Kozłowska]

Występ Seefeel klimatem bardziej przypominał misterium, aniżeli koncert grupy rockowej – bez powitań, zbędnej kurtuazji, ze sceną oświetloną zimnym, zielonym światłem. Zespół przez blisko godzinę próbował oczarować publiczność swoją muzyką. Z różnym skutkiem. Lekko improwizowane kompozycje szybko zaczęły zlewać się w jedno pasmo dźwięku, tracąc swoje barwy. Muzyce Seefeel zabrakło życia. A szkoda, gdyż koncert Brytyczyków z Warp Records był według mnie najlepiej nagłośnionym występem na Little Big Stage.

Klarowne burdony oraz ostry przester nie odwiodły jednak publiczności od pogawędek, wykluczając oczywiście niemałą grupę najzagorzalszych fanów, chłonących w bezruchu dźwięki tuż pod sceną. Wychodząc spod namiotu myślałem o następnym czekającym mnie koncercie, nie roztrząsając występu Seefeel. Było, minęło. [Daniel Barnaś]

Fanów wybierających się na techniczne show Gernota Bronserta i Sebastiana Szarego punktualnie przywitała na ekranie wielka małpa z Monkeytown. Powdzięczyła się chwilę, powysyłała całuski, gdy trwało zamieszanie, bo ktoś postanowił wjechać i wyjechać busami przez bramę, którą licznie ściągał tłum… W tle już sączyły się klimatyczne utwory, wśród nich Bjork feat. Antony Hegarty „Dull Flame Of Desire” (Modeselektor’s Remix For Girls).

Początek nie zwiastował katastrofy. Chłopaki rozkręciły się jednak szybko i weszły na najwyższe i niestety szybsze, bezduszne obroty. Cóż, odbiór stylu i tempa to kwestia gustu. Gwoli rehabilitacji wspomnę doskonały warsztat – było gęsto, panowie nie pozostawali w jednym motywie dłużej niż minutę, dwie, oraz to, że Live wyraźnie podzielony był na części pod względem klimatu. W końcu pojawiły się szlagiery: m.in. wyczekiwane „Let Your Love Grow” (z mrocznym, zamglonym lasem w wizualizacji) i porywające Moderatowe „Prototype” Headhuntera. Można? Można. Wybejcowani atleci na ekranie (do „Take Off Your G Strings”), z czego jeden w długich blond włosach, zostawili trwały ślad w mojej psychice 🙂

Nie zmieniło to niestety faktu, że po głowie kołatały mi się trzy uporczywe myśli, którymi nagrabię sobie pewnie u zachwyconych, a trzeba powiedzieć, że ich liczna gromada wypełniała niemal całą Main Stage: 1) młodzież nazywa to dziś wiksą, 2) „too much techno” – jakkolwiek dziwnie to brzmi w kontekście wybrania się na Modeselektora oraz 3) gdzie się podział klimat? [Ania Kozłowska]

Gdzie? Na niewielkiej Red Bull Academy Music Stage. Tam nasz rodak, Eltron John, serwował balsam na skołatane uszy. W DJ Secie mieszał w gruncie rzeczy radosny, lecz utrzymany w gustownych ryzach hipnotyczny house, wybitnie dyktując klimat piaszczystego danceflooru. Sielanka! Delikatny nastrój mieszał się z metalicznym chłodem, kosmiczny funk z tech-dubowymi przestrzeniami, duszne, zapętlone wokalizy ze sprężystym housem. Odrealnionym zaułkiem, gdzie DJ nad „fosą”, a w tle rozświetlone, gwiezdne wieżowce, fikuśnie zawładnęło przestrzenne i giętkie disco. Co więcej, Eltron John zasłużył na miano najbardziej sympatycznej gwiazdy festiwalu. Nagroda publiczności murowana. W przyszłości nie przegapcie tego pana! [Ania Kozłowska]

Miało nie być patetycznie, jednak w pewnych sytuacjach nie sposób uciec od nadgorliwości – piątkowy koncert Amona z pewnością do takich należy. Kto był, w lot zrozumie moje zakłopotanie, kto nie był, niech czyta i płaczę łzą rzewną. W życiu każdego melomana bywają takie momenty, które przyprawiają go o dreszcze. Nie chce wówczas uronić ani jednej kropli szybko upływającego czasu, chce zawiesić w nim każdy dźwięk i obraz.

Wszystkie zapamięta potem na wiele lat, chowając skrzętnie koncertowy bilet do kolekcji, czując autentyczną dumę z uczestnictwa w czymś wielkim. Koncert Amona Tobina jest dla mnie właśnie jednym z takich wydarzeń – fascynuje, rozpala emocje i z siłą pneumatycznego młota wbija się w pamięć. Chyba każdy z uczestników tegorocznej edycji festiwalu pokładał w ISAM Live wielkie nadzieje i nie wierzę, że ktokolwiek został zawiedziony.

