Neville Watson – The Midnight Orchard
Paweł Gzyl:

Soundtrackowe wspomnienie pierwotnego rave’u.

The Good, The Bad & The Queen – Merrie Land: Dwugłos
Redakcja:

Anglia tonie. Anglia odpływa.

Unknown Landscapes Vol. 6 – Mixed & Selected By Lewis Fautzi
Paweł Gzyl:

Mocno, hipnotycznie i… przewidywalnie.

Teo Olter – Mirów
Jarek Szczęsny:

Strefa komfortu.

John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.



Archive for Listopad, 2018

Tolga Fidan – Rogue

Długa była droga Tolgi Fidana do sukcesu. Bo wiodła od dzieciństwa spędzonego w Istambule, przez studia w Londynie i pierwsze produkcje muzyczne w Paryżu, po korzystny dla obu stron kontrakt z wytwórnią Vakant rezydującą w Berlinie. Pod swe opiekuńcze skrzydła przygarnął go bowiem rodak – również pochodzący z Turcji a blisko współpracujący z nią Onur Özer. I to dzięki niemu Fidan zaczął prezentować swe kolejne nagrania – od debiutanckiego „Now I`m Weak” po wydany dwa lata temu „Rezil”. Zgrabne balansowanie między techno a house`m w minimalowym formacie sprawiło, że o jego utwory upomniały się również inne firmy – choćby Freak N`Chic czy Cadenza. Możliwość opublikowania swego pierwszego albumu powierzył jednak Fidan swej ulubionej tłoczni – i dlatego „Rogue” ukazuje się nakładem berlińskiego Vakanta.

Płytę otwiera dosyć niespodziewany ukłon w stronę sprężystego dubstepu – bo „Fire” osadzony zostaje na połamanym podkładzie rytmicznym, który uzupełniają przyjaźnie kumkające akordy ciepłych syntezatorów. Co ciekawe – turecki producent kontynuuje ten wątek w dalszej części krążka. „Shapes” ma jednak już nieco lżejszy ton – smoliste breaki i zawodzące basy uzupełnia bowiem tutaj melodyjny śpiew soulowej wokalistki podszyty subtelnie tkaną gitarą. „Fairwell 22” również ociera się o dubstepową formułę – ale aranżacja utworu skonstruowana została z jazzowych sampli tęsknego fortepianu i organicznych klawiszy, podszytych na dodatek miarowym pulsem funkowego basu. I tu nie brakuje wyrazistego wokalu – tym razem należącego do samego Fidana. Kobiecy śpiew o wyjątkowo seksownym brzmieniu powraca natomiast w „Broken” – a turecki producent wpisuje go w rozbujany kontekst typowo angielskiej bass music. Ten wątek kończy umieszczona na finał kompozycja „Encore Encore”, w której turecki twórca daje upust swej dawnej miłości do hip-hopu, ozdabiając smoliste rytmy samplami soulowych dęciaków i zatopioną w studyjnym szumie melodeklamacją.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/451921-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=451921-01″ allowscriptaccess=”always”]

Drugą stronę „Rogue” stanowią nagrania utrzymane w stylu znanym z winylowych dokonań Fidana. Segment ten otwiera „Demain” – bo to wysmakowany deep house podbity mruczącym pochodem głębokiego basu i ozdobiony sążnistymi falami onirycznych klawiszy. Podobnie dzieje się w „Void – GvsB Tribute” – z tą różnicą, że głównym wątkiem aranżu kompozycji są funkowe akordy krótko ciętej gitary. Klangujące uderzenia basu prowadzą z kolei „Moo.Noo” – stanowiąc idealny kontrapunkt dla monochromatycznego strumienia ambientowego szumu wypełniającego tło nagrania. I chyba najlepszy utwór w zestawie – „Seve”. To wyjątkowo miękkie techno o detroitowym rodowodzie, w którym subtelnie wypolerowany acidowy loop wprowadza melodyjny wokal Fidana otoczony tęsknie nawołującymi syntezatorami.

Znakomity debiut – ale nic w tym dziwnego, wszak turecki producent raczył nas udanymi utworami od ponad pięciu lat. Na swym pierwszym albumie zgrabnie połączył swe upodobanie do wysublimowanego house`u i techno z odrobiną nowości – śmiałym spojrzeniem w stronę nieznanej wcześniej z jego winylowych dokonań bass music. I powstała płyta, której słucha naprawdę z wielką przyjemnością.

