John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



Podsumowanie 2011 – Maciek Kaczmarski

Alfabetyczna lista 20 okazów z obu stron barykady dzielącej zachwyt od rozczarowania.

Na skutek bezlitosnej selekcji do rankingu nie trafiły tak interesujące pozycje jak „Geosynchron” Access To Arasaka, „Ravedeath, 1972” Tima Heckera, „Invisible Insurrection” Desolate, „Liber Dogma” The Black Dog, „Outmind” Matthewdavid, „Metamanoir” Dale Cooper Quartet and The Dictaphones, „Part 00” Astrobotnia, „Fever” 2562, „Something Dirty” Faust, „Peanut Butter Blues & Melancholy Jam” Ghostpoet, czy „Old Raves End” Swarms. Te albumy (plus kilka innych, ale litości!) również zasługują na wyróżnienie i gdyby lista była dłuższa, z pewnością by się na nią załapały.

Zestawienie jest więc niekompletne, jak zresztą każde; nie sposób przesłuchać wszystkich albumów, a dziś trzeba się wpierw przebić przez oceany przeciętności, żeby trafić do ciekawych miejsc. Najistotniejszym sędzią i tak pozostaje czas i to właśnie on pokaże – za kilka lat i z odpowiedniego dystansu – co było ważne, a co stanowiło tylko sezonową modę. Do siego roku!

Złoto:

  • Andy Stott – Passed Me By / We Stay Together (Modern Love)

Przełożona na dźwięki atmosfera narkotycznej mary. Mieszanina nisko zawieszonych linii basowych, dusznego dubu, gęstego ambientu, plemiennej rytmiki i minimalistycznej sampleriady. Gęste jak smoła i równie rozciągliwe „slo-mo techno”, zwolnione do około 105 bpm, nie tylko miażdży swoją intensywnością, klimatem i wizjonerstwem, ale też wywołuje reakcje psychosomatyczne. Najlepszy bas od czasów Rhythm & Sound i Jana Jelinka.

  • Amon Tobin – ISAM (Ninja Tune)

Amon Adonai Santos de Araújo Tobin nadal reprezentuje własny, zupełnie odrębny gatunek muzyczny, co najmniej tak oryginalny, jak jego personalia. Choć kontynuatorów ma wielu, nikomu nie udało się podrobić tego specyficznego brzmienia, będącego niebywałą mieszanką najróżniejszych i często skrajnie odległych konwencji. W moim odczuciu „ISAM” to arcydzieło, choć kontrowersyjne, co widać po radykalnych ocenach fanów i dziennikarzy.

  • Ben Frost & Daníel Bjarnason – Sólaris (Bedroom Community)

Ten wyimaginowany soundtrack do słynnej powieści Lema prezentuje się doprawdy wspaniale. Kontemplacyjna, majestatyczna i szalenie sugestywna muzyka wychodzi daleko poza ramy elektroniki, zahaczając o filharmonię. „Sólaris” przenosi wprost na stację kosmiczną zawieszoną nad gigantyczną planetą z jednym mieszkańcem – okalającym cały glob, galaretowatym żywym oceanem, który potrafi materializować ludzkie sny i pragnienia.

http://www.youtube.com/watch?v=Eot2gzl2C7Q

  • Dalglish – Benacah Drann Deachd (Highpoint Lowlife)

Podsumowanie dotychczasowych dokonań Chrisa Douglasa vel Dalglish (znanego także jako O.S.T.), szkockiego producenta rezydującego w Berlinie. „Benacah Dran Deachd” stanowi prawdziwe intelektualne wyzwanie. Intensywność tej niesamowitej muzyki osiąga poziom bliski najbardziej eksperymentalnym nagraniom Autechre. Pomimo mechanicznego chłodu, jest tu coś bardzo organicznego, niemal ludzkiego. Genialny album.