Tkwisz w bezruchu, nie odrywając oczu od fantastycznej, sześciennej instalacji, której obrazy tworzą z niesamowitą, futurystyczną muzyką Tobina, zapierający dech w piersiach film – tak mniej więcej zapamiętam ten koncert i choć jeszcze wiele słów ciśnie się na usta, to żadne z nich w pełni nie odda emocji, jakie towarzyszyły mi podczas jego majestatycznego show. Wisienką na torcie okazał się bis, przypominający o tym, że Brazylijczyk potrafi schować efekty na bok i nadal pozostać najlepszym, bujać wysmakowanym hip hopem, w tak mistrzowski sposób, że nie sposób ustać w miejscu. Moi drodzy, powiedzmy sobie szczerze, tak brzmi muzyka XXI wieku, tak będą wyglądać koncerty nowej generacji – to on rozpoczął erę, to on jest prekursorem,a ja cieszę się, że mogę być tego świadkiem. Najlepszy, najbardziej magiczny koncert tego roku. [Sebastian Gabryel]

Po amonowym wulkanie energii, live act sympatycznego duetu znakomicie mnie odprężył. Delikatne, retrospektywne dźwięki połączone z ultra-psychodelicznymi wizualizacjami były najtrafniejszą okazją do małego afterku po głównym koncercie pierwszego, jakże ciekawego dnia festiwalu. Świeże, nocne powietrze rozrzedzające upał dnia, publiczność zebrana w kameralnej liczbie w namiocie i „Channel Pressure” w wersji live, rozciągnięty gdzieś pomiędzy narkotyczne jazdy Shpongle, a tandetne dźwięki z amerykańskich reklamówek z lat osiemdziesiątych – cud, miodzik, malina, tego mi było trzeba.

Można było jednak odnieść wrażenie, że sami artyści są nieco wycofani, choć przecież i taka też jest ich muzyka, co w dużej mierze jest zasługą Daniela, tworzącego jako Oneohtrix Point Never czysto hipnagogiczne ścieżki, które aż zachęcają do introwertycznych sesji, nawet gdy dookoła kłębią się tłumy. Było tak, jak na płycie – czyli gęsto, duszno i syntetycznie, były vocodery, repeaty, tłuste basy i beaty, jednym słowem, nowoczesna sesja dla zapatrzonych w analogi – brawo chłopaki! [Sebastian Gabryel]

Po koncercie When Saints Go Machine, co niektórzy mogli odczuwać gorzki niesmak – mowa o wszystkich tych, którzy najnormalniej w świecie na niego nie zdążyli. Powodem tego było drastyczne przesunięcie godziny koncertu, który rozpoczął się parę ładnych godzin wcześniej w miejsce występu Seefeel. Zmiana spowodowana była nagłą chorobą jednego z członków kapeli, co jednak w żadnym razie nie odbiło się na poziomie koncertu. Co więcej, z czystym sumieniem, ku rozpaczy spóźnionych, muszę przyznać, że Duńczycy zagrali kapitalnie, zlepiając piosenki z dużych i małych krążków w zgrabną, jakże miłą dla ucha składankę. W ich drapieżnych, energetycznych numerach, można było odnaleźć ten sam dobrze znany, melancholijny pierwiastek, który idealnie równoważył się z tanecznym rytmem większości, skądinąd bardzo trafionej setlisty.

Najważniejszym elementem koncertu był jednak przepiękny falset Nikolaja Manuela Vonsilda, robiący o wiele większe wrażenie, niż jest to w przypadku nagrań ze studia, co można odebrac jako najlepszy komplement, bo przecież nie od dziś wiadomo czym dyskografia WSGM przykuwa do siebie najbardziej. To najboleśniejsza prawda dla wszystkich pechowców, którym nie było dane dotrzeć na Małą Duża Scenę, by posłuchać niepozornego faceta o wielkim głosie. C’est la vie. [Sebastian Gabryel]

Jedna z największych niespodzianek festiwalu. Machinedrum pozostaje wierny starym brzmieniom, które w piątkową noc zawładnęły sercami tauronowych festiwalowiczów. Muzyka Travisa Stewarta jest od stóp do głów przesycona wysokokalorycznym oldskulem, który skłania do zabawy nawet największych ponuraków. LittleBig Stage drżał jak w plemiennym transie przy kolorowych nutkach jungle czy nowo powstałego nurtu juke, który może okazać się czymś więcej, niż tylko jednorazową zajawką. Sam Travis zdawał się bawić równie dobrze, co zgromadzona w namiocie publika, czego efektem był świetny set, upstrzony follow-upami, które w lot wychwytujesz i lecisz z nim dalej. Niech żyje stara szkoła! [Sebastian Gabryel]

Sobota

Choć nie był to pierwszy polski występ grupy, budził ciekawość ze względu na wydaną przed momentem płytę „Ritual Union”. Yukimi i chłopaki rozbujali licznie zgromadzone pod sceną główną towarzystwo swoim starszym numerem „Looking Glass” by zaraz potem sięgnąć po premierowe utwory. „Ritual Union” czy „Please Turn” zabrzmiały jeszcze bardziej „disco” niż na płycie. Charyzmatyczna Yukimi czarowała nie tylko nieskazitelnym wokalem – jej taneczne ruchy momentami przypominające gimnastyczną rozgrzewkę były znakomitym dopełnieniem występu. Imprezowy, gorący klimat utrzymywał się przez ponad godzinę. Zniknął w mgnieniu oka, gdy podczas bisu Yukimi zaśpiewała zwalającą z nóg balladę „Twice”. Niesamowite, jak ta dziewczyna włada emocjami słuchaczy! [Kamila Szeniawska]

Instra:Mental zawiódł. No, może nie tak całkiem do końca, ale na pewno nie był to set marzeń, a tym bardziej wart długotrwałego zapamiętania. W dodatku Damon Kirkham bujał tłumem, rzadko jednak energetycznymi, drumfunkowymi loopami, częściej zaś jakościową huśtawką, przy której trudno było się dobrze bawić. Raz płytko, raz soczyście, raz prostacko i znośnie raz jeszcze. Dlaczego mówię tylko o Kirkhamie? Ano, druga połowa duetu w osobie Alexa „Boddiki” Greena rozpłynęła się gdzieś w powietrzu już po pierwszych dziesięciu minutach setu.