Vakant 2012

www.vakant.net

www.myspace.com/vakant

www.myspace.com/tolgafidan

Madlib i Freddie Gibbs na Tauron Nowa Muzyka

Tegoroczna edycja Nowej Muzyki obfituje w twórców, którzy od samego początku kariery nie dają się zamknąć w zużytych, jasno określonych ramach gatunkowych. Tym razem przyszedł czas na hip-hop, z wolna przechodzący w jazz. A to za sprawą Otisa Jacksona Juniora, czyli Madliba. Czytaj dalej »

Już za miesiąc w naszym kraju pojawi się amerykański zespół Wovenhand

Będzie to pierwsza w Polsce wizyta tej formacji. David Eugene Edwards wraz z zespołem wystąpi 30 czerwca w warszawskim klubie Proxima.

Wovenhand to kompilacja alt-country, folku i rocka przywołująca ballady Nicka Cave’a, Jeffreya Lee Pierce’a czy Boba Dylana. David Eugene Edwards określany natomiast jest człowiekiem instutucją, który przyciąga swoją muzyką, niezwykłą osobowością, potężnym i hipnotyzującym głosem miliony fanów na całym świecie. Amerykańskie media wspominając Edwardsa mówią „you will never see a more passionate performer than this man”.

Fenomenem związanym z utworami Wovenhand jest ich temat: Bóg. Ciężko obyć się bez patosu, kiedy głównym tematem utworów jest nie kto inny, jak Bóg. To częsta przypadłość z balansowaniem pomiędzy przesadną pompą a konwencją piosenki „rockowej”. Wielkość Edwardsa polega jednak na tym, że z tematyką chrześcijańską radzi sobie zadziwiająco łatwo i naturalnie. Jego albumy to nieliczne przypadki, kiedy przy opisywaniu płyty bez wstydu można użyć słowa „klimat”…

Wovenhand [US]
30.06 godz. 20:00 Proxima/Warszawa
bilety: 70/80pln
dostępne: ticketpro.pl, ebilet.pl, kolekcjonerskie: Ticketclub (ul. Bracka 25), pwevents.pl (http://www.pwevents.pl/pl/bilety,1,46.html), klub Proxima

Cari Lekebusch – You Are A Hybryd Too

W ciągu ponad dwóch dekad istnienia współczesnego techno, działało kilku producentów, którzy stawiając nie na eksperymenty, ale na klasyczne brzmienie gatunku, sprawili że przetrwał on lata dominacji drum`n`bassu, minimalu i dubstepu, wracając w ostatnich miesiącach do pełni łask fanów nowej elektroniki. Wszyscy wiemy o kogo chodzi – to chociażby Chris Liebing, Adam Beyer czy Cari Lekebusch. Siłą ich muzyki nie były nigdy nowe rozwiązania brzmieniowe, ale dzika i surowa energia, która przechowała w dźwiękowym depozycie tradycję techno w nietkniętym stanie do dzisiaj.

Ostatni z tych weteranów zadebiutował na początku lat 90. I od razu wyraźnie zdefiniował swój styl – interesowało go mocne i twarde granie, skoncentrowane na powtarzających się loopach, emanujące zwierzęcą niemal zmysłowością. Muzycznym manifestem tego stylu był debiutancki album szwedzkiego producenta o tytule zapożyczonym ze słynnego hasła Underground Resistance – „For Those Who Know” z 1996 roku. Siarczyste brzmienie umieszczonych na nim nagrań idealnie korespondowało z wulgarną okładką – dając mocny impuls do narodzin skandynawskiego sposobu grania i prezentowania gatunku. Mimo zmieniających się mód na klubowej scenie, Lekebusch i jego wytwórnia H-Productions przetrwali do dzisiaj w znakomitej formie. A świadectwem tego chociażby dwunasty album w dorobku producenta – „You Are A Hybryd Too”.

Tutaj nie ma zmiłuj – szwedzki twórca stawia przede wszystkim na ogniste granie w stylu klasyki z pierwszej połowy lat 90. Zaczyna od sprężystych rytmów i zawodzących loopów połączonych ze sobą właśnie w typowo skandynawski sposób („Out Of Nowhere”), uzupełniając te proste aranże schizofrenicznymi efektami wokalnymi, głęboko wtopionymi w strukturę kompozycji („Safety Off”). Potem przychodzi czas na wspomnienie niemieckiej szkoły techno rodem z Berlina i Frankfurtu. Rytmika staje się więc cięższa, a zapętlone fragmenty analogowych brzmień – nabierają industrialnego mroku („Spiritual Combat” czy „Pinnacle Of Desolation”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1974687-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1974687-02″ allowscriptaccess=”always”]

Nie brak tu również acidowych wtrętów – nadających kompozycjom toksyczny sznyt, bliski prehistorycznym dokonaniom Mike`a Inka i Burger Industries (znakomite „Monatomic Measure” czy „Pole Turtle”). W pewnym momencie Lekebusch przywołuje nawet tradycyjny niemiecki trance – uzupełniając dudniące bity i basy chmurnym pasażem kosmicznych syntezatorów („Black Diamond”).

