Immortal Onion – Ocelot of Salvation
Jarek Szczęsny:

Wielowarstwowa cebula.

Lee Gamble – Mnestic Pressure
Paweł Gzyl:

Od nowoczesnej bass music do klasycznego IDM-u.

Special Request – Belief System
Paweł Gzyl:

Wyznanie wiary w połamane rytmy.

Speech Debelle – Tantil before I breathe
Jarek Szczęsny:

Miłość, gniew, problemy rasowe, tożsamościowe oraz rozedrgany obraz rzeczywistości.

Johannes Heil – Gospel
Paweł Gzyl:

Jedenasty album w dorobku niemieckiego weterana.

Ziúr – U Feel Anything?
Kasia Jaroch:

Producentka z Berlina nie oczekuje twojej sympatii.

Nosaj Thing – Parallels
Bartek Woynicz:

Drift -> Home -> Fated -> Parallels…

Kaitlyn Aurelia Smith – The Kid
Jarek Szczęsny:

Dziecięca perspektywa.

Juju & Jordash – Sis-Boom-Bah
Paweł Gzyl:

Powiew ciepłego wiatru znad pustyni.

Normal Echo – Kaskady
Jarek Szczęsny:

Szczęsny o Szczęsnym.

Abatwa (The Pygmy) – Why Did We Stop Growing Tall?
Łukasz Komła:

Nieczęsto stykamy się z muzyką z Rwandy, kraju dotkniętego krwawym ludobójstwem.

Krikor Kouchian – Pacific Alley
Paweł Gzyl:

Nocny spacer po plaży nad Pacyfikiem.

Shorelights – Summer Cottage Soundscapes
Paweł Gzyl:

Trzech dżentelmenów nad jeziorem.

Širom – I Can Be a Clay Snapper
Łukasz Komła:

Słoweńskie trio uczyniło z tradycji przyszłość.  

Podsumowanie 2013 – Daniel Barnaś

2013. Rok Wielkich, którzy po latach przerwali zmowę milczenia.

12 | Benoit Pioulard – Hymnal

Pioulard skazuje się na tułaczkę po rubieżach muzyki tła świadomie. Przemierzając te rejony z gitarą akustyczną w rękach i eterycznymi historiami na ustach czuje się swobodnie, jak przybysz, który szybko zaadaptował się do pozornie obcego mu środowiska. Jestem przekonany, iż w zaciszu domowego studia nagra kiedyś wybitną płytę, łącząc mglisty powab ambientu z melancholią folkowych pieśni. Niestety, jeszcze nie teraz.

Nasza recenzja tutaj.

11 | Bibio – Silver Wilkinson

Pachnące jazzem sekwencje akordów wpuszczone w cyfrowy obieg mają u Bibio swoją jakość. Tchną ciepłem, miłością i melancholią. Ładna pocztówka z wiosny 2013.

10 | Devendra Banhart – Mala

W cekinach folkowej kamizelki, którą „Mala” nosi bardzo swobodnie, widać przebłyski synth-popu, słonecznego luzu godnego Beach Boysów oraz analogowych barw Beatlesów – podkradając tym ostatnim także krótkie, piosenkowe formy. Słodka odtrutka zarówno na tonący w wyjących przesterach rock, jak i defragmentowaną twórczość laptopową.

9 | Jacaszek – Pieśni

Album ukazał się z końcem roku, przez co niefortunnie może zostać pominięty w zestawieniach traktujących o produkcjach tegorocznych, jak i tych mających swoją premierę w 2014. Niesłusznie.

Jacaszek zaklął mistycyzm w sygnale cyfrowym, redefiniując muzykę liturgiczną z pomocą mikro-preparowanych dźwięków wszelakich malujących przepiękne tło dla instrumentów smyczkowych. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli skansen-ambientu i brzmień eterycznych.

Nasza recenzja tutaj.

8 | Bonobo – The North Borders

Od balsamicznej muzyki elektronicznej po pokrętne przeboje pękające mnogością instrumentów. Simon Green zapodział gdzieś ducha, którego ostatni raz słyszałem na „Days To Come”, ciągle jednak potrafi oczarować wielobarwną aranżacją i podchwytliwie pociętym metrum. Muzyka taneczna dla ludzi z mózgiem w nogach.

Nasza recenzja tutaj.

