MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



Efdemin – Decay

Być może Philip Sollmann znalazł inspirację w Japonii – ale przełożył ją na europejski język, silnie zaznaczając niemieckie korzenie swej twórczości.

Działający od początku minionej dekady niemiecki producent z Hamburga, objawił niemal jednocześnie dwa zupełnie odmienne oblicza swojej muzyki. Pod własnym imieniem i nazwiskiem zaprezentował eksperymentalny materiał na płycie „Something Is Missing”, a jako Efdemin przedstawił się jako utalentowany twórca nowoczesnego house’u. Z oczywistych powodów ten drugi wątek jego działalności spotkał się z większym entuzjazmem odbiorców – nic więc dziwnego, że Philip Sollmann jest obecnie postrzegany jako twórca wyrafinowanej muzyki tanecznej.

Co ciekawe – każdy z jego albumów zrealizowanych pod pseudonimem Efdemin przyniósł nieco odmienną wersję klubowych rytmów. Debiutancki krążek z 2007 roku był intrygującą realizacją w duchu modnego wówczas minimalu, zgrabnie łączącą wpływy techno i house’u. Wydana trzy lata później druga płyta artysty wiele wyjaśniała już samym swym tytułem – „Chicago”. I rzeczywiście była to mocno ekspresjonistyczna wizja klasyki gatunku rodem z Wietrznego Miasta.

Sukces, jaki przyniósł mu ten album sprawił, że Sollmann spędził trzy miesiące na artystycznym stypendium w Kyoto. Mieszkając niedaleko rzeki w otoczeniu miejscowych świątyń i klasztorów, mając w oddali wysokie góry pokryte błękitnymi chmurami, postanowił całkowicie odmienić brzmienie swej muzyki. Zebrawszy dźwiękowe pomysły w dalekiej Japonii, dopracował je ostatecznie w swym berlińskim studio, wykorzystując tym razem wyłącznie analogowy ekwipunek. W efekcie powstała muzyka, z jednej strony osadzona w tradycji elektroniki lat 90., a z drugiej – śmiało spoglądająca w przyszłość.


Płytę otwiera od razu solidny wykop – bo „Some Kind Of Up And Down Yes” to majestatyczne deep techno, rozpisane na dudniące bity i wibrujące basy. Ważne jest tutaj jednak również tło – odmalowane pastelowymi pasażami ambientowych syntezatorów. Bardziej minimalową wersję gatunku otrzymujemy w „Drop Frame”. Tym razem rytmika jest nieco zredukowana, bas zostaje podszyty dubową głębią, a monochromatyczne drony trafiają z dalekiego tła na pierwszy plan. Masywne deep techno powraca znów dopiero pod koniec zestawu. To utrzymany w galopującym tempie „Parallaxis”, perfekcyjnie wpisujący perliste akordy wibrujących syntezatorów w przestrzenną konstrukcją całości.

„Transducer” otwiera drugi segment albumu, dedykowany europejskiej wizji deep house’u. Oznacza to, że Sollmann sięga po charakterystyczne dla gatunku miękkie i głębokie rytmy – ale uzupełnię je chłodniejszymi dźwiękami, pozbawiając tej typowej dla twórców z Detroit „czarnej” ekstatyczności. Wątek ten kontynuuje „Solaris” – zestawiając nieco wycofane bity z metalicznymi akordami i kosmicznym tłem. Bardziej dynamiczny charakter ma znów tytułowy „Decay” – pompując zwartym rytmem, który oplatają nerwowo brzęczące loopy i leniwie wijące się ambientowe smugi. Echa twardego house’u w stylu Floorplan pojawiają się natomiast w „Track 93” – wprowadzając na płytę również soulowe sample o zdeformowanym tonie.

Sollmann sięga tutaj także po przefiltrowaną przez jamajską tradycję studyjną dubową wersję house’u. „Subatomic” tętni szybkim pulsem podszytym tribalowymi perkusjonaliami – a na drugim planie łagodnie pląsają ciepłe dźwięki organicznego Rhodesa, nadając całości niemal jazzowy posmak. „The Meadow” rozpoczynają dźwięczne sample melodyjnego piano – prowadząc potem słuchacza przez miarowo uderzające bity i falujące blachy o skorodowanym tonie. Puentą albumu jest eteryczny „Ohara” – łącząc w formie ambientowej miniatury poetycką recytację ze zdystansowaną elektroniką.

„Decay” to bez wątpienia znakomity album. Jego autor tworzy imponujące brzmienie, rozpisane na dziesięć świetnych nagrań, urzekających swym indywidualnym charakterem. Być może Sollmann znalazł inspirację w Japonii – ale przełożył ją na europejski język, silnie zaznaczając niemieckie korzenie swej twórczości. I właśnie na tym polega jego oryginalność. Dopiero początek roku – a my już mamy jedną z najlepszych płyt tego sezonu.

Dial 2014

www.dial-rec.de

www.facebook.com/pages/DIAL-RECORDS

www.phillip-sollmann.de

www.facebook.com/efdemin

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.