Kompozyt – Hybridism
Jarek Szczęsny:

Rozbudzić może uśpione pokłady filozoficznej głębi.

New Rome (Tomasz Bednarczyk) – New Rome
Ania Pietrzak:

Nowe oblicze wrocławskiego producenta.

Catnapp – Break
Paweł Gzyl:

Basowe piosenki.

Joshua Sabin – Sutarti
Paweł Gzyl:

Zew z litewskich lasów.

Thom Yorke – Anima
Maciej Kaczmarski:

1997-2019-2049?

Koza – Mystery Dungeon
Jarek Szczęsny:

Moby Dick.

D. Carbone – A.C.A.B.
Paweł Gzyl:

D. Carbone idzie na wojnę.

Fire! Orchestra – Arrival
Jarek Szczęsny:

Zrobiło się ciszej.

SØS Gunver Ryberg – Entangled
Paweł Gzyl:

Ciekawie, ale za krótko.

Palmer Eldritch – [dog]
Jarek Szczęsny:

Nieustanny proces chwalenia.

LSD – Second Process
Paweł Gzyl:

Kreatywna kooperacja czy skok na kasę?

Lena Andersson – Söder Mälarstrand
Paweł Gzyl:

Owoc studyjnego spotkania Eomaca i Kyoki.

Michał Miegoń & Adam Witkowski – Dwuja
Jarek Szczęsny:

Zawsze słucha się inaczej.

Lost Few – Between The Silence
Paweł Gzyl:

Muzyka na poprzemysłowe przestrzenie.



Pink Floyd – The Endless River

Czy świat potrzebuje kolejnej płyty Pink Floyd? – pomyślałem na wieść o pierwszym od dwudziestu lat premierowym materiale rockowej legendy. Skok na kasę? Chęć ponownego znalezienia się w świetle reflektorów? A może szczera, wewnętrzna potrzeba tworzenia, choć The Endless River to gównie odrzuty z sesji do poprzedniego albumu grupy, The Division Bell? To także hołd dla Ricka Wrighta, zmarłego w 2008 r. klawiszowca Floydów, i – jak zapewnia David Gilmour – ostatni wypust zespołu.

Odsłuch nieco stępił początkowy sceptycyzm, bo ostatecznie to niezgorsza płyta. Żadne szczytowe osiągnięcie, ale nie ma też wstydu, jak przy megalomańskich potworach typu The Wall i The Final Cut, co nie dziwi z uwagi na nieobecność Watersa – jakkolwiek Gilmour zachował się nieelegancko, nie zapraszając do nagrywania kolegi, z którym zakopał topór wojenny – jego brak ponownie wyszedł kapeli na dobre.


Cieszy, że wszystkie kompozycje oprócz jednej są instrumentalne – Gilmour to wybitny gitarzysta, ale marny wokalista. Solowe partie lidera zostały tradycyjnie okraszone klawiszowymi pasażami Wrighta i wyrazistymi bębnami Nicka Masona, gdzieniegdzie odzywa się też gościnny saksofon. Wbrew pozorom, utwory to nie tylko rozwlekłe gitarowe smęty – jest tu też kilka bardziej żywiołowych momentów. Całość ma zdecydowanie ilustracyjny, niemal ambientowy charakter.

To nie jest powrót na miarę The Next Day Bowiego. Nowych fanów Floydzi raczej nie pozyskają, ale zagorzali wielbiciele będą się cieszyć z nowej (no, powiedzmy…) muzyki ulubionego zespołu. Dlatego jest to płyta tylko i wyłącznie dla nich.

Parlophone/Columbia Records | 2014

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.