Akito – Gone Again
Paweł Gzyl:

Tak się bawią w Londynie.

Waajeed – From The Dirt
Paweł Gzyl:

Cała tradycja „czarnej” muzyki w formie klubowych killerów.

Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość.

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!



Moby – Innocents

Pierwszy ekolog elektroniki z nowym krążkiem wraca na właściwe tory, choć chyba jedzie teraz o wiele wolniej, niż kiedyś.

Po światowym sukcesie z przełomu tysiącleci, Moby zaczął zjeżdżać po równi pochyłej za sprawą nieco wątpliwej jakości artystycznej albumów „Hotel” i „Last Night”. Powolne oczyszczenie przyszło później na nagranych samotnie krążkach: hermetycznym „Wait For Me” i „Destroyed” będącym soundtrackiem do bezsenności i życia na walizkach artysty. W 2013 roku M wraca wreszcie w pełnej, chciało by się powiedzieć, krasie.

„Innocents” to: raz, lista zacnych gości, których muzyk zresztą zawsze dobierał starannie (m.in. Mark Lanegan, Skylar Grey, Wayne Coyne); dwa, świeże spojrzenie z zewnątrz na produkcję, za którą odpowiada Mark Spent; trzy: powrót do bardziej piosenkowej formy. Krótko mówiąc – stary, dobry Moby, którego kilkanaście lat temu wszyscy kochali. Jak wyszło w praktyce?

Jest tu na pewno kilka dobrych pomysłów, kilka niezłych melodii. Najlepsze rzeczy to te nagrane z gośćmi – singiel zapowiadający „A Case For Shame” z Cold Specks na wokalu to jeden z piękniejszych utworów Moby’ego w ostatnich latach. „The Perfect Life” z Waynem Coynem nie rzuca może na kolana odkrywczością, ale porywa podniosłym, niemal stadionowym refrenem. Bardzo przestrzenne „Almost Home” z udziałem Damiena Jurado przywodzi na myśl Bon Ivera. Warto też wspomnieć o „The Last Day” ze Skylar Grey, czy niemal onirycznym „The Lonely Night” z Markiem Laneganem. A jak wiadomo, czego Lanegan się dotknie, to zmienia jeśli nie w złoto, to przynajmniej w srebro.

Z drugiej strony, sporo tu przysłowiowych wypełniaczy. Niby Moby podrzuca dobre melodie, ale gdyby kawałki zamiast 5-6 minut trwały 3-4, to prawdopodobnie nikt by się nie obraził. Niby jest przestrzennie, ale czasami aż za bardzo. Wszystko rozwija się do jakiegoś punktu kulminacyjnego i potem oczywiście się wycisza. Jest ładnie, ale czasami boleśnie przewidywalnie. Nie potrafię odmówić uroku takim „Don’t Love Me” czy „Saints” (też słyszycie podobieństwo z „Unfinished Sympathy”?), ale można je było zrobić kapkę lepiej. Z racji długości, momentami jest zbyt monotonnie, rozlaźle. Nie wieje sandałem, choć minimalnie wieje nudą.

Nikt nie oczekiwał po Mobym, że na nowo wymyśli proch i muzykę elektroniczną. Miał tylko nagrać dobry album, lepszy od poprzednich, taki, którego słuchanie jesiennymi wieczorami będzie przyjemne. Z tego zadania się wywiązał. Mimo wszystko, stać go na więcej – co mówię krytycznie, jako sympatyk i entuzjasta jego twórczości. 4/5.

Profil na Facebooku »
Słuchaj na Soundcloud »
Profil na YouTube »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. mika_el

    Popieram w 100%. Wreszcie Moby wraca na właściwe tory.