7 | Tim Hecker – Virgins

Siódmy album studyjny Heckera mógłby być wymarzonym debiutem większości twórców muzycznej hybrydy spod znaku ambient/drone/noise. I naprawdę trudno się temu dziwić. Poruszając się po rejonach, które przyszło mu stworzyć i zasiedlić, sam sobie jest bogiem, który nigdy nie wahał się skorzystać z kłębów chaosu, a nawet zanurzyć się w nich dogłębnie – zawsze z korzyścią dla tworu.

Nasza recenzja tutaj.

6 | James Blake – Overgrown

Blake z godną podziwu wirtuozerią posługuje się tu swoim największym orężem – głosem. Poszatkowany i zniekształcony, przytłumiony turbulencjami i szumem, tudzież wrzucony w bez-przepastne czeluści jaskiniowego echa nieustannie pozostaje instrumentem nadrzędnym, będącym nośnikiem szczerych emocji.

Pozornie tylko dryfując po muzyce soul dalej wpada w wir dubstepu, elektronicznych manipulacji, a nawet hip-hopu. „Overgrown” przebija debiutancki album Brytyjczyka pomysłowością oraz odwagą w eksperymentalnej szarży.

Nasza recenzja tutaj.

5 | Daft Punk – Random Access Memories

Dla wielu ta płyta to jedynie „Get Lucky” z całą resztą niegodną uwagi – śmieszną z powodu zaproszonych gości lub mało rozrywkowej/komercyjnej/funkowej formy. Francuski duet zrealizował swoje marzenie scalając cyfrową wrażliwość muzyczną z warsztatem instrumentalnym swoich idoli. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby znowu zniknęli ze świecznika na parę ładnych lat.

Z walki o własną tożsamość Daft Punk wyszedł zwycięsko, przechodząc jedną nogą po stronę tych, których muzyka nie powstaje z sekund wyciętych z dawno zapomnianego szlagieru, lecz od narodzin samodzielnie realizowanej idei.

Nasza recenzja tutaj.

4 | Boards of Canada – Tomorrow’s Harvest

Otoczony świętym kultem duet, tworzący brzmienia senne i nierealne, kazał na siebie czekać osiem lat. Po tak długiej przerwie oczekiwania oraz spekulacje dotyczące kolejnej produkcji Szkotów rosły, odbijając się szerokim echem w muzycznych mediach. Szczęśliwie, endemiczny twór świata muzyki elektronicznej nie zawiódł.

Progres nie zawsze oznacza multum nowości. BoC po raz kolejny uchylili okno do swojego świata urzekając paletą rytmów oraz melodii z łatwością dotykając uczuć i wspomnień.

Nasza recenzja tutaj.

3 | David Bowie – The Next Day

Bowie przypomniał światu jak wspaniale smakują pop-rockowe utwory w – pozornie – klasycznych aranżacjach. Nieprzekombinowane, inteligentne, porywające. Od chwytliwych refrenów po urzekające monodramy. W erze YouTube’owych singli wszyscy chyba zapomnieli jak wielką sztuką jest nagrać taki album.

Nasza recenzja tutaj.

2 | Atoms For Peace – AMOK

„AMOK” to album, na którym granica człowiek-komputer jest wielce nieoczywista. Myśl bliska także muzyce z The King of Limbs, gdy dobrze zrealizowana, potrafi pozytywnie zaskoczyć. Duch w maszynie czuje się tutaj dobrze: szepcze, szemrze, stuka i dba o to, by „AMOK” był widziany jako udana próba zaistnienia w naturalnych rejonach bytowania istot pokroju Burial, czy Aphex Twin. W radiogłowym rzecz jasna filtrze. I brawa dla Yorke’a, który zaśpiewałby nawet w takt maszynerii tartacznej.

Nasza recenzja tutaj.

1 | Nick Cave – Push The Sky Away

Blues obdarty ze wszystkiego, czym ten gatunek żyje i pulsuje, emanuje tutaj mocą niespotykaną, hipnotyzując poezją ścierającą się każdym wersem z bezbarwną prozą życia. Niepokój wyzierający z kompozycji, drżący nierzadko paroma jedynie dźwiękami oraz głos Cave’a – prowadzący narrację godną Wergiliusza XXI wieku, któremu nie potrzeba piekła, by opisać ludzką naturę – stawiają „Push The Sky Away” na piedestale tegorocznych produkcji.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.