MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



John Talabot – Fin

Choć „Fin” jest pierwszą, długogrającą płytą Johna’a, ciężko mówić o nim, jako o debiutancie. Hiszpan dał się poznać szerszej publiczności, kiedy na początku XXI wieku wdał się w niezobowiązujący romans z muzyką techno, królująca wtedy na barcelońskich i madryckich parkietach. Od tego czasu minęła cała dekada, gusta młodych ludzi zwróciły się w innym kierunku, a Tablot zakończył definitywnie swój związek z nowoczesnym techno. Nie myślcie, że zarzucam mu koniunkturalność – tak na pewno nie jest. Mam na myśli bardziej naturalną ewolucję tego artysty, który nie był ślepy i głuchy na to, co działo się w muzyce elektronicznej.

John powoli przygotowywał nas na „Fin” wydając kilka EPek, wśród których znalazły się takie wyróżniające kawałki, jak np. „Matilda Dreams”, czy „I Want Tonite”. Ciepłe, bujające kompozycje, ogrzewały nas promieniami słonecznymi spod znaku deep house, synth popu, indie i muzyki tła, stały się znakiem rozpoznawczym Katalończyka. „Fin” pod tym względem nieco zaskakuje. Tak, wciąż jesteśmy na plaży, wciąż tańczymy, wciąż z uśmiechem na twarzy rozbijamy kokosa i pijemy sok prosto z jego wnętrza, ale ten sielankowy obraz został uzupełniony o jeszcze kilka, mniej oczywistych elementów.

http://www.youtube.com/watch?v=OF8LnIcfF1Y

Gdy włożymy płytę do gramofonu, lub odtwarzacza CD, pierwsze, co usłyszymy, po włączeniu przycisku play, to rechot żab i nocne cykanie owadów w utworze „Depak Ine”. Niezbyt to plażowe klimaty, co? Osobiście traktuje to, jako żart i mrugnięcie okiem do słuchacza. Nie zmienia to jednak tego, że na „Fin” element niepokoju i zaskoczenia, będzie nam towarzyszył od początku do końca.

Zróbmy mały przegląd tego, co mamy pod maską. Wykonany wspólnie z Pionalem „Destiny” rozluźnia bardziej niż wspólna sesja medytacyjna z Dalajlamą. Melancholijny bit, karaibskie dzwoneczki i idealnie wtopiony w całość, uduchowiony wokal, przeniesie Was, wiele kilometrów od zasypanych białym puchem, polskich ulic. „El Oeste” to z kolei syntetyczny majstersztyk, nad którym unosi się tajemnicza mgła, której źródła pochodzenia nie rozwikła nawet sam Antoni Macierewicz. Baleryczne „Oro y Sangre” jest rozpięte gdzieś, pomiędzy Caribou a M83. „Journeys” to lekko rozmyte, piękne harmonie, zahaczające o house i pop. Najbardziej energetyczny i organiczny utwór na płycie to „When The Past Was Present” z transową melodyką i ekstatycznym wokalem. Na koniec zaś Talabot postawił wisienkę na torcie w postaci zwiewnego i niewinnego „So Will Be Now…”, wysmażonego ponownie w kolaboracji z Pionalem. Mamy tu wyraźny powrót do klimatu z poprzednich mini albumów Johna. Słońce jest w swoim zenicie, plaża tętni życiem i ruchem, kto by tam myślał o jakiś problemach dnia codziennego.

„Fin” to album kompletny, dojrzały i niezwykle elegancki. Bije z niego świeżość, witalność i różnorodność. Nawet, jeśli pojawiają się momenty mniej radosne, to bardziej wpasowują się w klimat wieczornych rozmyślań na hamaku. Talabot wie jak ważna jest w takiej muzyce melodia, i to w właśnie wokół niej buduje cały swój specyficzny mikroświat. Chciałbym się do czegoś doczepić, wytknąć mu jakąś słabostkę, ale po prostu nie mogę. Skosztujcie tego soczystego owocu i bawcie się dobrze.

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. formalina

    mnie tylko brakuje tam posamplowanych wywodów macierewicza w tle 🙂 , byłoby … klimatyczniej i bardziej schizoidalnie , dzieki za reckę.

  2. Kamil Downarowicz

    Heliosphaner – możesz wyjaśnić? Bo u mnie jest zakończeniem :]

    • Heliosphaner

      W wersji pobranej z sieci tracklista jest alfabetyczna inna niż w oryginale 😛

  3. Heliosphaner

    Świetny album! Kupa hitów na nim. Eleganckie letnie zakończenie w formie „When The Past Was Present” 🙂