Koleś pomajstrował chwilę przy suwakach i bezceremonialnie wyszedł. Damon również się nie popisał, co rusz dając do zrozumienia, że widownię ma totalnie gdzieś, częściej rozlewając rozmaite trunki do szklanek, niż skupiając się na, podkreślam, własnej muzyce. Nie wspominając o tym, że przez połowę występu, najbardziej pochłonięty był rozmową z koleżanką, pstrykającą mu lanserskie fotki z większą częstotliwością, niż najbardziej nadgorliwy turysta z Japonii. A wszystko to na oczach spragnionej uwagi widowni. Damn! Może marudzę, ale zachowanie Instra:Mental było doprawdy burackie. I jak tu potem nie słyszeć, że twórcy muzyki elektronicznej mają otwartego Facebooka w laptopach? Właśnie przez producentów tego pokroju rodzą się takie mity, choć jak widać nie jest do końca nieprawdą, że można grać, nie grając. [Sebastian Gabryel]

Największą dla mnie niespodziankę festiwalu zgotowali Bodi Bill na Main Stage. Świetny kontakt z publicznością – to jedno, radocha z grania i skakania za sprzętem – to drugie. Ale jeśli szafować terminem pop, to berlińskie trio jest mistrzem jego pogmatwania. Począwszy od zdubowanego popu, przez manierę ala wokaliści „zaangażowanego popu z pretensją w głosie”, aż po synth-pop spod znaku najstarszych płyt Depeche Mode.

Oto ich wytyczne napięte jak szelki na torsach gitarzysty i klawiszowca. Wokalnie krążąc niekiedy z grubsza wokół indie ala Circlesquare, muzycznie bliżej łzawych motywów ala Apparat – oto szersze spektrum ich zainteresowania. Na żywo najbardziej przypominali nasz rodzimy Kamp!. Przy dedykacji dla przyjaciół charyzmatycznego Fabiana Fenka zastąpił jeden z muzyków – a takie wymiany zawsze cieszą gawiedź. Gdy dodać do tego zrzucanie z siebie piór, wymachiwanie ogromną kością i przebranie się za kamień, śmiało jawi mi się czarny koń festiwalu. Aż żal było opuszczać namiot…. [Ania Kozłowska]

Apparat Live Band to jedna z największych gwiazd tegorocznego festiwalu, oczekiwania wobec czteroosobowego zespołu Saschy Ringa były ogromne. Także ja nastawiłem się na wielki koncert i może to był błąd, sam występ odebrałem pozytywnie, jednak na pewno nie jako najjaśniejsze wydarzenie festiwalu.

Pełen emocji głos Apparata to był miód dla uszu wszystkich zgromadzonych w sobotnią noc na Main Stage, z każdym wyśpiewanym słowem publika podążała za Saschą, dodatkowo uwagę zwracał wyczyniający cuda perkusista. To co mnie zaniepokoiło to wrażenie, że gitary nie są grane na żywo, a świadomość tego niestety pozostała ze mną, aż do końca występu. Czy to tylko moje odczucie? Dodatkowym zarzutem, choć nie w stronę Apparat Live Band, a organizatorów, może być fakt ustawienia przed zespołem Saschy, bardzo energetycznego, wręcz wariackiego Body Bill, który nie wprowadził mnie w stan emocjonalnego wyciszenia, jakie chciałbym otrzymać przed występem Niemca. [Łukasz Szynkiewicz]

Z powodu świetnego występu Bodi Bill niestety spóźniłam się na C. H. District. Markotne uczucie uciszane przez „przecież już go słyszałaś”, wybijało się jednak podszeptem „więc wiesz, co tracisz”… Rozterki pogodzenia time-table należało jednak szybko zakopać w piachu ulubionej, najbardziej liberalnej, Red Bull Music Academy Stage, bo wstrząsały nią na (moim) wstępie posuwiste basy. Potężna dawka electro skutego postindustrialnym lodem, aż po dźwięki niemal EBM’owe to wizytówka Mirosława Matyasika. Zresztą facet występuje też na takich festiwalach, jak Castle Party, więc mrok mu nieobcy. „Conclusion” musiało spowodować tąpnięcię w kopalni, a do tego świetnie komponował się taniec w parach (tak, był!), pusty (sic!) leżak i odrealniona panorama katowickiego blokowiska. Kto szukał podczas tego weekendu hyperenergetycznego IDM’u, po prostu musiał tam być. [Ania Kozłowska]

Dla jednych, najnudniejszy i najbardziej bezpłciowy koncert w całym line-upie festiwalu, dla drugich mroczna przejażdżka w głąb człowieka, jego lęków i pragnień. Z tego typu brzmieniami, jest jak z muzyką drone – najpierw musisz się przedrzeć, by cokolwiek usłyszeć, a gdy już usłyszysz, przepadasz bez reszty. Jest coś w muzyce Darkstar takiego, co wywołuje u mnie poczucie nieopisanej pustki i beznadziejności świata, która pozwala oczyścić się, zdystansować i choć na moment okiełznać świat – tak mniej więcej brzmiał również sobotni koncert Brytyjczyków.

Pierwsze co rzuciło mi się w uszy, to wszechobecna senność, otchłań i eteryczność, przez którą płyną ascetyczne kompozycje ponuraków z Darkstar. W samym ich centrum znajduje się osoba tajemniczego, choć przestraszonego nieco Jamesa Buttery. Wokale długowłosego nieśmiałka nakładały się na siebie, tworząc harmonię, wraz z wielowarstwowym ambientem i resztą niepokojących dźwięków, których największym, wspólnym mianownikiem jest zalegający grubą warstwą kurz. Warto przyjrzeć się tej formacji – ja sam, nie miałem z nią zbyt często do czynienia, jednak po tauronowym koncercie, nie mam jakichkolwiek wątpliwości, że najwyższy czas to zmienić. [Sebastian Gabryel]

Na tych, którzy postanowili ochoczo stawić się przed czasem na Red Bull Music Academy Stage, czekała nagroda, a właściwie dwie. Yula zakończyła swój koncert brzmieniami gęsto i duszno zbliżonymi w klimacie do „Are You Really Lost” Matiasa Aguayo, sam zaś Chilijczyk, chcąc zachować dźwiękową ciągłość sceny – jak to później tłumaczył we Flow – zaczął swój Live, Set i performance w jednym z kilkunastominutowym wyprzedzeniem grając dla garstki ludzi.

