Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.



James Ferraro – NYC, HELL 3:AM

James Ferraro to dla jednych geniusz, prorok i twórca nowych estetyk, dla innych beztalencie i modna wydmuszka wpływowych mediów. Amerykanin sam wkłada argumenty w usta swoim krytykom na żywo prezentując dziwny, nie klejący się blend przeróżnych hałasów, bitów, śpiewu i syntezy mowy (patrz set z tegorocznego Unsoundu), czy używając nagrania sceny tuż po wypadku samochodowym jako klipu pilotującego najnowsze wydawnictwo. W ramach ‚promocji’ „NYC, HELL 3AM” Ferraro wypuścił trzy trailery, które okazały sie miksami kilku różnych utworów z płyty, oraz materiału, którego na krążku próżno szukać. Podobnie zresztą, jak melodyjnego singla, który po kilku godzinach na kanale youtube Amerykanina zmienił się w niedostępny film prywatny. Kontrowersje i ekscentryczne zachowanie artysty dodają dreszczyku emocji, warto jednak przyjrzeć się jego najnowszemu wydawnictwu bez uprzedniego okopywania się po żadnej ze stron.

W przeciwieństwie do poprzedniego długogrającego krążka Amerykanina, prostolinijnego pastiszu nowoczesności, „NYC, HELL 3:00 AM” zbudowane jest na kontrastach. Już w „Intro” otwierająca album repetycja „money, money, money…” generowana syntezatorem mowy, przechodzi gładko w ambientowe nagrania dźwięków miasta. Podobnego patentu Ferraro używa jeszcze wielokrotnie kiedy kolejne kompozycje buduje na dwóch dziwnych poziomach. Z jednej strony w tle umieszcza ładne melodie i wyraźną rytmikę, z drugiej dodaje wokal, który prowadzi w nielogicznych, sobie tylko znanych kierunkach.

Na takim dialogu: wspartego autotunem, zawodzącego Ferraro z melodyjnymi nieznacznie pociętymi samplami i z bitem słabej jakości w tle, opiera się „Fake Pain”. Podobny patent stoi za „Close Ups”, tym razem Ferraro miauczy już odważniej, bez tak dużych technicznych ingerencji i naprawdę trudno jest powiedzieć, czy lepiej brzmi w wersji bardziej naturalnej, czy przepuszczony przez mocniejszy filtr.

Obok pełnych kompozycji James na płycie zamieścił kilkuminutowe pętle pojedynczych sampli, skipów, miejskich odgłosów i Bóg wie czego jeszcze. „QR JR” to piekne interludium oddzielajace dwie części „Fake Pain” i „Close Ups”, trylogia „Stuck” zgrabnie używa dźwięków miasta, żeby z podobnych środków zbudować minimalistyczne kompozycje o bardzo różnym wydźwięku. To pierwsza część „Stuck”, rozchwiana, z wyciem syren w tle, prowadzi do najbardziej uroczej części krążka. Bo, kiedy już James poszaleje sobie z zawodzeniem, okazuje się, że potrafi całkiem znośnie śpiewać, a nawet pisać udane piosenki. W okolicach środka albumu podaje zestaw naprawdę ciekawych kompozycji. W jednej ścieżce opiera się na mocnej perkusji wspartej wiolonczelą, w następnej całkowicie rezygnuje z bitu, zostawia wokal tylko z repetycją fortepianową. Ta część albumu zaskakująco udanie nawiązuje do post-rockowo – elektronicznych kontemplacji smutku i piękna z okolic Hood, Coil, czy The Notwist.

Ale rytmicznie NYCH3AM to jednak płyta hiphopowa: od lo-fi z początku, perkusji pośrodku i gdy w miejsce flow pojawia się mechaniczne „flowing Derbis”. Nawet kiedy taktu całkiem brakuje, wydaje się, że został wycięty w ostatniej chwili, głowa wciąż się kiwa. Podręcznikowy przykład hihopowego podkładu, najbardziej przebojowe „Cheek Bones”, Ferraro zachował jednak na koniec krążka. Znów jest jaskrawo i kontrastowo, bo swoim jedynym potencjalnym hitem Ferraro ląduje najbliżej pastiszu i parodii, do warstwy muzycznej dodając opowieść o płaczu z powodu palenia papierosów i strachu przed rakiem.