  • Kreng – Grimoire (Miasmah)

Grymuar to rodzaj księgi z pogranicza teologii, astrologii, magii i okultyzmu. Na drugiej płycie Pepijna Caudrona jest to wszystko i jeszcze więcej. Zawartość „Grimoire” jawi się niczym zapis jakiegoś rytualnego obrzędu, kwasowego tripa lub awangardowego przedstawienia teatralnego, gdzie duchowość pachnie siarką, piękno łączy się z bólem, sacrum z profanum, a człowiek zagląda w najmroczniejsze zakamarki swojego „ja”. Takiej grozy nie było w muzyce od czasów Devil Doll i Deathproda.

  • Nicolas Jaar – Space Is Only Noise (Circus Company)

Znakomity debiutancki album chilijskiego producenta kojarzonego do tej pory z techno. Płyta stanowi eksperyment z pogranicza takich estetyk jak hip-hop, downtempo, glitch, jazz, dub, new wave, soundtracki ze spaghetti-westernów i kto wie, co jeszcze. Jaarowi udało się nie tylko rzucić most między przeszłością a przyszłością, ale też popisać błyskotliwą erudycją i idealnie wyważonymi proporcjami na szali przystepności i eksperymentu.

http://www.youtube.com/watch?v=2oz47aLDTBc

  • Oneohtrix Point Never – Replica (Mexican Summer/Software Records)

Futurystyczna retro-elektronika. Brzmi paradoksalnie? Tylko na papierze. „Replica” to analogowa sampleriada na tropach Boards of Canada – wyraz tęsknoty za czasami, w których filmy oglądało się na VHS-ach, bohaterami gier na Amigęa czy Atari było jajko Dizzy i Superżabka, a Internet był mały i niewinny. Całości dopełniają sample ze starych reklam telewizyjnych i filmów (m.in. „Blade Runner”). Hauntologia zaklęta w dźwiękach.

  • Phoenecia – Demissions (Schematic/Detroit Underground)

Po 10 (!) latach od wydania znakomitego debiutu „Brownout” i trzech od płyty będącej ilustracją do instalacji artystycznych, Phoenecia powróciła do gry w wielkim stylu. Druga płyta duetu z Miami nawiązuje do najlepszych tradycji klasycznego idmu. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy tęsknią za Autechre z okresu „Draft 7.30”.

  • Seefeel – Seefeel (Warp Records)

Bardzo udana reformacja wpływowej brytyjskiej grupy, która w latach 90. przemknęła przez muzyczny firmament niczym meteor. „Seefeel” oferuje to, co w twórczości formacji najlepsze i najbardziej charakterystyczne: jazgotliwe gitary, ambientowe plamy, urozmaiconą, często nieregularną rytmikę, miarowe pulsacje niemal dubowego basu, metaliczne dysonanse, harmonijne wokalizy, zgrzytliwe sprzężenia i strzępy melodii. Pierwszorzędny materiał.

  • The Fear Ratio – Lightbox (Blueprint)

James Ruskin i Mark Broom. Dwóch producentów, którzy nie muszą już nikomu nic udowadniać, nagrało płytę, która na przekór wszystkiemu udowadnia, że elektronika – pomimo postępującej pauperyzacji – ma się doskonale. Muzyka brytyjskiego duetu wprawdzie jawnie odnosi się do złotych lat tak zwanego idmu (połowa lat 90.), ale umieszcza ducha tego okresu w kontekście techno-współczesności. Efekt jest powalający.