Poczuliśmy się jak wybrańcy! Gąszcz egzotycznych odgłosów i wszędobylski luz szybko przemieniły industrialną scenerię omiataną zimnym wiatrem w dziewiczą dżunglę. Z każdym kolejnym dźwiękiem miało się wrażenie, że nad głowami zaszczebiotają nam kolorowe papugi, a zza brzózek wychynie papuaski tancerz; po klarownym mroku z pierwszego krążka Matiasa został ledwie duszny ślad. Nastrój wytyczyły gęste brzmienia z etnicznej „Ay Ay Ay”. Matias śpiewał, Matias tańczył na wybiegu, wyżywał się na touch-padzie i uwodził coraz liczniej gromadzący się tłumek radosnych fanów. Wirowały południowoamerykańskie przebojowe refreny, z domieszką tech-house i electro. Garstka (w wymiarze ogólno-festiwalowym) fanów, której nie przepędził deszcz, doczekała się nawet najntisów i rave’u.

Jeśli podczas tej edycji Festiwalu należało szukać gorącego południa i nieposkromionego plemiennego tańca, to właśnie pod sceną Aguayo. Pokaźna ekipa festiwalowych wykonawców tańczyła zresztą niemal u jego boku. Wśród publiczności znalazła się też nieświadoma uczestniczka imprezy: kandydatka na posłankę jednej z wiodących partii, co prawda w wersji wyciętej z plakatu wyborczego, ale wierna w ramionach pewnego fana do samego końca imprezy. Matias grał prawie 3 godziny. Mistrzostwo.

Po części zrozumiała była decyzja przeniesienia do klubu Flow występu Superpitchera. Po części, gdyż przestało padać, a wstęp jednej z niemieckich gwiazd Kompaktu stracił na efektywności. Miło byłoby usłyszeć Superpitchera miksującego „Radiotaxi” poprzednika, Matiasa Aguayo, bez godzinnej przerwy. I o ile występ zaczął się obiecująco, targetem atmosfery panującej w klubie byli najwytrwalsi. We Flow zawsze było gorąco (dosłownie i w przenośni), jednak tym razem ciasna selekcja Superpitchera wyjątkowo nie współgrała ze ścianą zaduchu, którą mogli znieść tylko ludzie w odmiennym stanie świadomości. Straszna szkoda. [Ania Kozłowska]

Lunice na TFNM najpełniej wypełnił lukę, jaką zauważyłam na wszystkich tegorocznych festiwalach, na jakich byłam. Publiczność chce się zmęczyć, chce tańczyć, chce szaleć i nie ma zamiaru tylko zachowawczo się bujać! I raper jej to zapewnił. Najlepiej oddające ten energetyczny show słowo to RADOŚĆ. Z uśmiechem na ustach skacząc i tańcząc Lunice zarażał dobrym nastrojem ludzi, którzy spocili się pomimo tego, że tańczyli na otwartej przestrzeni na piasku poniżej autobusu Red Bulla, z którego grał artysta. Warto dodać, że Lunice swoją karierę zaczynał od break dance i na początku tworzył różne choreografie.

Być może właśnie dlatego tak łatwo jest zacząć tańczyć gdy gra, problem następuje dopiero w momencie gdy okazuje się, że nie można przestać, bo nogi podskakują same. Podobnie rzecz miała się w czasie seta i z samym chorym – wydawało się że zaraz rozsadzi go w ciasnym autobusie wypełnionym sprzętem i że z nadmiaru pozytywnej energii skoczy z niego prosto na ludzi. Myślę, że tego koncertu publiczność długo nie zapomni, a swoim występem Lunice sprawił, że grono jego polskich fanów będzie zarażać innych dalej. [Kasia Rajchel]

Jeśli chcieliście kiedyś zobaczyć męskie wydanie M.I.A. trzeba było przyjść na koncert Spoek Mathambo. Nie wierzycie? Wpiszcie sobie na youtube trzy słowa: Spoek i Nowa Muzyka i posłuchajcie sami co się działo. Sama to właśnie zrobiłam, żeby przypomnieć sobie atmosferę tego koncertu i z miejsca zaczęły mi się bujać biodra. To działa.

O ile grający przed nim Lunice miał trudne zadanie by o 21 ściągnąć do siebie, rozruszać i utrzymać przechodzącą mniej więcej środkiem terenu festiwalowego publiczność, o tyle Spoek przyszedł na gotowe, bo po koncercie Lunice ludzie chcieli więcej. Zaczął grać po 23 gdy było już przyjemnie ciemno i zdecydowanie chłodniej ale znowu podniósł temperaturę. Jego bardzo charakterystyczny styl przywołujący od razu na myśl muzykę świata ale taką z rapem, syntezatorami, transem i odrobiną electro (sami widzicie jak intrygująco to brzmi) bardzo spodobał się tłoczącym się już na piasku festiwalowiczom.

