Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Power of the Horns – Alaman

Rogata muzyka Power of the Horns taranuje swoją siłą.

Historia dużych składów w muzyce jazzowej jest bardzo stara. Od razu przychodzą na myśl postaci: „Duke” Ellington, Eric Dolphy czy Charles Mingus. W przypadku polskiego projektu Power of the Horns, gdzie mamy jedenastu muzyków w składzie, należy się odwołać do momentu, kiedy jazz wszedł w „okres modernizmu”, a jazzmani zaczęli pomiatać ówcześnie panującą konwencją. Na to jak wtedy zmieniała się scena jazzowa przykładów jest mnóstwo, choćby Miles Davis odwracający się plecami do publiczności i wykonujący „gest Schönberga”. Z kolei bebop coraz śmielej ocierał się o dzieła współczesnych kompozytorów. W dalszej kolejności utworzyły się takie orkiestry jak Sun Ra Arkestra czy Jazz Composers Orchestra pod dowództwem Billa Dixona, które wydają się być najlepszymi przykładami inspiracji dla Power of the Horns.

Płyta „Alaman” to zapis koncertu jaki odbył się w ubiegłym roku w katowickim klubie GuGalander. Na scenę wyszło dziesięciu muzyków dyrygowanych przez Piotra Damasiewicza, wizjonera i animatora sztuki, multiinstrumentalistę, kompozytora, aranżera, a przede wszystkim znakomitego trębacza. W tym roku Damasiewicz został nagrodzony Fryderykiem 2013. Strasznie się cieszę, gdy statuetka trafia w odpowiednie ręce, mimo że muzyka nominowano w kategorii „Jazzowy debiut roku”. Czy ktoś z tej wspaniałej fryderykowej komisji zerknął chociaż na oficjalną stronę artysty?

Teraz wypada skupić się na pozostałych muzykach grających u boku Damasiewicza, mamy czterech instrumentalistów w sekcji dętej (Maciej Obara, Adam Pindur, Marek Pospieszalski i Paweł Niewiadomski), sekcja rytmiczna jest również rozbudowana (kontrabasiści Jakub Mielcarek i Max Mucha, perkusiści Wojciech Romanowski i Portugalczyk Gabriel Ferrandini, instrumenty perkusyjne Meksykanin Tomas Sanchez), a przy fortepianie usiadł Dominik Wania.

The Power of the Horns

Zespół tamtego wieczoru przygotował trzy długie kompozycje. Pierwsze spokojne takty utworu „Alaman” są jedynie wprowadzeniem do dalszego free jazzowego szaleństwa. Maestro Damasiewicz od samego początku swoją trąbką zachęca do wspólnej improwizacji, zaczyna robić się gęsto, po czym jeden z kontrabasistów narzuca prosty, lecz genialny temat, idealny do zbiorowego aktu wysadzenia w powietrze katowickiego klubu. Improwizacja goni improwizującego, i tak na przemian, a do tego słychać jeszcze barwne okrzyki ze strony Damasiewicza, podbijające i tak mocne tempo. Już w samej końcówce nagrania pojawiają się imponujące solówki trzech perkusistów. Sekcja dęta w Power of the Horns kojarzy mi się trochę z tym, co przygotował Joe Zawinul podczas koncertu w 2006 r., wydanym na płycie „Brown Street”. Przyznam, że zdecydowanie lepiej wypada polska orkiestra – bardziej zadziorna, nieprzewidywalna i co ważne – nie wieje od niej broadwayowską nudą.

Najkrótszy fragment koncertu to kompozycja „Troid” (ponad trzynaście minut). W niej na pierwszy plan wysunęły się dęciaki i niekończąca się pomiędzy nimi a sekcją rytmiczną improwizacja, która tylko miejscami zwalnia i zawiesza się na surowym brzmieniu linii kontrabasu.