Oczywiście szwedzki producent nie jest głuchy na eksperymenty, jakie współcześnie podejmują twórcy z takich wytwórni, jak Perc Trax czy Stroboscopic Artefacts. Oto bowiem w kilku nagraniach pojawiają się typowe dla nich nowoczesne tła – skorodowane na dubową modłę dronowe wyziewy rezonujące zaszumionymi pogłosami. Co ciekawe – w zestawieniu z bardziej bezpośrednią rytmika rodem z dawnego Tresora, utwory te przeradzają się w fascynujące swą amorficznością ponadczasowe hybrydy, łączące w pomysłowy sposób stare z nowym („Comprehesion Level Descent” czy finałowy „Vanishing Act”).

Zdarza się również zademonstrować Lekebuschowi, że potrafiłby on bez trudu wysmażyć cały materiał w stylu producentów z Berghain – o czym świadczy choćby wstrząsany tektonicznymi bitami „Approaching Singularity”. Żeby całkowicie nie zmiażdżyć słuchacza, szwedzki twórca sięga czasem również po nieco lżejszą rytmikę – i wtedy powstają jednak nadal dosyć masywne utwory w chicagowskim stylu („Ghost Notes” czy „Boiling The Frog”).

Całość ma sugestywne brzmienie o niemal „żywym” charakterze. Słychać wyraźnie, że muzyka ta świetnie wypadnie na potężnym sound systemie w jakimś dużym klubie. Ale to nic dziwnego – w końcu Lekenbusch poświęcił swe życie takiemu właśnie graniu. Przy okazji przechowując w swej twórczości klasyczne brzmienia europejskiego techno – niczym kielich świętego Graala dawni rycerze Lancelota.

H-Productions 2012

www.lekebuschmusik.se

www.myspace.com/carilekebusch

Artysta to nie zawód – rozmowa z Wojtkiem Cichoniem

Slamer, raper, poeta, organizator imprez performance poetry, slamów poetyckich i warsztatów spoken word. Artysta solowy znany jako Kidd, współzałożyciel skwer.org i współtwórca takich projektów, jak Ddekombinacja, Międzymiastowa i Osete. Czytaj dalej »

Demdike Stare na OFF-ie

To już drugi reprezentant wytwórni Modern Love na tegorocznej edycji katowickiego festiwalu – tym razem padło na otoczony kultem duet Demdike Stare.

Czytaj dalej »

Andre Lodemann – Fragments

Kiedy runął mur berliński, pochodzący z małego miasta we wschodnich Niemczech Andre Lodemann od razu przeniósł się do nowej stolicy kraju. I oczywiście trafił w samo centrum rodzącej się subkultury techno. Pomieszkując w skłotach usytuowanych w dawnej komunistycznej części miasta, w ciągu dnia studiował nauki społeczne, a wieczorami grywał swe pierwsze imprezy. W przeciwieństwie do większości rówieśników upodobał sobie jednak nie techno ale house – i to o tym najgorętszym brzmieniu w nowojorskim stylu. Kiedy po studiach podjął pracę opiekuna „zagubionej” młodzieży, zasłynął z organizowania muzycznych imprez dla narkomanów, włóczęgów i prostytutek. Ponieważ jego sława rosła z roku na rok, po dziesięciu latach pracy społecznej, postanowił poświęcić się didżejowaniu i produkowaniu. Dlatego dzisiaj dostajemy podwójny album „Fragments” będący podsumowaniem jego twórczej działalności w minionej dekadzie.

Pierwszy krążek zawiera autorskie nagrania Andre Lodemanna. I już w układzie kompozycji czuć rękę didżeja. Zaczyna się bowiem od wyjątkowo ciepłych i lekkich utworów – to podrasowany na breakbeatową modłę latynoski house w stylu klasycznych dokonań Masters At Work. Przyjazny element chwytliwej melodii wnoszą tu zarówno soulowe śpiewy, jak i sample akustycznej gitary, a kojące tła tworzą subtelnie posplatane ze sobą pasaże matowych klawiszy („Your Choice” i „Searchin” z udziałem Nathalie Claude).