Mathambo, ubrany w dziwaczny kostium, taki sam jaki mieli jego dwaj pomocnicy skaczący w tle sceny, biegał po niewielkiej autobusowej przestrzeni ale i tak słabo było go widać, bo po pierwsze, z autobusu ciągle błyskały lekko oślepiające światła, a po drugie, wszyscy skakali. I śmiało mogę napisać, że nie chodziło o to by skakać w rytmie jego połamanych dźwięków, ale by skakać możliwie wysoko. Na sam deser wykonał własną wersję She’s Lost Control Joy Division oraz kawałek, który chyba najbardziej przypadł mi do gustu – Mshini Wam. Jeśli ktoś ich jeszcze nie zna – must hear tego festiwalu! [Kasia Rajchel]

Niedzielny wieczór, koncert finałowy festiwalu, katedra ewangelicka pęka w szwach. Wszyscy zgromadzeni w pełnym skupieniu oczekują na moment, gdy na ulokowanej pod niebiańską kopułą prezbiterium scenie pojawi się Jamie Woon. Tuż po 20 chłopak zaczyna występ. Najpierw akustycznie, subtelnie i z powagą, jaką należy zachować w świątyni. Gdy po chwili do Jamie’go dołącza zespół, robi się coraz goręcej i to nie tylko ze względu na panującą we wnętrzu kościoła temperaturę.

Po wybrzmieniu pierwszych nut „Night Air” kilka osób wychodzi z ławek i zaczyna tańczyć, prawie wszyscy klaszczą – atmosfera przypomina nieco gospelową mszę. Kościelne szyby drżą od basów. Zaraz po „Night Air” Jamie serwuje „TMRW” a wtedy już nikt nie siedzi grzecznie w ławce. Kościół zmienia się w prawdziwą salę taneczną, a zabawa trwa dalej przy „Lady Luck”. Ponad godzinny występ Jamie kończy akustyczną wersją „Spirits” i pozostawia publiczność z obietnicą powrotu do Polski jesienią. Z pewnością żaden kolejny koncert artysty nie pobije tego, który miał miejsce w Katowicach kilkadziesiąt godzin temu.

Przestrzeń świątyni okazała się być idealnym tłem dla utworów z „Mirrorwriting”, które w tym miejscu nabrały całkiem nowego charakteru. Zagrało wszystko a dodatkowego uroku występowi dodała nieprawdopodobna skromność artysty. Przede wszystkim jednak katowicki koncert powinien zamknąć usta tym, którzy wątpią w wyjątkowość talentu Jamie’go Woon’a. Jestem pewna, że nie okaże się on gwiazdką jednego sezonu i będzie dalej zaskakiwał nowymi, muzycznymi pomysłami. [Kamila Szeniawska]

Niektórzy zarzucali tej edycji Festiwalu małą nośność „nowomuzyczną”. Z drugiej strony Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 przyniósł chyba największą różnorodność brzmień. Skoro krążąc po scenach można było odbijać się od punku, doskonale przyjętej nowoczesnej wizji popu, i tej bardziej żywiołowej (Bodi Bill, Little Dragon), i tej refleksyjnej (When Saints Go Machine), przez dubstep i jamajskie dźwięki z redbullowego autobusu, aż po odhumanizowane brzmienia rozpięte na amplitudzie między aż za bardzo imprezowym Modeselektorem i tektonicznymi dźwiękami Amona Tobina – skoro tak, to czy istnieje jedna nowa muzyka?

Czy zarzut, że nie pojawił się gatunek a) i b) ma rację bytu, jeśli ciągle katowicka alternatywna selekcja elektroniki przyciąga tłumy i nie jest w stanie wyczerpać tej jakże eklektycznej formuły? Nowe dostrzegalne jest między słowami czy raczej między dźwiękami. W meandrach scen i set-list przewijała się niemal akustyczna (z oczywistym wspomaganiem elektroniki) wersja klubowych brzmień, dominowały syntezatory, a wyraźny ślad (wytyczną?) pozostawiły stare dobre rave’owe i nurave’owe wokalizy. Bez wątpienia słychać ciągłe zmiany.
Rozbierając line-up na części mimo wszystko po piątkowej gwieździe (Amon Tobin) w sobotę brakowało headlinera, który mógłby konkurować pod względem wrażeń, nie wizualnych rzecz jasna, lecz muzycznych. Poprzednie edycje były w takie dzienne i nocne strzały bogatsze.

Stare miejsce w nowym układzie odkryło nowe wizualne perspektywy (wykraczając poza czubek buta i barierkę, zapierający dech w piersiach widok kościoła i miasta w dolinie nie był nam wszak wcześniej dany), a ustawienie scen pozwalało na bezkolizyjne granie na każdej z nich na raz. Także spacery, w tym roku częstsze z powodu bardziej gęstego time-table, były dzięki nowemu układowi krótsze.

O ile nagłośnienie trzech głównych scen w KWK tym razem było bez zarzutu (choć dało się słyszeć opinie-z którymi się nie zgadzam- że RBMA była zbyt cicha), to Jazz Klub Hipnoza mógłby popracować nad głośnością i basami. Aż żal było patrzeć na barmanki zmuszone stać na pierwszej linii ognia głośników, ja sama uciekłam z wyczekiwanego koncertu Mount Kimbie w obawie przed popękaniem żył lub doznaniem innych obrażeń wewnętrznych. I chyba byłam w mniejszości, bo trzeba dodać, że publika (przyszli nabywcy aparatów słuchowych) bawili się setnie. Sami Mount Kimbie – czy to tanecznie czy przestrzennie – zagrali świetnie, lecz za krótko. 50 minut to nie oferta na osobno biletowany koncert.

Za zmiany w line-upie przeprosił już na swojej stronie serwis festiwalowy (link). Pozostaje mieć nadzieję, że równie gorliwie wyciągnie się w przyszłości wnioski z słusznego narzekania na zbyt mała liczbę stanowisk w barze i sanitariatów.