Trudno sobie wyobrazić, po tym co się usłyszało, a nawet zobaczyło (bo kto nie był na tym koncercie, może przynajmniej obejrzeć występ z płyty DVD, dołączonej do krążka „Alaman”), że najmocniejsza część występu jeszcze przed nami – to trwający ponad trzydzieści minut „Psalm for William Parker”. Psalm zaczyna się w stylu orkiestry Billa Dixona, a po jakimś czasie pianista Dominik Wania zaznacza swoją obecność na scenie solidnym i rockowym tematem, bliższym amerykańskiego tria The Bad Plus. Następnie rozszalały Big Band zamienia się w zespół uprawiający współczesną kameralistykę, mieszając ją z opętanym i żywiołowym free jazzem.

Energię Power of the Horns mogę jedynie porównać do koncertowego albumu z tego roku grupy Fire! Orchestra – „Exit” (w klubie Fylkingen w Sztokholmie pojawiło się 28 muzyków). Przytoczę refleksję Agaty Trzepierczyńskiej po koncercie w Katowicach: Istnieje prawdopodobieństwo, że gdyby zagrali o jeden numer więcej, potęga Power of the Horns zmiotłaby GuGalander z powierzchni katowickiej ziemi. Jestem bardzo ciekaw, co by się stało z tym klubem, gdyby połączyć oba składy.

Już dawno nie słyszałem tak mocnej polskiej płyty jazzowej, zagranej w składzie przekraczającym kwartet czy sekstet. Na płycie „Alaman” jest wszystko, co XX-wieczny jazz wypracował, przede wszystkim otworzył się na wiele różnych konwencji, czego jednym z dowodów był free jazz (rok 1960 przyniósł ważny album Ornette’a Colemana pt. „Free Jazz”). Podejście Piotra Damasiewicza do samej roli kompozytora jest twórcze i instynktowne, a każdemu z grających kolegów należy się co najmniej Fryderyk w kategorii „Dźwiękołamacze”. Zarejestrowany materiał kilka dekad wstecz byłby klasykiem. Płyta jest w stu procentach produktem eksportowym i mam nadzieję, że zespół zaprezentuje ją szerszej publice poza granicami naszego kraju. Longplay Power of the Horns zadowoli najbardziej wybrednych słuchaczy, a także przetrze oczy tym, którym wydaje się, że polska scena jazzowa marnie przędzie.

02.07.2013 | For Tune

Moja ocena: 4,5/5

 

Strona For Tune »Profil na Facebooku »Strona Piotra Damasiewicza »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. Elcia

    Potwierdziła się moja teoria, siedzę z koleżankami, wszystkie kochają JAZZ ale nie wiedziały, że dziś w nocy jest taka muza. Zacznijcie nazywać rzeczy po imieniu, czyli po POLSKU. Nasze pokolenie uczono rosyjskiego ale są to ludzie z klasą i kasą, znają się na muzyce

  2. Elcia

    Widzę, że to wielki problem nazywać programy po polsku, gdy widzę angielskie tytuły przerzucam dalej nie sprawdzając co tak na prawdę będzie nadawane, Mieszkam w Niemczech od 1986 roku, słyszałam wiele razy jak Niemcy mówili, że Polacy są bardziej amerykańscy niż Amerykanie, mieli rację!!!!! W niemieckim sklepie płyta CD nazywa się ;ce de;a w polskim ; si di ; . Podobnie jest z DVD (czytaj defałde ) Uczyłam się alfabetu i nie słyszałam – si di di vi di , i nadal uczą nasze dzieci abcd, więc skąd to ‚si di’? pytam? . Moje dzieci (27 i 16 lat) urodzone w Niemczech też nie potrafią tego zrozumieć, jak można kaleczyć ojczysty język? Niemcy trzymają się swojej mowy i chwała im za to.
    Dziwi mnie jeszcze jedno, skoro jesteśmy tak światowi to dlaczego podczas reklamy kawy słyszę ; KRONUNG:??? tam jest umlaut, czyli KROUNUNG- GAMONIE!!! Z naciskiem na OU. Weżcie sobie dobrego tłumacza i przestańcie się błażnić.
    Zastanawiam się kto dopuszcza takie reklamy bez cenzury, to jest prawdziwa kompromitacja a jest tego więcej,

  3. Joseh

    Świetna nuta , masz racje dawno nie było takiego składu w Polandzie