Stenny – Upsurge
Paweł Gzyl:

Połamane rytmy zanurzone w ambiencie.

Justyna Steczkowska – Maria Magdalena. All Is One
Przemysław Solski:

Wędrówka duszy.

Function – Existenz
Paweł Gzyl:

Opus magnum Dave’a Sumnera.

Bella Boo – Once Upon a Passion
Jarek Szczęsny:

Z półprzymkniętymi oczami.

Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.



Pink Floyd – The Endless River

Czy świat potrzebuje kolejnej płyty Pink Floyd? – pomyślałem na wieść o pierwszym od dwudziestu lat premierowym materiale rockowej legendy. Skok na kasę? Chęć ponownego znalezienia się w świetle reflektorów? A może szczera, wewnętrzna potrzeba tworzenia, choć The Endless River to gównie odrzuty z sesji do poprzedniego albumu grupy, The Division Bell? To także hołd dla Ricka Wrighta, zmarłego w 2008 r. klawiszowca Floydów, i – jak zapewnia David Gilmour – ostatni wypust zespołu.

Odsłuch nieco stępił początkowy sceptycyzm, bo ostatecznie to niezgorsza płyta. Żadne szczytowe osiągnięcie, ale nie ma też wstydu, jak przy megalomańskich potworach typu The Wall i The Final Cut, co nie dziwi z uwagi na nieobecność Watersa – jakkolwiek Gilmour zachował się nieelegancko, nie zapraszając do nagrywania kolegi, z którym zakopał topór wojenny – jego brak ponownie wyszedł kapeli na dobre.


Cieszy, że wszystkie kompozycje oprócz jednej są instrumentalne – Gilmour to wybitny gitarzysta, ale marny wokalista. Solowe partie lidera zostały tradycyjnie okraszone klawiszowymi pasażami Wrighta i wyrazistymi bębnami Nicka Masona, gdzieniegdzie odzywa się też gościnny saksofon. Wbrew pozorom, utwory to nie tylko rozwlekłe gitarowe smęty – jest tu też kilka bardziej żywiołowych momentów. Całość ma zdecydowanie ilustracyjny, niemal ambientowy charakter.

To nie jest powrót na miarę The Next Day Bowiego. Nowych fanów Floydzi raczej nie pozyskają, ale zagorzali wielbiciele będą się cieszyć z nowej (no, powiedzmy…) muzyki ulubionego zespołu. Dlatego jest to płyta tylko i wyłącznie dla nich.

Parlophone/Columbia Records | 2014

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.