Earthboogie – Human Call
Ania Pietrzak:

Radość w rytmie afro-house.

Ipek Gorgun – Ecce Homo
Jarek Szczęsny:

Trudny człowiek.

Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.



Archive for Wrzesień, 2018

Zaproszenie na WEFCON

W najbliższy weekend zapraszamy do warszawskiej Zachęty na cykl dyskusji, wykładów i warsztatów o współczesnej muzyce elektronicznej, skierowanych zarówno do słuchaczy, jak i twórców.

Czytaj dalej »

Boo Williams – Home Town Chicago

Z klubową sceną w Chicago było podobnie, jak z tą w Detroit. Kiedy pierwsza fala muzyki house, tworzona przez Frankie Knucklesa, Rona Hardy`ego czy Lil` Luisa opadła, a jej twórcy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii, pod koniec lat 80. pojawiła się następna grupa producentów, którzy kontynuowali dokonania swych poprzedników. Był to Roy Davis Jr., Paul Johnson, Glenn Underground, Derrick Carter, DJ Sneak, Gemini czy Cajmerie. Ich muzyka poszła w dwóch kierunkach – jedni zaczęli grać ciężej i mroczniej, a drudzy przeciwnie – zwrócili się w stronę bardziej onirycznych brzmień.

Do grona tego należał również czarnoskóry Willie Griffin znany pod pseudonimem Boo Williams. Po raz pierwszy stanął za deckami w wieku czternastu lat w 1981 roku – grając modne wówczas disco. Potem w naturalny sposób zwrócił się pod wpływem „ojców” house`u w stronę nowych brzmień. Tworzenie własnych nagrań umożliwił mu Glenn Underground, udostępniając koledze swe studio i ofiarowując producenckie wsparcie. W efekcie Williams zadebiutował w 1994 roku dla chicagowskiej wytwórni Relief z winylową płytą „A New Beginning”, której sukces zdyskontował kilka miesięcy później kolejną dwunastocalówką – „New Breed” – opublikowaną przez holenderską Djax-Up Beats.

Rok później wspomniany Relief wydał pierwszy album producenta – „Lost Of Time”. Wszystkie te krążki zawierały szorstką i surową muzykę, balansującą między techno a house`m. Z czasem młody twórca zapragnął odmiany. I tak powstał materiał na płytę „Home Town Chicago” opublikowaną w 1996 roku również przez Relief. Dokładnie po piętnastu latach album ten powraca w nowej reedycji – dokonanej przez startującą właśnie brytyjską firmę Anotherday. I jak po tak długim okresie czasu brzmi muzyka Boo Williamsa? Znakomicie! To najwyższej próby chicagowski house, który nigdy się nie starzeje.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/439371-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=439371-01″ allowscriptaccess=”always”]

Czarnoskóry producent stosuje tu dynamiczne podkłady rytmiczne oparte na prostym, ale zawsze sugestywnym podziale: stopa – talerz. W ten sposób powstają motoryczne bity, które wspierają sążniste pulsacje masywnego basu. Tak dzieje się niemal we wszystkich kompozycjach na krążku – choćby otwierającym całość tytułowym „Home Town Chicago”, czy późniejszych „Snare Tappin” lub „Old School Flavor”.

W kilku utworach dochodzą jednak do głosu reminiscencje wcześniejszej twórczości Williamsa – i dlatego „Lazy Mood” czy „Evil Ways” to twardy hard house o ciężkim brzmieniu. Najbardziej urozmaicony pod względem rytmicznym okazuje się być jednak tutaj „Smokin` Acid”. Amerykański producent rozbija w nim hipnotyczny puls typowy dla house`owego metrum zaskakującymi wstawkami połamanych breaków. I dodaje do tego jeszcze metaliczne stuki – przywołujące echo industrialnej muzyki tanecznej z drugiej połowy lat 80.

Warstwa melodyczna poszczególnych kompozycji jest, jak to zwykle bywa w chicagowskich produkcjach, nad wyraz oszczędna. Williams sięga przede wszystkim po wyraziste zagrywki na pobrzękujących syntezatorach („Home Town Chicago”), skręca pohukujące loopy o ciepłej barwie („Old School Favor”) i wprowadza melodyjne sample prostych motywów fortepianowych („Evil Ways”). Nie brak tu oczywiście acidowych brzmień – trafiamy na nie jednak tylko w jednym utworze – „Devil Muzic”. Wszystko to świetnie komponuje się z ekspresyjnymi podkładami rytmicznymi, tworząc porywającą do tańca całość.