Dochodziły też słuchy, że niektórym zabawę utrudniał brak możliwości pozbycia się niewygodnych gratów. Może warto by rozważyć na przyszłość, czy stoisko depozytowe, przeznaczone na rzeczy cofnięte przez ochronę – i w tym roku wcale nieprzepełnione – nie mogłoby rozszerzyć oferty i ulżyć turystom, zwłaszcza tym jednodniowym. Podobno inne festiwale to stosują. W oczach zagranicznych gości pewnie byśmy zyskali.

Bo budujące jest to, że na Festiwal Tauron Nowa Muzyka ściągają coraz liczniej fani z zagranicy, Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Skandynawowie. No i my… Jest dla kogo się starać. I układać świetne, muzyczne puzzle. [Ania Kozłowska]

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 22

  1. Chlopaki

    „Chłopaki rozkręciły się jednak szybko i weszły na najwyższe i niestety szybsze, bezduszne obroty” ;]

    Się rozkręciły chłopaki…

  2. dan_ekk

    @stachman: no ja właśnie Teebsa i Lorna nie mogę przeboleć. To obok Tobina i Daisuke Tanabe były tegoroczne magnesy dla mnie. Niestety do 4 rano nie jestem w stanie dotrwać, nawet jeśli jest to weekendowy festiwal. Podpisuję się też pod zachwytami nad C.H. Districtem – był zajebisty.

  3. Heliosphaner

    Czechów było dużo, ale oni w sumie mieli najbliżej z obcokrajowców 🙂

  4. klikklak

    Dla mnie jednym z najlepszych koncertów niespodzianek był Darkstar, nawet ich wcześniej nie znałem a na koncercie stałem jak zahipnotyzowany – świetna muzyka. Ciekawe dla mnie jest opinia Sebastiana opisującego Jamesa Buttery jako osobę przestraszoną, dla mnie zapisał się on jako pewny siebie, tajemniczy i strasznie charyzmatyczny. Szkoda, że nie dali się namówić na bis

  5. stachman

    Laudia – piona za CH District… Bylem od poczatku do konca – swietny set. Przywodzil mi na mysl stary dobry soundtrack z „Quake II”:D Mocny, energetyczny, czasem troche acidowy – jedna z perelek festiwalu. Moge jeszcze tylko wspolczuc tym mniej odpornym na godzine, ktorzy nie dotrwali do zamykajacego Red Bull Stage w piatek, Teebsa… Piekny, bujajacy instrumentalny hip-hop (? – chyba, nie jestem krolem w klasyfikowaniu muzyki;) – dla mnie kompletnie nieoczekiwany, najjasniejszy punkt calego festiwalu… A na Jeremiah Jae ktos byl? Osobliwy show… Ale jak krzyknal w strone publicznosc „niggas”, to nie bylem juz w stanie powstrzymac parskniecia…

  6. zamulan

    właśnie jestem po lekturze relacji. bardzo różnimy się spostrzeżeniami n/t instra:mental, to co Sebastian Gabryel nazywa prostactwem dla mnie było doskonałym wyważeniem surówki i krystalicznego brzmienia, najlepsza potańcówa fesitwalu, Jon Convex wybudował pomost do świata „less is more”, świata, którego subtelność najwyraźniej nie jest dostępna dla niektórych artystów TFNM (chodzi o zagęszczenie dźwięków na sekundę kwadratową :P). o jego zachowaniu scenicznym nie będę się wypowiadać bo nie widzę w tym nic istotnego. Odnośnie Amona – no właśnie – przesadzić to on potrafi, w pewnym momencie instalacja zaczęła mnie nużyć swoją przewidywalnością (mimo, że motywy pojawiały się w różnych konfiguracjach), mózg wyświetlił informację „overload”, w końcu zamknęłam oczy i skupiłam się na jego muzyce, kapitalny sound, nawet lubię tę jego płytę.
    Machinedrum rozsypał footworkiem najwyższej próby. Mary Anne Hobbs z ekipą…. powinna się bardziej skupić na swojej robocie, a nie na robieniu dobrej miny do złej gry, ale Ras G wymiótł. Modeselektor bez barier. Mount Kimbie prześwietnie 🙂

  7. stachman

    Bawilem sie dobrze, choc zeszloroczna edycja zdecydowanie lepsza… Red bull stage za cichy, Tobin ok, ale live to chyba byl tylko bis (no i ta instalacja jakas taka… mala – spodziewalem sie troche wiekszej), ciut malo dystrybutorow z piwem, waskie gardlo przy wejsciu na little big stage (wole nie myslec co by bylo w razie jakiejs awarii i tlumow probujacych tamtedy przejsc/przebiec), brak wejsciwek na miejscu – to tak na minus. Na plus – dobrze naglosniona main stage, zywiolowa i rozbujana jak zawsze MA Hobs, Teebs(!!!!!), pozytywni (choc momentami troszke zbyt dretwi) ludzie, nienachalna ochrona i dobre zroznicowanie pod katem gatunkow muzycznych…
    Na pewno duzy pech to to urwanie chmury, w najgorszym chyba mozliwym momencie imprezy… Zostawilo to jedna scene, wiec ograniczony wybor, przez co nie doczekalem Pearson Sound… Ktos byl – jest w stanie cos powiedziec?

  8. zamulan mallemma

    na początku nie widział mi się nowy układ scen, dopiero potem zaskoczyłam, że to zmiana, a każda zmiana jest pozytywna i warta ogaru. trochę nierówno z klimatem, ale było parę kapitalnych koncertów. wielce mi to stykło.

  9. antyastma

    Informowacje na biletach dla astmatyków ? czy Ciebie koleś pogrzało ? na koncercie tłok ? no nie gadaj ? na konertach zazwyczaj jest mnóstwo miejsca…każdy w sumie ma dla siebie stolik …GŁUPOLU !