Piryt:

  • Battles – Gloss Drop (Warp Records)

Płyta, która brzmi dokładnie tak, jak była nagrywana – osobno przez każdego członka grupy, co odbiło się na spójności. Zabrakło też solidnych kompozycji, przez co całość prezentuje się bardziej jako zestaw przypadkowo ułożonych kawałków, których przeciętności nie zakryje nawet najbardziej wyrafinowana studyjna robota.

http://www.youtube.com/watch?v=dQYFTSWNx_Q

  • Gil Scott-Heron & Jamie XX – We’re New Here (XL Recordings)

Nieudana fuzja poezji nieżyjącego już amerykańskiego barda i beatów młodego brytyjskiego producenta. Wyrwane z kontekstu melodeklamacje wkomponowano w nowoczesne aranżacje z pogranicza dubstepu, future garage, hip-hopu i wonky. Brzmi to jak niedopracowana demówka i ukazuje ogromną przepaść dzielącą obydwu panów, na niekorzyść Jamiego. Bo wokal Herona brzmi jak zwykle potężnie.

  • Hecq – Avenger (Hymen)

Efekt zachłyśnięcia możliwościami sprzętowymi i potrzeby wpasowania się w klubowe ramy. Dyskotekowe błyskotki są największą bolączką „Avengera”, słychać bowiem, że jest to płyta pod publiczkę. Niemiecki producent, znany dotychczas z rewelacyjnej muzyki spod znaku idm, ambient i breakcore, przerzucił się na toporny dubstep. Wiksiarski, brutalny i całkowicie odhumanizowany.

  • James Blake – James Blake (R&S)

Podręcznikowy przykład zmarnowanego potencjału. James Blake, „cudowne dziecko” brytyjskiej sceny muzycznej, zabłysnął oryginalnymi epkami. Tymczasem na debiutancki longplay zabrakło mu pomysłów. Minimalistyczny, zelektronizowany quasi-soul zdominowany przez wokal autora (ten nieznośny auto-tune!) to eksperyment zakończony fiaskiem.

  • Loscil – Coast / Range / Arc (Glacial Movement Records)

Spadek formy po świetnej ubiegłorocznej płycie „Endless Falls”. Muzyczny pean na cześć chłodu bezkresnych arktycznych krajobrazów. Niestety zimny i wywołujący obojętność. Konstruowane na pojedynczych, rozciągniętych w czasie dronach, utwory wyłaniają się z niebytu i trwają w bezruchu. Z rzadka ewoluują, prawie nigdy nie angażują.

http://www.youtube.com/watch?v=_5_87Qw-KIs

  • Machinedrum – Room(s) (Planet Mu)

Kolejny po Hecq przykład koniunkturalizmu. Travis Stewart, twórca kojarzony z abstract hip-hopem i idmem, sięgnął po footwork, dubstep i hardcore. Skutek jest opłakany. Nie podobna słuchać tego bez uczucia znużenia szybko przechodzącego w graniczące z irytacją zmęczenie. Wysoka pozycja tej płyty w wielu rankingach nie przestaje mnie zadziwiać.

  • Ricardo Villalobos & Max Loderbauer – Re: ECM (ECM Records)

W zamierzeniu – hołd dla legendarnej wytwórni, w rzeczywistości – przeintelektualizowana porażka. Za punkt odniesienia posłużyły kompozycje Pärta, Sclavisa, Maupina i innych gigantów. Chilijsko-niemiecki duet całkowicie zagubił się w interpretowaniu tych nagrań, składając je w ofierze na ołtarzu zaskakująco konserwatywnego eksperymentu. Pustki ziejącej z tego chaosu nie zasłoni nawet najbardziej wymyślny koncept.

http://www.youtube.com/watch?v=gcmM0MVEqBg

  • The Flashbulb – Love As A Dark Hallway (Alphabasic)

Koniec z elektroniką i folkiem, czas na free jazz/easy listening, czyli 37 minut dźwięków niebezpiecznie bliskich kategorii przerostu formy nad treścią. Ekwilibrystyczne popisy Benna Jordana irytują i męczą, bo przypominają smoothjazzowe nudziarstwo, jakiego wszędzie dziś pełno. Rozróżnienie poszczególnych fragmentów albumu udaje się osiągnąć dopiero po miesiącach odosobnienia na Wyspie Świętej Heleny.