Dobrze, że są takie wytwórnie, jak Anotherday. Dzięki nim mamy okazję ponownego (a niektórzy – pierwszego) posłuchania zakurzonych klasyków z historii nowej elektroniki. A ponieważ liczy ona sobie już co najmniej ćwierć wieku – sporo jest do odkrywania i przypominania.

Anotherday 2011

www.myspace.com/boowilliamsmusic

Pleq w Krakowie

 

1 grudnia w klubie Rozrywki 3 odbędzie się koncert Pleq.

Czytaj dalej »

Chris Watson – El Tren Fantasma

Zapewne każdy ma swoje wyobrażenie o najlepszej pracy na świecie, dla mnie zajęcie Chrisa Watsona plasuje się blisko ideału. Czytaj dalej »

Krakowska Jesień Jazzowa 2011 – relacja

Program Krakowskiej Jesieni Jazzowej po raz kolejny obfitował w muzykę wymagającą od słuchacza sporej dawki skupienia, niełatwą w odbiorze, lecz jednocześnie bardzo inspirującą – otwierającą umysł. Czytaj dalej »

Feist – Metals

Wydany w 2007 roku album Feist “The Remainder” okazał się znakomitym sukcesem komercyjnym. Mimo, że od premiery płyty minęło kilka lat, w uszach wciąż rozbrzmiewają dźwięki „1234”, „My Moon My Man” a „Limit To Your Love” w wykonaniu James’a Blake’a przeżywa drugą młodość. Czas jednak otworzyć się na nowe dokonania pani Leslie Feist.

„Metals” to najbardziej dojrzały i różnorodny album w karierze Kanadyjki. Choć ta pochodząca z wyspy Ani z Zielonego Wzgórza artystka nie straciła ani odrobiny ze swej delikatności i wrażliwości, całość materiału brzmi niezwykle interesująco. Muzycznie dzieje się dużo – są dodające dostojności dęciaki, są budujące napięcie smyczki. Momentami jest bluesowo („Anti-Pioneer”), momentami symfonicznie (“The Undiscovered First”). Romantyczne ballady („The Circle Married The Line”) przeplatają się z rytmicznymi, wkraczającymi w teatralną estetykę utworami („A Commotion”). Nierzadko każdy z tych elementów pojawia się w ciągu jednej piosenki. Posłuchajcie choćby wspomnianej wcześniej „The Undiscovered First”  – początkowo liryczna i spokojna, oparta na gitarowych akordach, z każdą kolejną sekundą nabiera tempa. Folkowych tonów dodaje tamburyn, poważniej robi się przy dźwiękach perkusji i chórkach. Podobnie zaskakująco brzmi otwierający album „The Bad In Each Other”. Skojarzenia z dokonaniami P.J. Harvey nasuwają się same a dziki pierwiastek w  – do tej pory grzecznym –  głosie Feist przywołuje na myśl Natashę Khan. W „Caught In The Wind” Leslie na powrót czaruje zmysłowością i subtelnością. To chyba najpiękniejsza kompozycja spośród wszystkich na „Metals”.

Moim numerem jeden jest jednak „How Come You Never Go There”. Jest to wybór bezapelacyjny i świadomy, powodowany przyprawiającym o gęsią skórkę basem, żywym rytmem, retro chórkiem oraz zapadającym w pamięć lirycznym tekstem. I bardzo się cieszę, że tenże utwór został wybrany pierwszym singlem – dzięki temu piosenkę ilustruje magiczny teledysk z leśną Feist – Szamanką.

Feist nabrała nowego smaku i jakości, zregenerowała siły po wyczerpującej, kilkuletniej trasie z „The Reminder” i nagrała wyśmienity, bogaty w niespodzianki krążek. Całość brzmi po prostu świetnie, ambicja wzięła górę nad wcześniej sprawdzonymi chwytami. Leslie z eterycznej, romantycznej bardki zmieniła się w dojrzałą i pewną siebie artystkę. W nagrywaniu płyty towarzyszyli jej stali współpracownicy –  Mocky i Chilly Gonzales. Za produkcję „Metals” odpowiada Valgeir Sigurðsson – Islandczyk mający na koncie  współpracę z takimi artystami jak Björk, múm, CocoRosie czy Kronos Quartet.