  10. Przemo

    było zajebiście …. muzyka klimat jak co roku genialne !!!! przez ten weekend byłem w innym świecie !!!! wypowiadam się tylko na ten temat bo ewentualne niedociągłości schodzą wtedy na drugi plan. Znowu się potwierdza, że narzekanie to podstawowa wada Polaków… a to za mało worków na śmieci… a to za dużo kamieni na chodniku… a to za zimno… a to za ciepło…a to znaków nie ma i nie wiem jak dojść na koncert… jakaś paranoja te niektóre opinie !!!!!! Ci co rzeczywiście przyszli się pobawić i przeżyć niesamowity weekend na pewno są zachwyceni. Mnie jedynie przeszkadzało, że w porównaniu z poprzednimi latami, było więcej osób którzy sami nie wiedzieli chyba po co tam przyszli… przypadkiem… bo tak jest cool… albo dlatego bo wypada… hmm… i chyba tacy najwięcej złych opinii wydają.

  11. Heliosphaner

    Organizacyjnie było słabiej niż w zeszłym roku, gdzie jednak miasteczko festiwalowe miało swój klimat. Teraz tego klimatu było mało. Kamienie mogliby pozbierać te większe przynajmniej, bo jak się skacze cały wieczór i noc to nogi masakrycznie napi….lają. Zgodzę się z malinkiem, że brakowało jednak eksperymentu, który by przeniósł nas w inny świat – wycieczka w Tobinową krainę to za mało, choć była mega! Ceny jak zwykle z kosmosu, ale bramkarze nie byli przeszkodą we wniesieniu własnego taniego prowiantu.
    Jest jeden duży minus – w tym roku powiało Audioriverem, m.in. za sprawą Modeselektor (wiksa na maksa) i jakby fest został przygotowany naprędce (a propos organizacji). Poza tym: Darkstar – straszna nuda! Bonaparte świetny show, ale do słuchania bez ogladania już się nie nadają 🙂 Machinedrum zakończył piątek rewelacyjnie! Myślałem, że Dels odpali większą rakietę i odszedłem po niedługim czasie obojętnie. Podobał mi się również występ When Saints Go Machine i Forda & Lopatina. Fajny bujak na Mary Anne Hobbs Stage, choć Lorna nie widziałem, a ludzie zachwalają… 🙂 I fajowe wizualki Atelier S10 🙂

  12. malinek

    Za mało nowej muzyki na Nowej Muzyce. Rzadko wypowiadam się na forach, tym razem jednak poczułam silną potrzebę. Jestem z festiwalem Nowa Muzyka od jego pierwszej edycji, myślę więc że potrafię popatrzeć na niego przekrojowo i wykrzesać z siebie konstruktywną krytykę. Patrząc na ubiegłoroczne edycje i przyrównując je do tej mam wrażenie, że festiwal zrobił krok wstecz. Zabrakło artystów, którzy tworzyli klimat muzyki zmuszającej do myślenia, niełatwej w odbiorze (gdzie artyści pokroju Prefuse73, Autechre, eksperymentalne cuda jak Otto Von Sirach?).Ok, był Amon Tobin, niekwestionowana gwiazda ostaniego weekendu, jednak to trochę za mało bym czuła pełną satysfakcję ze spędzonego tam czasu (Emiki niestety nie było dane mi zobaczyć…). Postawiono na prawie mainstreamowe bujanie. Był to dla mnie spory przeskok muzyczny po tych wszystkich latach cudeniek, które zawsze wywoziłam w głowie po Nowej Muzyce. Pytam co się stało ze stoiskami z winylami? Zawsze można było perły wyłowić,a w tym roku napotkałam jedno stoisko z płytami cd, gdzie wybór był raczej kiepski. Strefy gastronomiczne jak zwykle rozwiązane były bardzo fajnie, jedyna uwaga porównawcza: gdzie worki na śmieci? Do tej pory zawsze były przy prawie każdym stoliku, w tym roku w piątek musiałam szukać kosza przez pięć minut ( nie należę do osób rzucających butelki i kufle byle gdzie). Nie chcę i nie umiem zrozumieć, jak festiwal, który w tym momencie jest już zobowiązany do wdrażania na polski rynek najlepszych europejskich standardów organizacyjnych może mieć problem z wcześniejszym otwarciem terenu, po to by naprawdę można było zobaczyć wszystkie atrakcje, przygotowane dla słuchaczy (Mazzola nie było mi dane zobaczyć w całości, mimo iż przed bramą znalazłam się grubo przed godziną 16). Niemniej jednak organizatorzy, których niezmiernie szanuję za propagowanie w kraju nad Wisłą muzyki nowych brzmień, mogą być zupełnie spokojni, na następnej edycji na pewno mnie i wielu innych nie zabraknie 🙂

  13. Shining

    To był mój drugi po Cieszynie festiwal. Na uwagę zasługuje niesamowita atmosfera. Po przejściu przez bramkę można było wskoczyć w zupełnie odmienny stan umysłu ;] Fantastyczni ludzie, bardzo miły serwis na każdym niemalże stanowisku. Organizacyjnie festiwal także na plus. Wszystko szło sprawnie pomijając małe nieznaczące niedociągnięcia. Jednak jak zostało powiedziane muzyka jest najważniejsza. A ta stała na bardzo przyzwoitym poziomie. Parę występów jednak było spektakularnych. Amon Tobin pokazał show, który wyznacza nową erę występów artystycznych. Trudno dobrać słowa który trafnie opisały by to widowisko. Bardzo podobał mi się Lorn. A po koncercie Apparata Band do dzisiaj nie mogę dojść do siebie. Przez bitą godzinę ciarki przechodziły po całym ciele ;] Wielkie dzięki dla organizatorów. Na pewno wracam za rok !!!