Mechaniczne brzmienie: synteza mowy, odgłosy miasta cały czas kontrastują z ciepłymi akcentami: żywymi klawiszami, czy dźwiękami cymbałków. Ekshibicjonistyczne teksty o miłości ze strzępami z newsów z zamachów terrorystycznych, czy plastikowymi celebrytami. Najbardziej liryczna, środkowa część krążka rzuca światło na źródło tej wszechobecnej, zauważalnej od pierwszych dźwięków dychotomii. Wszystkie nagrania na NYCH3AM, choć bardzo osobiste, podane są po prostu w miejskim kontekście. Ale Nowy Jork Ferraro jest bardzo różny od miasta Allena sprzed kilkudziesięciu lat. Interakcje międzyludzkie zastąpiły transakcje pieniężne, maszyny skorodowały więzi społeczne, a może zwyczajnie stały się nierozłączną częścią społeczeństwa. A nad wszystkim unosi się jakaś kwaśna mgła, mieszanka krzywdy i kultury celebrytów, jako jedyne spoiwo jednoczące mieszkańców. W miejsce wklejonych skrawków newsów z 9/11 wystarczyłoby wstawić relacje z Londyńskiego metra, czy apele Starzyńskiego; w miejsce Toma Cruisa pasowałby przecież chłopiec z One Direction, czy Krzysiek Ibisz. Ferraro kreśli uniwersalny obraz życia w metropolii XXI w. Poszukiwanie bliskości i intymności (czy szczere?) w wyalienowanym tłumie jednostek pozbawionych trwałych więzi. Ale, w fantastyczny sposób, zatrzymuje się na opisie, odżegnuje od wartościowania i oceny.

Oparcie kompozycji na dwóch przeciwległych biegunach, z jednej strony melodyjnym samplu, nieinwazyjnym, schowanym na drugi plan bicie i fałszującym, krążącym bez żadnej logiki wokalu soulowo – r’n’b daje żenujący efekt. Ale łatwo złapać się na powracaniu do tej żenady, absurdalne melodie „Fake Pain – Close Ups” omamiają i zadamawiają się w głowie. Podśpiewywanie mechanicznego „flowing Derbis” to już wstydliwa przyjemność z wyższej półki, jeśli pamiętać o pochodzeniu sampli z albumu. NYCH3AM nie kończy się jednak na śpiewnym „I dont wanna have cancer”. Oprócz nielogicznych, a uzależniających melodii jest tu sporo porządnego, bogatego dźwiękowo, piosenkopisarstwa i całkiem zgrabny koncept. Bardziej subtelny przekaz sprawia, że album działa mniej jak jednorazowy performans, a bardziej jak płyta z muzyką, której warto się uważnie przysłuchać.

Październik 2013 | Hippos In Tanks

Profil na Facebooku »
 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. Heliosphaner

    Nie jestem przeciętnym słuchaczem i dalej nie przeboleję, że ktoś nazywa Ferraro geniuszem. „On Air’ było ciekawe, FRKWYS 7 do przyjęcia, Dean Blunt, Hype Williams lepszy, ale NYC, HELL 3:AM jest kupą i nawet niech będzie żartem, tylko po co rozwlekać się nad takimi żartami i po co tracić na to czas. Niech discogs odnotuje „siedemdziesiąty” album Ferraro jako żart i tyle.

  2. Twoja stara

    nie ma nic gorszego niż brać takie albumy na poważnie. zacznijcie lepiej robić swoje podsumowania na forum, to zdrowsze.

  3. Twoja stara

    hehe, bez kitu. mam wrażenie, że wszyscy zapomnieli, albo nikt nie wie, że JF tworzył The Skaters i, że ma za sobą lata doświadczenia.
    serwuje materiał kiczowaty ale i świadomie nim manipuluje, a najfajniejsze jest to, że mu się to udaje na tak dużą skalę, od mędrców z poczytnych pisemek, po trendetterów, miłośników kawy z syreną, do przeciętnych słuchaczy, którzy nie mogą przeboleć, że ktoś uważa JF za geniusza.
    On jest geniuszem, potrafi sprawić, że miliony takich samych lamusów pieni się przed ekranami ze złości, a kolejne miliony wielbią.
    a JF razem z Deanem Bluntem liczą hajs na bandcampie śmiejąc się z jednych i drugich.

    • Marcin Bochenek

      1. Pod recenzją NYCH3AM na łamach Quietus Ferraro pisał, że tyko udawał, że jego muzyka to ‚gówno’. Jeden z komentujacych ponizej stwierdza, że ironiczne g to ciągle g, a mnie zwyczjnie nie obchodzi czy miało być ironicznie, wogóle mnie nie obchodzi, co Ferraro ma do powiedzenia po nagraniu. Interesuje mnie tylko poziom muzyczny płyty, a jest tu sporo dobrych kompozycji
      2. Na potrzeby tej recenzji zostawiłem Wire, Skaters, Blunta, Lopatina, a skoncentrowałem się na muzyce na najnowszym albumie Ferraro. O tym było juz zresztą w pierwszym akapicie.
      3.Ferraro ma raptem kilka tysięcy fanów na Fb; to jest, dla przykładu, pierwsza recenzja po polsku, z milionami fanów i zacieraniu rąk na myśl o fortunie z bandcampa bym nie przesadzał.

  4. Heliosphaner

    Jeślli ktoś Ferraro nazywa geniuszem, to jak nazywa tych, którzy na to miano zasługują? Absolutem? Ten album to totalna kupa! No, ale gdy już jakieś wpływowe medium nazwało Ferraro geniuszem, to dla wielu tak pozostanie, no bo to modne przecież… 1/5 zmienione z 2/5 po ponownych odsłuchach. Nie posłucham już więcej, bo „I don’t wanna have cancer”.

Kto linkował?

  1. Flowing Debris: James Ferraro – NYC, HELL 3:AM