Na oficjalnej stronie artystki www.listentofeist.com pojawiły się już szczegóły trasy „Metals”.  Niestety, na mapie marcowych występów europejskich znów zabrakło Polski. Nie traćmy jednak nadziei, wszak lato pełne jest koncertowych niespodzianek.

Universal Music Group (PL)| 2011

Tropic Of Cancer – The End Of All Things

Moda na retro nie słabnie. Czytaj dalej »

M83 – Hurry Up, We’re Dreaming

Singiel „Midnight City”, zapowiadający szóstą płytę M83, napawał dużą nadzieją na to, że Anthony Gonzalez znowu narobi nieco pozytywnego szumu wokół własnej osoby. Prosta, przebojowa kompozycja oparta na wciągających, syntetycznie miękkich dźwiękach jest jak poduszka, do której z chęcią przykładamy głowę, kiedy zmęczeni po całym dniu, chcemy na chwilę oderwać się od wszystkiego i zatopić w swoim świecie. Jest bezpiecznie, marzycielsko i beztrosko. Sięgamy pamięcią w przeszłość i znowu jesteśmy dzieciakami, które na wakacjach u wujka na wsi, odkrywają tajemnicze, fascynujące zakątki jego wielkiego, zarośniętego ogrodu. Tym bardziej żałuję, że cały ten czar pryska, kiedy mamy do czynienia nie tylko z jedną piosenką M83, a z całym najnowszym albumem.

Anthony zapowiadał, że podwójne wydawnictwo będzie bogate stylistycznie, zróżnicowane pod względem brzmieniowym oraz przybierze formę koncept-albumu poświęconego snom. Niestety coś tu poszło zdecydowanie nie tak. Muzyczny wszechświat Gonzaleza uległ dziwnemu i niepokojącemu zjawisku. Zamiast w sposób naturalny rozszerzać się, zaczął tracić swoją objętość. Im głębiej wchodzimy w tę płytę, tym bardziej czujemy, jakby ktoś powoli spuszczał powietrze z balonu, który w końcu staje się zwykłym flakiem. Obiecano nam różnorodność, a otrzymaliśmy zestaw 22 utworów, zagranych na jedno kopyto i obracających się wokół bliźniaczo podobnych do siebie motywów. Miały być piosenki o snach, a wyszły senne piosenki. I to dosłownie. „Hurry Up…” nuży tak dalece, że ciężko jest wysłuchać dwóch krążków w całości za jednym posiedzeniem. W tym szarym, jednostajnym krajobrazie rzadko pojawiają się barwniejsze i przykuwające uwagę elementy. Podobać się może „Intro”, które zwodzi tytułem, bo nie jest zwykłym, kilkunastosekundowym wprowadzeniem do albumu, ale jednym z najlepszych utworów na „Hurry Up…”, trwającym ponad 5 minut. Wokalnie udziela się na nim Zola Jesus, budująca swoim szeptem niesamowity klimat. Inne jasne strony księżyca o nazwie „Hurry Up, We’re Dreaming” to „Claudia Louis” z charakterystycznym automatem perkusyjnym, zdecydowanie żywszym tempem, uwypuklonym basem i nakładającymi się na siebie syntezatorami. „Raconte-Moi Une Historie” to z kolei urocza i naiwna historyjka opowiadana przez dziecko, przywołująca na myśl twórczość Múm czy CocoRosie. No i jeszcze może „Splendor” z intrygującą partią pianina i lekko kiczowatymi chórkami może przypaść niektórym do gustu.

Gonzales zamiast wziąć słuchaczy w podróż do świata magii i dziwności, zapakował ich do swojego ciasnego i rozklekotanego auta i postanowił zafundować przejażdżkę autostradą w tę i z powrotem. Zupełnie bez sensu. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Mamy ochotę wysiąść już na samym początku tej wycieczki. Nie robią na mnie wrażenia ambientowe próby, które stanowić mają najwyraźniej przerywniki pomiędzy poszczególnymi częściami podwójnego albumu. Nie robią na mnie wrażenia shoegaze’owe ściany dźwięku i skrzeczący wokal Gonzaleza, który irytuje swoją pretensjonalnością i patetycznością. Wreszcie nie robi na mnie wrażenia nieudolne poruszanie się w klaustrofobicznie wąskich i pozersko uduchowionych synth-popowych ramach. Najwyraźniej Anthony naczytał się za dużo pochlebnych recenzji swojej poprzedniej płyty „Saturdays = Youth” i za bardzo uwierzył w siebie. Może, kiedy teraz zetknie się z krytycznym głosem dziennikarzy i publiki, pójdzie po rozum do głowy, spokornieje i nabierze dystansu do swojej osoby i świata.