Potem przychodzi czas na solidny segment masywnego deep house`u rodem z detroitowej szkoły Theo Parrisha. Głębokie podkłady rytmiczne o lekko zdubowanym brzmieniu i spowolnionym metrum ozdabiają w tych nagraniach zgrabnie wpisane w tkankę kompozycji jazzowe sample fortepianu wsparte od czasu do czasu sonicznymi akordami monochromatycznych syntezatorów („Coming Home”, „Don`t Panic” czy „The Light”). Najlepiej prezentuje się w tym towarzystwie hipnotyczny „Going To The Core” – bo ozdabia go seksowny monolog wspomnianej już wcześniej Nathalie Claude.

Te zmysłowe dźwięki ustępują z czasem mocniejszym rytmom. Ten finałowy segment kolekcji zaczyna się od osadzonego w kontekście kolońskiego tech-house`u energetycznego „Riven Reminiscences”. Umieszczony tuż za nim „Where Are You Now?” to już klasyczne techno o typowo brytyjskim brzmieniu – rodem z dawnych utworów Orbital czy Underworld. „Vehemence Of Silence” przenosi nas z powrotem do Niemiec – bo wypełniające nagranie chmurne partie zbasowanych klawiszy o niemal trance`owym tonie kojarzą się z dawnymi dokonaniami berlińskich producentów ze stajni BPitch Control.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/452678-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=452678-01″ allowscriptaccess=”always”]

Na finał Lodemann znów powraca do swego ulubionego deep house`u – tym razem w wyjątkowo zrelaksowanej wersji. Pulsujący niespiesznym rytmem „Unknown Desire”, łącząc nostalgiczne dźwięki pianina i gitary, emanuje taką zmysłowością, że mógłby nią obdzielić co najmniej tuzin podobnych produkcji z obu stron Atlantyku.

Druga płyta przynosi kolekcję najważniejszych remiksów niemieckiego twórcy. Tym razem dominują tutaj nagrania z wokalistami w rolach głównych. Lodemann obchodzi się z materiałem źródłowym bardzo delikatnie – nie naruszając piosenkowej struktury kompozycji, zachowuje melodyjność oryginałów, nadając im jednocześnie mocno transowy charakter. W ten sposób otrzymujemy wyjątkowo przebojową wersję deep house`u – jak w remiksach nagrań Prommera & Barcka („Lovin”) czy Vakuli („Ring Of The Night”) albo tech-house`u – choćby w dekonstrukcjach utworów Phonique („Our Time Our Chance”) czy January Tuesday („True Love`s Sake”). Największym hitem w tym towarzystwie jest oczywiście nagranie Tracey Thorn – „Why Does The Wind?” – w którym niemiecki producent w perfekcyjny sposób podbija nostalgiczny śpiew brytyjskiej piosenkarki zdecydowanie taneczną rytmiką.

W niektórych utworach Lodemann zaskakuje rozmachem aranżacji – bo stosuje zarówno jazzowe partie akustycznych instrumentów, jak i stylizowane na hollywoodzkie soundtracki melodramatyczne orkiestracje („Changed” duetu Mario & Vidis czy „Another World” Joeya Negro). Z drugiej strony potrafi postawić na jednoznacznie klubową energię – i nie bawiąc się w sentymenty, wprost porywa na parkiet surowymi i szorstkimi dźwiękami („Sedona” Spirit Catchera czy „Feel It” Liquid Deep). Stać go również na uduchowioną wręcz lirykę – jak w miłosnym wyznaniu opakowanym w detroitowe brzmienia, zawartym w kompozycji Altona Millera – „Stars In Your Eyes”.

Kolekcja ta brzmi znakomicie – dlatego wielka szkoda, że Andre Lodemann nie nagrywa regularnych albumów. Bo przecież „Fragments” to zestaw wcześniej wydanych na winylu singlowych killerów. Może w przyszłości niemiecki producent pokusi się jednak o zrealizowanie pełnowymiarowej krążka – na pewno mielibyśmy wtedy do czynienia z dziełem ze wszech miar wybitnym.

Best Works 2012

www.best-works.com

www.myspace.com/bestworksrecords

www.myspace.com/andrelodemann

Oxia – Tides Of Mind

Osiem lat przerwy między pierwszym a drugim albumem, to poważna sprawa. Ale wygląda na to, że Olivier Raymond nieźle sobie radził z tym niekonwencjonalnym jak na dzisiejsze czasy podejściem do obecności na fonograficznym rynku. Bo od wydania przez własną wytwórnię GoodLife debiutanckiej płyty „24 Hueres” w 2004 roku, publikował regularnie winylowe dwunastocalówki, które z powodzeniem ugruntowały jego pozycję na klubowym rynku Europy. Niestety – prawie każdą z nich wydawała inna wytwórnia, od niemieckiego Kompaktu po brytyjską Tsubę.

