MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



Tomasz Bednarczyk

Rok 2009 był rokiem szczególnym. Wtedy to nakładem 12k ukazał się album „Let’s Make Better Mistakes Tomorrow” Tomasza Bednarczyka. Tak, nasz w 12k!

Przyznam bez bicia – nie po drodze było mi z tym materiałem. Pierwsze odsłuchy były dla mnie raczej zawodem, w efekcie płyta wylądowała na półce. Przyszedł jednak odpowiedni moment i kolejny odsłuch sprawił, że poczułem to przyjemne ciepło w żołądku. I dumę, wiadomo.

Dziś, bez mała kilkadziesiąt (z jakąś piąteczką na przodzie) odsłuchów później moja opinia o materiale wrocławianina w pełni się wyklarowała. To jedna z najlepszych płyt w katalogu Dwunastki.

Przy okazji pierwszej części cyklu pisałem o upychaniu ciepłych emocji w zimne z pozoru struktury dźwiękowe. Tu kryje się sekret materiału Tomka – minimum środków, tony efektów. W jakiś magiczny sposób udało mu się na przestrzeni 10 kompozycji wykreować coś nieuchwytnego i niesłychanie głębokiego, w moim przypadku duchowego wręcz.

Udało mu się pochwycić ten stan umysłu, kiedy wpatrujemy się nieobecni w jakiś punkt otoczenia, by po chwili ze zdziwieniem powrócić do świata żywych. I teraz wyobraźcie sobie, że to się dzieje przez 43 minuty. Wow. Dla fanów „warstwowego” ambientu, dla fanów detali, dla ludzi wrażliwych na rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka. Dla takich ludzi jest pozycja katalogowa nr 55.

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. Aes

    Metoda zdartej płyty zawsze na czasie. Tylko w przypadku muzyki popularnej zazwyczaj nie znajduje się nic więcej. ;]

  2. 99vadim

    Zawsze się zastanawiam, czy może płyty które zdarza się polubić dopiero po jakimś czasie, zawierają prawdę swojej atrakcyjności w tym cytacie: „If something is boring after two minutes, try it for four. If still boring, then eight. Then sixteen. Then thirty-two. Eventually one discovers that it is not boring at all.” – John Cage” :]