  • DJ Shadow – The Less You Know, The Better (Verve)

Czwarty studyjny album DJa Shadowa nie jest płytą złą, ale przynosi rozczarowanie, cierpi bowiem na problematyczną przypadłość, jaką jest brak motywu przewodnego. Nic nie spaja tych utworów – czasem kiepskich, czasem znakomitych – w logiczną całość. W efekcie płyty słucha się jak kompilacji luźno powiązanych ze sobą kawałków. To za mało jak na autora „Endtroducing…” i „The Private Press”.

  • Dubstep

Zamiast teorii, trzy praktyczne dowody:

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 10

  1. [microtonal man]

    A mnie niesamowicie cieszy Kreng w zestawieniu na wysokiej pozycji. Maćku – label Miasmah stoi przed tobą otworem a dokonania Svarte Greinera to pierwowzór Krenga i jego niewątpliwa inspiracja. w kategoriach cyfrowego mroku spomiędzy lustmorda i tima heckera – szczerze polecam (Elegi, Penpals Forever itp itd)

  2. Michał

    Świetne podsumowanie, ciekawsze niż na RA. Gratulacje.

  3. Heliosphaner

    A ja się tak wtrącę do dubstepu. Bo już nie wiadomo co się obecnie nazywa i nazywało dubstepem. Jak wynika z nazwy miała być mieszanka dubowych dźwięków z 2stepowymi. Doszły drum’n’bassowe wobble, to zaszęła wychodzić kaszana. Potem dodano wiksę i wyszedł jakiś zfajdany brostep. Czy uk garage i uk bass też ludzie nazywają dubstepem? Dubstep jest dobry w paru „momentach”. A UK garage oferuje więcej fajniejszych rzeczy. I nie nazwałbym tych 3 wałków dubstepem. I dubstepu bym nie przekreślał calkowicie bo jest trochę dobrych rzeczy w tym gatunku. Niestety przyćmiła to wszystko ta marna wiksa dla dzieciaków.

  4. Lilek

    Gratuluje odwagi za komentarz i wrzucenie do worka z kaszanką Villalobosa i Lauderbauera.
    Od początku uważałem dubstem za straszny prymitywizm i nie rozumiem, co ludzie w nim widzą. Oczywiście są perełki, ale kariera jaką zrobił ten gatunek jest oszałamiająca. Dla mnie to chyba zostanie do końca życia niesamowitą socjologiczną zagadką, ale to co się z tym stało w tym roku to już szaleństwo, przesada i modlę się, żeby to coś nazywane brostepem nie przetrwało 2012 roku. Niestety raczej tak się stanie.

  5. rudzik

    trafione w 10!

  6. precz z brostepem

    te trzyostatnie knoty to nie jest dubstep, to komercyjna zaraza zwana BROSTEP. Szkoda, ze Hecq tez ciagnie w strone brostepu. Eeehh Brostep niszczy muzyke, zaraza komercha. Korn siegnal samego dna by sie sprzedac. Nie wyobrazam sobie by np Iron Maiden cos takiego zrobili.

  7. gradion

    swietne zestawienie, dalglish to faktycznie mózgojeb, szkoda ze niedoceniany. dziwi mnie jednak obecnosc oneohtrix point never, zupelnie przecietna plyta. a i lista kitow tez pokrywa sie z moimi gustami – machinedrum to jakas pomylka… big up

  8. Laszlo

    Nie odniosę się niestety do treści zestawienia ponieważ jestem umysłowo sparaliżowany po odsłuchaniu trzech przykładów „dubstepu” z końca… dżizes krajst…. żebym to jeszcze przesłuchał całe utwory….

  9. Zbyszek

    Bardzo mi przypadło do gustu to zestawienie. Cieszę się że wspomniano Dalglisha i że wrzucono cholerny gejowski „dubstep” do kosza, ze Skrillexem na czele! Jego współpraca z Kornem to żałosna próba sprzedania się po raz kolejny. Wrzucam Korn do tego samego kosza!