W końcu Raymond znalazł jednak stałą przystań. Zadecydowała o tym dawna przyjaźń z francuskim didżejem i producentem z Lyonu – Agorią. To właśnie w jego firmie InFine weteranowi nadsekwańskiej elektroniki stworzono idealne warunki, aby złapał chwilę oddechu na przygotowanie swego długo oczekiwanego drugiego albumu. Dlatego w końcu jest – „Tides Of Mind”.

O ile debiutancki krążek Raymonda był zdominowany przez klasyczne techno i electro o detroitowym rodowodzie, tak ten najnowszy przynosi zdecydowanie bardziej zróżnicowaną muzykę. Już umieszczony tuż na wstępie „Rue Brusherie” wskazuje na te zmiany – bo to energetyczny tech-house podrasowany delikatnie na jazzową modłę perkusyjnymi samplami i soczystą partią organicznego Hammonda. Podobną rytmikę odnajdujemy jednak dopiero pod koniec krążka w utworze „The Phoney Lullaby”. Tym razem jednak w roli głównej jest wokalny falset Scalde – otoczony zdubowanymi pasażami tęsknych klawiszy.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1950036-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1950036-02″ allowscriptaccess=”always”]

Gorętsze dźwięki pojawiają się wraz z „Housewife”. To ozdobiony jak zawsze stylowym śpiewem Miss Kittin detroitowy garage house z dźwięczną partią jamajskiego piano. Te przyjemnie szurające bity powracają później w umieszczonym pod sam koniec płyty „Latitude” – w jeszcze bardziej radosnej wersji. Potem mały skok w bok – i francuski producent serwuje naturalnie brzmiący deep house. To dwie kompozycje – „Harmonie” i „Flying Over Time”. Choć osadzone są one na podkładach rytmicznych wywiedzionych z klasyki gatunku, tęskne fale nastrojowych syntezatorów o melancholijnej melodyce nadają im obu zdecydowanie europejski sznyt.

Jest tu również miejsce na połamane rytmy. Najpierw w „Traveling Fast” otrzymujemy klaskane downtempo z wokalnym udziałem Mesparrow, a potem żywszy breakbeat o soundtrackowym brzmieniu – w „Sway”. Można zrozumieć ciągoty klubowych producentów do takich ilustracyjnych nagrań – ale bledną one od razu, kiedy Raymond sięga po klasyczne techno. Dlatego szkoda, że w tym stylu utrzymana jest tylko jedna kompozycja – „Nightfall” – bo pokazuje ona, że francuski producent ma detroitowe brzmienia po prostu we krwi.

To wyjątkowe urozmaicenie „Tides Of Mind” ma jednak swoją dobrą stronę – płyty słucha się z zaciekawieniem, kolejne kompozycje zaskakują efektownym zmianami stylu, a większość z nich z powodzeniem łączy klubową rytmikę z wyrazistą melodyką, mające swe głębokie korzenie w klasyce francuskiej muzyki popularnej.

InFine 2012

www.infine-music.com

www.myspace.com/infinemuzik

www.oxia-dj.com

www.myspace.com/oxiagoodlife

Roztańczony Wrocław – nasza relacja z koncertu Parov Stelar Band

Parov Stelar – tym razem ze swoim bandem – powrócił do miasta nad Odrą. W ramach cyklu koncertów Citysounds, zespół roztańczył cały klub Eter i spełnił pokładane w nim wielkie oczekiwania fanów i organizatorów. Chyba nawet najwięksi malkontenci nie puścili pary z ust, tylko oddali się szaleńczemu dancingowi.

Ale zanim Parov Stelar Band pojawili się na scenie, rozgrzewkę licznie zgromadzonej publiczności przeprowadził Dj Pat Poree. Niestety nie była to rozgrzewka ani intensywna, ani specjalnie przyjemna. Dj Pat mieszał ze sobą nowoczesne i staromodne brzmienia, tworzą coś w rodzaju klubowej muzyki retro z odchyleniem w stronę kabaretu. Średnio mi się to podobało. Do tego Pan Dj zakochany jest najwyraźniej w basach, bo dudniły one niemiłosiernie. Pod koniec jego występu czułem się nieźle zmęczony, zwłaszcza, że puszczał on swoją muzykę przez prawie półtorej godziny! Nieźle, jak na suport. Kiedy kończył, rozległy się brawa – ale był to raczej objaw ulgi nas wszystkich.

