Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.

S S S S – Walls, Corridors, Baffles
Paweł Gzyl:

Power ambient z Lucerny.



Tim Hecker – Virgins

Siódmy album studyjny Heckera mógłby być wymarzonym debiutem większości twórców muzycznej hybrydy spod znaku ambient/drone/noise. I naprawdę trudno się temu dziwić. Poruszając się po rejonach, które przyszło mu stworzyć i zasiedlić, sam sobie jest bogiem, który nigdy nie wahał się skorzystać z kłębów chaosu, a nawet zanurzyć się w nich dogłębnie – zawsze z korzyścią dla tworu.

Otwierający całość „Prism” niesie skojarzenia z openerem poprzedniego albumu Heckera – „Ravedeath, 1972”. Pulsacyjny rytm oraz spora dynamika kompozycji nie tylko pozwalają oczyścić się z bodźców otoczenia oraz skupić uwagę na najważniejszym. Niosą także ważne przesłanie – dokonań Kanadyjczyka należy słuchać głośno. Jedynie tonąc w albumie takim, jak „Virgins” jesteśmy w stanie docenić starania i pomysłowość Heckera w odnajdywaniu nowych figur retorycznych w muzyce. I to nie tylko eksperymentalnej. Doktorat z wpływu muzyki, szumu i ciszy na rozwój cywilizacji odkrył przed nim rzekome istnienie Rogu Themistiusa – prawdopodobnie najgłośniejszego instrumentu stworzonego przez ludzkość. Trudno więc oczekiwać, iż zadowoli się jakimikolwiek półśrodkami w procesie twórczym.

Odstąpienie od organów, będących poprzednio instrumentem wiodącym, na rzecz brzmieniowej fuzji gitar, fortepianów oraz fragmentów symfonicznych nie jest w muzyce Kanadyjczka niczym nowym. Tylko w teorii. W rzeczywistości po raz kolejny mamy do czynienia z brzmieniami unikalnymi w skali dokonań Heckera.

Tworząc mikroskop o ogromnym zbliżeniu, skupiony na przesterowanym dźwięku, Hecker objawił jego nieprzewidywalną naturę, pozwalając obcować z muzyką na poziomie atomu – basowych tąpnięć, odgłosów krytycznego załamania się fal akustycznych w ryk i zgrzyt, lub też pulsacyjnie wygasających w rysę na kruchej fakturze kompozycji. Eksponujące przestrzeń i mnogość harmonii utwory przełamywane brutalną modulacją cyfrową urzekają sprawnie zaszytą w nich ciszą, lub też błąkającymi się w entropii dźwięku solowymi partiami klarnetu, cudem unikającymi niszczycielskich wirów.

Co może drażnić, to achronologicznie, wręcz niechlujnie zmontowana budowa albumu. Wyzwanie rzucone słuchaczowi obytemu w heckerowskich operacjach na muzycznej tkance, który przyzwyczajony do spójności tematów oraz przenikających się kompozycji w zetknięciu z „Virgins” usłyszy nierzadko brutalnie powycinane fragmenty sugerujące większą całość. Zabieg ten, zanikający w miarę zbliżania się do dramatycznego finału, nie wpływa szczęśliwie na ogólny odbiór płyty.

Fascynacja Heckera dźwiękiem wybiega daleko poza definicję muzyki. Kanadyjczyk postrzega już zapewne fale akustyczne bardziej w kategoriach szumu i interferencji – zjawisk czysto fizycznych, które okaleczając fortepianowe kadencje, lub też partie orkiestralne, eksponują piękno nieobecne zarówno w kompozycjach klasycznych, jak i eksperymentalnych.

Nieprzypadkowo wybrane na okładkę albumu zdjęcie rzeźby, z przyjaźnie rozpostartymi dłońmi, wywołuje emocje zgoła odmienne od tych będących założeniem jej twórcy, wpisanych z definicji w sztukę sakralną. W rękach tego enfant terrible muzyki prawdziwe odkrywczej służyć to może zarówno za przestrogę, jak i za symbol.

Kranky | 10.10.2013

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. Wypowiadam się na podstawie promo które otrzymałem bezpośrednio od dystrybutora tego albumu, więc mniemam, że jest to wersja oficjalna.

  2. 99vadim

    Ojj.. o ile mi wiadomo, to na ehmm.. „oficjalnej” wersji albumu przejścia między kawałkami są płynne i nic się tam gwałtownie nie urywa. A właściwie to jestem tego niemalże pewien…

  3. Nawet przez chwilę zastanawiałem się czy w wersji pre orderowej pomieszali kolejność utworów. Black Refraction jest przecież kontynuacją końcowego brutalnie uciętego wątku z Virginal1, a dzielą je aż cztery kawałki. Rozważałem, że może być to forma jakiejś rozrzuconej układanki, ale tylko w przypadku tych dwóch numerów następuje takie nie logiczne i nie linearne rozbicie.

  4. Daniel Barnaś

    Dokładnie, w końcu to Hecker 🙂

  5. dadaista

    „Co może drażnić, to achronologicznie, wręcz niechlujnie zmontowana budowa albumu. […] nie wpływa [to] szczęśliwie na ogólny odbiór płyty.” — o to, to, to. Wyjątkowo irytujące, i właściwie niepodobne do Heckera, rozwiązanie. Na „Dropped Pianos” też irytowało mnie urywanie się utworów, chociaż tam nie było to aż wido… yyy… słyszalne. Ale może był w tym jakiś głębszy zamysł? W końcu to Hecker.