Z wyłączoną świadomością – wywiad z Öszibarackiem

Nowy album grupy Öszibarack przynosi finezyjną muzykę pod równie finezyjnym tytułem – „40 Surfers Waiting For The Wave”. Rozmawialiśmy o nim z liderem i producentem zespołu – Agimem Dżeljilji. Czytaj dalej »

Vladislav Delay – Vantaa

Powiedzmy sobie szczerze od razu na wstępie – kakofoniczne orgie elektroakustycznych dźwięków, jakie Sasu Ripatti zamieścił na swym ostatnim albumie firmowanym pseudonimem Vladislav Delay, nie wszystkim fanom jego dotychczasowych poczynań przypadły do gustu. Ale tak to już bywa, kiedy artysta zapragnie trochę wolności – i czasem zrobi coś intrygującego, ale stojącego w poprzek oczekiwań swych odbiorców.

Dla tych, którzy stęsknili się za muzyką fińskiego producenta rodem z „Multili” czy „Entain” mamy jednak dobrą wiadomość. Najnowszy album podpisany przez Vladislava Deleya to właśnie powrót do brzmień z początków jego kariery – czerpiący garściami z estetyki glitch, przesiąknięty dubową melancholią, przywołujący eksperymenty zdefiniowane niegdyś nazwą słynnego cyklu kompilacji Mille Plateaux – click`n`cuts.

Już otwierająca płytę kompozycja „Luotasi” sygnalizuje taką właśnie stylistykę – strumień cyfrowego dźwięku niesie rozedrgane akordy zdubowanych klawiszy, które podszywają spowolnione pulsacje miarowego basu i zapętlone chrzęsty układające się w nieoczywistą strukturę rytmiczną. Podobny charakter mają dwa następne nagrania. Zarówno w „Henki”, jak i w „Lipite” szkielet utworu stanowią kroczące uderzenia majestatycznego bitu. W pierwszej za tło robi jednak monotonnie buczący dron, a w drugiej – industrialne hałasy splecione w gęstą siatkę przemysłowych brzmień.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/440111-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=440111-01″ allowscriptaccess=”always”]

„Narri” i „Vantaa” z powodzeniem mogłyby się znaleźć na którejś z wczesnych płyt Delaya. Mamy tu bowiem do czynienia z typowym dla opatentowanej przez Mille Plateaux estetyki click`n`cuts zagęszczaniem rytmiki. Zapętlone stuki układają się w abstrakcyjne struktury, na których rozlewają się oniryczne pasaże syntetycznych fal o ciepłym tchnieniu. Wątek ten kontynuuje finałowe „Kaivue”. Smoliste bity nurzają się w pływających akordach zdubowanych syntezatorów, tworząc amorficzną konstrukcję o zaszumionym tonie. Czyż nie tak brzmiały najlepsze momenty z „Multili”?

Echem ostatnich doświadczeń Ripattiego z improwizowanym graniem jest na płycie jedna kompozycja – „Lauma”. Jej osią jest galopujący rytm – niczym w transowych nagraniach rodem z kraut-rocka, tutaj uzupełniony jednak skorodowanymi akordami klawiszy i świdrującymi efektami poddanymi glitchowej obróbce. Efekt robi takie wrażenie, jakby fiński producent dokonał zaskakującego remiksu któregoś z utworów Can.

Nowy album Vladislava Delaya nie jest takim zaskoczeniem, jak „Tummaa”. Ale akurat tą wiadomość większość jego fanów przyjmie z zadowoleniem. „Vantaa” to kolejny odcinek glitchowo-dubowej odysei fińskiego producenta – tym razem firmowanej przez cieszącą się powszechnym szacunkiem na elektronicznej scenie wytwórnię Raster-Noton.

Raster-Noton 2011

www.raster-noton.net

www.myspace.com/rasternoton

www.vladislavdelay.com

www.myspace.com/vladislavdelaymusic

L.U.C – Kosmostumostów

We Wrocławiu, gdzie rezyduje Łukasz Rostkowski, rzeczywiście jest sto mostów. Fakt błahy, ale dla kogoś obdarzonego wyobraźnią równą tej Piotrusia Pana mógłby być iskrą wystarczająco silną, by odpalić wielkoformatowy projekt. Czytaj dalej »

Dj Koze przyjeżdża do Warszawy

Dj Koze przyjeżdża do Warszawy

9 grudnia w warszawskim klubie 1500m2 odbędzie się impreza, której główną gwiazdą będzie Dj Koze. Łącznie wystąpi kilkunastu artystów.