Dosłownie kilka sekund później światła zmieniły swój odcień i na scenę wkroczył Parov Stelar Band. Spora ekipa. Sześć osób, wyglądających, jakby zeszli właśnie z planu filmowego „Zakazanego Imperium” przywitało się radośnie z ludźmi i rozpoczęło swoje show. Na pierwszy ogień poszło „Oh Yeah”, „Matilda” i „Booty Swing”. Kapitalny początek. Wszyscy członkowie zespołu byli w świetnej formie. Dowodziła nimi ekspresyjna i niezwykle charyzmatyczna wokalista – Cleo Panther. Zresztą jej nazwisko to chyba nie przypadek. Cleo była drapieżna, zwinna, naturalna, a przy tym pełna gracji i stylu. Co chwilę zagadywała publikę i załapała z ludźmi świetny kontakt. Parov z kolei ukryty był za swoją konsolą na podwyższeniu i zszedł całkowicie na drugi plan. Celowo wystawił swój band na „widok publiczny” – i dobrze, było co oglądać. Odpowiadający za trąbkę Jerry Di Można, saksofonista Max The Sac zrobli oraz basista Michael Wittner tańczyli, skakali, uśmiechali się do siebie i widać było, że kapitalnie się bawią. Wraz z nimi cały Eter oddał się szaleństwu. Electro Swing w wykonaniu Parov Stelar Band to mistrzostwo świata. Niczego nie jest w nim za dużo, niczego z mało. Niesamowite brzmienie nowoczesnej elektroniki i klasycznych dęciaków dawało potężny zastrzyk energii. „Homesick”, „Oh my Way”, czy „Sally’s Dance” rozrywało wręcz na strzępy.

W Internecie furorę robi „absurdalnie fotogeniczny facet”. Ja też mam pomysł na mema – zdjęcie z koncertu Parov Stelar Band z podpisem „absurdalnie udany koncert”. Coś mi się wydaje, że klika lajków bym zebrał…

Parov Stelar Band – 23 05 2012 Wrocław, klub Eter

3 edycja Nine Inch Nails Night

Klub Fabryka Cukierków w Lesznie zaprasza wszystkich fanów Trenta Reznora na trzecią edycję Nine Inch Nails Night. Wystąpi IdiotHead i Nucleoheart. Czytaj dalej »

Tarwater – dziś w Łodzi, jutro w Szczecinie

Przedwczoraj, od koncertu w Zielonej Górze, rozpoczęła się majowa trasa Tarwater po Polsce. Czytaj dalej »

Startuje krakowski Green ZOO Festival

23 maja w Krakowie rozpoczęła się druga edycja Green ZOO Festival, na którym będziemy się bawić do 26 maja. Czytaj dalej »

Ursprung – Ursprung

Moda na rewitalizację kraut-rocka trwa w najlepsze. Dzięki temu renesans swej popularności przeżywają nie tylko oryginalni twórcy gatunku z Can czy Neu!, ale również artyści, którzy próbowali kontynuować zainicjowane przez nich wątki w zaledwie dekadę czy dwie dekady temu.

Jednym z nich jest niemiecki gitarzysta Stephan Abry. W latach 90. współtworzył on działający w Hamburgu kwartet Workshop. Sześć nagranych przezeń albumów zawiera wyjątkowo niekonwencjonalną muzykę – łączącą kraut-rockową pasję do improwizacji z klubową rytmiką o house`owym rodowodzie i jazzowymi brzmieniami akustycznych instrumentów. Ponieważ grupa w jakimś sensie wyprzedzała swój czas – pod koniec minionego dziesięciolecia poszła w rozsypkę.

Abry, który już wcześniej współpracował jako muzyk studyjny z wieloma producentami nowoczesnej elektroniki, nawiązał wtedy bliższy kontakt z Hendrikiem Weberem. W efekcie generowane przez niego niezwykłe dźwięki trafiły na dwie winylowe dwunastocalówki – „Behind The Stars” i „The Splendour” – oraz ostatni album Pantha Du Prince – „Black Noise”. Mało tego – artystom tak dobrze się pracowało razem, że postanowili zamienić okazjonalne działania na stały projekt. W ten sposób powstał materiał na płytę, którą Weber i Abry firmują szyldem Ursprung.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/450597-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=450597-01″ allowscriptaccess=”always”]

Znajdujące się na niej nagrania składają się z dwóch segmentów – dźwięków gitary i elektroniki. Te pierwsze mają bardzo zróżnicowany charakter. Abry rozkłada przed słuchaczem całą paletę swych umiejętności w kreowaniu oryginalnych brzmień i klimatów. Jest tu miejsce na przesterowany shoegaze („Mummenschanz”), rozwibrowane improwizacje o psychodelicznym sznycie („Ohne Worte”), post-rockowe melodie utrzymane w chmurnej tonacji („Seiland”), elektroakustyczne preparacje wywiedzione z klasyki współczesnej awangardy („Chruegg”), transowe zgrzyty w stylu The Velvet Underground („Nightbirds”), ambientowe plamy podsłuchane u Steve`a Hillage`a („In Aufruhr”), no i oczywiście hipnotyczne arpeggia zapamiętane z klasyki pastoralnego kraut-rocka („Kalte Eiche”).