  14. okcomputer

    witam, w tym roku miałem przyjemność bycia po raz pierwszy na festiwalu tauron nowa muzyka w katowicach. Moim zdaniem festiwal jest poprawnie zorganizowany-może powinno być ciut więcej punktów z jedzeniem. Jeśli chodzi o stronę muzyczną to festiwal w pełni mnie usatysfakcjonował, tak naprawdę przez te dwa dni nie byłem na żadnym słabym koncercie, a niektóre wręcz znacznie przerosły moje oczekiwania -> apparat live band, body bill, when saints go machine, boxcutter, lunice itd Bardzo podoba mi się również atmosfera tego festiwalu, brak tłumów pod scenami i ogólne odczucie, że w tym wszystkim chodzi o muzykę- że to ona jest w tych dniach na 1 miejscu. Ogólnie moje wrażenie jest baaaardzo pozytywne i już wiem, że za rok wracam do katowic:) Pozdrawiam

  15. Para z Poznania

    Pojechaliśmy do Katowic na występ Lamba, z myślą poszukania biletów na kolejne dni… No cóż, po tym jak zobaczyliśmy, a właściwie nie, jakiekolwiek znaki organizacji festiwalu (patrz plakaty na dworcu, informacje itp.) pojawił się nad naszymi głowami WIELKI znak zapytania. To jest festiwal zasługujący na miano europejskiego..hmm może zapytajmy jakiegoś obcokrajowca? My znamy język polski a i tak ciężko nam było ogarnąć się na dworcu z dojazdem. Nagle (sic!) znaleźliśmy informację na przystanku autobusowym 30 na 10 cm..Wow! Po godzinie poszukiwań nareszcie dowiedzieliśmy się jak dostać się na koncert Lamba. Nadszedł czas koncertu. Może powinniście na przyszłość informować osoby mające astmę lub problemy z sercem o warunkach w jakich odbędzie się koncert ?(wysoka temperatura uniemożliwiająca jakąkolwiek dobrą zabawę), o tłoku nie wspominając. Wielki festiwal a tak mała sala? KPINA z kupujących bilety! Nie musimy chyba dodawać że nie chciało nam się kupować biletów na pozostałe dni. Najgorzej zorganizowany koncert na jakim w życiu byliśmy. Chłopaki naprawdę lubimy Wasz portal, codziennie na niego wchodzimy ale koncert Lamba to porażka. Tak ps. czy ktokolwiek zauważył ze Lamb śpieszył się z swoimi utworami? Uważamy że Lamb zasługuje na miano Herosów wielkiego stopnia..niestety nie Celsjusza.

    • wojtek

      2 pytania do Was:

      jak można jechać przez pół Polski i nie sprawdzić gdzie jest miejscówka festiwalu ??

      i drugie pytanie narzekają tylko Polacy a ludzie z zagranicy (a było ich w ciul) są zachwyceni ??

    • Przemo

      hehe dokładnie popieram wojtka! To co napisaliście raczej świadczy o Waszym nieprzygotowaniu do koncertu. Wydrukowanie sobie mapki z ulicą i dojazdem raczej nie zajmuje dużo czasu a jednak bardzo pomaga zorientować się w obcym mieście.

    • Ah_Mia_Dea

      Sorki, ale z mapki, zamieszczonej na stronie festiwalu absolutnie nie wynikało od której ulicy należy dojść ani na którym przystanku wysiąść. Katowice znam dosyć dobrze, ale gdybym nie zajrzała w mapy satelitarne miałabym nielichy problem z dotarciem, i tak w zasadzie dotarłam tam na czuja, patrząc w którą stronę podążają ludzie z opaskami. Znajomi, którzy w Kato byli pierwszy raz w życiu nałazili się nieziemsko, szukając dojścia. Duuuuużym minusem był brak punktu informacyjnego na dworcu. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy dworca w Kato właściwie nie ma, a do centrum wychodzi się od d*py strony. Mam porównanie z openerem, na który jeżdżę od lat 10 i tam nie ma opcji, żeby nie wiedzieć gdzie się udać – od dworca w gdyni jest się właściwie prowadzonym za rączkę. Nie było problemu nawet wtedy, kiedy fest wysiudano do Kosakowa. Pomijam muzykę, bo wiedziałam po co tam jadę, ale ominęło mnie pół koncertu When Saints Go machine (który był jednym z moich must see) tylko dlatego, że organizatorom zabrakło wyobraźni, żeby o zmianach w timetable’u poinformować ludzi poza namiotem. Na szczęście resztę obowiązkowych punktów programu zaliczyłam na 5, więc jakoś się Tauron obronił. Ale to nie zmienia faktu, że jeszcze wiele do ogarnięcia przed nimi, co dziwi mnie przy 6 edycji.

  16. Ja powróciłem około 19:30. Mimo braku FaltyDL-a (tak, będę to wypominał w nieskończoność) to dużo pozytywnych wrażeń, pogoda dała się we znaki w dwóch obliczach, teren trochę ograniczony, ale przynajmniej wszędzie było w miarę blisko. Boxcutter, Lunice, Machine Drum, Lorn, Amon i Bonaparte dali świetne występy. Dozo za rok!

  17. wróżka

    właśnie weszłam do domu…urzeczone, zmęczona i zrelaksowana
    wracałam w stronę słońca
    thx:)

    • paweł

      Parę pytań do koncertu Amona,wie ktoś czy poza setkami telefonów komórkowych 🙂 istnieje jakieś oficjalne nagranie, chodzi mi głównie o set który zagrał po Isam, Jeśli tak może da się je złowić na itunes.