Oprócz Dja Koze na scenie pojawi się również Robag Wruhme oraz m.in. Novika & Mr. Lex, Po On, Chmara Winter, Eli, Rebus. Dokładne informacje znajdziecie Facebooku.

DJ KOZE objawił się w połowie lat 90, gdy został mistrzem Niemiec w turntablismie. Znudzony sceną pop stworzył sceniczne trio International Pony, jednocześnie rozpoczynając działalność solo. Dużo remixował i wydał albumy producenckie – najpierw jako DJ Koze , potem pod pseudo Adolf Noise. Prowadzona przez niego oficyna Pampa Recs. dalej tłoczy vinyle i co chyba ważniejsze – wyprzedaje wszystkie na pniu.s

To właśnie dla Pampy swój ostatni longplay opublikował Robag Wruhme – postać równie niestandardowa jak DJ Koze. Wieloletni producent i lider duetu Wighnomy Bros prowadził łamiącą konwenanse i wiecznie świeżą oficynę Freude am Tanzen. W 2004 roku wydał „Wuzzelbud KK” – manifest brzmienia spod znaku WighnomyBros – minimalistycznego, połamanego, orginalnego, lecz z housowym groovem i absurdalnym poczuciem humoru. Paradoksalnie to właśnie rozpad duetu z Jeny sprawił, że Robag okrzepł i zaprezentował światu kolejny genialny album – „Thora Vukk” – melodyjny i poetycki, znów jedyny w swoim rodzaju.

Dusty Kid – Beyond That Hill

Podobno mieszkańcy Sardynii to dosyć niezwykli ludzie – z jednej strony otwarci i przyjaźni, a z drugiej – podejrzliwi i nieufni. Być może coś w tym jest. Bo choć pochodzący z tej wyspy Andrea Cruccu i Paolo Lodde odnosili w klubowym światku coraz większe sukcesy jako Duoteque, w pewnym momencie coś zazgrzytało – i każdy z nich poszedł w swoją stronę.

Zdecydowanie lepiej poradził sobie ten drugi. Pod szyldem Dusty Kid machnął przebojowy „I Love Richie” dedykowany oczywiście Richiemu Hawtinowi, a potem zdyskontował sukces dwunastocalówki energetycznym albumem „A Raver`s Diary” dla kolońskiego Boxera. Od tamtej chwili minęły dwa lata – w tym czasie Kid oznajmił wszem i wobec, że jest… dziewczyną, spoliczkował publicznie samego Silvio Berlusconiego (był mały skandal) i przygotował materiał na kolejną płytę. I oto jest – „Beyond That Hill”.

Nowy album jest kontynuacją rozwijającą najważniejsze wątki ze swego poprzednika. Jak pamiętamy, już na „A Raver`s Diary” włoski producent objawił swe wyraźne ciągoty do tworzenia dłuższych kompozycji. Tutaj tendencja ta uzyskuje pełny wyraz. Dziesięciominutowa „Nora Nights” otwierająca płytę niestety rozczarowuje – to house`owy przeciętniak o nazbyt oszczędnym brzmieniu. Ale już trwająca niemal tyle samo „Jknoussa” robi znacznie lepsze wrażenie. To świetny neo-trance o hipnotycznym podkładzie, w którym główną role pełnią przestrzenne arpeggia oldskulowych syntezatorów rodem z klasyki kosmische musik. Wręcz porywająco wypada piętnastominutowa „Argia”. Tym razem Dusty Kid sięga po mroczne techno, osadzając utwór na twardym bicie wspartym mruczącym pochodem nisko zawieszonego basu. A do tego – dochodzące z oddali przeciągłe pasaże głębokich klawiszy.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1854527-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1854527-02″ allowscriptaccess=”always”]

Drugim ważnym wątkiem w twórczości Kida była także wyraźnie zaznaczona na „A Raver`s Diary” tendencja do nasycania klubowej muzyki czytelną melodyką. Tak dzieje się i w nowych kompozycjach. Mimo, że „Cheyenne” wpisana jest w kontekst motorycznego techno, nad solidnym rytmem unosi się subtelny motyw wygrany na elektrycznej gitarze. Jeszcze bardziej melodyjne dźwięki wydawane przez akustyczną wersję tego instrumentu znajdujemy w „Chentu Mizas” – ale to już regularna piosenka pop, w której obok nostalgicznej wokalizy jej autora słyszymy również… soczyste solo na harmonijce ustnej, podpatrzone u samego Boba Dylana, do podziwu którego Kid przyznawał się otwarcie w wywiadach. Utwory te budzą mieszane uczucia – ale można zrozumieć, że włoski producent próbuje dać upust swoim songwriterskim pragnieniom.