Te wyrafinowane popisy o erudycyjnym charakterze, Weber uzupełnia nadzwyczaj dyskretną elektroniką, koncentrując się najczęściej na stworzeniu zredukowanego podkładu rytmicznego. W przeważającej mierze dominują więc tutaj minimalistyczne breaki przywodzące na myśl dawne produkcje artystów z Raster Noton („Ohne Worte” czy „Exodus Now”). Czasem niemiecki twórca popuszcza jednak wodze fantazji – i wtedy spod kolejnych warstw gitarowych dźwięków dochodzi do nas stonowany dubstep („Seiland”) lub ejtisowe electro („Kalte Eiche”). Są tu jednak kompozycje, którym Weber nadaje znacznie bogatsze aranżacje – a przykładem tego wypełniony bajkowymi syntezatorami rodem z klasyki IDM-u „Exodus Now” czy osadzony na niemal industrialnym tle „Lizzy”.

W przeszłości wielu artystów próbowało żenić dźwięki gitary z elektroniką. Nie zawsze udawało się jednak stopić te dwa odrębne żywioły dźwiękowe w jedną całość. Weber i Abry wychodzą z tej próby obronną ręką. Ich muzyka nie rozpada się na dwa odrębne wątki, ponieważ generowane przez nich dźwięki mają tę samą strukturę – szorstką, ziarnistą, zdeformowaną, przetworzoną. W ten sposób powstaje amorficzna całość, bliższa chyba jednak wcześniejszym dokonaniom Abry`ego niż Webera.

Original Source Up To Date 2012

Poznaliśmy pierwszych artystów, którzy wystąpią w tym roku na białostockim festiwalu. Original Source Up To Date to elektronika i hip-hop na najwyższym poziomie. Muzycznym spotkaniom bez granic towarzyszy dialog muzycznych kultur bez uprzedzeń. Czytaj dalej »

Premiera: Wojtek Cichoń – Działa Zabrane

Wczoraj ukazał się autorski album poety i rapera znanego także jako Kidd. Czytaj dalej »

MIRT – reedycja płyty

„Journey Through The City Or Something Else”, druga solowa płyta Mirta, po dziesięciu latach i dwóch CDr-owych edycjach (cat|sun, Foxglove) w końcu ukazała się na normalnym CD. Czytaj dalej »

Rządzę w swoim królestwie

Niedawno ukazał się nowy album Wojtka Kucharczyka firmowany szyldem The Complainer – „Saint Tinnitus Is My Leader”. Rozmawialiśmy z jego twórcą.

Czytaj dalej »

Warsaw Music Week – Hercules & Love Affair – relacja

Z całym szacunkiem – i co z tego, że Donna Summer nie żyje?

Czytaj dalej »

I:Cube – M Megamix

Co zostało dzisiaj po wielkiej eksplozji popularności francuskiego house`u na przełomie dwóch minionych dekad? Niewiele. Daft Pank podbijają Hollywood orkiestrowymi soundtrackami, Bob Sinclair poszedł w totalną komercję, a Cassiuss, Motorbass czy Etienne De Crecy nie nagrali nic sensownego od bardzo dawna. Pałeczkę przejęła od nich młodsza generacja producentów z wytwórni Kitsuné i Ed Banger, stawiająca na znacznie mniej wyrafinowane środki wyrazu. Co w takim przypadku robi w tym rozwydrzonym towarzystwie weteran „french touch” – I:Cube?

A no okazuje się, że to właśnie Nicolas Chaix przetrwał wszystkie te zmieniające się mody i jako jedyny z dawnej generacji nadsekwańskich producentów broni honoru swojego i swych kolegów. Choć nie opublikował nowego albumu studyjnego od prawie dekady, z powodzeniem radził sobie przez te lata publikując nienagannie wyprodukowane utwory nakładem wiernej klasycznemu house`owi paryskiej wytwórni Versatile. W końcu jednak przyszedł czas na większą wypowiedź – i tak oto otrzymujemy piąty album I:Cube – „M Megamix”.

Wszystko wskazuje na to, że Chaix miał ostatnio wyraźny przypływ pomysłów – bo na krążek trafiły aż 24 nagrania przycięte do formatu trwającego niepełną godzinę didżejskiego miksu. Zaczyna się od turntablistycznych sztuczek („Not Important”) – a potem: jazda!

