Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Robert Piotrowicz – Lincoln Sea

Generatywny pop kontra generatywny noise.

Piotrowicz wie, jak trudno jest dogodzić słuchaczom. Po zmysłowym i lekkim „When Snakeboy is Dying” muzyk uderza siłą syntezatora modularnego. Przyjemne chwile odtąd zapewni wam „Lincoln Sea”.

Claude Debussy napisał kiedyś, że muzyka to: (…) kraina wyobraźni, czyli taka, której nikt na mapie nie znajdzie. Piotrowicz wciąga naszą wyobraźnię w świat wyrazistej elektroniki, a jej władczy charakter tylko wyostrza nasze zmysły. Posłużę się jeszcze jednym komentarzem z przeszłości. W latach 50. ubiegłego wieku Karlheinz Stockhausen, podczas jednego ze swoich wykładów, określił kryterium dobrego utworu w muzyce elektronicznej: (…) chodzi o to, by był wolny od wszelkich skojarzeń instrumentalnych lub dźwiękowych. Kontynuując dalej: Stąd powinniśmy dojść do oczywistej konkluzji, że muzyka elektroniczna brzmi najlepiej, jeśli jest czysto elektroniczna, to znaczy wówczas, gdy kompozycja zawiera (jeśli to tylko możliwe) jedynie dźwięki i stosunki dźwiękowe, które są niepowtarzalne i wolne od skojarzeń, gdy sprawiają wrażenie, że słyszymy je pierwszy raz w życiu.

Piotrowicz z dużą swobodą porusza się wokół noise’u i elektronicznego zgrzytu, gdzie potrafi mocny oraz ciepło brzmiący dron sprowadzić do łagodnego stanu zawieszenia na granicy ciszy (szczególnie w „Lincoln Sea Part 1”). Z jednej strony kompozytor zamienia się w post-minimalistę, a z drugiej – torpeduje słuchacza, z pozoru niepasującą do siebie skomasowaną narracją.

Obie części kompozycji są pozbawione oczywistych skojarzeń, a tym bardziej w sferze instrumentalnej. Samą konstrukcję utworu można porównać lub zestawić z orkiestrowym bogactwem dźwięków. Mnogość i gęstość warstw – jakie Piotrowicz wydobył z syntezatora modularnego – jest wielce zaskakująca.

Na „Lincoln Sea” kompozytor eksploruje charakterystyczne mikrotonalne częstotliwości, dzięki którym niepowtarzalna barwa dźwięku ulega częstym zmianom. W żadnym wypadku jego twórczość nie jest uwięziona w jakimkolwiek paśmie rytmicznym, choć jak zawsze można doszukiwać się określonych prawidłowości. Jednakże efekt końcowy jaki mamy na płycie (gdzie iluzoryczność spotyka atonalną zawiłość) sugeruje, że artysta nie kierował się konkretnym założeniem w kwestii rytmu (Ad li bitum).

Robert Piotrowicz postawił na intensywność swojego przekazu, z którego wypływa strumień emocji tak sugestywny, iż powyższe słowa Stockhausena nabierają jeszcze większej mocy. Pomimo kolejnych przesłuchań „Lincoln Sea” zawsze odnoszę wrażenie, jakbym słyszał ten album pierwszy raz w życiu.

Moja ocena: 4/5

28.09.2013 | Musica Genera

Oficjalna strona artysty »Profil na BandCamp »Słuchaj na Soundcloud »Musica Genera »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. amon

    Problem w tym, że my wiemy jak wyglądają instrumenty elektroniczne. Nawet więcej, niektórzy wiedzą w jaki sposób generowany jest dźwięk. W latach 50. było to interesujące, nieoczywiste, teraz nie wzbudza już takich emocji. Za to ciekawe jest, że to co dziś przyjęło się nazywać się muzyką elektroniczną, ma niewiele wspólnego z tym w jaki sposób zdefiniował ją Stockhausen.