Na koniec płyty Kid zostawia prawdziwy monument – trwającą aż ponad dwadzieścia minut kompozycję „That Hug”. Pomysł jest niezły: delikatne dźwięki o acidowym brzmieniu wiodą nas w stronę powoli rozpędzającego się techno, które z czasem wzbiera głęboką falą sążnistych syntezatorów o trance`owym rodowodzie. W finale pojawia się jeszcze egzotyczna melodia – zagrana na klarnecie. Całe szczęście te nieco sentymentalne tony giną w kaskadach mrocznych klawiszy i Kidowi udaje się doprowadzić utwór do szczęśliwego końca – podkreślonego w dosyć zaskakujący sposób psychodeliczną repryzą.

Takie epickie granie połączone z nastrojową melodyką spodoba się wielbicielom muzyki tworzonej przez producentów z Kompaktu czy BPitch Control. Włoski producent odnosi jednak na „Beyond That Hill” połowiczny sukces – skłonność do nazbyt dosłownej ludyczności, odziedziczona zapewne po rodzimej tradycji muzycznej rodem z San Remo, sprawiła że kiedy próbuje on wzbogacić swe nagrania o wyraźne melodie – niepostrzeżenie przechyla się w niewłaściwą stronę. Kiedy udaje mu się pohamować te ciągoty, jego nagrania nabierają odpowiedniej mocy i ciężaru – jak choćby w jednym z najlepszych na płycie utworów – „Polybolo”. I właśnie tą drogą powinien pójść dalej Dusty Kid.

Boxer 2011

www.boxer-recordings.com

www.myspace.com/boxercologne

www.myspace.com/dustylittlekid

Billy Dalessandro – Cracktime

Mieszkał już we Włoszech, w Niemczech, w Portugalii, teraz podobno w Kanadzie, ale tak naprawdę pochodzi z Chicago. I to wszystko wyjaśnia. Zainfekowany klasycznymi dokonaniami Marshalla Jeffersona i Larry Hearda sam zaczął tworzyć własne nagrania, udzielając się jednocześnie jako didżej w lokalnych klubach. Ponieważ nie był jednak purystą, eksperymentował z różnymi odmianami muzyki tanecznej.

I dlatego jego dokonaniami zainteresowały się niemieckie wytwórnie – najpierw Resopall Schallware, a potem Harthouse, które wydając mu albumy „Midievalization”, „Starcity” i „Into The Atom” sprawiły, iż stał się dobrze rozpoznawalnym producentem w Europie. Potem zaprzyjaźnił się z portugalskim didżejem występującym pod pseudonimem Expander, który opublikował mu nakładem swej wytwórni Soniculture kolejne płyty – dwa lata temu „Polis”, a obecnie – „Cracktime”.

Trzynaście zamieszczonych na krążku nagrań oscyluje wokół klasycznej elektroniki do tańca – nie ma tu żadnych ekscytujących nowinek, ale za to pomysłowo przygotowany zestaw stylowych kompozycji, które spodobają się wszystkim, którzy cenią konkretne aranżacje i solidne wykonanie.

Zaczyna się podrasowanego pulsującym funkiem surowego house`u. Ale choć „La Deux” i „Jesus Saves” uderzają podobnymi bitami o szorstkim brzmieniu, to wypełniają je zupełnie odmienne dźwięki. W pierwszym trafiamy na ciepłe tony zdubowanych klawiszy i energetyczne sample jazzowych dęciaków, a w drugim – na zimne akordy kumkających syntezatorów i tajemnicze szepty wtopione w tkankę nagrania. Obie kompozycje są jednak bardzo udane – rezonując echem klubowych killerów sprzed co najmniej dekady.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1841150-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1841150-02″ allowscriptaccess=”always”]

Typowo chicagowski house znajdujemy natomiast w trzech innych utworach. „Urban Decay” niosą chropowate smagnięcia automatu perkusyjnego, który łączy kumkającą partię acidowych klawiszy z drażniącym samplem świdrującej gitary. Tytułowy „Cracktime” rozbrzmiewa agresywnymi akordami o sonicznym tonie – otoczonymi zgrzytliwymi efektami o niemal industrialnym rodowodzie. I jeszcze „It`s Not Your World” – sprężysty house o melodyjnym loopie ukręconym z kwaśnych dźwięków Rolanda 303.

Do towarzystwa tego pasuje również „Gun Smoke”. To wycieczka w stronę wczesnych dokonań Plastikmana. Zbasowany i spowolniony podkład rytmiczny stanowi tu tło dla acidowych pląsów podszytych przemysłowymi wyziewami o chmurnym brzmieniu. Na jeszcze bardziej połamane bity trafiamy w utworach „Jozal” i „Hypersleep”. Pierwsze z nagrań to ambientowa odmiana przestrzennego IDM-u, a drugie – zdubowany hip-hop z wplecionymi weń samplami kościelnych chórów.

Jakby tego było mało, jest na płycie również miejsce na stylowe electro. „Pull My Finger” rozpoczyna się seksownym monologiem jakiejś dziewczyny, by z czasem złapać mechaniczny puls, kontrastujący ze sobą żrące dźwięki kwaśnych klawiszy i subtelne tony kojącej harfy. W „The Red Edge” trafiamy na głębszą rytmikę – a stanowi ona podkład do wijących się pasaży, zanurzonych w gęstym tle o soundtrackowym rozmachu.

Na koniec Dalessandro pozostawia prawdziwy killer – „Sirens Of Titan” to majestatyczne dub techno z porażającą partią zawodzących syntezatorów, przeszytą świdrującym strumieniem cyfrowego noise`u. Kiedy się słucha tego nagrania, przypominają się sceny z „Godzilli” – kiedy ogromny stwór powoli maszerował w kierunku przerażonego Tokio.

„Cractime” to właściwie niedzisiejsza płyta – i dlatego raczej nie napisze o niej ani „Resident Advisor”, a tym bardziej „FACT”. Ale my swoje wiemy. To kawał soczystej elektroniki o mięsistym brzmieniu, która nie potrzebuje taniego lansu. Cóż – w końcu Billy Alessandro pochodzi z Chicago.

Soniculture 2011

www.soniculture.com

www.myspace.com/soniculturelabel

www.billydalessandro.com

www.myspace.com/billydalessandro

Miks do załadowania – Tim Hecker

W dzisiejszej odsłonie cotygodniowego cyklu kompletny zapis koncertu Tima Heckera z tegorocznego festiwalu muzyki elektronicznej Moogfest. Czytaj dalej »

Murcof we wrocławskiej Synagodze

W dniach 3-4 grudnia odbędzie się we Wrocławiu kolejna edycja Festiwalu Ambientalnego. Tym razem lineup jest bardzo mocny. Sprawdźcie.
Czytaj dalej »

Dni Muzyki Nowej w Gdańsku po raz drugi

Znamy już wykonawców,  którzy wystąpią w Gdańsku podczas drugiej edycji Dni Muzyki Nowej.  Festiwal łączący muzykę klasyczną z awangardą i eksperymentem odbędzie się w dniach 12-15 stycznia 2012 r.  Czytaj dalej »

Tiefschwarz – Watergate 09

W ciągu ostatniej dekady najważniejszymi klubami w Berlinie stały się Berghain i Watergate. O ile ten pierwszy zyskał sławę przysłowiowej „świątyni techno”, tak ten drugi wyrobił sobie opinię miejsca, w którym można usłyszeć najlepszy house w stolicy Niemiec. Potwierdza to seria płytowych miksów przygotowanych przez didżejów współpracujących z klubem, wśród których znalazły się takie sławy, jak Ellen Allien, Sascha Funke, Konrad Black, Lee Jones, Lee Curtiss czy dOP. Nic więc dziwnego, że teraz dołącza do nich duet Tiefschwarz, który choć flirtował już z niejedną odmianą tanecznej elektroniki, to w swych didżejskich setach zawsze pozostawał wierny energetycznemu house`owi.

Tak jest i tym razem. A co najciekawsze – bracia Schwarz wybierają do swego miksu niemal same klasyki gatunku! Zaczyna się od genialnego „Baby Wants To Ride” Frankiego Knucklesa – seksownego nagrania, które w 1987 roku zrewolucjonizowało muzykę elektroniczną, ogłaszając światu istnienie nowego gatunku – chicagowskiego house`u. Potem dostajemy dwa utwory weteranów z Detroit – najpierw MK (czyli Marc Kinchen) serwuje dyskotekowy „Burning” (podrasowany na współczesną modłę przez Jaya Haze`a), a potem Alton Miller przypomina się swą debiutancką kompozycją z 1991 roku – wypełnionym zmysłowymi wokalizami „I Like Havin` You”.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/436111-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=436111-01″ allowscriptaccess=”always”]

Ron Trent i Chez Damier zabierają nas z powrotem do Chicago. Ich podbarwiony na soulową modłę „Untitled” pochodzi z dwunastocalówki „Don`t Try It” opublikowanej równo dwie dekady temu przez KMS. Właścicielem tej wytwórni był oczywiście Kevin Saunderson – nic więc dziwnego, że kolejny ruch należy do niego. „The Groove That Won`t Stop” to również wspomnienie debiutu detroitowego klasyka – oldskulowy killer z 1988 roku z natychmiast rozpoznawalnym wokalem niezapomnianej Paris Grey. Z tego samego okresu pochodzi utwór projektu Latin House Crew – „Should Have Never Been”. Wypełniający go acidowy loop prowadzi do nagrania kompletnie dziś zapomnianego mistrza surowego hard house`u z Chicago. Gemini serwuje tutaj mocno zbasowany „Where Do I Go” w wersji z 1997 roku. Plotki głoszą, że ukrywający się pod tym pseudonimem Spencer Kincy żyje dziś w Wietrznym Mieście na skraju ubóstwa.

Tiefschwarz od dawna grali w swych setach kompozycję „Release” etnicznego projektu Afro Celt Soundsystem w remiksie popularnego teamu Masters At Work. Nie mogło jej więc zabraknąć i w tym zestawie. Kontrapunktem dla jej głębokiego brzmienia są dwa następujące po niej szorstkie produkcje – najpierw „Mysterious Moments” holenderskiego projektu Major Malfunctions nagrywającego niegdyś dla wysoko cenionej wytwórni Djax-Up Beats, a potem „Images” amerykańskiego duetu G Strings, który dzięki zaledwie dwóm wydawnictwom przeszedł na stale do historii minimalistycznego house`u („The Land Of Dreams” z którego pochodzi to nagranie ukazał się w 1990 roku). Płyta kończy się przypomnieniem kolejnego weterana z Chicago. Romanthony proponuje podrasowany na plemienną modłę ekstatyczny deep house „Rumpshaker” o wręcz gospelowej żarliwości, który z powodzeniem można by przypisać samemu Moodymanowi.

Wszystkie wspomniane klasyki stanowią centrum miksu Tiefschwarz. Na wstępie i na końcu zestawu niemieccy didżeje przeplatają je jednak nowszymi nagraniami. I trzeba przyznać, że ten wybór nie zawsze się sprawdza. O ile utwory Johna Robertsa („Lesser”), Julio Bashomore („Father Father”) i Marca Ashkena („Freaky Naughty”) pasują swym garażowym brzmieniem i zmysłowym klimatem do głównego segmentu setu, tak niosące echa dubowych wpływów kompozycje Deadbeat („House Of Vampires”) i samych Tiefschwarz („Corporate Butcher” z wokalnym udziałem Mamy) jakoś niezbyt komponują się z chicagowsko-detroitowym kontekstem. Nie mówiąc już o otwierającym całość „Fall Forever” When Saints Go Machine w remiksie Nicolasa Jaara – które samo w sobie jest przepięknym utworem, ale z zupełnie innej wrażliwości niż klasyki zza Oceanu.

Watergate 2011

www.water-gate.de

www.tiefschwarz.net

www.myspace.com/tiefschwarz

Słuchamy nowości od Few Quiet People

Wytwórnia Few Quiet People powraca z nowymi albumami – po raz pierwszy w formie nośników fizycznych. Sprawdźmy te dwie ciekawe premiery.
Czytaj dalej »

Air lecą na księżyc. Będzie płyta.

„Le Voyage Dans La Lune” – taki tytuł nosi nakręcony w 1902 roku pierwszy film science-fiction w historii kina. Taki tytuł nosić będzie również kolejny krążek duetu Air. Kiedy premiera?
Czytaj dalej »