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1955599-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1955599-02″ allowscriptaccess=”always”]

Francuski producent prezentuje na swym nowym albumie bajeczny wprost kalejdoskop klubowych brzmień. Jest tutaj miejsce na wspomnienie typowego „french house`u” o melodyjnym brzmieniu i pomysłowych samplach („Bajo Bajo”, „Popular Electronics” czy nadzwyczaj przebojowy „Lucifer En Discotheque”), z którym zgrabnie koresponduje solidna porcja europejskiego disco subtelnie podrasowanego na kosmiczną modłę („Grotto”, „In Alpha”, „Get The Fever” czy balearyczny „Le Rocher Aux Singes”). Nostalgiczna nutę wprowadzają tutaj zgrabne wycieczki w stronę ejtisowego synth-popu („N`Dololo X M” w stylu nagrań Telexu), a kontrastową do nich surową i dziką energię niesioną przez szorstkie brzmienia – czytelne odwołania do chicagowskiego house`u („Magnetic Mambo” czy „Club Miniature”) i detroitowego techno („Interludio” lub „Makossa Suspens”).

Francuski producent potrafi również pomysłowo mruknąć okiem do współczesnych trendów. Spokojnie – nie mam tu na myśli żadnego dubstepu. Jest za to siarczysty rave, którego pozazdrościliby mu brytyjscy twórcy pokroju Lone`a („Transpration”), a z drugiej strony – pulsujący głębokim bitem i basem hipnotyczny deep house, za jaki niejeden niemiecki artysta dałby się pokroić („Your Brain”). A jakby komuś było mało – Chaix pokazuje, że z powodzeniem mógłby się odnaleźć w klimatach rodem z Kitsuné czy Ed Banger, serwując emanujące rockową energią dynamiczne electro („Zero Tastatur”).

Ponieważ nagrania są króciutkie, a do tego płynnie zmiksowane ze sobą, płyta gna na łeb na szyję, jak rozpędzony ekspres linii TGV. Francuski producent panuje jednak nad wszystkim – dzięki temu zwalnia w odpowiednich momentach, a kiedy indziej – dorzuca węgla do pieca, zwiększając i tempo i temperaturę albumu. Może, gdyby rozciągnął te nagrania do pełnego formatu – płyta nie miałaby takiego kopa. A tak – to prawdziwy killer!

Versatile 2012

www.versatilerecords.com

www.facebook.com/versatilerec

Miks do załadowania – Zamulan @ Pauza, Kraków

Nasza była redakcyjna koleżanka zaszczyciła Krakowian swoją obecnością i wyjątkowym muzycznym zmysłem w ostatni piątek w klubie Pauza podczas imprezy „Permanent Public Minimal 6” wraz z Huges2227, Phillippem Kosel, Uno, Obsidion oraz 3M.

Postarała się zaszczycić również tych, którzy nie mieli okazji jej jeszcze usłyszeć, nagrywając swój set i oddając nam go w prezencie. Traklista prezentuje się pysznie:

  • Cristian Vogel – The Time Lock
  • Efdemin – Nothing is Everything
  • Unknown Artist – Knowone 006 Untitled B
  • STL – Silent State
  • Fred P. – On This Vibe (Original Raw Mix)
  • Newworldaquarium – Trespassers (Redshape Trespassed Mix)
  • WAX – 20002 Untitled A
  • Robag Wruhme – Donnerkuppel
  • Rhythm Plate – Push Your Love Away
  • Rhythm & Sound – Acting Crazy feat. Tikiman
  • Efdemin – Le Grand Voyage
  • Uusitalo – Karhunainen
  • Ricardo Villalobos – Dexter
  • Pendle Coven – Iamnoman
  • Stenny – Irradiated Landscapes
  • Kenneth Christiansen/Dennis Bøg – 5B
  • Tazz – Many Reasons
  • George Fitzgerald – Feel Like
  • Sei A – Break The Pattern
  • Asusu – Sister
  • Untold – Motion The Dance

download

A sama nieskromnie przedstawia się tak:

Zamulan zaprzedała swoją duszę diabłu, w zamian za chwilę flirtu z muzyką. Nieskromnie uważa, że czerpie inspiracje z subtelnego duchowego kontaktu ze swoimi poprzednimi wcieleniami (obrazy z życia w plemieniu zulu etc.), osiągniętego w stanie medytacji. Obecne zainteresowania ograniczają się do eksplorowania świata nowości elektronicznych, zwłaszcza techno, techdubu, minimalu, deep house’u. Wcześniej z mniejszym lub większym napuszeniem, zasłuchiwała się w m.in. progressive rocku, psych-folku, industrialu, post-rocku, post-punku, avant-rocku i awangardzie eksperymentalnego jazzu.

Chętnych jej dokonań można odesłać do jej: